Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

KopalniaWiedzy.pl

Super Moderators
  • Content Count

    33331
  • Joined

  • Last visited

    Never
  • Days Won

    129

Everything posted by KopalniaWiedzy.pl

  1. W średniowieczu na Wyspach Brytyjskich ludzie chorowali na nowotwory 10-krotnie częściej niż dotychczas sądzono, informują naukowcy z University of Cambridge. Przeprowadzili oni pierwsze badania, w których wykorzystano zdjęcia rentgenowskie i tomografię komputerową do poszukiwania nowotworów w szkieletach populacji sprzed epoki przemysłowej. Z badań wynika, że w chwili śmierci na nowotwory chorowało od 9 do 14 procent dorosłej populacji średniowiecznej Brytanii. Dotychczas kwestię nowotworów u ludzi, którzy nie palili papierosów i nie zetknęli się z przemysłowymi zanieczyszczeniami powietrza badano przyglądając się z zewnątrz kościom i poszukując w nich oznak nowotworów. Ta metoda sugerowała, że przed wiekami nowotwory dotykały mniej niż 1% ludzi. Uczeni z Cambridge połączyli tradycyjne analizy kości z badaniami radiologicznymi. Przyjrzeli się w ten sposób 143 szkieletom z 6 cmentarzy z Cambridge i okolic. Badani ludzie żyli pomiędzy VI a XVI wiekiem. Większość nowotworów rozpoczyna się w tkankach miękkich. W przypadku średniowiecznych zwłok dawno uległy one rozkładowi. Tylko niektóre nowotwory dają przerzuty do kości, a wśród nich jest jedynie kilka, w przypadku których zmiany są widoczne na powierzchni. Dlatego też postanowiliśmy dokładniej przyjrzeć się kościom, mówi główny autor badań, doktor Piers Mitchell, którego zespół pracuje w ramach projektu „After the Plague”. Z wynikami najnowszych badań można zapoznać się na łamach pisma Cancer. Ze współczesnych badań wiemy, że przerzuty do kości pojawiają się w 30–50% nowotworów tkanek miękkich. Połączyliśmy tę wiedzę z dowodami na przerzuty do kości w badanych szkieletach i na tej podstawie oszacowaliśmy rozpowszechnienie się nowotworów w średniowiecznej Brytanii, informują autorzy badań. Dzięki użyciu tomografu mogliśmy znaleźć ślady nowotworów ukryte głęboko w kościach, które na zewnątrz wyglądały zupełnie normalnie. Dotychczas sądzono, że najczęstszymi przyczynami złego stanu zdrowia średniowiecznej populacji były choroby zakaźne, niedożywienie i urazy spowodowane wypadkami i wojnami. Teraz do najważniejszych chorób trapiących ludzi w średniowieczu należy dodać nowotwory, stwierdza doktor Jenna Dittmar. Naukowcy zauważają jednocześnie, że we współczesnej Wielkiej Brytanii 40–50 procent populacji choruje na nowotwór na jakimś etapie życia. To kilkukrotnie częściej niż w średniowieczu. Do rozpowszechnienia nowotworów prawdopodobnie przyczynił się współczesny tryb życia, jak chociażby palenie tytoniu, który dotarł do Brytanii w XVI wieku. Niewątpliwym też jest kancerogenny wpływ zanieczyszczeń przemysłowych. Niewykluczone też, że powodujące nowotwory wirusy są obecnie bardziej rozpowszechnione, gdyż łatwiej i częściej podróżujemy. Kolejną przyczyną jest większa średnia długość życia, co daje nowotworom więcej czasu na rozwój. Badane szkielety pochodziły z cmentarzy z trzech wsi wokół Cambridge oraz z samego miasta, w tym z cmentarza byłego opactwa augustianów oraz cmentarza szpitalnego. Niewiele szkieletów zachowało się w stanie komplecie. Uczeni wykorzystali tylko te szkielety, z których pozostał nietknięty kręgosłup, miednica i kości udowe. Wiadomo bowiem, że to w tych kościach najczęściej pojawiają się przerzuty. Zbadano szczątki 96 mężczyzn, 46 kobiet i osoby o nieustalonej płci. Ślady nowotworów znaleziono w kościach 5 osób (3,5%), głównie w kościach miednicy, chociaż u jednej osoby odkryto uszkodzenia na całym szkielecie, co sugeruje, że cierpiał na nowotwór krwi. Jako, że tomografia komputerowa pozwala wykryć przerzuty to kości w 75% przypadków, a przerzuty takie pojawiają się w 30–50 procentach nowotworów tkanek miękkich, naukowcy oszacowali, że na nowotwory cierpiało od 9 do 14 procent dorosłej populacji średniowiecznej Brytanii. Autorzy badań zaznaczają, że badana próbka była mała i ograniczona geograficznie, a jednoznaczne stwierdzenie nowotworu w kościach liczących setki lat nie jest proste. Konieczne są następne badania tomograficzne szczątków z różnych regionów i różnych czasów. To pozwoli nam twierdzić, jak bardzo rozpowszechnione były nowotwory, dodaje Mitchell. « powrót do artykułu
  2. Naukowcy odkryli, że w wielu przypadkach raka przełyku dochodzi do aktywowania wirusowego genomu, który jest obecny w genomie od milionów lat. To było zaskoczenie. Nie poszukiwaliśmy elementów wirusowych, ale ich odkrycie otwiera drogę dla potencjalnych leków przeciwnowotworowych, mówi główny autor badań profesor Adam Bass z Columbia University Vagelos College of Physicians and Surgeons. Wyniki badań opublikowano w Nature Genetics. Retrowirusy endogenne (ERV) to retrowirusy, które miliony lat temu zainfekowały pierwotne komórki rozrodcze kręgowców. Włączyły się one do materiału genetycznego zainfekowanego organizmu. Z czasem, w wyniku mutacji i kolejnych infekcji, genom wirusów stał się znaczną częścią genomu kręgowców. U człowieka aż 8% DNA pochodzi od retrowirusów. Pomysł, że ERV mogą przyczyniać się do rozwoju nowotworów, nie jest nowy. Co prawda ERV z czasem uległy degradacji i nie tworzą wirusów, ale mogą trafić do różnych genów, zaburzając ich aktywność lub też aktywując geny powodujące nowotwory. Ostatnio jednak zaczęły pojawiać się badania sugerujące, że ERV można wykorzystać do walki z nowotworami, jeśli uda się przeprowadzić ich transkrypcję do RNA. Gdy komórki aktywują wiele ERV, pojawia się wiele podwójnych nici RNA, które trafia do cytoplazmy komórek. To tworzy stan podobny do infekcji wirusowej i wywołuje reakcję zapalną. W ten sposób ERV mogą powodować, że nowotwory staną się bardziej podatne na immunoterapię. Wiele zespołów próbuje skłonić komórki nowotworowe do aktywowania ERV, wyjaśnia Bass. Bass wraz z zespołem wykorzystali tkanki myszy, z których stworzyli organoidy przełyku, by zbadać, w jaki sposób zdrowe komórki zamieniają się w komórki nowotworowe. Okazało się, że gen SOX2, który ułatwia rozwój nowotworu przełyku, prowadzi też do ekspresji licznych ERV. Jako, że duża ekspresja ERV i ich akumulacja są szkodliwe dla komórek, pojawia się enzym ADAR1, który prowadzi do szybkiej degradacji podwójnych nici RNA. Już z innych badań wiadomo, że ADAR1 jest związany z rakiem przełyku oraz, że im wyższy jego poziom, tym gorsze rokowania dla pacjenta. Jednak rola ADAR1 w raku przełyku nie była dotychczas znana. Nowotwory te są zależne od ADAR1. Jego działanie zapobiega pojawieniu się reakcji immunologicznej, która może być bardzo szkodliwa dla komórek, wyjaśnia Bass. Drugą ważną wskazówką był fakt, że niektóre osoby cierpiące na raka przełyku są poddawani immunoterapii, co wydłuża ich życie o kilka miesięcy. Blokowanie ADAR1 może mieć bezpośredni wpływ na rozwój raka przełyku, a do tego może znacząco zwiększać skuteczność immunoterapii u osób z tym nowotworem, ekscytuje się Bass. Jednak to nie wszystko. Obserwacja rozwoju nowotworu w utworzonych organoidach ujawniła wiele innych procesów, które można wykorzystać podczas leczenia. Sposób, w jaki użyliśmy organoidów, by ze zwykłych komórek utworzyć komórki nowotworowe to świetny system do odkrywania procesów wywołujących raka i testowania leków. Dzięki temu, że mogliśmy dokonywać pojedynczych zmian w genomie, byliśmy w stanie stwierdzić, które kombinacje zmian genetycznych prowadzą do rozwoju nowotworu, stwierdza Bass. Uczeni mogli sprawdzić, jakie są różnice w organoidach prawidłowych i nowotworowych, co z kolei pozwala odróżnić aktywność SOX2 w komórkach prawidłowych i nieprawidłowych. Ważne jest, byśmy poznali tę różnicę, gdyż potencjalne terapie muszą brać na cel komórki nowotworowe, ale oszczędzać zdrowe. Komórki nowotworowe łatwo jest zabić. Problem jednak w tym, w jaki sposób je zabić, oszczędzając zdrowe komórki, komentuje Bass. « powrót do artykułu
  3. Załogowa kapsuła kosmiczna Starliner produkcji Boeinga ma polecieć na Międzynarodową Stację Kosmiczną (ISS) nie wcześniej niż 30 czerwca. Będzie to drugi bezzałogowy test tej kapsuły. Pierwszy, nieudany, odbył się w grudniu 2019 roku. Jeśli misja OFT-2się powiedzie, Boeing może już w niedalekiej przyszłości stać się drugą prywatną firmą, która będzie woziła astronautów na ISS. W grudniu 2019 roku Starliner nie dotarł do Stacji z powodu problemów technicznych. Później pojawiły się kolejne problemy, które opóźniły następne testy. Boeing zarówno miał kłopot ze spełnieniem wymogów NASA. Był też problem ze znalezieniem odpowiedniego terminu i wolnego doku na ISS, na którą zaczęły latać pojazdy SpaceX. Ostatnio Boeing przeprowadził pięciodniową symulację misji, która potwierdziła, że oprogramowanie i sprzęt działają jak należy. Boeing i SpaceX to dwie prywatne firmy, które podpisały z NASA kontrakty na misje załogowe na Międzynarodową Stację Kosmiczną. SpaceX wykonał dotychczas dwa takie loty. Jeśli OFT-2 się powiedzie, to prawdopodobnie w przyszłym roku astronauci polecą na ISS na pokładzie Starlinera. Już w latach 70. ubiegłego wieku NASA zaczęła badać możliwość udostępnienia swoich stanowisk startowych i usług prywatnym przedsiębiorcom. Pozwoliłoby to bowiem obniżyć rosnące koszty infrastruktury konieczniej do prowadzenia misji kosmicznych. W czasach prezydenta Reagana, w 1984 roku, Kongres USA uchwalił ustawę Commercial Space Launch Act. W jej ramach NASA współpracuje z prywatnym przemysłem i ułatwia mu komercjalizację przestrzeni kosmicznej oraz technologii kosmicznych. W 2011 roku zrezygnowano z prowadzonego od 30 lat programu promów kosmicznych. NASA, chcąc skupić się na eksploracji dalszych części Układu Słonecznego, postanowiła że kwestię prac w pobliżu Ziemi pozostawi prywatnym firmom. W wyniku wieloetapowego procesu selekcji w roku 2014 zdecydowano, że to firmy SpaceX oraz Boeing będą realizowały wart 6,8 miliarda USD program Commercial Crew Transportation Capability. « powrót do artykułu
