Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

KopalniaWiedzy.pl

Super Moderators
  • Content Count

    31228
  • Joined

  • Last visited

    Never
  • Days Won

    104

Everything posted by KopalniaWiedzy.pl

  1. Cyberprzestępcy sparaliżowali jedną z tłoczni gazu w USA. W wyniku ataku typu ransomware gazociąg był przez dwa dni nieczynny, tyle bowiem czasu zajęło odzyskiwanie zaatakowanego systemu z kopii zapasowej. Przestępcy byli w stanie dostać się do części infrastruktury IT tłoczni i manipulować systemem kontroli i komunikacji (OT). Jak poinformowała Cybersecurity and Infrastructure Security Agency (CISA), atak rozpoczęto od phishingu na jednego z pracowników. Dzięki udanemu atakowi phishingowemu przestępcy mogli umieścić w sieci rancomware, które zaszyfrowało dane i uniemożliwiło dostęp do systemu kontroli. CISA poinformowała również, że takie działanie było możliwe, gdyż nie istniał rozdział pomiędzy elementami IT i OT infrastruktury sieciowej. Napastnicy nie zyskali jednak możliwości sterowania procesami fizycznymi tłoczni, a atak nie dotknął programowalnych kontrolerów (PLC), które są bezpośrednio odpowiedzialne za sterowanie procesami w środowisku przemysłowym. Stało się tak, gdyż atak był ograniczony wyłącznie do środowiska Windows. Jednak napastnicy sparaliżowali interfejsy umożliwiające obsłudze tłoczni sterowanie urządzeniami. Operatorzy tłoczni, którzy zdalnie nadzorowali jej pracę, mogli jedynie odczytywać parametry jej pracy. W tej sytuacji zdecydowano się na wyłączenie tłoczni i przywrócenie jej do ostatniej działającej konfiguracji. Przywracanie systemu trwało dwa dni, a jako, że prace kolejnych tłoczni zależą od innych, konieczne było wyłączenie całego gazociągu. Właściciele tłoczni przyznali, że nie byli przygotowani na tego typu wydarzenie. Wcześniej opracowane plany przewidywały jedynie działania na wypadek fizycznej awarii, a nie cyberataku. W związku z tym pracownicy nie byli odpowiednio przeszkoleni. Zdaniem ekspertów, ujawnia to poważniejszy problem w całym przemyśle. Wiele firm uznaje, że ich systemy kontrolne są dobrze izolowane. Tymczasem łączność z siecią jest coraz bardziej powszechna, pracownicy mają słabą świadomość zagrożeń, pojawiają się ludzkie błędy i infrastruktura przemysłowa jest wystawiona na ataki. To nie pierwszy przypadek tego typu. W listopadzie ubiegłego roku cyberprzestępcy wykorzystali dziurę w firewallach firmy Cisco i odcięli firmie sPower możliwość zdalnej kontroli jej farm wiatrowych i słonecznych. W ten sposób firma straciła możliwość monitorowania stanu systemów produkujących energię. W przemyśle jest to nazywane „utratą z pola widzenia”. Jeśli napastnicy chcieliby na przykład wyłączyć części sieci, ich pierwszym krokiem mogłyby być właśnie takie działania, gdyż w ten sposób operator sieci nie wiedziałby o kolejnych działaniach przestępców, mówi Phil Neray z firmy CyberX, która specjalizuje się w cyberbezpieczeństwie instalacji przemysłowych. « powrót do artykułu
  2. Czternastego lutego podczas wyrywkowej kontroli przeprowadzanej za Blue Water Bridge, który łączy amerykańskie miasto Port Huron (Michigan) i Sarnię w Kanadzie (Ontario), w ciężarówce poczty kanadyjskiej znaleziono przesyłkę z ludzkim mózgiem. Przesyłka była opisana jako "Zabytkowa pomoc naukowa" (Antique Teaching Specimen) i miała zostać przetransportowana z Toronto do Kenoshy w Wisconsin. Po otwarciu paczki celnicy stwierdzili, że w środku znajduje się słój, a w nim ludzki mózg. Nie było żadnej [...] dokumentacji, która potwierdzałaby legalność wwozu do USA - napisano w komunikacie US Customs and Border Protection (CBP). Michael Fox z CBP podkreśla, że ludzie muszą pamiętać, że amerykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) mają ścisłe zasady dot. pozwoleń na sprowadzanie takich materiałów (Import Permit Program). Obecnie trwają konsultacje CBP i CDC. Dotyczą one regulacji importowych (42 CFR 71.54, Import regulations for infectious biological agents, infectious substances, and vectors). « powrót do artykułu
  3. Najnowsze badania ponownie rozpaliły dyskusję o ukrytych komnatach w grobowcu Tutanchamona, w których miałaby zostać pochowana Nefretete. Już w 2015 roku brytyjski archeolog Nicholas Reeves wysunął taką hipotezę, rok później poinformowano, że podczas skanowania piramidy stwierdzono istnienie dwóch ukrytych komnat. Jednak w 2018 roku egipskie Ministerstwo Starożytności poinformowało, że żadnych komnat nie ma. Teraz archeolodzy pracujący pod kierunkiem Mamdoucha Eldamaty'ego, byłego egipskiego ministra starożytności, wykorzystali georadar do zbadania okolic grobowca Tutanchamona. Poinformowali, że kilka metrów od komory grobowej znajduje się struktura przypominająca korytarz. Wyniki badań zaprezentowano przed egipską Najwyższą Radą Starożytności. Ray Johnson, egiptolog z Instytutu Orientalistyki