Skocz do zawartości
Forum Kopalni Wiedzy

KopalniaWiedzy.pl

Super Moderatorzy
  • Liczba zawartości

    37614
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy
  • Wygrane w rankingu

    246

Zawartość dodana przez KopalniaWiedzy.pl

  1. Niemieccy naukowcy ożywili glony, które przez 7000 lat spoczywały zagrzebane na dnie Morza Bałtyckiego. Okrzemki przez tysiące lat nie miały dostępu do tlenu i światła. Były nieaktywne. Uczeni z Instytutu Badań Morza Bałtyckiego im. Leibniza w Warnemünde (Leibniz-Institut für Ostseeforschung Warnemünde) prowadzili badania w ramach projektu PHYTOARK, którego celem jest zrozumienie przyszłości Morza Bałtyckiego za pomocą badania jego przeszłości. Wiele organizmów stosuje hibernację, by przetrwać niekorzystne warunki. Dzieje się tak również fitoplanktonem, który w stanie hibernacji opada na dno, jest przykrywany kolejnymi warstwami osadów i trwa w warunkach beztlenowych. Takie depozyty to kapsuły czasu, pozwalające nam poznać przeszłość ekosystemów i zamieszkujących je organizmów, ich rozwój oraz zmiany genetyczne, wyjaśnia Sarah Bolius. Dzięki wyraźnej stratyfikacji osadów z dna Bałtyku, można poszczególnym warstwom uśpionych glonów przypisać zakres dat, w których warstwy te powstały, a badając inne składniki osadów naukowcy są w stanie określić, jakie było wówczas zasolenie wód, poziom tlenu czy ich temperatura. Łącząc te informacje możemy lepiej zrozumieć, jak i dlaczego fitoplankton na Bałtyku adaptował się do zmian środowiskowych. Przywrócone do życia glony zostały pobrane z głębokości 240 metrów. Jedynym gatunkiem fitoplanktonu, który udało się ożywić ze wszystkich próbek, był Skeletonema marinoi. Jest on szeroko rozpowszechniony w Morzu Bałtyckim, pojawia się wiosną podczas zakwitów. Najstarsza warstwa, w której ożywiono glony pochodziła sprzed 6871±140 lat. Kierująca badaniami Sarah Bolius mówi, że najbardziej istotnym osiągnięciem jest fakt, że po 7000 lat hibernacji okrzemki nie utraciły nic ze swoich funkcji życiowych. Wszystkie procesy przebiegają w nich równie sprawnie, jak w obecnie żyjących okrzemkach. Badania genetyczne wykazały zaś, że okrzemki z każdej warstwy różnią się genetycznie między sobą. Badane przez Niemców okrzemki są jednymi z najstarszych organizmów, jakie udało się obudzić w stanie nienaruszonym z hibernacji. Są też najstarszym organizmem obudzonym z osadów wodnych. Więcej o badaniach można przeczytać na łamach The ISME Journal. Więcej o niepokojących zmianach na Bałtyku, jego przeszłości, teraźniejszości i przyszłości opowiedział nam w wywiadzie doktor Tomasz Kijewski z Instytutu Oceanologii PAN. « powrót do artykułu
  2. Sutton Hoo to miejsce jednego z najważniejszych odkryć archeologicznych w historii Wielkiej Brytanii. Znaleziono tam nienaruszony anglosaski pochowek na łodzi. Większość specjalistów uważa, że spoczął tam król Anglii Wschodniej Raedwald, najpotężniejszy na początku VII wieku władca na południu Anglii. Wśród odkrytych wyrobów metalurgicznych znajduje się słynny hełm ceremonialny. Dotychczas sądzono, że powstał on na terenie dzisiejszej Szwecji, jednak najnowsze odkrycie podważa ten pogląd. Odkrycia, o którym mowa, dokonano na niewielkiej duńskiej wyspie Tåsinge. Poszukiwacz skarbów, korzystając z wykrywacza metali, znalazł tam wzornik, na którym widać motyw bardzo podobny do motywu z hełmu z Sutton Hoo. Na wzorniku takim kładziono cienki kawałek metalu, a następnie za pomocą młotka tłoczono w wzór. Analiza motywu z wzornika z Tåsinge wykazała, że widoczny na nim konny wojownik w znacznie większym stopniu przypomina motyw z hełmu niż wzory na hełmach znalezionych w Szwecji. Podobieństwa pomiędzy wzornikiem z Danii, a hełmem z Sutton Hoo widoczne są w takich szczegółach jak mankiet na nadgarstku wojownika, włosy mężczyzny, fragment uprzęży o migdałowatym kształcie widoczny na końskiej głowie, cugle czy miecz wyłaniający się spod tarczy. Na podobnych szwedzkich motywach występuje też dzik lub drapieżny ptak, których nie ma ani na hełmie z Sutton Hoo, ani na wzorniku z Danii. To byłaby sensacja, gdyby okazało się, że hełm z Sutton Hoo, który został wykonany dla kogoś bardzo ważnego, prawdopodobnie króla, powstał na Tåsinge. Wskazywałoby to na możliwe związki dzisiejszej Danii z hełmem i z osobą, która go nosiła, mówi Peter Pentz, kurator w Narodowym Muzeum Danii. To jednak nie wszystko. Na hełmie z Sutton Hoo znajdują się dwa motywy przedstawiające konnego wojownika. Ten drugi nie jest kompletny. Hełm został bowiem znaleziony w częściach i niektóre fragmenty przepadły. Niekompletny motyw wykazuje jeszcze większe podobieństwo do wzornika. Linie stopy jeźdźca się identyczne na hełmie i wzorniku, podobnie jak krawędź tarczy martwego wojownika. Gdy podobieństwo motywów jest tak duże, może to oznaczać, nie tylko wytworzenie przedmiotów w tym samym miejscu, ale nawet przez tę samą osobę, dodaje Pentz. Na pytanie o to, jak bardzo motywy są podobne, odpowiedź mogą dać planowane skany 3D wzornika i fragmentów hełmu. Jeśli okaże się, że hełm powstał na Tåsinge, może to wskazywać, że dzisiejsza Dania odgrywała w VII wieku większą rolę, niż przypisuje jej większość historyków. W Danii nie znaleziono dotychczas tak wspaniałych pochówków z tego okresu, jak w Anglii i Szwecji, co skłoniło naukowców do stwierdzenia, że region ten nie odgrywał równie ważnej roli. Jednak już wcześniej niektórzy eksperci stwierdzili, że dzisiejsza Dania była ważnym łącznikiem między Anglią a Szwecją. Znalezisko z Tåsinge wzmacnia te hipotezy, ale nie jest ich ostatecznym potwierdzeniem. Niewielki wzornik mógł przecież podróżować ze swoim właścicielem. Wciąż jest zbyt wcześnie, by wyciągać ostateczne wnioski, jednak odkrycie to wskazuje, że Dania odgrywała już wówczas ważniejszą rolę, niż się przypuszcza. Często uznajemy, że dzisiejsza Dania została zjednoczona w X wieku przez Haralda Sinozębego, jednak już nawet w VII wieku ziemie te mogły być w dużej mierze zjednoczone, a ich władcy dość potężni, dodaje Pentz. « powrót do artykułu
  3. Grupa izraelskich naukowców z Instytutu Weizmanna i Yale University przeprowadziła najszerzej na świecie zakrojone badania na temat wpływu ciąży na organizm kobiety i związanych z nią kosztów. Uczeni zgromadzili i przeanalizowali wyniki 44 miliony pomiarów fizjologicznych dokonanych u ponad 300 000 kobiet w obejmującym 140 tygodni okresie przed ciążą, w jej trakcie oraz po urodzeniu dziecka. Wyniki analiz zostały opublikowane na łamach Science Advances. Aby zbudować obraz typowej ciąży, podczas badań pod uwagę wzięto dane dostarczone przez Clalit, największego izraelskiego dostawcę usług zdrowotnych. Zawierały one informacje z lat 2003–2020 i dotyczyły zdrowych kobiet w wieku 20–35 lat. Jennifer Hall, specjalistka ds. zdrowia reprodukcyjnego z University College London mówi, że badania wskazują, iż połóg trwa znacznie dłużej, niż się przypuszcza. To biologiczny dowód, że organizm nie regeneruje się tak szybko, jak zakładają to oczekiwania społeczne, mówi uczona. Przeanalizowane dane dotyczyły, między innymi, stanu układu krwionośnego, metabolizmu, układu hormonalnego, odpornościowego, mięśniowo-szkieletowego, funkcjonowania wątroby i nerek. Informacje o stanie zdrowia i stanie organizmu kobiet pochodziły z badań krwi, moczu i innych testów laboratoryjnych. Badania pokazały, że organizm przeciętnej zdrowej kobiety znacznie dłużej dochodzi do siebie po ciąży, niż sądzono. W ciągu pierwszego miesiąca po urodzeniu dziecka jedynie około 47% wyników testów jest prawidłowych. Z tym, że na przykład żelazo stabilizuje się na niższym poziomie niż przed ciążą. Kolejnych 12% wyników testów normalizuje się w ciągu 4–10 tygodni po ciąży. Natomiast pozostały 41% badanych parametrów potrzebuje ponad 10 tygodni na powrót do stanu sprzed ciąży. Na przykład poziom kwasu foliowego wraca do normy dopiero 21 tygodni po porodzie, parametr wątrobowy AST (oznaczenie enzymu aminotransferazy asparaginianowej) stabilizuje się w 23. tygodniu po porodzie, a na prawidłowe wartości innego z parametrów wątrobowych – ALT (aminotransferaza alaninowa)  – trzeba czekać do 26. tygodnia. Kwas moczowy jest w normie dopiero około 32. tygodnia po porodzie, prawidłowe pH moczu testy zaczynają wskazywać po 35. tygodniu, poziom fosforu jest nieprawidłowy przez około 42 tygodnie po urodzeniu dziecka, a po ponad 55 tygodniach pojawiają się prawidłowe wyniki ALP (fosfataza alkaliczna), wskazujące na powrót do zdrowia kości. Nawet 80 tygodni po urodzeniu kilka testów wskazuje inne wartości niż przed zapłodnieniem. Te różnice dotyczą między innymi podwyższonych wartości wskaźnika zapalnego CRP, zmniejszonego poziomu żelaza i MCH (średnia masa hemoglobiny w krwince czerwonej). Różnice te mogą wynikać albo ze zmiany zachowań kobiety po urodzeniu i//lub był długotrwałymi fizjologicznymi skutkami ciąży. Odróżnienie od siebie tych dwóch czynników to istotne pytanie, na którego trzeba odpowiedzieć, stwierdzają autorzy badań. Odkryliśmy, że powrót do normy parametrów organizmu po urodzeniu dziecka różni się od przebiegu zmian, jakie zachodzą w organizmie w czasie ciąży. Adaptacja organizmu po urodzeniu dziecka to osobny proces fizjologiczny, a nie prosta odwrotność dynamiki ciąży, czytamy na lamach Science. Wyniki badań wskazują, że być może uda się jeszcze przed zajściem w ciążę identyfikować kobiety podatne na komplikacje ciążowe, takie jak stan przedrzucawkowy czy cukrzyca ciążowa. Obecnie są one diagnozowane dopiero w trakcie ciąży. « powrót do artykułu