  4. Astronomowie z Obserwatorium Astronomicznego UW wyjaśnili prawie stuletnią zagadkę pochodzenia tzw. długiego okresu wtórnego w gwiazdowych czerwonych olbrzymach. Gdy w gwiazdach typu słonecznego wyczerpuje się paliwo jądrowe, przeistaczają się one w czerwone olbrzymy. Oznacza to, że zwiększają swój promień setki razy, pochłaniając tym samym krążące wokół nich pobliskie planety. Jednocześnie gwiazdy te zaczynają tracić masę w wyniku intensywnego wiatru gwiazdowego. Co więcej, w ostatnich etapach swojego życia czerwone olbrzymy zaczynają pulsować, co widoczne jest w postaci regularnych zmian blasku tych gwiazd. Około 30% jasnych czerwonych olbrzymów wykazuje dodatkową zmienność z okresem od kilku miesięcy do kilku lat – typowo dziesięć razy dłuższym niż okres pulsacji tych gwiazd. Pochodzenie tzw. długiego okresu wtórnego (ang. long secondary period – LSP) pozostawało tajemnicą przez niemal stulecie, odkąd pierwszy raz zaobserwowano to zjawisko. Astronomowie próbowali tłumaczyć zmienność LSP w czerwonych olbrzymach wzbudzaniem nieradialnych oscylacji gwiazdowych, tworzeniem się gigantycznych komórek konwekcyjnych, epizodycznymi wyrzutami pyłu z powierzchni gwiazdy albo obecnością ciemnych plam w jej fotosferze. Jednak żaden z proponowanych modeli nie potrafił wyjaśnić wszystkich obserwowanych własności gwiazd LSP. Grupa astronomów z Obserwatorium Astronomicznego UW pod kierunkiem prof. Igora Soszyńskiego od lat bada to zjawisko, wykorzystując największą na świecie bazę danych fotometrycznych tworzoną od niemal 30 lat przez przegląd nieba Optical Gravitational Lensing Experiment (OGLE). Kierowany przez prof. Andrzeja Udalskiego projekt OGLE prowadzi regularne obserwacje około 2 miliardów gwiazd należących do naszej Galaktyki oraz do pobliskich Obłoków Magellana. Ogromna baza danych OGLE posłużyła do wybrania bezprecedensowo dużej próbki, około 16 000 gwiazd LSP i zbadania ich właściwości. W szczególności po raz pierwszy zostały przeanalizowane zmiany jasności gwiazd LSP w zakresie podczerwonym. W tym celu badacze skorzystali z obserwacji prowadzonych od kilku lat przez amerykański teleskop kosmiczny WISE (Wide-field Infrared Survey Explorer). Porównanie optycznych krzywych blasku OGLE z podczerwonymi danymi fotometrycznymi WISE wykazało jedną zasadniczą różnicę: dodatkowe minimum jasności widoczne wyłącznie w zakresie podczerwonym. Takie zachowanie można wyjaśnić obecnością dodatkowego obiektu krążącego tuż nad powierzchnią olbrzyma i otoczonego rozległą chmurą pyłu przesłaniającą gwiazdę raz na okres orbitalny. Materia tworząca orbitującą chmurę nagrzewa się do temperatur około 1000-1500 K, co powoduje emisję promieniowania podczerwonego, dlatego kiedy dochodzi do zakrycia chmury przez czerwonego olbrzyma, można obserwować wtórne minimum tylko w tym zakresie widmowym. Pomiary zmian prędkości radialnych gwiazd LSP wskazują, że zanurzonymi w pyłowej chmurze towarzyszami czerwonych olbrzymów najczęściej są ciała o masach podgwiazdowych, tzw. brązowe karły. Obiekty tego typu powstały prawdopodobnie w wyniku ściągania materii przez planety krążące początkowo na odległych orbitach wokół swoich gwiazd. Wyjaśnienie to otwiera nowe perspektywy badania rozkładów przestrzennych układów planetarnych w naszej i innych galaktykach. Praca prezentująca rozwiązanie zagadki długiego okresu wtórnego w czerwonych olbrzymach ukazała się w czasopiśmie The Astrophysical Journal Letters. « powrót do artykułu
  5. Naukowcy z holenderskiego Twente University zbadali, co dzieje się w mózgach osób wykonujących rzuty karne na boisku piłkarskim. Badania wykazały, że u osób, które ulegają presji i nie strzelają goli, dochodzi do aktywacji obszarów mózgu odpowiedzialnych za myślenie długoterminowe. To wskazuje, że przyczyną niestrzelenia gola może być zbyt intensywne myślenie o konsekwencjach. Max W. J. Slutter, Nattapong Thammasan i Mannes Poel wykorzystali w swoich badaniach funkcjonalną spektroskopię w bliskiej podczerwieni (fNIRS) do zmierzenia aktywności mózgów badanych i twierdzą, że to pierwsze tego typu badania, które przeprowadzono w warunkach rzeczywistych, a nie w laboratorium. Ich zdaniem fNIRS może poprawić osiągi graczy, gdyż pokaże, jak działa ich mózg w czasie gry. Naukowcy sugerują, że piłkarze mogą nauczyć się aktywowania tych obszarów mózgu, które będą pomagały w stresujących sytuacjach, jak np. wykonywanie rzutu karnego. Jeśli to prawda, to podobne techniki można będzie wykorzystać nie tylko w sporcie, a wszędzie tam, gdzie działamy pod duża presją. Wyniki naszych badań mogą mieć wpływ wykraczający daleko poza sport. Mogą przydać się np. chirurgom, który muszą zachować wysoką sprawność manualną w warunkach dużej presji, stwierdzają naukowcy. Wyniki ich badań ukazały się w artykule Exploring the Brain Activity Related to Missing Penalty Kicks: An fNIRS Study. Jak to się dzieje, że gracze, którzy potrafią doskonale kontrolować piłkę i precyzyjnie kopnąć ją na odległość ponad 50 metrów, nie trafiają w bramkę z odległości 11 metrów?, mówi Slutter. Uczeni wyjaśniają, że o ile umiejętności fizyczne odgrywają dużą rolę w wykonywaniu karnych, to ważnym czynnikiem jest też psychika. Niejednokrotnie już wykazano, że gracze w czasie wykonywania karnych znajdują się pod dużą presją i czują niepokój. To może ich „przytkać”. Odporność na presję to czynnik indywidualny, ale presja często prowadzi do stresu, a ten negatywnie wpływa na techniczną stronę wykonywania rzutu karnego. Czynniki psychologiczne, takie jak niepokój i presja to jedne z najważniejszych przyczyn pomyłek, dodaje autorzy badań. Do najnowszych badań zaangażowano 22 ochotników. Każdy z nich miał na głowie specjalną nakładkę dokonującą pomiarów. Testy prowadzono w trzech sytuacjach. W pierwszej zadaniem uczestników było trafienie do pustej bramki. W drugiej mieli strzelić gola bramkarzowi, który był ich kolegą. W trzeciej sytuacji bramkarz starał się ich rozproszyć, a za strzelenie gola czekała nagroda. Do eksperymentów zaproszono zarówno amatorów, jak i doświadczonych graczy. Po każdej z prób gracze wypełniali specjalny kwestionariusz, za pomocą którego mierzono poziom presji i zdenerwowania, jakie odczuwali. Odkryliśmy, że gracze, którzy lepiej radzili sobie pod presją, aktywowali w mózgu obszar odpowiedzialny za wykonywanie konkretnych zadań. Na przykład zwiększenie aktywacji kory ruchowej poprawiało działanie pod presją. To logiczne, gdyż odpowiednie poruszanie się to ważny czynnik podczas wykonywania rzutów karnych, mówi Thammasan. Z kolei u graczy, którzy odczuwali silniejszą presję i częściej pudłowali dochodziło do aktywacji kory przedczołowej. To obszar mózgu odpowiedzialny za myślenie długoterminowe, co wskazuje, że osoby te myślały o konsekwencjach potencjalnych błędów, co negatywnie wpływało na ich wyniki. Uzyskane wyniki wspierają hipotezę, zgodnie z którą do prawidłowego wykonania pod presją czynności fizycznych konieczne jest efektywne aktywowanie odpowiednich obszarów mózgu. « powrót do artykułu
  6. Dziennik "Le Parisien" poinformował, że dom letniskowy Marii i Piotra Curie w Saint-Rémy-lès-Chevreuse w podparyskim departamencie Yvelines został wystawiony na sprzedaż za 790 tys. euro. Choć agencja Stéphane Plaza ma go w ofercie już od kilku tygodni, na razie kupiec się nie znalazł. Nie powinno to dziwić, bo zaniedbany dom o powierzchni 120 m2 wymaga remontu, którego koszt szacuje się na 200 tys. euro. [Dom] trzeba wyremontować od piwnic po strych, wliczając w to fasadę, dach oraz izolację. To duże przedsięwzięcie - podkreśla dyrektor agencji Daniel Cazou-Mingot. Dom zbudowano ok. 1890 r. z materiału wydobytego w kamieniołomach departamentu. Nieruchomość była kilkakrotnie nielegalnie zamieszkiwana. Otacza ją ogród o powierzchni 926 m2. Dom znajduje się blisko stacji kolejowej. Zachowały się stare elementy wystroju, w tym tapety, podłogi czy kafle. Gdy się tam wchodzi, ma się ponoć wrażenie przeniesienia w czasie. Wg obecnego właściciela, sufit w salonie pomalowała sama Maria. Ten dom ma duszę, ale biorąc pod uwagę jego stan, nie wszystkim będzie odpowiadać. By go kupić, trzeba specjalnej wrażliwości. Był to dom letniskowy, do którego Maria i Piotr przyjeżdżali odpocząć. Wykorzystywali go między 1904 a 1906 r. Jak podkreślono w "Le Parisien", państwo Curie jeździli wtedy na rowerach, spacerowali i odwiedzali działającą do dziś Ferme de Coubertin. Po śmierci Piotra wdowa przyjechała tu jeszcze tylko parę razy. Z szczegółami oferty można się zapoznać na witrynie agencji. « powrót do artykułu