  4. Na łamach Physical Review Research ukazał się artykuł, którego autorzy informują o skonstruowaniu urządzenia generującego energię elektryczną z... ruchu obrotowego Ziemi. Christopher F. Chyba (Princeton University), Kevin P. Hand (Jet Propulsion Laboratory) oraz Thomas H. Chyba (Spectral Sensor Solutions) postanowili przetestować hipotezę, zgodnie z którą energię elektryczną można generować z ruchu obrotowego Ziemi za pomocą specjalnego urządzenia wchodzącego w interakcje z ziemskim polem magnetycznym. W 2016 roku Christopher Chyba i Kevin Hand opublikowali na łamach Physical Review Applied artykuł, w którym rozważali możliwość użycia ruchu obrotowego Ziemi i jej pola magnetycznego do generowania energii elektrycznej. Artykuł został skrytykowany, gdyż obowiązując teorie wskazywały, że każde napięcie elektryczne wygenerowane w takiej sytuacji zostanie zniwelowane wskutek przemieszczenia się elektronów podczas tworzenia pola elektrycznego. Naukowcy zaczęli więc szukać sposobów na uniknięcie niwelacji napięcia. Żeby sprawdzić swoje pomysły stworzyli urządzenie złożone z cylindra z ferrytu manganowo-cynkowego, który działał jak osłona magnetyczna. Cylinder umieścili na linii północ-południe pod kątem 57 stopni. W ten sposób był on zorientowany prostopadle do ruchu obrotowego planety i ziemskiego pola magnetycznego. Na obu końca cylindra umieścili elektrody. Pomiary wykazały, że w ten sposób wygenerowali napięcie elektryczne rzędu 18 mikrowoltów, którego nie byli w stanie przypisać do żadnego innego źródła, niż ruch obrotowy Ziemi. Eksperyment odbywał się w ciemności, by uniknąć efektu fotoelektrycznego, uczeni wzięli pod uwagę napięcie, jakie mogło się pojawić w wyniku różnicy temperatur pomiędzy oboma końcami cylindra. Zauważyli też, że napięcie – zgodnie z przewidywaniami – nie pojawia się przy innych ustawiniach cylindra. Takie same wyniki uzyskano podczas badań w innej lokalizacji o podobnym środowisku geomagnetycznym. Eksperyment nie został jeszcze powtórzony przez inne zespoły badawcze, które mogłyby sprawdzić, czy zmierzone napięcie nie jest wynikiem zjawiska, którego trzej naukowcy nie wzięli pod uwagę. Autorzy badań stwierdzają, że jeśli uzyskane przez nich wyniki zostaną potwierdzone, warto będzie rozpocząć prace nad zwiększeniem uzyskiwanego napięcia do bardziej użytecznego poziomu. « powrót do artykułu
  5. Podczas wykopalisk na stanowisku Assos w Turcji archeolodzy trafili na jedną z najstarszych hellenistycznych mozaik w Anatolii. Mozaika zbudowana z kolorowych wielokątnych kamyków, ułożona jest we wzory geometryczne i kwiatowe. To jedna z najstarszych mozaik okresu hellenistycznego w Anatolii. Sądzimy, że pierwotnie zdobiła podłogę gimnazjonu, mówi kierownik wykopalisk, profesor Nurettin Arsalan. Mozaika zachowała się w doskonałym stanie, gdyż w okresie bizantyjskim gimnazjon przekształcono na budynek mieszkalny. Ruiny Assos znajdują się obok współczesnej miejscowości Behram. Assos zostało założone na początku I tysiąclecia p.n.e., pomiędzy rokiem 1000 a 900. Miasto przeżywało największy rozkwit za rządów tyrana Hermiasza z Atarneus. Ten były niewolnik studiował filozofię w Akademii Platońskiem. Gdy został tyranem Assos, założył szkołę filozoficzną i zaczął zachęcać filozofów, by osiedlili się w jego mieście. Na wezwanie odpowiedział Arystoteles, który mieszkał w Assos w l. 348–345 p.n.e., założył tam szkołę filozoficzną i ożenił się z córką Hermiasza. W I wieku naszej ery Assos odwiedzili św. Łukasz Ewangelista i św. Paweł z Tarsu. Innym, obok mozaiki, znaczącym odkryciem obecnego sezonu wykopalisk, jest znalezienie heroonu – grobu herosa – monumentalnego grobu poświęconego wpływowej rodzinie z Assos epoki rzymskiej. Początkową strukturę, znalezioną we wschodniej części agory, wzięto za fontannę. Grób to znacznie ważniejsze znalezisko. Zdaniem archeologów, pozwoli ona na zdobycie informacji o rzymskich elitach zamieszkujących Assos. « powrót do artykułu
  6. Studia prawnicze mogą kojarzyć się z godzinami spędzonymi w uczelnianej bibliotece i stosami opasłych książek do przeczytania. Rzeczywiście, materiału do przyswojenia na tym kierunku jest wiele. Jednak w ostatnich latach niektóre uczelnie oferujące kierunek prawo zdecydowały się wykorzystać nowe technologie. Jakie są rezultaty? Czego mogą się spodziewać osoby, które wybiorą właśnie taką uczelnię? Cyfryzacja w edukacji – czym jest distance learning? Współcześnie wiele spraw można załatwić bez wychodzenia z domu. Rejestracja samochodu, zeznanie podatkowe czy formalności związane z uruchomieniem jednoosobowej działalności gospodarczej – to kilka przykładów. Również niektóre uczelnie dostrzegają konieczność zmian i dostosowania się do współczesnego świata – oferują one distance learning, czyli studia prowadzone z wykorzystaniem metod kształcenia na odległość. Dlaczego distance learning to dobry wybór – zwłaszcza w przypadku trudnych kierunków studiów, do których zalicza się prawo? Distance learning ma wiele zalet: student otrzymuje dostęp do platformy e-learningowej, na której zamieszczane są materiały – może z nich korzystać o dowolnej porze dnia; materiały udostępniane na platformie e-learningowej to wykłady w formie audio – studenci mogą słuchać materiałów, gdy np. podróżują komunikacją miejską; na platformie są dostępne również ćwiczenia i case studies – w ten sposób student może utrwalić zdobytą wiedzę.   Wykłady online – jak to wygląda w praktyce? Najczęściej na studiach obowiązkowe są jedynie ćwiczenia – wykłady są dobrowolne. Jednak za uczestnictwem w nich przemawia możliwość m.in. rozszerzenia wiedzy zdobytej podczas zajęć. Nowe technologie umożliwiają studentom uczestnictwo w wykładach, ale bez konieczności fizycznej obecności w budynku uczelni. Jak to możliwe? W tym przypadku dużą rolę ponownie odgrywają metody i techniki kształcenia na odległość. Za pośrednictwem platformy e-learningowej studenci mogą uczestniczyć w wykładach. Webinaria, bo właśnie tak określa się internetowe wykłady, pozwalają przede wszystkim zaoszczędzić czas – wyeliminowany zostaje dojazd. Ma to szczególne znaczenie w przypadku studentów, którzy mieszkają daleko od uczelni. Równie dobrze wygląda kwestia efektywności takich zajęć – studenci mogą zadawać pytania lub dopytać o interesujące ich zagadnienia. A wystarczy jedynie komputer (laptop) z dostępem do internetu i mikrofon. Chcesz wiedzieć więcej o distance learning? Poszukujesz uczelni, która ma w ofercie kierunek prawo i jednocześnie idzie z duchem czasu? Zajrzyj na stronę internetową ewspa.edu.pl.   Studia online – czy to się sprawdza? Sztuczna inteligencja, IoT czy blockchain – to nie przyszłość, ale teraźniejszość. Współcześni studenci coraz częściej oczekują, że uczelnie będą wykorzystywać nowe technologie. Studia online to odpowiedź na takie potrzeby. Wybierając studia online, można przyswajać wiedzę w dowolnym miejscu na świecie. Jednocześnie w weekendy (w przypadku studiów niestacjonarnych) studenci spotykają się na zajęciach w siedzibie uczelni. Studia online zapewniają też studentom dużo więcej wolnego czasu. Ten można spędzić produktywnie – warto rozważyć skrócenie studiów. Taka opcja jest dostępna w ramach Indywidualnego Toku Studiów. Podjęcie kształcenia w trybie ITS pozwala opuścić mury uczelni o rok, 2 lata, a nawet 3,5 roku wcześniej niż wynika to ze standardowego toku nauczania. « powrót do artykułu
  7. Zaszycie alkoholowe może być skuteczną metodą krótkoterminowego zniechęcania do picia alkoholu, ale nie jest wystarczające do trwałej eliminacji uzależnienia. Najlepsze rezultaty osiąga się, gdy wszywka alkoholowa jest stosowana w połączeniu z psychoterapią. Pomaga ona pacjentowi zrozumieć przyczyny uzależnienia, radzić sobie z emocjami i stworzyć trwałe mechanizmy obronne przed spożywaniem alkoholu. Esperal nie jest lekiem cudownie uzdrawiającym pacjentów z uzależnienia. Stosowany zgodnie z zaleceniami i wskazaniami lekarza, pozwala jednak przerwać ciąg alkoholowy i trwać w abstynencji nawet przez rok. To długi czas, pozwalający na rozpoczęcie kompleksowej terapii choroby alkoholowej. Jednym z jej elementów jest psychoterapia. Działanie wszywki alkoholowej polega na wzbudzeniu u pacjenta awersji, czyli niechęci do spożywania alkoholu w jakiejkolwiek (nawet najmniejszej) dawce. Już podczas kwalifikacji do zabiegu, jakim jest zaszycie alkoholowe, uzależniony poznaje konsekwencje połączenia etanolu z substancją czynną leku (disulfiramem). Wie, że gdy zdecyduje się podjąć niebezpieczną próbę przepicia wszywki, może zmagać się z nieprzyjemnymi i niebezpiecznymi dla zdrowia objawami reakcji disulfiramowej. Możliwe skutki uboczne skutecznie zniechęcają osoby uzależnione do spożywania alkoholu podczas stosowania wszywki alkoholowej.   