  7. Na Bringham Young University stworzono animowane hologramy. Naukowcy zaprezentowali miecze świetlne oraz rozegrali bitwę pomiędzy USS Enterprise a klingońskim krążownikiem. To, co tutaj widzimy jest prawdziwe. Nic nie zostało wygenerowane na komputerze, mówi profesor Dan Smalley. Na prezentowanym przez niego filmie widzimy fizycznie istniejące torpedy fotonowe i symulacje ich wybuchów. Smalley i jego zespół zdobyli rozgłos przed trzema laty, gdy zaprezentowali pierwsze hologramy unoszące się w przestrzeni i nie wymagające żadnego ekranu. Uzyskali to poprzez uwięzienie pojedynczej cząstki w powietrzu i sterowanie nią za pomocą lasera. Teraz, dzięki grantowi z Narodowej Fundacji Nauki, wkroczyli na kolejny poziom i prezentują proste animacje w powietrzu. To droga ku stworzeniu pełnych holograficznych animacji, w których użytkownik będzie mógł wchodzić w interakcje z przedmiotami go otaczającymi. Większość tego typu technologii wymaga ekranu, my tworzymy obiekty w przestrzeni. I są to obiekty fizyczne, nie jakiś rodzaj złudzenia. Nasza technologia pozwala na tworzenie tętniących życiem animowanych obiektów w naszym otoczeniu, dodaje Smalley.   « powrót do artykułu
  8. Wystrzelona w 2016 roku misja OSIRIS-REx opuści dzisiaj asteroidę Bennu i rozpocznie powrót do domu. Sonda znajduje się na orbicie Bennu od 2018 roku, a przed sześcioma miesiącami pobrała z niej próbki. Jak wówczas informowaliśmy, OSIRIS-REx padła ofiarą własnego sukcesu – materiału pobrała tak dużo, że nie można było zamknąć pojemnika i cenne próbki uciekały w przestrzeń kosmiczną. Obecnie OSIRIS-REx znajduje się po przeciwnej stronie Słońca niż Ziemia. To najlepszy moment na odpalenie głównych silników i lot w kierunku Ziemi. Sonda nie będzie lądowała. Zrzuci pojemnik z próbkami, który 24 września 2023 roku wyląduje na pustyni w Utah, 80 kilometrów na zachód od Salt Lake City. Dotychczas OSIRIS-REx ma na swoim koncie same sukcesy. Bez przeszkód dotarł do niewielkiej – 500-metrowej – asteroidy, wykonał jej dokładną mapę, na podstawie której wybrano miejsce lądowania, sond dotknęła asteroidy w odległości zaledwie 1 metra od planowanego miejsc. I pobrała próbki. Dopiero wówczas pojawił się pewien problem, gdyż próbek było zbyt dużo. NASA planowała pobrać 60 gramów, co i tak jest rekordową ilością pobraną z asteroidy. Tymczasem pobrano znacznie więcej. Nie wiadomo dokładnie ile, gdyż trzeba było odwołać manewr pozwalający określić wagę próbek. Być może jednak zebrano aż 300 gramów materiału z Bennu. Powrót sondy rozpocznie się od uruchomienia silników, które będą działały przez 7 minut. To nada sondzie prędkość 950 km/h względem Słońca. Jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, to potwierdzenie o uruchomieniu silników powinno nadejść ok. 22:16 czasu polskiego. Jeśli silniki nie zostaną uruchomione, będzie jeszcze kilka okazji do powtórzenia manewru. OSIRIS-REx będzie wracał po wysoce eliptycznej orbicie. Jej zajęcie zajmie mu sporo czasu. Dla obserwatora z boku będzie to wyglądało niemal tak, jakby sondę wystrzelono do góry, by Ziemia mogła pod nią podlecieć. Najpierw, ze względów bezpieczeństwa, OSIRIS-REx zbliży się do Ziemi na odległość 10 000 kilometrów. Następnie we wrześniu 2022 roku uruchomi silniki i podleci na odległość 2500 km. Później zbliży się jeszcze bardziej. Gdy będzie odpowiednio blisko, odłączy się od niego pojemnik z próbkami. Trafi on w atmosferę z prędkością 12,2 km/s, a gdy zostanie przez nią odpowiednio spowolniony, rozwinie się spadochron. Podjęty pojemnik zostanie otwarty w specjalnym laboratorium w Johnson Space Center w Teksasie. Część zebranych próbek zostanie udostępniona innym krajom, a część zostanie zapieczętowana, by w przyszłości naukowcy dysponujący lepszymi narzędziami i większą wiedzą również mogli je badać. Tymczasem sonda OSIRIS-REx, po uwolnieniu kapsuły z próbkami uruchomi silniki i poleci w stronę wewnętrznych obszarów Układu Słonecznego. NASA nie wyklucza, że jeśli nada będzie sprawna i będą pieniądze na jej obsługę, to dostanie ona kolejne zadanie – spotkanie z jakimś innym obiektem w przestrzeni kosmicznej. W końcu zużyje całe paliwo, jej elektronika zostania zniszczona przez promieniowanie kosmiczne i na zawsze stanie się kosmicznym odpadkiem. « powrót do artykułu
  9. My odbieramy otoczenie w jednostkach odległości, natomiast nietoperze – w jednostkach czasu. Dla nietoperza owad znajduje się nie w odległości 1,5 metra, ale 9 milisekund. Badania przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu w Tel Awiwie dowodzą, że nietoperze od urodzenia znają prędkość dźwięku. Żeby to udowodnić naukowcy hodowali dopiero co urodzone nietoperze w środowisku wzbogaconym o hel, w którym prędkość dźwięku jest wyższa od prędkości dźwięku w powietrzu. W ten sposób odkryli, że zwierzęta wyobrażają sobie dystans w jednostkach czasu, nie odległości. W życiu codziennym nietoperze używają sonaru – emitują dźwięki i analizują ich odbicia. Dla nich istotny jest czas, w jaki emitowany dźwięk do nich powraca. To zaś zależy od czynników środowiskowych, jak np. temperatura czy skład powietrza. Na przykład w pełni gorącego lata prędkość dźwięku może być o 10% większa, niż w zimie. Zespół z Izraela, pracujący pod kierunkiem profesora Yossiego Yovela i doktoranta Derna Emichaj wzbogacił powietrze helem, dzięki czemu prędkość dźwięku była wyższa. Okazało się, że ani dorosłe nietoperze, ani młode, które były wychowywane w takiej atmosferze, nie lądowały w miejscu, w którym zamierzały. Zawsze lądowały zbyt blisko. To zaś pokazuje, że uważały, iż ich cel jest bliżej. Innymi słowy, nie dostosowywały swojego zachowania do wyższej prędkości dźwięku. Jako,że dotyczyły to zarówno dorosłych nietoperzy, które wychowywały się w normalnych warunkach atmosferycznych, jak i młodych wychowywanych w atmosferze wzbogaconej helem, naukowcy stwierdzili, że poczucie prędkości dźwięku jest u nietoperzy wrodzone. Dzieje się tak dlatego, że nietoperze muszą nauczyć się latać wkrótce po urodzeniu. Uważamy więc, że w drodze ewolucji pojawiła się u nich wrodzona wiedza o prędkości dźwięku, co pozwala na oszczędzenie czasu na początku rozwoju zwierząt, mówi profesor Yoel. Inne interesujące spostrzeżenie jest takie, że nie potrafią zmienić tego poczucia prędkości dźwięku w zmieniających się warunkach, co wskazuje że przestrzeń odbierają wyłącznie jako funkcję czasu, nie odległości. Udało się nam odpowiedzieć na podstawowe pytanie – odkryliśmy, że nietoperze nie mierzą odległości, a czas. Może się to wydawać jedynie różnicą semantyczną, ale sądzę, że przestrzeń odbierają one w całkowicie inny sposób niż ludzie i inne ssaki. Przynajmniej wtedy, gdy polegają na sonarze, dodaje Yovel. « powrót do artykułu
  10. Na strychu domu jednej ze wsi w okolicach Biłgoraja znaleziono... naczynie peruwiańskiej kultury Chimú z X–XV wieku. Rozbite naczynie przekazał Muzeum Ziemi Biłgorajskiej anonimowy darczyńca. Początkowo specjaliści sądzili, że to zabytek polskiej sztuki ludowej, jednak gdy archeolog Konrad Grochecki zaczął je sklejać, okazało się, że do Biłgoraja trafiło coś wyjątkowego. Naczynie to trafiło [do Muzeum] jeszcze przed moim zatrudnieniem i wtedy były nawet pomysły, że jest to wytwór jakiegoś ludowego artysty. Jednak gdy je zobaczyłem, skojarzyło mi się z kulturą Ameryki Południowej. Po wstępnym rozpoznaniu okazało się, że zabytek pochodzi z Ameryki Południowej, [a] dokładniej z terenów dzisiejszego Peru. Naczynie związane jest z kulturą Chimú, która powstała na początku X wieku. Jej kres rozpoczął się w roku 1470, kiedy to państwo zorganizowane przez lud Chimú zostało podbite przez Inków - wyjaśnia Grochecki. Ucho naczynia przedstawia siedzącego człowieka grającego na instrumencie. Pozostała część naczynia jest ozdobiona półkolistym ornamentem i skośnymi liniami. W naczyniu przechowywano najprawdopodobniej płyny, wodę lub olej. Nie wiadomo, w jaki sposób trafiło ono do Polski. Niewykluczone, że przyjechało w XIX wieku. Znamy bowiem przykłady Polaków, którzy w tym czasie pracowali dla rządu Peru i przywodzili różne zabytki. Jednym z takich podróżników był inżynier Władysław luger z Krakowa, który zgromadził pokaźną kolekcję prekolumbijskich zabytków; część z nich można oglądać w Muzeum Archeologicznym w Krakowie. Muzeum Ziemi Biłgorajskiej spróbuje poznać historię naczynia i dowiedzieć się, w jaki sposób trafiło ono w okolice Biłgoraja. Jest to przepiękne naczynie. Garncarska sztuka Chimów naprawdę robi wrażenie. Obiekt będzie można oglądać, jak tylko zostaną zniesione obostrzenia. Naczynie będzie czekało na zwiedzających w naszym muzeum - stwierdził Konrad Grochecki w rozmowie z portalem Biłgoraj Nasze Miasto. « powrót do artykułu
  11. W Wielkim Zderzaczu Hadronów zainstalowano nowe urządzenie o nazwie FASER (Forward Search Experiment), którego współtwórcą jest dr Sebastian Trojanowski. FASER będzie badał cząstki, co do których naukowcy mają podejrzenie, że wchodzą w interakcje z ciemną materią. Testy nowego urządzenia potrwają do końca roku. To krok milowy dla tego eksperymentu. FASER będzie gotowy do zbierania danych z Wielkiego Zderzacza Hadronów, gdy tylko na nowo podejmie on pracę wiosną 2022 roku, mówi profesor Shih-Chieh hsu z University of Washington, który pracuje przy FASER. Eksperyment będzie badał interakcje z wysokoenergetycznymi neutrinami i poszukiwał nowych lekkich słabo oddziałujących cząstek, które mogą wchodzić w interakacje z ciemną materią. Stanowi ona około 85% materii we wszechświecie. Zbadanie cząstek, które mogą z nią oddziaływać, pozwoli na określenie właściwości ciemnej materii. W pracach eksperymentu FASER bierze udział 70 naukowców z 19 instytucji w 8 krajach. Naukowcy sądzą, że podczas kolizji w Wielkim Zderzaczu Hadronów powstają słabo reagujące cząstki, które FASER będzie w stanie wykryć. Jak informowaliśmy przed dwoma laty, w LHC mogą powstawać też niewykryte dotąd ciężkie cząstki. FASER został umieszczony w nieużywanym tunelu serwisowym znajdującym się 480 metrów od wykrywacza ATLAS. Dzięki niewielkiej odległości FASER powinien być w stanie wykryć produkty rozpadu lekkich cząstek. Urządzenie ma 5 metrów długości, a na jego początku znajdują się dwie sekcje scyntylatorów. Będą one odpowiedzialne za usuwanie interferencji powodowanej przez naładowane cząstki. Za scyntylatorami umieszczono 1,5-metrowy magnes dipolowy, za którym znajduje się spektrometr, składający się z dwóch 1-metowych magnesów dipolowych. Na końcu, początku i pomiędzy magnesami znajdują się 3 urządzenia rejestrujące zbudowane z krzemowych detektorów. Na początku i końcu spektrometru znajdują się dodatkowe stacje scyntylatorów. Ostatnim elementem jest elektromagnetyczny kalorymetr. Będzie on identyfikował wysokoenergetyczne elektrony i fotony oraz mierzył całą energię elektromagnetyczną. Całość jest schłodzona do temperatury 15 stopni Celsjusza przez własny system chłodzenia. Niektóre z elementów FASERA zostały zbudowane z zapasowych części innych urządzeń LHC. FASER zostanie też wyposażony w dodatkowy detektor FASERv, wyspecjalizowany w wykrywaniu neutrin. Powinien być on gotowy do instalacji pod koniec bieżącego roku. « powrót do artykułu
  12. Dwudziestego dziewiątego kwietnia w Klinice Kardiologii Wieku Dziecięcego i Pediatrii Ogólnej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego wszczepiono najnowszej generacji pętlowy rejestrator arytmii BioMonitor IIIm firmy BIOTRONIK. Urządzenie zostało implantowane u 14-letniego chłopca z genetycznie uwarunkowaną chorobą serca i utratami przytomności o niejasnej etiologii. Jest to pierwszy w Polsce zabieg wszczepienia takiego rejestratora dziecku - podkreślono w komunikacie uczelni. Rejestrator BioMonitor IIIm cechuje największa dostępna pamięć (96-min), w której gromadzone są zapisy wewnątrzsercowe. Jak tłumaczą specjaliści, wydłużone zapisy EKG (IEGM) pozwalają na dokładniejszą analizę wykrytych nieprawidłowości i podjęcie odpowiednich kroków terapeutycznych. Dzięki wszczepieniu rejestratora arytmii będzie można zdalnie monitorować pacjenta za pomocą systemu HomeMonitoring z codzienną automatyczną transmisją danych; funkcja ta daje możliwość przesyłania do 6 zapisów IEGM na dobę. Co istotne, BioMonitor IIIm wyposażono w baterię o ponad 5-letniej żywotności, a dodatkowe funkcje, takie jak HomeMonitoring, nie wpływają na żywotność urządzenia. Mechanizm pozwala na rejestrowanie rytmu serca i wykrywanie subklinicznych (nieodczuwalnych dla pacjenta) arytmii przedsionkowych. To ważne, ponieważ gdy się ich nie rozpozna w porę, może dojść do różnych powikłań: pogłębienia niewydolności serca, zatorów, udarów, a nawet śmierci. Z klinicznego punktu widzenia bardzo istotny jest nowy algorytm RhythmCheck, który zwiększa skuteczność wykrywania arytmii przedsionkowych, redukując jednocześnie o 72% liczbę wyników fałszywie dodatnich. Sygnał wewnątrzsercowy rejestrowany przez urządzenie jest niemal pozbawiony zakłóceń, a doskonale widoczne załamki P i zespoły QRS, czyli sygnały pochodzące z przedsionków i komór, dają możliwość precyzyjnego rozpoznania zapisanych zdarzeń. Specjaliści dodają, że rejestrator można także wykorzystać do monitorowania pacjentów po ablacji. U 14-letniego pacjenta zabieg wykonał dr Piotr Wieniawski. Wzięli w nim również udział prof. Marcin Grabowski (ekspert w dziedzinie elektroterapii), dr Małgorzata Arłukiewicz-Piwowar i Małgorzata Sewerynik (zespół anestezjologiczny), a także pielęgniarka operacyjna Zofia Ryszkowska-Wójcik. « powrót do artykułu
  13. Wiele terapii przeciwnowotworowych pozwala skutecznie usunąć guzy czy komórki nowotworowe. Problem jednak stanowią nowotworowe komórki macierzyste (CSC), które mogą się reprodukować i doprowadzić do nawrotu choroby. Stworzenie leków, które byłyby w stanie zidentyfikować i niszczyć CSC poprawiłoby efektywność leczenia przeciwnowotworowego. CSC są obecne w guzach w bardzo małej liczbie, przez co trudno je odnaleźć. Dlatego też naukowcy z Uniwersytetu Hokkaido oraz japońskiego Narodowego Instytutu Badań nad Rakiem stworzyli nowatorski hydrożel, który – jak się okazało – błyskawicznie zmienia komórki nowotworowe w nowotworowe komórki macierzyste. Żel zawiera dwie sieci polimerowe o różnych właściwościach mechanicznych. Pierwszą sieć tworzy sztywny żel polielektrolitowy, drugą zaś elastyczny naturalny żel polimerowy. Nowatorski żel służy jako sztuczne mikrośrodowisko do wzbudzania reakcji w CSC. Główny autor badań, Shinya Tanaka mówi, że żel ten może stać się potencjalną bronią do zwalczania nowotworów i może mieć unikatowego zastosowania w medycynie regeneracyjnej. Elastyczność żelu przypomina środowisko wymagane przez CSC, przez co może pobudzać macierzyste komórki nowotworowe do odnawiania się i tworzenia nowej generacji komórek macierzystych, co może ułatwić wykrywanie CSC, poprawić diagnostykę oraz umożliwić wytwarzanie zindywidualizowanych leków. Naukowcy przeprowadzili testy efektywności swojego żelu. W tym celu hodowali w laboratorium linie komórek sześciu ludzkich nowotworów: mięsaka, nowotworu macicy, płuc, okrężnicy, pęcherza i mózgu. Okazało się, że zaledwie po 24 godzinach od nałożenia komórek na żel wszystkie komórki uformowały sferyczne struktury. Struktury zawierały one dużą liczbę CSC. Tymczasem w guzach pierwotnych komórki tego typu rzadko występują. Eksperyment wskazuje, że dzięki interakcji zróżnicowanych komórek nowotworowych z żelem dochodzi do ich przeprogramowania w nowotworowe komórki macierzyste. Badacze dodatkowo zajęli się glejakiem, bardzo śmiertelnym złośliwym nowotworem mózgu. Po kontakcie z żelem komórki nowotworowe pobrane od czterech pacjentów bardzo szybko zmieniły się w CSC. Naukowcy zauważyli, że w komórkach tych doszło do bardzo intensywnej ekspresji proteiny Sox2, która odpowiada za przeprogramowywanie komórek nowotworowych. Odkrycie tego mechanizmu pozwala na lepsze zrozumienie działania żelu. Obecnie japońscy naukowcy badają, w jaki sposób właściwości ich żelu wpływają na komórki, szczególnie zaś na tym, w jaki sposób jego właściwości chemiczne wpływają na proces przeprogramowywania komórek. « powrót do artykułu
  14. Troje astronomów, poszukując źródeł atomów antyhelu, które zostały zarejestrowane przez Alpha Magnetic Spectrometer (AMS-02) znajdujący się na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, wpadło na ślad 14 gwiazd zbudowanych z antymaterii – antygwiazd. Simon Dupourque, Luigi Tibaldo oraz Peter von Ballmoos z Uniwersytetu w Tuluzie znaleźli antygwiazdy w archiwalnych danych Fermi Gamma-ray Telescope. Koncepcja istnienia antygwiazd jest pomysłem kontrowersyjnym, jeśli jednak one istnieją to powinny być widoczne dzięki słabemu sygnałowi promieniowania gamma, który największą moc osiąga przy energii 70 MeV. Sygnał ten pochodzić ma z cząstek materii opadających na gwiazdę i przez nią anihilowanych. Antyhel-4 uzyskano po raz pierwszy w 2011 roku podczas zderzeń cząstek w Relativistic Heavy Ion Collider w Brookhaven National Laboratory. Wówczas naukowcy doszli do wniosku, że jeśli pierwiastek ten zostanie wykryty w przestrzeni kosmicznej, będzie to oznaczało, że pochodzi on z fuzji we wnętrzu antygwiazd. W 2018 roku AMS-02 wykrył w promieniowaniu kosmicznym 8 atomów antyhelu: sześć atomów antyhelu-3 oraz dwa antyhelu-4. Wówczas jednak uznano, że atomy te powstały w wyniku oddziaływania promieniowania kosmicznego na materię międzygwiezdną, w wyniku czego powstała antymateria. Jednak kolejne analizy zasiały wątpliwość co do pochodzenia antyhelu. Stwierdzono bowiem, że im więcej nukleonów w jądrze pierwiastka antymaterii, tym trudniej takiemu pierwiastkowi uformować się w wyniku oddziaływania promieniowania kosmicznego. Naukowcy obliczyli wówczas, że prawdopodobieństwo, by antyhel-3 powstał w wyniku oddziaływania promieni kosmicznych jest 50-krotnie mniejsze niż powstanie jąder zarejestrowanych przez AMS, a powstanie antyhelu-4 w wyniku oddziaływania promieniowania kosmicznego jest aż 105 mniejsze niż jąder, które zarejestrowano na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Po tych badaniach naukowcy skupili się więc na poszukiwaniu źródła antyhelu, w tym w stronę mało wiarygodnie brzmiącego wyjaśnienia, mówiącego, że pierwiastek ten powstał w antygwiazdach. Zgodnie z obowiązującymi teoriami, podczas Wielkiego Wybuchu powinno powstać tyle samo materii i antymaterii. Następnie powinno dojść do ich anihilacji i powstania wszechświata, który będzie pełen promieniowania, a pozbawiony będzie materii. Żyjemy jednak we wszechświecie zdominowanym przez materię, a to oznacza, że podczas Wielkiego Wybuchu musiało powstać więcej materii niż antymaterii. Problem ten wciąż stanowi nierozwiązaną zagadkę. Większość naukowców od dekad twierdzi, że obecnie we wszechświecie antymateria niemal nie występuje, z wyjątkiem niewielkich ilości powstających w wyniku zderzeń materii, mówi Tibaldo. Jednak odkrycie antyhelu w przestrzeni kosmicznej może podważać to przekonanie. Może bowiem oznaczać, że istnieją antygwiazdy. Wspomnianych 14 potencjalnych antygwiazd zostało zidentyfikowanych w katalogu obejmującym 5878 źródeł promieniowania gamma zarejestrowanych w ciągu 10 lat przez Fermi Gamma-ray Telescope. Na podstawie tych danych Dupourque, Tibaldo i von Ballmoos wyliczyli pewne cechy, które powinny mieć antygwiazdy obecne w Drodze Mlecznej. Naukowcy stwierdzają, że jeśli antygwiazdy utworzył się w dysku galaktyki obok zwyczajnych gwiazd, to powinna istnieć 1 antygwiazda na 400 000 zwykłych gwiazd. Jeśli jednak antygwiazdy są gwiazdami pierwotnymi i powstały we wczesnym wszechświecie w czasie, gdy Droga Mleczna dopiero się tworzyła, co oznacza, że znajdują się w najstarszych regionach naszej galaktyki – w galaktycznym halo – to mogą stanowić nawet 20% wszystkich gwiazd. Jeśli przyjmiemy, że antymateria została uwięziona w antygwiazdach, to mamy tutaj prawdopodobne wyjaśnienie, dlaczego nie doszło do anihilacji. Szczególnie, jeśli antygwiazdy istnieją w regionach, gdzie zwykła materia występuje rzadko, w takich jak galaktyczne halo, mówi von Ballmoos. Oczywiście trzeba też przyjąć, że zarejestrowanych 14 kandydatów na antygwiazdy to coś zupełnie innego. Dlatego też Dupourque, Tibaldo i von Ballmoos sugerują, że następnym krokiem badań może być sprawdzenie, czy tych 14 źródeł emituje też sygnały w innych zakresach, które mogłyby świadczyć o tym, że są to np. aktywne jądra galaktyk czy pulsary. Autorzy badań opublikowali ich wyniki na łamach Physical Review D. « powrót do artykułu