Wszywka alkoholowa, czyli Esperal – na czym polega zaszycie alkoholowe? Zabieg implantacji Esperalu polega na podskórnym wszyciu do wnętrza organizmu pacjenta jałowych tabletek z disulfiramem. Specjalista przygotowuje uzależnionego do bezpiecznego wykonania zabiegu podczas skrupulatnej konsultacji lekarskiej. Przeprowadza wywiad lekarski, weryfikuje istnienie wskazań, eliminuje ewentualne przeciwwskazania do zaszycia Esperalu. Zaszycie alkoholowe poprzedza kontrola poziomu trzeźwości pacjenta. By bezpiecznie przeprowadzić zabieg, chory powinien być trzeźwy przynajmniej przez 24 godziny przed rozpoczęciem zaszycia. Tym samym zmuszony jest do wcześniejszego przerwania ciągu alkoholowego. Często działanie to przebiega u uzależnionych z pomocą i wsparciem specjalistów podczas odtrucia alkoholowego (detoksykacji). W ten sposób łatwiej uniknąć nieprzyjemnych dolegliwości związanych z głodem alkoholowym. Stan zdrowia pacjenta może być bowiem kontrolowany przez terapeutów. Wszycie wszywki alkoholowej w Centrum Medycznym Galmedic odbywa się bez konieczności hospitalizacji pacjenta. Jest mało inwazyjne, dzięki czemu chory może opuścić placówkę medyczną w dniu wszycia leku. Zabieg zaszycia alkoholowego wykonuje się w znieczuleniu miejscowym pacjenta. Lek Esperal wszywa się podskórnie, procedura chirurgiczna wymaga zatem przerwania ciągłości skóry pacjenta. Chirurg posługuje się w tym celu skalpelem. Wszycie wszywki alkoholowej (zaszycie alkoholowe) trwa ok. 20 minut. Lekarz wykonuje niewielkie nacięcie tuż nad pośladkiem chorego. W ten sposób dociera do obszaru podpowięziowego mięśnia pośladkowego. W tym miejscu umieszcza wcześniej wyliczoną dawkę oryginalnego Esperalu. Powstałą ranę zaszywa się z użyciem nici chirurgicznych. Na ciele pacjenta pozostaje niewielka blizna, nie jest ona jednak szczególnie widoczna. Zabieg implantacji wszywki alkoholowej może być powtarzany wielokrotnie w ciągu życia uzależnionego. Nie wcześniej jednak niż po 8 miesiącach od daty poprzedniego zabiegu wszycia wszywki. Usunięcie Esperalu możliwe jest jedynie w gabinecie lekarskim. Skuteczność wszywki jest natychmiastowa – od razu po zaszyciu do krwiobiegu pacjenta stopniowo wydziela się disulfiram. Dla pacjentów, poszukujących miejsca, w którym można bezpiecznie wykonać zaszycie alkoholowe, Radom jest atrakcyjnym miejscem ze względu na opiekę specjalistów Centrum Medycznego Galmedic. Z pełną ofertą placówki można zapoznać się tutaj: https://radom.galmedic.pl/uslugi/esperal/.   Wspomagająca rola wszywki alkoholowej (Esperalu) w leczeniu alkoholizmu Zaszycie alkoholowe, znane również jako implantacja wszywki alkoholowej (lub wszywka Esperal), to wspomagająca metoda leczenia alkoholizmu. Jej celem jest zniechęcenie pacjenta do picia alkoholu. Każda próba jego spożycia podczas leczenia wiąże się bowiem z intensywnym dyskomfortem. Z tego względu wszywkę alkoholową zalicza się do grona metod awersyjnych. To techniki terapeutyczne, które wywołują negatywne reakcje organizmu lub psychiczne skojarzenia z alkoholem. Mechanizm powstawania nałogu alkoholowego opiera się na aktywacji ośrodka nagrody, który znajduje się w ludzkim mózgu. Organizm człowieka stopniowo przyzwyczaja się do obecności toksyn poalkoholowych w krwiobiegu. Wywołują one szereg zmian metabolicznych i biochemicznych, które bezpośrednio wpływają na sposób funkcjonowania m.in. układu nerwowego. Osoba spożywająca alkohol odczuwa odprężenie, pozbywa się objawów stresu i przeciążenia psychicznego, uspokajają się jej emocje. To jednak uczucie złudnego komfortu, który mija wraz z procesem trzeźwienia. Zaszycie alkoholowe polega na wszczepieniu pod skórę pacjenta specjalnego preparatu (najczęściej disulfiramu), który powoduje silne reakcje w organizmie po spożyciu alkoholu. Disulfiram blokuje enzym (dehydrogenazę aldehydową), który odpowiada za rozkład alkoholu w organizmie. Wówczas alkohol w organizmie nie jest prawidłowo metabolizowany. Zakłócenie metabolizmu alkoholu uniemożliwia przekształcenie etanolu w nieszkodliwą postać kwasu octowego. To prowadzi do gwałtownej kumulacji aldehydu octowego — substancji toksycznej, powodującej bardzo nieprzyjemne objawy. Reakcja disulfiramowa objawia się m.in.: nudnościami, wymiotami, bólem głowy, przyspieszonym rytmem serca, zawrotami głowy. Zabieg wszycia Esperalu (implantacja) – awersyjne działanie wszywki w leczeniu uzależnienia od alkoholu Metody awersyjne, w tym również zaszycie alkoholowe, są stosunkowo skuteczne w krótkoterminowym zniechęceniu uzależnionego do picia alkoholu. Nie rozwiązują one jednak głębszych problemów związanych z uzależnieniem, jak np. psychiczne mechanizmy nałogu. Dlatego terapia awersyjna powinna być stosowana w połączeniu z innymi formami leczenia. To przede wszystkim psychoterapia (np. terapia poznawczo-behawioralna), grupy wsparcia, edukacja o uzależnieniu oraz leczenie farmakologiczne. Ważne jest, aby pacjent był motywowany do długotrwałej zmiany stylu życia i eliminacji nawyków prowadzących do picia.   Zaszycie alkoholowe – dlaczego należy je połączyć z psychoterapią? Choć zaszycie alkoholowe może stanowić skuteczną metodę krótkoterminowego zniechęcania do picia alkoholu, nie jest to samodzielna, kompleksowa metoda leczenia uzależnienia. Zaszycie alkoholowe nie rozwiązuje podstawowych przyczyn uzależnienia. Najczęstsze z nich to problemy emocjonalne, stres, lęki, depresja, ogólny obniżony nastrój. Uzależnienie od alkoholu to często wynik głębszych problemów psychicznych, które wymagają kompleksowej i holistycznej pracy terapeutycznej. Brak zmiany nawyków i przekonań grozi nawrotem choroby alkoholowej nawet po zakończeniu terapii Esperalem. Decydując się na zaszycie alkoholowe, pacjent podejmuje jednocześnie decyzję o zaprzestaniu picia najczęściej pod wpływem presji zewnętrznej. To działanie może być skuteczne w krótkim okresie, ale bez motywacji wewnętrznej pacjent może szybko wrócić do picia. Brak odpowiedniego wsparcia psychoterapeutycznego może prowadzić do nawrotów. Psychoterapia, zwłaszcza terapia poznawczo-behawioralna, jest uznawana za jedną z najskuteczniejszych metod leczenia uzależnienia. Pomaga pacjentowi zrozumieć mechanizmy uzależnienia, pracować nad emocjami, które prowadzą do picia, zmieniać niezdrowe nawyki oraz rozwijać zdrowsze strategie radzenia sobie ze stresem i trudnymi emocjami. Grupy wsparcia, takie jak Anonimowi Alkoholicy (AA), oferują pacjentom uczestnictwo w życiu wspólnoty i uzyskanie wsparcia ze strony osób, które przechodzą przez podobne trudności. Regularne uczestnictwo w spotkaniach grupowych zwiększa szansę na trwałą abstynencję. « powrót do artykułu
  8. Badacze z QuTech (Uniwersytet Techniczny w Delft), we współpracy z Fujitsu i firmą Element Six, zaprezentowali działający zestaw bramek kwantowych, w których prawdopodobieństwo wystąpienia błędu wynosi poniżej 0,1%. Mimo, że całość wymaga jeszcze wiele pracy, tak niskie prawdopodobieństwo pojawienia się błędu jest jednym z podstawowych warunków prowadzenia w przyszłości powszechnych obliczeń kwantowych na dużą skalę. Skomplikowane obliczenia kwantowe wykonywane są za pomocą dużego ciągu podstawowych operacji logicznych prowadzonych na bramkach. Wynik takich obliczeń będzie prawidłowy pod warunkiem, że na każdej z bramek pojawi się minimalna liczba błędów, z którymi będą mogły poradzić sobie algorytmy korekty błędów. Zwykle uznaje się, że błędy nie powinny pojawiać się w więcej niż 0,1% do 1% operacji. Tylko wówczas algorytmy korekty będą działały właściwie i otrzymamy prawidłowy wynik końcowy obliczeń. Inżynierowie z QuTech i ich koledzy pracują z procesorami kwantowymi, które w roli kubitów wykorzystują spiny w diamentach. Kubity te składają się z elektronu i spinu powiązanego z defektami struktury krystalicznej diamentu. Defektem takim może być miejsce, w którym atom azotu zastąpił atom węgla w diamencie. Procesory takie działają w temperaturze do 10 K i są dobrze chronione przed zakłóceniami. Współpracują też z fotonami, co pozwala na stosowanie metod przetwarzania rozproszonego. Podczas eksperymentów wykorzystano system dwóch kubitów, jednego ze spinu elektronu w centrum defektu sieci krystalicznej, drugiego ze spinu jądra atomu w centrum defektu. Każdy z rodzajów bramek w takim systemie działał z odsetkiem błędów poniżej 0,1%, a najlepsze bramki osiągały 0,001% Żeby zbudować tak precyzyjne bramki, musieliśmy usunąć źródła błędów. Pierwszym krokiem było wykorzystanie ultraczystych diamentów, które charakteryzuje niska koncentracja izotopów C-13, będących źródłem zakłóceń, wyjaśnia główny autor badań, Hans Bartling. Równie ważnym elementem było takie zaprojektowanie bramek, by odróżniały kubity od siebie i od szumów tła. W końcu zaś, konieczne było precyzyjne opisanie bramek i zoptymalizowanie ich działania. Naukowcy wykorzystali metodę zwaną gate set tomography, która pozwala na dokładny opis bramek i operacji logicznych w procesorach kwantowych. Uzyskanie pełnej i precyzyjnej informacji o błędach na bramkach było niezwykle ważne dla procesu usuwania niedoskonałości i optymalizowania parametrów bramek, dodaje Iwo Yun. To jednak dopiero jeden, chociaż niezmiernie ważny, krok w kierunku wiarygodnego uniwersalnego komputera kwantowego. Nasz eksperyment został przeprowadzony na dwukubitowym systemie i wykorzystaliśmy konkretny rodzaj defektów sieci krystalicznej. Największym wyzwaniem jest utrzymanie i poprawienie jakości bramek w momencie, gdy trafią one do układów scalonych ze zintegrowaną optyką oraz elektroniką i będą pracowały ze znacznie większą liczbą kubitów, wyjaśnia Tim Taminiau, który nadzorował prace badawcze. Bramki zostały szczegółowo opisane na łamach Physical Review Applied. « powrót do artykułu
  9. Na Pustyni Judzkiej trwają prace przy odsłanianiu starożytnej struktury w kształcie piramidy. Biorą w nich udział archeolodzy z Izraelskiej Służby Starożytności oraz ochotnicy z całego kraju. Po pierwszym tygodniu wykopalisk wiadomo, że struktura pochodzi sprzed 2200 lat. Na miejscu znaleziono, między innymi, papirusy zapisane greką, monety z brązu wybite przez Ptolemeuszy oraz Seleucydę Antiocha IV Epifanesa, broń, tkaniny i drewniane narzędzia. Mamy tutaj jedno z najbogatszych i najbardziej intrygujących stanowisk archeologicznych na Pustyni Judzkiej. Odkryta przez nas piramidalna struktura jest duża, zbudowana z ręcznie ciosanych kamieni, z których każdy waży setki kilogramów. Już w pierwszym tygodniu prac wolontariusze znaleźli tutaj dokumenty pisane, wyjątkowe naczynia z brązu, pozostałości starożytnych mebli, które świetnie zachowały się w pustynnym klimacie. To bardzo obiecujące stanowisko. Każda chwila przynosi nowe odkrycia, stwierdzili kierownicy wykopalisk. Prace prowadzone są w ramach rozpoczętego przed 8 laty projektu, którego celem jest ratowanie zabytków z Pustyni Judzkiej przed rabusiami. Powołano specjalną Jednostkę Zapobiegania Rabunkowi, która systematycznie przeczesuje pustynię w poszukiwaniu potencjalnych stanowisk archeologicznych. Jednostka ta zlokalizowała dotychczas niemal 900 jaskiń, znaleziono tysiące artefaktów, w tym zwoje, fragmenty papirusów, broń czy monety. Prowadzone właśnie wykopaliska zmieniły nasz pogląd na to stanowisko. Wcześniej sądzono, że struktura pochodzi z okresu Pierwszej Świątyni. Teraz wydaje się, że powstała później, w okresie hellenistycznym, gdy Izraelem rządzili Ptolemeusze. Nie wiemy, jakie było jej przeznaczenie. Czy była to wieża strażnicza pilnująca ważnej drogi, którą transportowano sól i bitumy znad Morza Martwego do portów nad Morzem Śródziemnym? A może wielka struktura na szczycie góry wyznaczała miejsce pochówku lub służyła jako pomnik? To wciąż tajemnica, stwierdzają archeolodzy. Prace archeologiczne potrwają jeszcze trzy tygodnie. Izraelska Służba Starożytności założyła obóz dla pomagających jej ochotników, zapewnia wyżywienie, a każdego wieczora odbywają się wykłady z archeologii. « powrót do artykułu