  15. Polietylen, jedno z najbardziej rozpowszechnionych tworzyw sztucznych, rzadko jest wykorzystywany do produkcji ubrań, gdyż nie przepuszcza, ani nie absorbuje wody. Wkrótce może się to zmienić, gdyż amerykańscy eksperci opracowali nowy materiał pochodzący z polietylenu. Nie tylko „oddycha” on lepiej niż bawełna, nylon czy poliester, ale ma też mniejszy ślad ekologiczny, gdyż łatwiej go wytwarzać, barwić, czyścić i używać. Przemysł tekstylny produkuje rocznie około 62 miliony ton tekstyliów. Zużywane są przy tym olbrzymie ilości wody, generowane miliony ton odpadów, a przemysł ten jest jednym z głównych emitentów gazów cieplarnianych, odpowiadając z 5–10% światowej emisji. Recykling używanych ubrań z tworzyw naturalnych wymaga dużych ilości wody i energii, a tekstylia, które są barwione lub złożone z różnych rodzajów materiałów są w ogóle trudne do ponownego przerobienia i użycia. Zespół Swietłany Boriskiny z Massachusetts Institute of Technology rozpoczął pracę od stopnienia sproszkowanego polietylenu o niskiej gęstości, a następnie wyciągnął z niego włókna o średnicy 18,5 mikrometrów. W procesie tym powierzchnia materiału ulega lekkiemu utlenieniu, przez co staje się on hydrofilowy bez konieczności osobnej obróbki chemicznej. Następnie tworzono nici, z których każda składała się z ponad 200 włókien. W procesie tym pomiędzy poszczególnymi włóknami pozostają wolne przestrzenie, którymi może przemieszczać się woda, dzięki czemu materiał wykonany z takich nici może odprowadzać wodę. Gdy badacze zmierzyli, jak szybko woda wędruje wzdłuż nici, okazało się, że jest ona odprowadzana szybciej niż przez bawełnę, nylon i poliester. Okazało się jednak, nowy materiał nie tylko ma obiecujące właściwości odnośnie odprowadzania wody. Badania wykazały, że nowy materiał można barwić na sucho. W procesie tym cząsteczki barwnika zostają uwięzione w materiale jeszcze zanim zostanie on stopiony. Dzięki temu unika się tradycyjnych metod barwienia, kiedy to tekstylia są zanurzane w środkach chemicznych. Co więcej, taki zabarwiony materiał byłby prawdopodobnie znacznie łatwiejszy w recyklingu, gdyż wystarczyłoby go roztopić i odwirować z niego barwnik. Badacze z MIT informują też, że polietylen ma niższą temperaturę topnienia niż inne tworzywa wykorzystywane do produkcji tekstyliów, zatem proces produkcyjny wymaga zużycia mniejszej ilości energii. Ponadto podczas syntezy polietylenu uwalnia się mniej gazów cieplarnianych i ciepła odpadowego, niż podczas produkcji poliestru czy uprawy bawełny. Szczególnie wymagająca jest tutaj bawełna, której uprawa wymaga sporych areałów, zużycia dużej ilości nawozów i wody. Dodatkową zaletą materiałów z polietylenu może być też fakt, że materiał ten łatwiej jest też czyścić i suszyć niż inne tworzywa. Nie brudzi się, bo nic się do niego nie przyczepia. Możesz wyprać polietylen w 10 minut w zimnej wodzie. W przypadku bawełny ten sam efekt uzyskuje się po godzinie prania w ciepłej wodzie, mówi Boriskina. Uczeni pracują teraz nad zastosowaniem włókien polietylenowych w strojach dla sportowców oraz w mundurach. Polietylen może przydać się też w kombinezonach kosmicznych, gdyż chroni przed szkodliwym promieniowaniem UV. « powrót do artykułu
  16. NASA poinformowała, że śmigłowiec Ingenuity będzie pracował na Marsie miesiąc dłużej niż planowano i dostanie nowe zadania. Zdecydowano, że po zakończeniu fazy demonstracyjnej lotu w atmosferze Marsa śmigłowiec przejdzie do fazy demonstracyjnej zwiadu powietrznego. Nie planowaliśmy demonstracji zwiadu powietrznego, ale w międzyczasie wydarzyły się dwie rzeczy. Po pierwsze, początkowo zakładaliśmy, że łazik Perseverance dość szybko oddali się z miejsca lądowania, jednak zespół odpowiedzialny za Perseverance jest zainteresowany zebraniem próbek z tego regionu. Po drugie, śmigłowiec sprawuje się fantastycznie. Połączenie pomiędzy nim a łazikiem jest lepsze niż sądziliśmy. Uważamy, że nawet jeśli oba urządzenia będzie dzieliła większa odległość, wciąż będą miały ze sobą łączność, co pozwoli na prowadzenie fazy zwiadu, mówi Jennifer Trosper, zastępczyni menedżera projektu Perseverance. Spodziewane problemy z łącznością są jednym z powodów, dla których początkowo planowano, że Ingenuity będzie latał tylko przez 30 dni. Wbrew temu, co podpowiada intuicja, śmigłowiec nie jest w stanie nadążyć za łazikiem. Ingenuity jest uzależniony od komunikacji z Ziemi, która jest z nim prowadzona za pośrednictwem łazika. O ile śmigłowiec przemieszcza się szybciej niż łazik, to po każdym locie musi się przez dłuższy czas ładować. Jeśli w tym czasie Perseverance oddaliłby się na zbyt dużą odległość, Ingenuity straci z nim łączność. Ponadto misja Ingenuity jest misją dodatkową, misją z wkalkulowanym wysokim ryzykiem awarii, na którą nie przeznaczano dużych środków. Dlatego też nie prowadzono testów dotyczących możliwej interferencji pomiędzy modułem komunikacyjnym łazik-śmigłowiec, a urządzeniami pracującymi na pokładzie łazika. Z tego powodu śmigłowiec miał latać przez 30 dni, gdyż w tym czasie planowano, że Perseverance i tak pozostanie nieruchomy. Właśnie dlatego nie mamy wideo nagranego przez Perseverance, na którym widać, że kamery łazika podążają za latającym śmigłowcem. Uruchomienie aktuatorów kamer mogłoby bowiem zaburzyć łączność pomiędzy łazikiem a śmigłowcem. W końcu, podstawową misją jest misja łazika i to ona jest priorytetem. To Ingenuity będzie musiał postarać się, by nie utracić kontaktu z Perseverance. Podczas demonstracji zwiadu powietrznego śmigłowiec ma nie oddalać się od łazika bardziej niż na kilometr i próbować nawiązać łączność, kiedy będzie mógł. W tym czasie Perseverance będzie wykonywał swoje zadania. Dlatego też obecne założenia mówią, że Ingenuity ma latać przez kolejnych 30 dni, a jeśli okaże się, że nie jest w stanie tego zrobić bez zbytniego angażowania zasobów Perseverance, będzie to jego koniec. W najbliższym czasie planujemy dla Perseverance krótkie trasy. Ingenuity może więc latać i lądować w pobliżu obecnej lub planowanej lokalizacji łazika. Śmigłowiec może wykonywać w tym czasie obserwacje celów naukowych łazika, jego potencjalnych tras czy niedostępnych lokalizacji. To, w jaki sposób będzie się sprawował będzie ważną lekcją dla planowania przyszłych misji. Loty Ingenuity to dodatek, nie są one potrzebne Perseverance do wykonania jego misji, oświadczyła NASA. Wiadomo, że loty Ingenuity będą odbywały się coraz rzadziej, od jednego na kilka dni po 1 na 2 lub 3 tygodnie. Będą też planowane tak, by nie wpływały na pracę łazika. Po 30 marsjańskich dniach dokonana zostanie skuteczność Ingenuity. NASA nie ma zamiaru przedłużać misji śmigłowca poza 30 sierpnia. Musimy pamiętać, że pierwotnie Ingenuity zaplanowano jako 30-dniową misję testową. Śmigłowiec budowano z myślą o tak krótkim czasie pracy. NASA przypuszcza, że podzespoły Ingenuity powinny wytrzymać co najmniej 100 startów i lądowań, a jego panel słoneczny oraz kąt padania promieni słonecznych pozwolą na ładowanie akumulatorów przez kilka miesięcy. Prawdopodobnie po pewnej liczbie zmian temperatury pomiędzy nocą a dniem dojdzie do uszkodzenia miejsca połączenia panelu z akumulatorem i Ingenuity przestanie działać. Nie wiadomo tylko, kiedy to może nastąpić. Będziemy świętowali każdy dodatkowy dzień misji, który Ingenuity przetrwa poza wyznaczonym 30-dniowym terminem, stwierdziła MimAung, menedżerka projektu Mars Helicopter. « powrót do artykułu
  17. Ostatniego dnia kwietnia Poczta Polska wprowadziła do obiegu nową serię pt. "Owady pożyteczne". Na znaczkach zaprezentowano pszczołę miodną, pszczolinkę metaliczną, obrostkę pospolitą, smuklika, nęczyna i trzmiela rudego. Autorem projektów znaczków jest Andrzej Grosik. Każdy ze wzorów jest wydany w arkuszu sprzedażnym, składającym się z 5 znaczków i 1 przywieszki. Na oprawach arkuszy i na kopertach Pierwszego Dnia Obiegu (ang. FDC, od first day cover) znajdują się kwiaty łąkowe. "Owady pożyteczne" to tytuł, który rozpoczyna kilkuletnią emisję filatelistyczną. Wspólnie [z Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi] ustaliliśmy, że naszą nową serię znaczkową rozpoczniemy od owadów zapylających. Każdy wie, że bez pszczół miodnych nie będzie owoców w sadach, ale już nie każdy zdaje sobie sprawę, że w zapylaniu wielki udział mają też liczne owady dziko żyjące. Co więcej, w niektórych przypadkach zapylania roślin szczególnych owady te dominują i bez nich różnorodność środowiska byłaby dużo niższa, a niektóre gatunki roślin mogłyby nawet przestać istnieć. Dlatego są to owady nie tylko pożyteczne, ale wręcz niezbędne – podkreślił wiceprezes Poczty Polskiej Wiesław Włodek. « powrót do artykułu