  10. Liczba cytowań pracy naukowej od dawna uznawana jest za jeden z najważniejszych wskaźników jakości dorobku naukowego oraz wkładu w rozwój nauki. Doktor Giulia Maimone z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles (UCLA, University of California, Los Angeles) wraz z kolegami z George Washington University i UC San Diego, postanowili sprawdzić, jak publiczne oskarżenie naukowca o niewłaściwe zachowanie wpływa na liczbę cytowań jego prac. Uczeni przyjrzeli się dwóm kategoriom oskarżeń: oskarżeniom o niewłaściwe zachowania seksualne (zatem niezwiązanym z pracą naukową) oraz oskarżeniom dotyczącym plagiatu, fałszowania danych i innych działań, mających bezpośredni związek z pracą naukową. Uczeni wzięli pod lupę 5888 publikacji naukowych, którymi autorami było 30 uczonych oskarżonych o jedno z dwóch opisanych zachowań. Grupę kontrolną stanowiły 26 053 publikacje autorstwa 142 naukowców, którzy nie zostali o nic oskarżeni. Zbadano okres 13 lat, w którym wspomniane prace zostały zacytowane łącznie 290 038 razy. Badacze sprawdzili liczbę cytowań obu grup oskarżonych naukowców oraz grupy kontrolnej przed i po pojawieniu się oskarżeń. Dodatkowo przeprowadzono wywiady z 240 naukowcami oraz 231 osobami spoza akademii. Okazało się, że po publicznym oskarżeniu o niewłaściwe zachowanie seksualne liczba cytowań prac oskarżonego naukowca jest wyraźnie mniejsza przez kolejne trzy lata. Natomiast po oskarżeniu o plagiat, fałszowanie danych itp. nie dochodzi do znaczącego spadku cytowań. Gdy zapytano o zdanie osób, nie będących naukowcami, stwierdziły one, że nie chciałyby cytować prac osób oskarżonych o niewłaściwe zachowania seksualne. Jednak zupełnie inne odpowiedzi, sprzeczne z wynikami badań, uzyskano od naukowców. Ci stwierdzili, że raczej zacytują kogoś oskarżonego o niewłaściwe zachowania seksualne niż o naruszenie zasad tworzenia pracy naukowej. Skąd więc ta rozbieżność pomiędzy deklaracjami naukowców, a rzeczywistością? Czyżby naukowcy ukrywali własne preferencje lub źle interpretowali własne zachowanie? Szczegóły zostały opublikowane w artykule Citation penalties following sexual versus scientific misconduct allegations. « powrót do artykułu
  11. Archeolodzy z Uniwersytetu w Trnawie odkryli pierwszy na Słowacji rzymski akwedukt. Na niespodziewane znalezisko trafiono podczas prac przy restauracji pałacu w Rusovcach. To XIX-wieczny pałac neogotycki, uznany za zabytek narodowy, położony w dzielnicy Bratysławy. W czasach rzymskich w Rusovcach istniał obóz wojskowy Gerulata, stanowiący część naddunajskiego limesu. Powstał on prawdopodobnie w czasach Flawiuszy (II poł. I wieku). Najbardziej zaskakującym odkryciem jest znalezienie starożytnego systemu dostarczającego wodę, którego stan zachowania nie ma odpowiednika na Słowacji. To tak naprawdę pierwszy rzymski akwedukt odkryty na Słowacji. To sztuczny kanał, wybudowany w celu dostarczania wody z jednego miejsca do drugiego. Podobne struktury znamy z terenu Cesarstwa Rzymskiego. Dotychczas zbadaliśmy 38 metrów akweduktu, wyjaśnia archeolog i dziekan Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Trnawskiego w Trnawie, Erik Hrnčiarik. Akwedukt znajduje się 80 centymetrów pod obecną powierzchnią gruntu. Jego ściany wykonano z kamienia, dno wyłożono rzymskimi dachówkami tegulae. Ma 91 centymetrów wysokości i 32 centymetry szerokości. Archeologów zaskoczył zarówno świetny stan zachowania zabytku, jak i ilość materiału użyta do jego zbudowania. Obliczyliśmy, że Rzymianie użyli nawet 51 ton kamienia i ponad 80 dachówek. Na niektórych z nich zachował się podpis producenta, na części widać też odciśnięte łapy psa, który po nich przeszedł, gdy schły na słońcu, mówi zastępca kierownika ds. badawczych Tomáš Kolon. Podpis producenta umożliwił datowanie znaleziska. Na dachówkach widać napis „C VAL CONST KAR”. To oznaczenie warsztatu Gaiusa Valeriusa Constansa z Carnuntum. Był to rzymski obóz wojskowy i osada, które w II wieku zostały stolicą prowincji Panonia. Carnuntum położone jest kilkanaście kilometrów od Bratysławy, a obóz Gerulata stanowił jego osłonę od wschodu. Warsztat Constansa działał w II połowie II wieku. Sądzimy, że odkryty przez nas akwedukt był używany do końca II wieku. Później go zasypano, dzięki czemu tak dobrze się zachował, mówią badacze. Podobny system dostarczający wodę znaleziono też w niedalekiej Vindobonie (obecnie Wiedeń). Jednak ten ze Słowacji jest dłuższy. Nie wiadomo jednak, co zasilał. Struktura, do której prowadził, znajduje się prawdopodobnie pod południowym skrzydłem neogotyckiego pałacu. Można jedynie przypuszczać, że były to łaźnie dla żołnierzy, jednak to wyłącznie spekulacja, bo rzymska pozostałości zostały całkowicie zniszczone w czasie budowy pałacu. W czasie badań archeolodzy trafili też na ślady osadnictwa z wczesnej epoki żelaza i średniowiecza. Jednak najliczniej były reprezentowane pozostałości rzymskie. To głównie ceramika terra sigillata importowana z terenu dzisiejszych Niemiec i Francji. Znaleziono też tafle szklane, fragment łuku refleksyjnego, srebrną bransoletę i sakiewkę. Rzadkim znaleziskiem jest też piec do wypalania cegieł, którego później używano do produkcji wapna. Sądzimy, że produkowano tu wapno z marmurów znalezionych w zrujnowanym obozie rzymskim, informuje Tomáš Kolon. Równie interesująca jest współczesna podziemna okrągła struktura o średnicy kilku metrów. To tak zwania lodownia. W zimie zapełniano ją lodem, który w lecie służył do konserwowania żywności, a przede wszystkim do chłodzenia napojów. Prawdopodobnie służyła ona właścicielom pałacu, rodzinie Zichy. « powrót do artykułu
  12. Kosmiczna niezwykłość, która rzuca wyzwanie naszemu rozumieniu wszechświata, pokazuje, jaki los może spotkać Drogę Mleczną. Międzynarodowy zespół naukowy, który pracował pod kierunkiem ekspertów z CHRIST University w Bangalore, badał olbrzymią galaktykę spiralną położoną w odległości miliarda lat świetlnych od Ziemi. W centrum galaktyki znajduje się supermasywna czarna dziura o masie miliardy razy większej od masy Słońca, która napędza gigantyczne dżety radiowe o długości 6 milionów lat świetlnych. Badana galaktyka jest jedną z największych znanych galaktyk spiralnych. Równie wyjątkowe są jej dżety. Tak potężne znajdowano dotychczas niemal wyłącznie w galaktykach eliptycznych, nie spiralnych. To oznacza, że potencjalnie i Droga Mleczna mogłaby wygenerować w przyszłości tak potężne dżety. Jeśli by do tego doszło, mogłoby to oznaczać masowe wymieranie na Ziemi w wyniku intensywnego promieniowania To odkrycie skłania nas do przemyślenia ewolucji galaktyk, zwiększania masy czarnych dziur i oraz sposobu, w jaki kształtują one swoje otoczenie. Jeśli galaktyka spiralna jest w stanie nie tylko przetrwać, ale i rozwijać się w tak ekstremalnych warunkach, co to oznacza dla przyszłości Drogi Mlecznej? Czy nasza galaktyka doświadczy w przyszłości takiego wysokoenergetycznego zjawiska, które będzie miało poważne konsekwencje dla życia?, zastanawia się główny autor badań, profesor Joydeep Bagchi. Badacze wykorzystali Teleskop Hubble'a, Giant Metrewave Radio Telescope oraz Atacama Large Millimeter Wave Array za pomocą których przyjrzeli się galaktyce 2MASX J23453268−0449256. Ma ona średnicę 3-krotnie większą od Drogi Mlecznej. W jej wnętrzu odkryli supermasywną czarną dziurę emitującą potężne dżety. Właśnie te dżety są najbardziej zaskakujące. Obowiązuje bowiem pogląd, zgodnie z którym tak aktywne dżety powinny zniszczyć delikatną strukturę galaktyki spiralnej. Tymczasem 2MASX J23453268−0449256 ma dobrze widoczne ramiona, niewielką poprzeczkę oraz otaczający ją niezakłócony wewnętrzny pierścień gwiazd o średnicy 4,4 kpc (ponad 14 000 lat świetlnych). Galaktykę otacza rozległe halo gorącego gazu emitującego promieniowanie rentgenowskie. Halo powoli stygnie, jednak potężne dżety działają jak piec, uniemożliwiając tworzenie się tam gwiazd, pomimo wystarczającej do ich powstania ilości materiału. Centralna czarna dziura w Drodze Mlecznej – Sagittarius A (Sgr A*) – ma masę 4 milionów mas Słońca i jest wyjątkowo spokojna. Jednak, jak mówią badacze, może się to zmienić, jeśli wchłonie duża chmurę gazu, gwiazdę czy galaktykę karłowatą. W takiej sytuacji mogłyby pojawić się duże dżety. Takie zjawiska, zwane rozerwaniami pływowymi (TDE – tidal disruption event), obserwowano już w innych galaktykach. Gdyby Sgr A* zaczęła napędzać dżety, to ich wpływ zależałby od siły, kierunku i emisji energii. Taki dżet skierowany w pobliże Układu Słonecznego mógłby pozbawić planety atmosfery, doprowadzić do uszkodzeń DNA w wyniku zwiększonego promieniowania. pozbawić Ziemię warstwy ozonowej i doprowadzić do masowego wymierania. Autorzy badań zauważyli też, że 2MASX J23453268−0449256 zawiera 10-krotnie więcej ciemnej materii niż Droga Mleczna. Jej obecność może być kluczowa dla stabilności tej szybko obracającej się galaktyki. Fascynującym tematem przyszłych badań może być przeanalizowanie zależności pomiędzy ciemną materią, aktywnością czarnej dziury a strukturą tej galaktyki. Ze szczegółami można zapoznać się na łamach Monthly Notices of the Royal Astronomical Society. « powrót do artykułu
  13. Średniowieczne manuskrypty nieodmiennie kojarzą się z mrówczą pracą mnichów w skryptoriach. Wiemy jednak, że ich kopiowaniem zajmowali się nie tylko mnisi, ale i mniszki. Na przykład w 2019 roku opisywaliśmy badania, które dowiodły, że mniszki miały swój udział w tworzeniu luksusowych iluminowanych manuskryptów. Jak duży jednak był to udział? Zbadania tego zagadnienia podjęli się naukowcy z Wydziału Lingwistyki Uniwersytetu w Bergen, a wyniki swojej pracy opisali na łamach Humanities & Social Sciences Communications. Najnowsze szacunki mówią, że pomiędzy rokiem 400 a 1500 na łacińskim Zachodzie, czyli w rzymskokatolickiej części Europy, powstało ponad 10 milionów manuskryptów, z czego do dnia dzisiejszego dotrwało około 750 000. Słynne badania nad manuskryptami tworzonymi przez kobiety przeprowadził w latach 50. XX wieku Bernhard Bischoff. Od tamtej pory kolejne prace naukowe pokazywały, że kobiety – zarówno mniszki, jak i osoby świeckie – tworzyły manuskrypty w różnych czasach i na różnych obszarach geograficznych. Żadna z nich nie daje jednak odpowiedzi na pytanie, jak duży był ogólny udział kobiet w powstawaniu manuskryptów. Badacze z Bergen przeanalizowali katalog kolofonów publikowany w latach 1965–1982 przez mnichów z Opactwa św. Benedykta w Le Bouveret w Szwajcarii. Kolofony umieszczane były na końcu średniowiecznych ksiąg i mogły, między innymi, zawierać imię kopisty. W katalogu znajdują się 23 774 kolofony z manuskryptów będących własnością różnych instytucji. W kolofonach tych widzimy na przykład wyrazy „scriptrix” lub „soror”, identyfikujące płeć kopisty. Bywają też wpisy z wymienionym imieniem. Przykładem niech będzie kolofon nr 21616 „Scriptrix donetur in celis merces scribentis” (Niech kopistka otrzyma nagrodę w niebie), nr 1296 „Pytt got fur die screiberyn swester Appolonia Polanderijn” (Módlmy się do Boga, za kopistkę siostrę Appolonię Polanderijn) czy też kolofon z manuskryptu znajdującego się w praskiej Katedrze św. Wita, który głosi „Ego Birgitta filia sighfusi soror conventualis in monasterio munkalijff prope Bergis scripsi hunc psalterium cum litteris capitalibus licet minus bene quam debui, orate pro peccatrice” (Ja, Birgitta córka Sigfusa, siostra zakonna w klasztorze Munkeliv w Bergen, przepisałam ten psałterz wraz z inicjałami, chociaż nie tak dobrze, jak powinnam. Módlcie się za mnie grzeszną). Wśród skatalogowanych 23 774 kolofonów imiona znajdują się w 18 951, z czego 204 to imiona kobiece. Wśród pozostałych 4823 anonimowych kolofonów kobietę – na podstawie rzeczowników i zaimków – można zidentyfikować w 50 przypadkach, a mężczyznę w 1309. Zatem 254 jednoznacznie identyfikuje twórcę manuskryptu jako kobietę. W tej liczbie jest 9 przypadków manuskryptów tworzonych przez więcej niż 1 kobietę, a wśród nich manuskrypt, nad którym pracowało 9 pań. Nie ma zaś żadnego kolofonu wskazującego, że księgę przepisywali przedstawiciele obu płci. Możemy zatem przyjąć, że kobiety stworzyły co najmniej 1,1% manuskryptów. Zatem panie przepisały co najmniej 110 000 manuskryptów, z czego do dzisiaj powinno przetrwać około 8000. « powrót do artykułu
  14. Ponad dwa miesiące temu, 13 stycznia, od Lodowca Szelfowego Jerzego VI oderwała się góra lodowa A-84 (30x17 km). W tym czasie na pobliskim Morzu Bellingshausena, na pokładzie statku badawczego R/V Falkor (too), przebywał międzynarodowy zespół naukowy. Uczeni postanowili zmienić plany i skorzystać z nadarzającej się okazji, by zbadać odsłonięte dno morskie, do którego ludzkość po raz pierwszy zyskała dostęp. Na miejscu byli już 25 stycznia. To, co znaleźli wprawiło ich w zdumienie. Nie spodziewaliśmy się znalezienia tam tak pięknego, kwitnącego ekosystemu. Biorąc pod uwagę rozmiary zwierząt uważamy, że żyją one w tym miejscu od dziesiątków, a może nawet od setek lat, zachwyca się doktor Patricia Esquete z Uniwersytetu w Aveiro w Portugalii. Uczeni wykorzystali zdalnie sterowany pojazd podwodny ROV SuBastian i przez osiem dni badali dno. Odkryli rozwijające się ekosystemy do głębokości nawet 1300 metrów. Zauważyli wielkie koralowce i gąbki, które były domem dla licznych zwierząt, takich jak ośmiornice, ryby z rodziny białokrwistych i olbrzymie kikutnice (pająki morskie). Życie pod lodowcami szelfowymi to dla nauki zagadka. Po raz pierwszy bogate ekosystemy zauważono tam w 2021 roku, gdy naukowcy z British Antarctic Survey wwiercili się pod Lodowiec Szelfowy Flichnera-Ronne'a. Ekosystemy żyjące w głębiach oceanów czerpią składniki odżywcze z tego, co opadnie z powierzchni. Tymczasem tutaj mówimy o ekosystemach istniejących w miejscach, nad którymi znajdują się setki metrów lodu, zatem całkowicie odciętych od wspomnianego źródła składników odżywczych. Nie można wykluczyć, że pod lodowce szelfowe pożywienie trafia wraz z prądami morskimi. Nauka wciąż jeszcze nie rozumie tego mechanizmu. Nowo odsłonięte dno morskie daje okazję nie tylko do zbadania ekosystemu i geologii niedostępnych dotychczas terenów, ale pozwala też na poznanie przeszłości regionu, a zatem i wnioskowanie o jego przyszłości. Utrata lodu morskiego w Antarktyce jest istotnym elementem wzrostu poziomu oceanów. Nasze praca pozwala umieścić to we właściwym kontekście, przyczyniając się do udoskonalenia prognoz dotyczących przyszłości, wyjaśnia Sasha Montelli z University College London w Wielkiej Brytanii. Naukowcy badali też wpływ wód z topniejących lodowców na właściwości fizyczne i chemiczne całego regionu. Wstępne dane wskazują, że mamy tam do czynienia z wysoką produktywnością biologiczną i obfitym wypływaniem wody z Lodowca Szelfowego Jerzego IV. Badania prowadzone przez uczonych z R/V Falkor (too) to część globalnego program Challenger 150 przygotowanego przez Międzyrządową Komisję Oceanograficzną UNESCO. Jego celem jest zbadanie biologii głębokich partii oceanów. Naukowcy byli tam, by badać dno morskie i ekosystemy na styku lodu i morza. Znaleźli się we właściwym miejscu i czasie, gdy oderwała się góra lodowa, co dało okazję do przeprowadzenia unikatowych badań, mówi doktor Jyotika Virmani ze Schmidt Ocean Institute, do którego należy R/V Falkor (too). « powrót do artykułu
  15. Badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles twierdzą, że stworzyli pierwszy lek, który na modelu mysim w pełni naśladuje efekty fizycznej rehabilitacji u ofiar udarów. W artykule, opublikowanym na łamach Nature Communications, naukowcy opisali wyniki badań nad dwiema substancjami, z których jedna doprowadziła do znaczącego odzyskania możliwości poruszania się u myszy po udarze. Większość ofiar udarów nie odzyskuje w pełni zdrowia. Obecnie nie istnieją lekarstwa leczące skutki udaru, jedynym sposobem poprawy stanu pacjenta jest rehabilitacja, która zwykle pomaga w ograniczonym stopniu. Naszym celem jest stworzenie leków, które dają takie wyniki jak rehabilitacja. Rehabilitacja pomaga jedynie w ograniczonym stopniu, gdyż większość pacjentów nie jest w stanie prowadzić jej tak intensywnie, jak jest to wymagane. Chcielibyśmy rehabilitację po udarze przenieść z domeny ćwiczeń fizycznych w domenę działań medycyny molekularnej, mówi główny autor badań profesor S. Thomas Carmichael. Jego zespół najpierw przeanalizował, w jaki sposób rehabilitacja wpływa na mózg po udarze, a następnie zaczął szukać molekuł, które miałyby podobny wpływ. Uczeni z UCLA zidentyfikowali połączenia w mózgu, które zostają utracone w wyniku udaru, a do których dochodzi daleko od miejsca udaru. Okazało się, że część z tych połączeń traconych jest w neuronach PV, wykazujących ekspresję parwalbuminy. Biorą one udział w generowaniu fal gamma (fal mózgowych), koordynujących pracę neuronów. Udar powoduje utratę tej koordynacji, a fizyczna rehabilitacja ją przywraca. Naukowcy zidentyfikowali dwie molekuły, które mogłyby przywracać fale gamma po udarze. Oba bowiem pobudzają neurony PV. Badania wykazały, że jeden z leków – DDL-920 – doprowadził do znaczącego odzyskania przez myszy funkcji ruchu. Zanim jednak potencjalny lek trafi na rynek, konieczne będą dalsze badania, by ocenić jego efektywność i bezpieczeństwo u ludzi. « powrót do artykułu