  18. Do wyszczególnienia zawodów szkodliwych na zdrowia seksualne mężczyzn uwzględniono nie tylko warunki pracy, ale także złe nawyki zawodowe, stresowanie się różnego rodzaju czynnościami. Naukowcy sporządzili listę specjalności, które negatywnie wpływają na podstawowy instynkt mężczyzny. Wyniki były rozczarowujące: prawie wszystkie główne specjalności w taki czy inny sposób negatywnie wpływają na zdrowie seksualne mężczyzn. Jednak niektórzy z nich są szczególnie narażeni na zaburzenia erekcji. Rekiny biznesowe Siedzący tryb pracy, niezrównoważona dieta i ciągła praca w pośpiechu to norma dla biznesmenów i pracowników biurowych. A jeśli dodać do tego podstępnych konkurentów, niestabilność na giełdach obraz będzie pełniejszy. Ogólnie stres i nic więcej. Rzeczywiście, kiedy życie zamienia się w ciągłą walkę o aktywa i wyścig po szczeblach kariery, nie ma czasu, pragnienia ani energii na normalne życie seksualne. Ponadto, według psychologów, niektórzy odnoszący sukcesy menedżerowie, którzy zdążyli zasmakować wszystkich rozkoszy boomu konsumenckiego, cierpią na strach przed intymnością. Co jednak nie jest zaskakujące, ponieważ od pierwszego razu nie zawsze jest jasne, co tak naprawdę przyciąga bardziej urzekające młode piękności: cechy osobiste top managera czy jego konto w banku? Mężczyźni w mundurach Jak wiadomo, wiele kobiet kocha mundurowych, jednak ze względu na intensywne wykonywanie służby i związane z tym niebezpieczeństwa, nie zawsze im się to odwzajemnia. Jednak nawet w czasie wolnym od działań wojennych, niekończące się wędrówki po garnizonach, towarzystwo ponurych kolegów, surowa dyscyplina i monotonne jedzenie może całkowicie pozbawić żołnierzy, możliwości cieszenia się towarzystwem pięknych pań. Jest to szczególnie trudne dla żeglarzy, którzy nawet po wyjściu na brzeg po długiej podróży chcą, ale nie mogą rozstać się ze stereotypem, że kobieta na statku to zły omen. W związku z tym w medycynie pojawił się nawet specjalny termin żeglarska impotencja. Na szczęście mogą wspomagać się sprawdzonymi lekami i wypróbować czy lepiej na nich działa Viagra lub Kamagra oparta na sildenafilu czy Cialis na tadalafilu. Obydwa leki są skuteczne, ale można wybrać najbardziej optymalny dla siebie i swoich potrzeb. Przedstawicielom organów ścigania nie jest łatwiej. I chociaż mają możliwość powrotu do domu każdej nocy po ciężkim dniu pracy, wielu z nich wciąż nie może przestać bez końca powtarzać w głowach przesłuchania niebezpiecznego przestępcy i przejść do cieszenia się seksem z partnerką. Ministrowie Muz Przedstawiciele zawodów twórczych mają własne trudności: cały ich żar z reguły jest całkowicie poświęcony na udowodnienie swojego geniuszu publiczności. Jednak sądząc po liczbie powszechnie uznanych mistrzów pióra i płótna, nie każdemu się to udaje. Jednak, jak wiadomo, można nie być poetą, ale trzeba prowadzić artystyczny styl życia. A jeśli związek nadal w jakiś sposób rozwija się dzięki rock and rollowi i narkotykom, czasami pojawiają się problemy z seksem. Co znowu nie jest zaskakujące: każdy lekarz może potwierdzić, że nieregularne życie seksualne, przypadkowe związki i syndrom nierozpoznanego geniuszu zabijają wszelkie pragnienia w zarodku. Facet a ciężka praca fizyczna Nie wszystko jest w porządku wśród nieskłonnych do refleksji mężczyzn wykonujących zawody związane z dźwiganiem czy przebywaniem w trudnych warunkach. Ciężka praca, regularne podnoszenie ciężarów i nie mniej regularne picie mocnych trunków w męskim towarzystwie zdecydowanie nie sprzyja miłosnym maratonom. A jeśli produkcja jest również szkodliwa, na przykład związana z gwałtownym spadkiem temperatury lub toksycznymi spalinami, to można całkowicie zapomnieć o seksie. Ponadto nie należy myśleć, że praca fizyczna nie wiąże się z nerwowym przeciążeniem: ratownicy, strażacy, wspinacze przemysłowi i górnicy z pewnością będą mieli coś do powiedzenia na temat zaburzeń erekcji. Czy sprawni fizycznie sportowcy mogą mieć zaburzenia potencji? Wydawać by się mogło, że sportowcy, którzy są wzorem zdrowego trybu życia, nie powinni mieć problemów z potencją. Ale to nie do końca prawda: wyczerpujący trening, rygorystyczny reżim i obsesyjne myśli o złotych medalach nie pozostawiają wielu sił na rekordy w życiu osobistym. A ciągłe zgrupowania i zawody to nie czas na znalezienie stałej partnerki. Tymczasem nieregularne życie seksualne i swobodne relacje, zdaniem ekspertów, są jedną z przyczyn impotencji seksualnej, nie mówiąc już o kontuzjach i późniejszym zintensyfikowanym leczeniu, które odbierają sportowcom ostatnią nadzieję na przywrócenie podstawowego instynktu. Co uchroni mężczyzn przed impotencją? Po opublikowaniu smutnej listy specjalności niebezpiecznych dla potencji naukowcy milczą na temat tego, jak mimo obowiązków zawodowych zachować formę. Odpowiedzi na to pytanie udzielają raczej seksuolodzy. Ich zdaniem przede wszystkim konieczne jest poddawanie się regularnym badaniom lekarskim i terminowym wykonywaniem testów na obecność chorób przenoszonych drogą płciową. Należy szczególnie uważać na opryszczkę, która w zaawansowanych przypadkach może wpływać na prostatę. Wskazane jest również, aby więcej się ruszać, ta rada jest szczególnie istotna dla mężczyzn prowadzących siedzący tryb życia. Nawet krótki spacer pomoże wyeliminować zastój krwi w narządach płciowych. Umiarkowane treningi są dobre, ponieważ utrzymują mięśnie w dobrej kondycji, a to za sprawą hormonów, które są w dużej mierze odpowiedzialne za funkcje męskie. Ważną rolę odgrywa również prawidłowe odżywianie. Wykazano, że ciemna czekolada, owoce morza, warzywa i zioła mają korzystny wpływ na zdrowie mężczyzn. Przebudzenie podstawowego instynktu sprzyja także odrzuceniu złych nawyków, które mogą prowadzić do niewydolności układu odpornościowego, a następnie do impotencji. I oczywiście, jeśli to możliwe, trzeba uczynić swoje życie intymne regularnym. Chociaż nie może być tutaj żadnych konkretnych zasad i przepisów, najważniejsze jest, aby nie zezwalać na długie okresy abstynencji. « powrót do artykułu
  19. Naukowcy z Instytutu Chemii Fizycznej PAN pracujący pod kierunkiem prof. Juana Carlosa Colmenaresa zaproponowali zastosowanie stabilnego chemicznie i nisko toksycznego związku – dwutlenku tytanu (TiO2 P-25) – i połączenie go ze związkami węgla w celu skutecznej detoksykacji różnych związków w powietrzu i wodzie. TiO2 działa jako fotokatalizator, który może degradować szeroką gamę zanieczyszczeń chemicznych, w tym związki organiczne, a nawet drobnoustroje, pod wpływem światła UV pochodzącego ze Słońca. Ponadto jego synteza jest opłacalna ekonomicznie, a sam materiał nie ulega degradacji pod wpływem czynników atmosferycznych czy światła. Badacze dodatkowo zmodyfikowali nanocząstki TiO2, zwijając je w rulon za pomocą ultradźwięków, otrzymując nanometrowe rolki. Dzięki takiemu zabiegowi materiał lepiej rozkłada szkodliwe substancje chemiczne. Taki materiał staje się także skutecznym sorbentem, który jest w stanie wyłapywać molekuły pomiędzy poszczególnymi warstwami nanorolek. Oprócz modyfikacji powierzchni, dwutlenek tytanu przekształcono chemicznie w tytanian, dzięki czemu zyskał on na właściwościach fotokatalitycznych. Rozwój nanotechnologii sprawił, że ich zastosowanie nie jest już tylko teorią. Nanomateriały coraz częściej stosowane są w praktyce i powoli wkraczają do zastosowań przemysłowych. W naszej pracy postawiliśmy na wytworzenie kompozytu, który łączy unikalne właściwości cienkiego dwuwymiarowego nanomateriału – zredukowanego tlenku grafitu (rGO) – z wysoką fotoreaktywnością nanorurek tlenku tytanu. Takie połączenie pozwoliło na uzyskanie pożądanych właściwości fizykochemicznych, a także uzyskanie właściwości sorpcyjnych. Nasz kompozyt wykazuje wysoką skuteczność unieszkodliwiania toksycznych związków chemicznych, wliczając w to nawet środki bojowe tj. gaz musztardowy. Wykazaliśmy, że materiał ten jest wysoce skuteczny w usuwaniu zanieczyszczeń środowiskowych, w szczególności w neutralizacji związków organicznych, a także może być wykorzystany jako katalizator do zastosowania w przetwarzaniu biomasy – zauważa pierwszy autor pracy, dr Dimitrios A. Giannakoudakis. Wytworzony przez badaczy kompozyt na bazie zredukowanego tlenku grafitu oraz tytanianu jest o wiele skuteczniejszy w zakresie światła UV od fotokatalizatora TiO2 oraz dobrze znanych materiałów węglowych tj. rGO. Dzięki modyfikacji kompozyt jest w stanie degradować zanieczyszczenia także w świetle widzialnym. To sprawia, że działa on uniwersalnie w oczyszczaniu powietrza i wody z różnych szkodliwych chemikaliów pod wpływem zwykłego światła słonecznego. W pracy autorzy zaprezentowali nowoczesne podejście do syntezy nanokompozytu przedstawiając nie tylko degradację toksycznych substancji do mniej szkodliwych związków, ale także możliwość wyłapywania produktów degradacji dzięki dużej, aktywnej powierzchni kompozytu. Praca została opublikowana w Chemical Engineering Journal. Uważamy, że obróbka wstępna ultradźwiękami przed obróbką hydrotermalną ma kluczowe znaczenie dla powstania naszego nanokompozytu, składającego się ze zwiniętych nanorurek z tytanianu połączonych z równomiernie rozproszonym rGO, podczas gdy samo mieszanie magnetyczne daje w efekcie o wiele słabszy fotokatalizator. Wyższość naszego nanokompozytu nad wzorcowym fotokatalizatorem TiO2 P25 wynika z jego szczególnej struktury i jest związana z dużą ilością powierzchniowych grup funkcyjnych, które działają jako centra katalityczne. Kompozyt ma także ogromną porowatość przez co jest to doskonały materiał do oczyszczania środowiska pod wpływem promieniowania słonecznego – mówi profesor Colmenares. « powrót do artykułu
  20. Naukowcom udało się bezsprzecznie zidentyfikować szczątki jednego z członków zaginionej ekspedycji Franklina. Dzięki badaniom DNA potwierdzono, że materiał pobrany z kości i zębów należy do Johna Gregorego, inżyniera z HMS Erebus. Losy ekspedycji Franklina przez dziesięciolecia poruszały ludzi. John Franklin, doświadczony badacz Arktyki, wyruszył w 1845 roku na czele załóg HMS Erebus i HMS Terror w swoją czwartą wyprawę badawczą. Jej celem było pokonanie nieprzebytego dotychczas fragmentu Przejścia Północno-Zachodniego. Wyprawa, w skład której wchodziło 129 osób, zaginęła. W drugiej połowie XIX wieku zorganizowano wiele wypraw poszukiwawczych, które trafiały na kolejne ślady zaginionej ekspedycji. Trafiono m.in. na groby niektórych członków załogi. Poszukiwania, badania i próby szczegółowego odtworzenia losów Franklina i jego ludzi trwają zresztą do dzisiaj. Dotychczas znalezione ciała członków ekspedycji Franklina były identyfikowane za pomocą badań archeologicznych czy zapisków. Teraz mamy pierwszą bezsprzeczną identyfikację. Szczątki Johna Gregory'ego znaleziono na Wyspie Króla Williama. Teraz wiemy,że John Gregory był jednym z trzech członków ekspedycji, którzy zmarli w tym konkretnym miejscu w okolicach Zatoki Erbus na południowym-zachodzie Wyspy Króla Williama, mówi profesor Douglas Tenton z University of Waterloo. Wiemy, że ekspedycja Franklina dotarła do Arktyki w 1845 roku, a w kwietniu 1848 roku 105 wciąż żyjących jej członków porzuciło uwięzione w lodzie okręty, próbując dotrzeć lądem do ludzkich osiedli. Od połowy XIX wieku na Wyspie Króla Williama znaleziono szczątki dziesiątków członków ekspedycji, jednak dotychczas nikogo jednoznacznie nie zidentyfikowano. Gregory jest pierwszy. Dotychczas udało się uzyskać DNA 26 członków załogi Franklina. Teraz pierwszy z nich został zidentyfikowany dzięki badaniom genetycznym jego potomków. Ostatnią wiadomością, jaką rodzina otrzymała od Johna Gregory'ego był list z 9 lipca 1845 roku, jaki wysłał do swojej żony Hannah z Grenlandii, zanim wyprawa dotarła do kanadyjskiej Arktyki. Szczątki Gregory'ego zostały odkryte w 1859 roku, a pochowano go w 1879. W 1993 grób ponownie odkryto, a w 2013 roku część szczątków zabrano do analizy. « powrót do artykułu
  21. Przed 78 000 lat H. sapiens zamieszkujący Afrykę wykopali płytki grób i złożyli w nim zwłoki 3-letniego dziecka. Niewykluczone, że jego głowa spoczęła na poduszce. Teraz naukowcy opisali pochówek, który jest najstarszym znanym nam pochówkiem człowieka na terenie Afryki. Grób został znaleziony w 2013 roku pod nawisem skalnym w jaskini Panga ya Saidi u południowo-wschodnich wybrzeży Kenii. Archeolodzy zauważyli w ścianie jednego z wykonanych przez siebie wykopów nietypowo ułożone warstwy. Gdy zaczęli je badać, z osadów wypadła mała kość i szybko zmieniła się w pył. Specjaliści zdali sobie sprawę, że trafili na niezwykle delikatne skamieniałości. Prace wykopaliskowe zajęły im kolejne 4 lata, podczas których powoli odsłaniali kolejne warstwy osadów i wykonywali odlewy kości. Znalezione dwa zęby, których analizy dokonano w Muzeum Narodowym Kenii bezsprzecznie wykazały, że mamy do czynienia z pochówkiem ludzkiego dziecka. Wykopaliska przeprowadzono wzorcowo i nie ma tutaj żadnych wątpliwości, że mamy tutaj do czynienia z pochówkiem, mówi Paul Pettitt, archeolog z Durham University, który specjalizuje się w starych praktykach grzebalnych i nie był zaangażowany w opisywane badania. Pokazuje nam to, że tradycja pochówku zmarłych mogła wyrosnąć ze zwyczajów wspólnych dla H. sapiens w Afryce. Wydobyte szczątki wysłano do Narodowego Centrum Badań nad Ewolucją Człowieka w Burgos w Hiszpanii. Tamtejsi specjaliści nie byli w stanie określić przyczyny śmierci dziecka, jednak wykazali, że zostało ono celowo złożone w pozycji płodowej. Przekręcone ramię wskazuje, że dziecko zostało prawdopodobnie ściśle zawinięte w rodzaj całunu, a pozycja czaszki sugeruje, iż głowę złożono na poduszce. Hiszpanie wykorzystali też technikę, pozwalającą na określenie, kiedy ostatni raz badane osady były wystawione na działanie światła. Okazało się, że było to 78 000 lat temu. Tym samym jest to najstarszy znany pochówek człowieka na terenie Afryki. Emmanuel Ndiema, archeolog Muzeum Narodowego Kenii i jeden z autorów badań, nadał dziecku imię Mtoto. Jego szczątki zostały przewiezione z powrotem do Muzeum. Michael Petraglia, archeolog z Instytutu Historii Człowieka im. Maxa Plancka, który brał udział w badaniach Mtoto, mówi, że to prawdopodobnie w Afryce zrodziły się złożone zachowania symboliczne, jak używanie biżuterii czy malowanie ciała. Logicznym jest więc przypuszczenie, że i na Czarnym Lądzie pojawiły się pierwsze pochówki. Nie jest jednak jasne, podkreśla Petraglia, czy neandertalczycy zaczęli chować swoich zmarłych niezależnie od tego, co robili H. sapiens czy też zwyczaj grzebania zmarłych sięga korzeniami do wspólnego przodka H. neanderthalensis i H. sapiens. Petraglia zauważa, że niemal połowa z bardzo starych pochówków to pochówki dzieci. Niewykluczone, że śmierć w młodym wieku była postrzegana jako szczególnie tragiczne wydarzenie, które społeczność chciała upamiętnić. Tutaj mamy dziecko, którego nogi zostały przysunięte do klatki piersiowej, złożone w małym grobie. To tak, jakby spoczywało w macicy, stwierdza Petraglia. Louise Humphrey, antropolog z Muzeum Historii Naturalnej w Londynie mówi, że musimy znaleźć więcej pochówków z tego regionu, by móc powiedzieć coś więcej o zwyczajach grzebalnych. Jednak troska, z jaką pochowano dziecko w Panga ya Saidi wskazuje, iż pochówek był wyrazem bólu po osobistej stracie. O odkryciu poinformowano w artykule Earliest known human burial in Africa. « powrót do artykułu
  22. Dwuwymiarowe chalkohalogenki mogą być idealnymi materiałami do stworzenia cieczy spinowych Kitajewa, egzotycznych substancji, które mogą posłużyć do budowy odpornego na błędy topologicznego komputera kwantowego. Naukowcy z Chińskiej Akademii Nauk i Uniwersytetu w Lanzhou odkryli, że materiały te mogą stanowić też platformę do badania fizyki kwantowych cieczy spinowych. Kwantowa ciecz spinowa to niedawno potwierdzony eksperymentalnie nowy stan materii, którego istnienie postulowano ponad 40 lat temu. Informując o jej odkryciu pisaliśmy, że "wyniki eksperymentu pasują do modelu Kitajewa, jednego z głównych modeli teoretycznych kwantowej cieczy spinowej". Kwantowe ciecze spinowe (QSLO występują w stałych materiałach magnetycznych. To stan, w którym nie dochodzi do ustabilizowania regularnego wzorca momentów magnetycznych, przez co spiny w QSL ciągle zmieniają kierunek, jakby tworzyły ciecz. Jednym z podtypów QSL, szczególnie trudnym do uzyskania w laboratorium, jest ciecz spinowa Kitajewa (KSL). Jej uzyskanie dlatego jest trudne, że wymaga istnienia odpowiedniej struktury w kształcie plastra miodu. Ponadto spiny w KSL są sprzężone za pomocą szczególnych interakcji, które powodują, że zachowują się nieco inaczej niż w standardowych QSL. Kolejnym interesującym elementem KSL jest fakt, iż zawiera ona nieabelowe anyony (eniony), których istnienie jest konieczne do istnienia odpornego na błędy topologicznego komputera kwantowego. Komputer taki wykorzystuje kubity rozumiane jako  kształty, które nie ulegają łatwym deformacjom. W ten sposób kubity są chronione przed wpływem otoczenia, mogą więc przez dłuższy czas pozostawać nienaruszone czyli zachować koherencję. Qingming Zhang i jego koledzy poinformowali właśnie, że idealnymi materiałami do uzyskania cieczy spinowych Kitajewa są chalkohalogenki. Mają one wzór REChX, gdzie RE oznacza metale ziem rzadkich, Ch to tlen, siarka, selen lub telur, a X to fluorowiec, jak np. fluor czy jod. Chińczycy badali kryształy YbOCl i polikryształy SmSI, ErOF, HoOF i DyOF. Scharakteryzowali te związki metodą rentgenografii strukturalnej i zmierzyli ich podatność magnetyczną, magnetyzację i pojemność cieplną do temperatury 1,8 kelwinów. Uczeni stwierdzili, że badane REChX tworzą dwuwymiarowe struktury, o których kształcie decydują słabe oddziaływania van der Waalsa pomiędzy warstwami materiału. Posiadają też strukturę plastra miodu. Ułożenie tej struktury w połączeniu z faktem, że metalach ziem rzadkich elektrony z orbitalu 4f są sprzężone w sposób potrzebny do utworzenia spinowej cieczy Kitajewa. Obecnie Chińczycy próbują wyhodować większe monokryształy REChX, które posłużą im do dokładniejsze zbadania stanów spinowych tego typu materiałów. Chcą też w swoich pomiarach zejść do temperatur liczonych w milikelwinach. Z pracą można zapoznać się na łamach Chinese Physics Letters. « powrót do artykułu