  16. Samsung Galaxy S25 Ultra to smartfon, który zachwyca wyglądem i możliwościami – ale czy można zabezpieczyć go bez kompromisów między stylem a ochroną? Na szczęście, nowoczesne etui potrafią łączyć elegancję z wytrzymałością, oferując zarówno minimalistyczne warianty, które eksponują design urządzenia, jak i pancerne modele, które wytrzymają nawet najcięższe warunki. A co, jeśli dodamy do tego technologię MagSafe? Choć kojarzy się głównie z iPhone’ami, w przypadku Galaxy S25 Ultra okazuje się wyjątkowo praktyczna – pozwala na stabilne przyczepienie telefonu do magnetycznych uchwytów, ładowarek czy innych akcesoriów, co znacząco ułatwia codzienne użytkowanie.   Idealne etui do Galaxy S25 Ultra – styl czy ochrona? Czy można połączyć elegancję z wytrzymałością? Oczywiście, i wcale nie trzeba iść na kompromisy! Dzisiejsze etui to już nie tylko nudne, gumowe osłony, które kojarzą się z masywną cegłą w kieszeni. Technologia poszła do przodu, a producenci, tacy jak Spigen, oferują akcesoria, które łączą styl z solidnym zabezpieczeniem. Możesz mieć cienkie i eleganckie etui, które zapewni skuteczną amortyzację wstrząsów, albo przezroczystą ochronę, dzięki której nie zasłonisz futurystycznego designu Galaxy S25 Ultra. A co z MagSafe? W końcu to funkcja kojarzona głównie z iPhone’ami. Okazuje się, że MagSafe w Samsungu ma jak najbardziej sens – zwłaszcza jeśli korzystasz z magnetycznych akcesoriów, takich jak uchwyty samochodowe czy ładowarki bezprzewodowe. Dzięki wbudowanym pierścieniom MagFit niektóre etui Samsung S25 Ultra pozwalają na mocne i stabilne przyczepienie do akcesoriów, bez potrzeby dodatkowych magnesów czy nieestetycznych naklejek. W efekcie dostajesz wygodę, która do tej pory była zarezerwowana dla użytkowników Apple, ale teraz równie dobrze sprawdza się w smartfonach Samsunga.   Przezroczyste i designerskie – etui, które podkreśli wygląd Galaxy S25 Ultra Ultra Hybrid i jego wariacje to prawdziwa gratka od Spigen - jest to najbardziej klasyczny i popularny rodzaj etui, jednak to, jak ewoluował, może Cię zaskoczyć. Poznaj hybrydę ultrawyrzymałych tworzyw, które zapewniają ochronę na najwyższym poziomie i zaskakują niesamowitym designem. Ultra Hybrid Mag Nie każdy chce chować swój Samsung Galaxy S25 Ultra pod grubą warstwą plastiku – i właśnie dla tych osób powstało Ultra Hybrid Mag. Przejrzyste jak dobre intencje, a jednocześnie solidne jak przyjaźń, to etui pozwala cieszyć się oryginalnym designem smartfona bez obaw o przypadkowe spotkanie z chodnikiem. A co z tym wszechobecnym żółknięciem?Dzięki technologii Anti-Yellowing etui pozostaje przezroczyste na długo – więc nie musisz się martwić, że po kilku miesiącach będzie wyglądać jak stare plastikowe etui po solarium. Idealne dla osób, które chcą chronić swój telefon, ale bez ukrywania jego prawdziwego blasku. Ultra Hybrid Mag Zero One To etui to coś więcej niż tylko futurystyczny design – Ultra Hybrid Zero One łączy ciekawy wygląd z praktycznymi rozwiązaniami. Poza tym, że sprawia, iż Samsung S25 Ultra wygląda jak urządzenie rodem z laboratorium inżynierów, oferuje też solidną ochronę przed upadkami i zarysowaniami. Sztywna ramka i amortyzująca warstwa TPU chronią telefon przy codziennym użytkowaniu, a podwyższone krawędzie wokół ekranu i aparatu to mały, ale ważny detal, który może uratować wyświetlacz przy nieoczekiwanym spotkaniu z podłogą. Krótko mówiąc – telefon wygląda jak eksperyment z przyszłości, ale w praktyce to bardzo przemyślana zbroja. Smukłe, ale odporne – idealne etui S25 Ultra do codziennego użytkowania Dwa kolejne wzory etui do Samsunga S25 Ultra nie sprawią, że wyskoczysz z butów, ale zapewne przypadną do gustu fanom ciekawych detali, zarówno tych wizualnych, jak i użytkowych. Slim Armor Mag Nie masz gdzie schować karty płatniczej albo banknotu awaryjnego? Slim Armor CS rozwiązuje ten problem, bo to nie tylko etui, ale i mini sejf na tyle telefonu. Dzięki wbudowanemu, przesuwanemu schowkowi możesz ukryć w nim dwie karty, nie martwiąc się o wypchane kieszenie. A co z ochroną? Solidna, jak przystało na serię Armor – dwuwarstwowa konstrukcja i amortyzujące wnętrze chronią telefon przed upadkami. Ciekawostka? Mechanizm otwierania komory działa tak płynnie, że można poczuć się jak bohater filmu szpiegowskiego, wyciągając kartę niczym tajną broń.   Parallax Mag Etui Parallax to przykład na to, że design może iść w parze z funkcjonalnością. Jego geometryczna powierzchnia 3D nie tylko wygląda nowocześnie, ale przede wszystkim poprawia ułożenie telefonu w dłoni, zmniejszając ryzyko przypadkowego upuszczenia telefonu. Do tego elastyczna konstrukcja z TPU i wzmocnione narożniki zapewniają solidną ochronę przy codziennym użytkowaniu. Ten charakterystyczny wzór inspirowany jest techniką iluzji optycznej – więc poza lepszą ergonomią, masz też etui, które wygląda inaczej w zależności od kąta patrzenia. Prawdziwa gratka dla fanów detali!   Podsumowanie – które etui do Galaxy S25 Ultra naprawdę Cię zachwyci? Czy etui może być czymś więcej niż tylko ochroną? Jak się okazuje – zdecydowanie tak! Nowoczesne case’y do Samsung Galaxy S25 Ultra nie tylko zabezpieczają urządzenie przed upadkami, ale również zaskakują nietuzinkowym wyglądem, podkreślają styl smartfona i dodają mu zupełnie nowego charakteru. Jeśli cenisz minimalizm i przejrzystość, Ultra Hybrid Mag pozwoli Ci cieszyć się oryginalnym designem Galaxy S25 Ultra bez kompromisów w kwestii ochrony. Wolisz coś bardziej nietuzinkowego? Zero One odsłania technologiczne „wnętrzności” smartfona, nadając mu niemal eksperymentalny, futurystyczny styl. A może szukasz funkcjonalności? Slim Armor Mag to coś więcej niż etui – to także sprytny schowek na karty, który sprawia, że masz wszystko pod ręką. Jeśli zaś zależy Ci na wyjątkowym efekcie wizualnym i wygodniejszym chwycie, Parallax Mag wyróżnia się geometrycznym wzorem 3D, który przyciąga wzrok i poprawia ergonomię użytkowania. « powrót do artykułu
  17. Wszystko zaczęło się od przypadkowej obserwacji, mówi Li Zhang z University of Southern California. Wraz z kolegami zauważył, że gdy mysz trafi na inną nieprzytomną mysz, wchodzi z nią w intensywną interakcję. Najpierw ją wącha, później zaczyna  przeczesywać jej futro, a gdy to nic nie daje, liże oczy nieprzytomnej towarzyszki, w końcu gryzie jej usta i wyciąga język, by otworzyć drogi oddechowe. Wyciąganie języka zaobserwowano w ponad 50% przypadków. Działania takie przypominają to, co ludzie robią podczas udzielania pierwszej pomocy. Dotychczas pojawiały się anegdotyczne informacje o udzielaniu pierwszej pomocy przez słonie czy małpy, jednak brak było doniesień odnośnie myszy. Dlatego też Zhang i jego zespół przeprowadzili serię eksperymentów, by przekonać się, jaki jest cel takich działań. Uzyskane wyniki były dla nas szokiem. Zdaliśmy sobie sprawę, że myszy udzielają pierwszej pomocy, mówi Zhang. W ramach eksperymentów naukowcy pozbawiali myszy świadomości i sprawdzali, jak zachowują się inne myszy. Na przykład gdy do pyska nieprzytomnej myszy wsadzili jakiś obiekt, zajmująca się nią mysz wyciągała go w 80% przypadków. A wyjmowanie języka na zewnątrz rzeczywiście udrażniało drogi oddechowe. Uczeni zauważyli też, że działania ratunkowe były częściej podejmowane w przypadku znajomej myszy niż obcej, co wskazuje, że zwierzęta nie były motywowane agresją. Co interesujące, samice częściej niż samce podejmowały działania ratunkowe wobec obcych myszy, co może sugerować, że mają w sobie więcej współczucia. Warto też dodać, że badane myszy nie miały wcześniej do czynienia z nieprzytomnym zwierzęciem, a to wskazuje, iż umiejętność podejmowania działań ratunkowych jest wrodzona. Działania ratunkowe przynosiły efekt. Myszy, wobec których zostały one podjęte, odzyskiwały przytomność szybciej niż te, których nie ratowano. Natomiast myszy udzielające pomocy, gdy tylko nieprzytomna mysz zaczęła się poruszać, zmniejszały intensywność swoich działań, a w końcu ich zaprzestawały. Naukowcy zidentyfikowali też regiony w mózgu aktywujące się w reakcji na napotkanie nieprzytomnego zwierzęcia oraz w momencie udzielania mu pomocy. Nie są jednak zgodni co do tego, czym jest spowodowane takie zachowanie u myszy. Niektórzy zauważają, że u ludzi chęć niesienia pomocy interpretowana jest jako zachowanie prospołeczne, wynik rozwoju kultury, coś, czego uczymy się od innych. Tymczasem badania na myszach mogą sugerować, że jest to zachowanie wrodzone, automatyczne. Inni nie zgadzają się z taką opinią twierdząc, że zachowanie zwierząt nie ma nic wspólnego z udzielaniem pierwszej pomocy, a jest podyktowane tylko ciekawością. Badania nad myszami prowadziły niezależnie od siebie trzy laboratoria i wszystkie uzyskały podobne wyniki. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego zachowania u myszy laboratoryjnych, ale też nigdy wcześniej nie umieszczaliśmy odzyskującej siły myszy w klatce z innym zwierzęciem. Fakt, że trzy niezależne laboratoria uzyskały podobne wyniki, oznacza, że eksperymentom tym można ufać. Jednak przestrzegłabym przed zbytnią antropomorfizacją takich zachowań u nieczłowiekowatych czy przypisywaniu myszom intencji wykraczających poza to, co obserwujemy, mówi Cristina Márquez z Uniwersytetu w Coimbrze. Eksperymenty pokazują jednak, jak mało wiemy o zwierzętach. Tego typu zachowania mogą u nich występować znacznie bardziej powszechnie niż sądzimy czy chcielibyśmy przyznać. Szczególnie wśród zwierząt społecznych. Jednak powtórzenie takich obserwacji u dziko żyjących myszy będzie bardzo trudno. Żyją one bowiem w niewielkich grupach i dobrze się przed nami ukrywają. Jednak fakt, że jakichś zachowań u zwierząt nie widzimy, nie oznacza, że ich nie ma, dodaje Márquez. Badania opublikowano na łamach Science w artykułach Reviving-like prosocial behavior in response to unconscious or dead conspecifics in rodents, A neural basis for prosocial behavior toward unresponsive individuals oraz Rescue-like behavior in a bystander mouse toward anesthetized conspecifics promotes arousal via a tongue-brain connection. « powrót do artykułu