  23. Brytyjscy archeolodzy przygotowują się do przeniesienia około 3000 ciał ze średniowiecznego cmentarza, przez który ma przebiegać linia szybkiej kolei HS2.. Specjaliści pracują Stoke Mandeville w Buckinghamshire w miejscu, gdzie od 1080 roku stał kościół św. Marii. Znajdował się tam cmentarz parafialny, który teraz zostanie przeniesiony. Kościół św. Marii został zbudowany wkrótce po normandzkiej inwazji na Wyspy Brytyjskie. Służył lokalnej społeczności przez całe wieki. Został porzucony w latach 80. XIX wieku, gdy wybudowano nowy kościół. Średniowieczny budynek był w coraz gorszym stanie. Miejscowi wspominają, że w latach 30. ubiegłego wieku spadające fragmenty murów zabiły dziecko. W 1966 roku Korpus Królewskich Inżynierów dostał polecenie rozebrania kościoła. Cmentarz parafialny był wykorzystywany jeszcze dłużej niż kościół. Ostatni pochówek odbył się na nim w 1908 roku. Teraz nadszedł jego kres, gdyż znajduje się na trasie budowanej linii kolejowej. Prace archeologiczne rozpoczęły się już w 2018 roku. W ich trakcie ujawniono dobrze zachowane ściany i inne struktury kościoła. Odkryto też niezwykłe rzeźbienia na kamieniach, średniowieczne grafitti oraz tajemnicze znaki, które mogły być albo fragmentami zegara słonecznego albo znakami magicznymi. W bieżącym roku rozpoczął się ostatni etap likwidacji cmentarza. Potrwa on sześć miesięcy, w trakcie których 40 archeologów wydobędzie zarówno pozostałości kościoła, jak i szczątki zmarłych. Wiadomo, że zmarli spoczną w nowym miejscu. Decyzja co do losów pozostałości po kościele jeszcze nie zapadła. Dla archeologów prace w Stoke Mandeville stały się okazją do poznania życia lokalnej społeczności na przestrzeni ostatnich 900 lat. Helen Wass, która z ramienia HS2 dba o kwestie dziedzictwa kulturowego, mówi, że z wynikami prac archeologów i historyków można będzie zapoznać się m.in. podczas specjalnych odczytów i dni otwartych. « powrót do artykułu
  24. Jerzyki, które niedawno przyleciały, zostaną z nami zaledwie do połowy sierpnia. Te wyjątkowe ptaki giną na naszych oczach, ale jak podkreślają specjaliści, można im pomóc, instalując budki lęgowe. Jerzyki są mylone z jaskółkami Jeszcze kilka lat temu nawet studentom biologii trzeba było tłumaczyć, że jerzyk (Apus apus) to nie jaskółka, a ich zauważalne podobieństwo wynika z powietrznego trybu życia i adaptacji do akrobatycznych pogoni za owadami - napisano w komunikacie Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu (UPP). Większą część życia jerzyk - mistrz aerodynamiki - spędza w locie. To w powietrzu, szybując z wiatrem na dużej wysokości (do 2,5 km), pije krople deszczu, zbiera pożywienie czy materiał na gniazdo, kopuluje, a także śpi. Warto dodać, że może pozostawać bez przerwy w locie nawet 2 lata. Ptaki te lądują głównie w okresie lęgowym, gdy budują gniazdo i karmią pisklęta. Niekiedy odpoczywają, łapiąc się pazurkami pionowej skały lub budynku. Jak zaznaczają specjaliści z UPP, jerzyki mają bardzo krótkie, mocne nogi z wszystkimi pazurkami skierowanymi do przodu. Dlatego nie mogą usiąść na drucie jak jaskółki ani na cienkich gałązkach, zresztą ich łacińska nazwa Apus oznacza beznogie. Poruszanie się na ziemi sprawia im ogromną trudność, więc prawie nigdy nie chodzą. Prof. Piotr Tryjanowski z Katedry Zoologii UPP wyjaśnia, że jerzyk jest jednym z najszybszych ptaków spotykanych w Europie, który największe prędkości osiąga w locie grupowym. W pogoni za zdobyczą może lecieć z szybkością nawet 200 km/h. Spadek liczebności Niestety, pospolity do niedawna gatunek ginie w szybkim tempie. Przyczyniają się do tego prace budowlane, głównie ocieplanie budynków z zamykaniem otworów w stropodachach. W Polsce to one są podstawowym siedliskiem jerzyków (dziś prawie wszystkie jerzyki gniazdują w miastach, a tylko nieliczne osobniki wybierają dziuple starych drzew czy szczeliny w skałach). A. apus żywią się tylko owadami latającymi w powietrzu - komarami, meszkami czy muchami. Są bardzo pożyteczne, bo utrzymują równowagę ekologiczną. Przylatują do Polski na początku maja. Okres lęgu kończy się w ich przypadku z początkiem sierpnia; wtedy odlatują na zimowisko w południowej Afryce. Pomoc dla jerzyków Jerzykom można pomóc, montując specjalne skrzynki lęgowe. Jerzyki ważą zaledwie 45-55 g, ale rozpiętość ich skrzydeł wynosi 40-44 cm, dlatego budka musi mieć odpowiednie wymiary. Budki dobrze się sprawdzają na wysokich kamienicach i blokach mieszkalnych. Korzystając z własnego doświadczenia, rozmów z osobami zaangażowanymi w ochronę jerzyków, w tym ze znanym w całej Polsce [...] inż. [Adamem] Gatniejewskim, zawiesiliśmy budki na budynku Collegium Maximum naszej Uczelni – podkreśla prof. Tadeusz Mizera z Katedry Zoologii UPP. Liczymy, że i w tym roku zajmą podarowane im schronienia. Trzeba jeszcze jednak poczekać kilka dni, chociaż informacje internetowe wskazują, że w Polsce pojawiły się już pierwsze jerzyki. Ptaki te najczęściej wybierają stronę wschodnią lub północną, unikając miejsc, w których temperatura zmienia się szybko. Pamiętajmy, że są to ptaki, których naturalne siedliska mieszczą się w skałach. Jerzyk wybiera na swoje siedlisko miejsce najbardziej mu odpowiadające, a więc [...] nie każdą budkę, jaką mu zawiesimy. Warto uzbroić się więc w cierpliwość, bo czasem rezultat naszych prac widzimy dopiero po latach. Praktyczne wskazówki Specjaliści doradzają, by szyby - przynajmniej te najwyżej położone - zabezpieczyć widocznym dla ptaków elementem. By zwiększyć prawdopodobieństwo zajęcia skrzynki, można się posłużyć sygnałem akustycznym. Jako że jerzyki lubią być tam, gdzie inne osobniki i tworzą duże kolonie, w jednej z budek umieszcza się niekiedy urządzenie wabiące, które przez kilkanaście minut rano i wieczorem nadaje głosy A. apus. Zazwyczaj zaciekawione ptaki osiedlają się już po paru dniach i same zaczynają wabić następnych lokatorów. Do wabienia warto wykorzystać profesjonalne nagrania. Mamy, rzecz jasna, do nich dostęp, i tutaj raz jeszcze ukłon w stronę Pana inż. Gatniejewskiego, i chętnie wskażemy zainteresowanym, jak do nich dotrzeć – mówią poznańscy badacze. Naukowcy podkreślają, że w programach ochrony należy koniecznie współpracować z amatorami-miłośnikami jerzyków. Życie rodzinne tych ptaków można śledzić dzięki kamerom zamontowanym w ich gniazdach. « powrót do artykułu
  25. Polski startup pracuje nad uniwersalnymi stratosferycznymi dronami. W kwietniu wykonał lot elektrycznym, bezzałogowym samolotem na wysokości ponad 24 km. Takie drony mają niedługo pozwalać na prowadzenie licznych badań naukowych, obrazowanie Ziemi, a nawet zastępowanie satelitów. W niedzielę, 18 kwietnia, bezzałogowy samolot firmy Cloudless, o pięciometrowej rozpiętości skrzydeł, po godzinnym wznoszeniu pod specjalnym balonem rozpoczął autonomiczny lot na wysokości ponad 24 km. Po 2,5 godzinnej podróży precyzyjnie wylądował w założonym wcześniej miejscu. Celem lotu było przebadanie w warunkach rzeczywistych prototypu najnowszego, relatywnie dużego samolotu o wysokim udźwigu, który będzie mógł zabierać na pokład aparaturę badawczą – mówi PAP inż. Piotr Franczak, który jest także pilotem. To już kolejny stratosferyczny lot drona przeprowadzony przez dwójkę inżynierów Piotra Franczaka i Krzysztofa Bujwida. Wcześniej udało im się wprowadzić mniejszy, bezzałogowy samolot na wysokość 27 km. Taki pułap stanowi szczególne wyzwanie ze względu na wyjątkowo rozrzedzone powietrze, w którym samolot musi się utrzymać. Twórcy Cloudless wyjaśniają, że na tej wysokości panują nieco podobne warunki, jak na Marsie. To jednak nie rekordy wysokości są tym, na czym nam zależy. Chcemy latać powyżej zjawisk pogodowych, ponieważ to gwarantuje 100 proc. dostęp do promieni słonecznych niezależnie od pogody, a docelowo nasze drony mają być zasilane słonecznie – wyjaśnia inż. Franczak. Stratosferyczne bezzałogowce będą mogły bowiem prowadzić rozmaite badania naukowe z różnych dziedzin – np. meteorologii, ochrony środowiska, czy inżynierii kosmicznej. Wystarczy tylko podpiąć do samolotu odpowiednią aparaturę, aby zmierzyć np. stężenie ozonu czy pyłów. Pierwsze badania mogą rozpocząć się już niedługo. Nawiązaliśmy już współpracę z Instytutem Technologiczno-Przyrodniczym. Wspólnie analizujemy dziedziny, w których można wykorzystać naszego drona – opowiada współzałożyciel Cloudless. Inny temat to teledetekcja, czyli obrazowanie Ziemi. Docelowo chcielibyśmy prowadzić obserwacje Ziemi z pomocą kamer, czy nawet tworzyć mapy o większej dokładności niż tworzone z pomocą technik satelitarnych. Na przykład podczas jednego lotu można byłoby stworzyć precyzyjną mapę całego miasta i to całkowicie polskim sprzętem – wyjaśnia specjalista. Twórcy Cloudless mają jednak jeszcze ambitniejszy cel - chcą stworzyć stratosferyczne drony, które staną się pseudosatelitami. Solarne samoloty teoretycznie może bowiem unosić się w przestworzach nawet rok bez lądowania. Będą pełniły podobne funkcje, jak orbitalne satelity, tylko poruszając się wielokrotnie bliżej Ziemi. W wielu dziedzinach da im to przewagę - np. będą mogły fotografować powierzchnię z bliższej odległości. Stratosferyczne drony są przy tym nieporównanie tańsze od satelitów. To jest największy cel tego projektu. Mamy już przeprowadzone odpowiednie obliczenia i według analiz takie pseudosatelity będą mogły działać. Będą mogły latać całą dobę - w ciągu dnia panele słoneczne będą dawały energie do lotu, jak i do ładowania akumulatorów wykorzystywanych nocą – wyjaśnia inż. Franczak. Nad podobnymi konstrukcjami pracuje już m.in. Airbus i BAE systems. Chcemy pokazać, że w Polsce też można to zrobić – dodaje. Cloudless zapewnia, że do rozpoczęcia wielu badań naukowych, np. z zakresu meteorologii czy badań kosmicznych, firma jest gotowa już dzisiaj. Rozpoczęcie działań z zakresu teledetekcji, czyli zdalnej obserwacji Ziemi, ma być możliwe za rok. Na budowę unoszących się miesiącami pseudosatelitów potrzeba nieco więcej czasu. Zajmie to więcej niż rok lub dwa. Wiele zależy też od inwestorów, których właśnie poszukujemy – mówi inż. Franczak.   « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...