  18. Losy wszechświata zależą od równowagi pomiędzy ciemną energią, a materią. Dark Energy Spectroscopic Instrument (DESI), zamontowany na Kitt Peak w Arizonie działa od 2021 roku i zebrał dane o milionach galaktyk i kwazarów, dzięki czemu powstała największa trójwymiarowa mapa wszechświata. Gdy zaś naukowcy połączyli dane z DESI z danymi uzyskanymi z innych instrumentów, pojawiły się wskazówki, że ciemna energia – o której sądzono, że jest stałą kosmologiczną – ewoluuje w niespodziewany sposób i słabnie z czasem. A to oznacza, że standardowy model kosmologiczny może wymagać aktualizacji. DESI to międzynarodowy eksperyment zarządzany przez Lawrence Berkeley National Laboratory (LBNL). Zaangażowanych weń jest ponad 900 naukowców z ponad 70 instytucji badawczych na całym świecie. To co widzimy, jest niezwykle intrygujące. Bardzo ekscytująca jest świadomość, że możemy być o krok od wielkiego odkrycia dotyczącego ciemnej energii i natury wszechświata, mówi profesor Alexie Leauthaud-Harnett, rzecznik prasowa DESI. Same w sobie dane z DESI są zgodne z najpowszechniej uznawanym modelem wszechświata Lambda-CDM (ΛCDM), gdzie Λ to ciemna energia będącą tutaj stałą kosmologiczną, a CDM to zimna ciemna materia. Jeśli jednak połączy się te dane z wynikami badań mikrofalowego promieniowania tła (CMB), supernowych oraz słabego soczewkowania grawitacyjnego, coraz bardziej staje się oczywiste, że ciemna energia może słabnąć w czasie i inne modele kosmologiczne mogą lepiej opisywać rzeczywistość. Coraz bardziej i bardziej wygląda na to, że musimy zmodyfikować nasz standardowy model kosmologiczny tak, by wszystkie dane do siebie pasowały. A przyjęcie, że ciemna energia ulega ewolucji wydaje się najbardziej obiecującą metodą modyfikacji, dodaje profesor Will Percival, drugi z rzeczników prasowych DESI. Jak na razie poziom ufności, że rzeczywiście chodzi o ewolucję ciemnej energii nie osiągnął 5 sigma, kiedy to mówi się o odkryciu. Jednak różne kombinacje danych z DESI z pomiarami CMB, supernowych i soczewkowania dają wartości od 2,8 do 4,2 sigma. Poziom 3 sigma oznacza, że istnieje 0,3% szansy, iż uzyskane dane nie są prawdziwe. Pozornie to niewiele, jednak w fizyce już niejednokrotnie zdarzało się, że obserwacje o poziomie ufności 3 sigma po uwzględnieniu dodatkowych danych okazywały się anomalią statystyczną. Dlatego właśnie o odkryciu jest mowa przy poziomie 5 sigma. Pozwalamy wszechświatowi opowiedzieć nam, jak działa i być może mówi nam, że jest bardziej złożony, niż sądziliśmy. To niezwykle interesujące, a coraz więcej linii dowodowych prowadzi nas w tym samym kierunku, dodaje Andrei Cuceu, który stoi na czele grupy roboczej Lyman-alpha, mapującej odległe obszary wszechświata na podstawie rozkładu międzygalaktycznego wodoru. Jeśli rzeczywiście ciemna energia słabnie, nie wiemy, co to oznacza. Być może rozszerzanie wszechświata się zatrzyma i pod wpływem grawitacji zacznie się on kurczyć. A być może ciemna energia ulegnie dodatkowemu wzmocnieniu i wszechświat zacznie rozszerzać się jeszcze szybciej. Nowe obserwacje otwierają przed teoretykami nowe możliwości. O ile, oczywiście, są prawdziwe. DESI prowadzi jeden z najszerzej zakrojonych przeglądów kosmosu. Supernowoczesny instrument jest w stanie jednocześnie badać światło z 5000 galaktyk. Celem projektu jest zbadanie 50 milionów galaktyk i kwazarów. Cel ten może zostać osiągnięty pod koniec 2026 lub na początku 2027 roku. W międzyczasie, jeszcze w bieżącym roku DESI opublikuje wyniki badań nad gromadzeniem się galaktyk i materii w ciągu miliardów lat. Proces ten obrazuje wzajemne oddziaływanie grawitacji i ciemnej energii. Wyniki tych badań powinny jeszcze lepiej pokazać, czy rzeczywiście ciemna energia ulega osłabieniu. « powrót do artykułu
  19. Długoterminowe badania prowadzone w Szwajcarii pokazują, że osiedla z wieloma odpowiednio zaaranżowanym drzewa zapewniają swoim mieszkańcom nie tylko lepszą jakość życia, ale również dłuższe życie. Naukowcy wykazali istnienie silnej korelacji pomiędzy terenami zielonymi, a mniejszym ryzykiem zgonu. Do zbadania pozostały szczegółowe mechanizmy korzystnego wpływu odpowiedniej pokrywy drzew na zdrowie mieszkańców. Drzewa oczyszczają powietrze, zapewniają cień, obniżają temperatury w upalne letnie dni i zachęcają ludzi do wyjścia na zewnątrz. Dlatego w wielu miastach prowadzone są ambitne programy sadzenia drzew i organizacji terenów zielonych. Okazuje się jednak, że dużo zależy od samego zaaranżowania tych terenów. Istnienie takiego związku odkryli naukowcy z Politechniki Federalnej w Zurychu oraz Narodowego Uniwersytetu Singapuru. Naukowcy przyjrzeli się danym dotyczącym zdrowia i dobrostanu ponad 6 milionów osób. Dla każdej z nich określili też pokrywę drzew w promieniu 500 metrów od miejsca jej zamieszkania, skupiając się zarówno na powierzchni zajmowanej przez drzew, jak i ich rozkładowi w przestrzeni oraz stopniowi izolacji poszczególnych zgrupowań drzew. Wykazali w ten sposób, że istnieje silna korelacja pomiędzy ilością i rozkładem przestrzennym drzew, a śmiertelnością. Osoby, które mieszkają na terenach z dużą liczbą drzew, zajmujących rozległe obszary, są w znacznie mniejszym stopniu narażone na przedwczesny zgon, niż ci, który mieszkają tam, gdzie drzewa są rzadkością. Związek ten widać szczególnie mocno na obszarach miejskich o dużym zanieczyszczeniu powietrza i wysokich temperaturach. Dengkai Chi, główny autor badań, mówi: Jeszcze nie potrafimy określić dokładnego związku przyczynowo-skutkowego, ale przyjrzeliśmy się takim czynnikom jak wiek, płeć, status społeczno-ekonomiczny i widzimy jasną korelację. Nasze badania pokazują, że ludzie odnoszą korzyści nie tylko z obecności drzew, ale z odpowiedniego ich rozłożenia w przestrzeni. Uczony dodaje, że aby w pełni wykorzystać prozdrowotny potencjał drzew miasta powinny zadbać nie tylko o jak największa ich liczbę, ale też o to, by tworzyły one ciągłe przestrzenie. Powinno się łączyć izolowane obszary zielone, tworzyć całe bulwary obsadzone drzewami. Z badań wynika, że bardziej skoncentrowane obszary zieleni mają większy pozytywny wpływ na zdrowie niż niewielkie izolowane wyspy. Wstępne wyniki badań pokazują też, że takie obszary zielone powinny znajdować się w całym mieście, by mieszkańcy mieli do nich łatwy dostęp. « powrót do artykułu
  20. Inżynierowie z Chińskiego Uniwersytetu Nauki i Technologii we współpracy z kolegami z innych instytucji z Chin i Stellenbosch University z RPA zaprezentowali pierwszego na świecie mikrosatelitę, który w czasie rzeczywistym przeprowadził kwantową dystrybucję klucza (QKD) z wieloma niewielkimi mobilnymi stacjami naziemnymi. Urządzenia na mikrosatelicie ważyły 23 kilogramy, a przenośne stacje naziemne około 100 kg. Podczas pojedynczego przelotu satelity do stacji przekazano 1,07 Mb bezpiecznego klucza kwantowego. Komunikacja kwantowa jest znacznie bezpieczniejsza od tradycyjnych metod komunikacyjnych. Dlatego budzi olbrzymie zainteresowanie. Zbudowano już fizyczne sieci kwantowe, mają one jednak ograniczony zasięg i wciąż zmagają się z licznymi problemami. Jednym ze sposobów na bezpieczne przesyłanie informacji na duże odległości jest więc wykorzystanie satelitów do komunikacji kwantowej. Szczególnie obiecujące jest zaś wykorzystanie dużych konstelacji mikrosatelitów, zdolnych do komunikowania się z niewielkimi mobilnymi stacjami naziemnymi. Chińsko-południowoafrykański zespół opracował kilka nowych technologii, dzięki którym  w połowie 2022 roku wystrzelono Jinan-1, pierwszego kwantowego satelitę. Wielkim osiągnięciem jest też stworzenie naziemnym kompaktowych optycznych stacji komunikacyjnych, które dzięki niewielkiej masie mniejszej niż 100 kg – to o dwa rzędy wielkości mniej niż dotychczas używane stacje – można łatwo umieścić w dowolnym miejscu. Podczas eksperymentu Jinan-1 zestawił optyczne połączenie z wieloma stacjami znajdującymi się w Jinan, Hefei, Wuhan, Pekinie, Szanghaju oraz Stellenbosch. Transmisja z satelity odbywała się z prędkością około 250 milionów fotonów na sekundę. Przy każdym przelocie generował się około 1 megabita kluczy kwantowych. W ten sposób udało się bezpieczne przesyłać kwantowe klucze szyfrujące pomiędzy Pekinem a Stellenbosch, które dzieli 12 900 kilometrów. « powrót do artykułu
  21. Jezioro Żabińskie (Żabinki) na Pojezierzu Mazurskim w gminie Kruklanki dostarczyło niezwykle szczegółowych danych dotyczących temperatur w holocenie. Profesor Wojciech Tylmann i doktor Maurycy Żarczyński z Wydziału Oceanografii i Geografii Uniwersytetu Gdańskiego, we współpracy z kolegami z Niemiec i Szwajcarii przeprowadzili badania osadów jeziora, które pozwoliły im na zrekonstruowanie temperatur z ostatnich 10 800 lat. Każda analizowana próbka reprezentowała okres 3 lat, dzięki czemu naukowcy byli w stanie śledzić dekadowe zmienności temperatury. Nasza rekonstrukcja jest jedną z nielicznych na świecie, która operuje tak wysoką rozdzielczością czasową, stwierdził prof. Tylmann. Jezioro Żabińskie jest wyjątkowe. Odkładające się przez tysiąclecia warstwy osadów pozostały nienaruszone. Co więcej, wyraźnie widać w nich roczne przyrosty. Mamy tam naprzemienne warstwy jasną (odkłada się wiosną oraz latem i jest bogata w węglan wapnia) oraz ciemną (zdominowana przez szczątki organiczne, odkłada się jesienią i zimą). Dwie takie warstwy tworzą więc jeden rok. Uczeni pobrali 20-metrowy rdzeń i skoncentrowali się na badaniu węglanu wapnia. Zainteresowali się właśnie nim, gdyż prowadzone od kilkunastu lat badania pokazały, że w Jeziorze Żabińskim istnieje zależność pomiędzy warunkami meteorologicznymi, a wytrącaniem się węglanu wapnia. Gdy spostrzeżenie to potwierdzono analizą za ostatnich 60 lat, stwierdzono, że węglan wapnia pozwoli zrozumieć historię jeziora. Badania pokazały, że mediana wzrostu temperatur w ciągu ostatnich 90 lat wynosi 0,28 stopni Celsjusza na dekadę i jest najszybsza w całym badanym okresie. Obecne temperatury nie tylko są najwyższe od niemal 11 tysięcy lat, ale też mamy do czynienia z ich bezprecedensowo szybkim wzrostem. « powrót do artykułu
  22. W Instytucie Inteligentnych Systemów im. Maxa Plancka naukowcy stworzyli miniaturowe roboty – pokryli jednokomórkowe glony materiałem magnetycznym. Następnie sprawdzili, czy są one w stanie poruszać się w wąskich przestrzeniach i w płynach o takiej lepkości, jak płyny w ludzkim organizmie. Wyniki badań opublikowali zaś w piśmie Matter. Niewielkie, 10-mikrometrowe glony, są świetnymi pływakami. Poruszają się za pomocą dwóch wici z przodu. Naukowcy z Niemiec postanowili sprawdzić, czy miniaturowe rozmiary i umiejętności pływania można będzie wykorzystać. Pokryli więc glony naturalnym polimerem chitosanem wymieszanym z magnetycznymi nanocząstkami. Nie wiedzieli jednak, czy po takich zabiegach glony nadal będą zdolne do pływania. Okazało się, że dodatkowe obciążenie w niewielkim stopniu wpłynęło na ruchy glonów. Nadal potrafiły się poruszać z imponująca prędkością 115 mikrometrów na sekundę. Zatem w ciągu jednej sekundy przebywały długość równą niemal 12 długościom swojego ciała. Człowiek nie może się z nimi równać. Najlepsi pływacy wśród H. sapiens w ciągu sekundy przebywają odległość nieco większą niż 1 długość ich ciała. Po co jednak komu glony pokryte magnetycznymi nanocząstkami? Autorzy badań chcą wykorzystać je do dostarczania leków w wyznaczone miejsce w organizmie. Magnetyczne nanocząstki pozwolą sterować ruchem alg. Podczas badań nakładanie powłoki na glony trwało kilka minut, a skuteczność metody wynosiła 90%. Następnie algi testowano pod kątem zdolności pływania w wodzie w ciasnym labiryncie. Ruchami glonów kierowano za pomocą magnesów. Gdy testy wypadły pomyślnie, zwiększono lepkość płynu i znowu wpuszczono doń glony. Chcieliśmy sprawdzić, jak nasi pływacy sprawują się w płynie o gęstości śluzu. Odkryliśmy, że lepkość wpływa na ich zdolność poruszania się. Im była większa, tym wolniej się poruszały, zmieniał się też ich sposób ruchu. Po przyłożeniu pola magnetycznego, glony zaczęły drgać, pływając zygzakiem. To pokazuje, jak ważne dla optymalizacji pracy mikrorobotów jest odpowiednie dobranie pola magnetycznego do lepkości środowiska, mówi doktorantka Saadet Baltaci. Chcemy wykorzystać mikroroboty w złożonych ciasnych środowiskach, takich jak ludzkie tkanki. Nasze badania dają możliwość zastosowania ich do dostarczania leków, zapewniając biokompatybilne rozwiązanie o dużym potencjale rozwojowym w przyszłości, stwierdzają autorzy badań. « powrót do artykułu
  23. Człowiek współczesny pochodzi nie od jednej, a co najmniej od 2 populacji przodków, których linie ewolucyjne najpierw się rozeszły, a następnie połączyły. Naukowcy z University of Cambridge znaleźli dowody genetyczne wskazujące, że współczesny H. sapiens pochodzi z połączeniu dwóch dawnych populacji, które miały wspólnego przodka, 1,5 miliona lat temu doszło do ich rozdzielenia się, a 300 000 tysięcy lat temu do połączenia. Od jednej z tych linii ewolucyjnych dziedziczymy ok. 80% genów, a od drugiej otrzymaliśmy 20 procent. Przez ostatnie dziesięciolecia uważano, że H. sapiens powstał w Afryce około 200–300 tysięcy lat temu i pochodził z jednej linii przodków. Jednak badania, opublikowane na łamach Nature Genetics, przeczą temu poglądowi. Nasze badania pokazują, że ewolucja człowieka jest bardziej złożona, zaangażowane w nią były różne grupy, które przez ponad milion lat rozwijały się osobno, a później połączyły, dając początek człowiekowi współczesnemu, mówi profesor Richard Durbin. Autorzy skupili się na przeanalizowaniu całego genomu współcześnie żyjących ludzi i właśnie w nim zauważyli obecność dwóch populacji naszych przodków. Genom, który poddano analizie pochodził z 1000 Genomes Project, w ramach którego sekwencjonowano DNA różnych populacji żyjących obecnie w Azji, Afryce, Europie i obu Amerykach. Naukowcy stworzyli model komputerowy – cobraa – który pokazywał, w jaki sposób różne populacje łączyły się i dzieliły w trakcie ewolucji naszego gatunku. W ten sposób odkryli dwie populacje macierzyste, które dały nam początek. Analiza ujawniła też zmiany, jakie zachodziły przez ostatnich 1,5 miliona lat. Zaraz po tym, jak obie populacje naszych przodków się rozdzieliły, w jednej z nich pojawił się silny efekt wąskiego gardła, co sugeruje duży spadek liczebności. Populacja ta była bardzo niewielka i przez kolejny milion lat powoli się rozrastała. Ale to właśnie ona dostarczyła około 80% materiału genetycznego współczesnego człowieka. I wydaje się, że to od niej pochodzą neandertalczycy i denisowianie, mówi profesor Aylwyn Scally. Badania pokazały też, że geny odziedziczone po drugiej z populacji często poddawane były selekcji negatywnej, podczas której usuwane są szkodliwe mutacje. Mimo to, geny tej populacji, która w mniejszym stopniu buduje nasze DNA, szczególnie geny związane z funkcjonowaniem mózgu i układu nerwowego, mogły odegrać kluczową rolę w naszej ewolucji, wyjaśnia główny autor badań, doktor Trevor Cousins. Kim mogli więc być nasi przodkowie? Skamieniałości wskazują, że takie gatunki jak H. erectus i H. heidelbergensis żyły w tym czasie w Afryce i innych regionach. Być może to one dały nam początek? Jednak by to stwierdzić, potrzeba będzie jeszcze wielu badań. « powrót do artykułu
  24. Ziemia doświadczyła co najmniej 5 epizodów masowego wymierania. Przyczyny niektórych z nich, jak wymierania kredowego, kiedy wyginęły dinozaury, są znane. Co do innych wymierań, nie mamy takiej pewności. Od pewnego czasu pojawiają się głosy, że za przynajmniej jedno z wymierań odpowiedzialny był wybuch supernowej. Autorzy nowych badań uważają, że bliskie Ziemi supernowe już co najmniej dwukrotnie doprowadziły do wymierania gatunków. I nie mamy gwarancji, że sytuacja się nie powtórzy. Podczas eksplozji supernowej dochodzi do emisji olbrzymich ilości promieniowania ultrafioletowego, X czy gamma. Z badań przeprowadzonych w 2020 roku wiemy, że wybuch supernowej w odległości mniejszej niż 10 parseków (ok. 33 lata świetlne) od Ziemi, całkowicie zabiłby życie na naszej planecie. Za wymierania mogą więc odpowiadać wybuchy, do których doszło w odległości około 20 parseków (pc). Zginęłoby wówczas wiele gatunków, ale samo życie by przetrwało. Alexis L. Quintana z Uniwersytetu w Alicante oraz Nicholas J. Wright i Juan Martínez García z Keele University przyjrzeli się 24 706 gwiazdom OB znajdujących się w odległości 1 kiloparseka (kpc), czyli 3261 lat świetlnych od Słońca. Dzięki temu obliczyli tempo tworzenia się takich gwiazd, liczbę supernowych oraz liczbę supernowych bliskich Ziemi. Na podstawie tych obliczeń doszli do wniosku, że supernowe mogły odpowiadać za dwa masowe wymierania na Ziemi – ordowickie sprzed 438 milionów lat oraz dewońskie, do którego doszło 374 miliony lat temu. Autorzy wspomnianych badań z 2020 roku stwierdzili, że supernowa Typu II była odpowiedzialna z kryzys Hangenberg, końcowy epizod wymierania dewońskiego. Ich zdaniem, promieniowanie z wybuchu supernowej docierało do Ziemi przez 100 000 lat, doprowadziło do olbrzymiego zubożenia warstwy ozonowej i masowego wymierania. Quintana, Wright i García wyliczają, że do eksplozji supernowej w odległości 20 pc od Ziemi dochodzi raz na około 2,5 miliarda lat. « powrót do artykułu
  25. Teleskop Kosmiczny Jamesa Webba (JWST) pozwala na oglądanie kosmosu tak dokładnie, jak nigdy wcześniej. Dostarczył wielu danych, które zaskoczyły naukowców i zmusiły ich do uściślenia obowiązujących teorii, przyczynił się do pojawienia nowych hipotez, ma udział w interesujących odkryciach. Lior Shamir z Kansas State University poinformował na łamach Monthly Notices of the Royal Astronomical Society o kolejnej zaskakującej obserwacji. Uczony zauważył, że zdecydowana większość galaktyk spiralnych obraca się w tę samą stronę, przeciwną względem obrotu Drogi Mlecznej. Jeśli kierunek obrotu galaktyk byłby przypadkowy, to liczba galaktyk obracających się zgodnie z ruchem wskazówek zegara powinna być mniej więcej taka sama, co liczba galaktyk obracających się w stronę przeciwną. Tymczasem gdy Shamir przeanalizował dane dotyczące 263 galaktyk obserwowanych przez Webba w ramach programu James Webb Space Telescopce Advanced Deep Extragalactic Survey (JADES) okazało się, że 2/3 z nich (158) obraca zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a obrót 1/3 (105) zachodzi w kierunku przeciwnym. To od razu rzuca się w oczy. Nie trzeba mieć specjalnych zdolności czy wiedzy, by zobaczyć, że liczby są tak bardzo różne. Dzięki JWST każdy może to zobaczyć, dziwi się Shamir. To nie pierwszy raz gdy Shamir, ale też i inni uczeni, zauważają taki rozdźwięk. W swojej pracy Shamir wspomina na przykład o galaktykach obrazowanych w ramach SDSS (Sloan Digital Sky Survey). Badania ponad 36 000 galaktyk również pokazują nierównowagę i – co interesujące – im bardziej galaktyki są od nas oddalone, tym nierównowaga ta większa. Wracając jednak do obecnych badań, Shamir stwierdza, że istnieją dwa możliwe wyjaśnienia zaobserwowanego zjawiska. Być może wszechświat obracał się w momencie narodzin. Wyjaśnienie to jest zgodne z teoriami takimi jak kosmologia czarnej dziury, zgodnie z którą cały wszechświat znajduje się wewnątrz czarnej dziury. Jeśli jednak rzeczywiście wszechświat obracał się w momencie narodzin, to oznacza, że obowiązujące teorie są niekompletne, mówi Shamir. Ziemia, wraz z Układem Słonecznym, krążą wokół centrum Drogi Mlecznej. Efekt Dopplera powoduje, że galaktyki obracające się w przeciwnym kierunku, niż obrót Ziemi względem centrum naszej galaktyki, będą wydawały się nam jaśniejsze. Tutaj może tkwić kolejne z możliwych wyjaśnień naszej zagadki. Astronomowie powinni brać pod uwagę wpływ prędkości obrotowej Drogi Mlecznej – zjawisko to się pomija, gdyż powszechnie uważa się, że jego wpływ jest pomijalny – na pomiary dotyczące innych galaktyk. Jeśli rzeczywiście w tym tkwi problem, to musimy inaczej skalibrować instrumenty do obserwacji głębokich partii kosmosu. Zmiana kalibracji i pomiarów odległości pozwoliłaby też rozwiązać kilka ważnych zagadek kosmologicznych, takich jak prędkość rozszerzania się wszechświata czy istnienie galaktyk, które – zgodnie z obecnymi pomiarami – są starsze od wszechświata, mówi Shamir. « powrót do artykułu
×
×
  • Dodaj nową pozycję...