Uniwersytetu Chicagowskiego w Luksorze, który nie brał udziału w badaniach, stwierdził: wyraźnie widać, że coś jest po drugiej stronie północnej ściany komory grobowej. Grobowiec Tutanchamona został odkryty w 1922 roku. Jest on niezwykle mały jak na miejsce spoczynku władcy. Niektórzy egiptolodzy uważają, że Nefretete na krótka panowała jako faraon przed objęciem rządów przez Tutanchamona. Jej grobowca do dzisiaj nie odnaleziono. Ten fakt oraz niezwykle mały grobowiec Tutanchamona skłonił niektórych do wysunięcia hipotezy, że w grobowcu Tutanchamona znajdują się rozległe ukryte komnaty, w których pochowano Nefretete. Zespół Eldamaty'ego twierdzi, że za północną ścianą grobowca, kilka metrów na wschód, znajduje się pusta przestrzeń biegnąca równolegle do korytarza grobowca. Ma mieć ona wysokość do najmniej 2 i długość co najmniej 10 metrów. Nie wiadomo, czy przestrzeń ta jest połączona z grobowcem Tutanchamona czy też to inny pobliski grobowiec. Autorzy badań twierdzą, że to część grobowca Tutanchamona, gdyż jest położona wzdłuż głównej osi grobowca. Niezwiązane ze sobą grobowce były umiejscawiane pod różnymi kątami. To jednak nie wszystkich przekonuje. Zahi Hawass, inny były minister ds. starożytności mówi, że już niejednokrotnie georadary dawały egiptologom fałszywe nadzieje. W Egipcie za pomocą georadaru nigdy nie dokonano żadnego odkrycia, twierdzi Hawass, który sam poszukuje grobowca Nefretete, korzystając z bardziej konwencjonalnych technik. Spór wciąż trwa i niejednokrotnie o nim pewnie usłyszymy. Eldamaty przestał być ministrem w 2016 roku. Rok później jego następca zlecił dwóm grupom badawczym rozstrzygnięcie sporu wokół grobowca Tutanchamona. W 2018 roku grupa Francesco Porcellego, fizyka z Politechniki w Turynie stwierdziła, że żadnych ukrytych komnat nie ma. Drugi zespół, firma Terravision Exoloration z Wielkiej Brytanii, nie dokończyła badań, gdyż Ministerstwo poprosiło o ich przerwanie, jednak Brytyjczycy stwierdzili, że nie można wykluczyć istnienia ukrytych pomieszczeń. Wielu egiptologów nie może doczekać się rozstrzygnięcia sporu. Wspomniany już Ray Johnson nie wyklucza istnienia ukrytych komnat z grobem Nefretete. Jeśli jednak okaże się, że puste przestrzenie istnieją, ale należą do innego grobowca, może być to miejsce spoczynku żony Tutanchamona Ankhesenamun. Do hipotezy o pochówku Nefretete sceptycznie podchodzi Aidan Dodson z University of Bristol. Jest on jednak zwolennikiem hipotezy o istnieniu obok innego pochówku. Ktokolwiek został tam pogrzebany, to odkrycie jego grobu byłoby niezwykle ważnym wydarzeniem. Ta część doliny, w której znaleziono grobowiec Tutanchamona, została bowiem zalana wodą, a naniesione przez nią szczątki pokryły grób Tutanchamona, dzięki czemu na tysiąclecia zabezpieczyły go przed rabusiami. Jeśli obok znajduje się inny grób, to również będzie niesplądrowany. Również Reeves czeka na rozstrzygnięcie sporu. Jeśli ma rację i w grobowcu Tutanchamona znajdują się ukryte komanty, w których pogrzebano Nefretete, może to być największe odkrycie w dziejach egiptologii. Problem w tym, że przekopywanie się przez skały jest niezwykle trudne, a nikt nie myśli o wykonywaniu wierceń w grobowcu Tutanchamona, gdyż zniszczyłoby to bezcenne zabytki. « powrót do artykułu
  4. Badacze z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego wraz ze współpracownikami z Polski i Chin, zademonstrowali mikrosilnik zasilany wprost wiązką światła. Polimerowy pierścień o średnicy 5 milimetrów, napędzany i sterowany przy pomocy wiązki lasera, potrafi obracać się i wykonywać pracę, np. obracając inny element osadzony na tej samej osi. Ruch obrotowy w przyrodzie jest bardzo rzadko spotykany, podczas gdy nasza cywilizacja jest nim napędzana. Potrafimy budować rozmaite silniki obrotowe, które składają się zwykle z wielu elementów, co utrudnia ich miniaturyzację. Istnieje jednak grupa materiałów umożliwiających konstrukcję małych, ruchomych urządzeń – ciekłokrystaliczne elastomery (ang. liquid crystal elastomer, LCE). Badania nad tymi materiałami skupiają się głównie na projektowaniu kształtu i sposobu odkształcenia elementów z LCE (np. skracanie, zginanie). Dlatego tak ważne było spojrzenie na LCE z innej strony, co doprowadziło do skonstruowania obrotowego mikrosilnika. Ciekłokrystaliczne elastomery to inteligentne materiały, które mogą szybko, w odwracalny sposób zmieniać kształt, na przykład po oświetleniu. Dzięki odpowiedniemu uporządkowaniu (orientacji) cząsteczek elastomeru można programować deformację elementu. Umożliwia to zdalne zasilanie i sterowanie mechanizmów wykonawczych i robotów przy pomocy światła. Wykorzystując technologię światłoczułych elastomerów badacze z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego we współpracy z badaczami z Wydziału Matematyki Uniwersytetu w Suzhou w Chinach, Instytutu Fizyki Technicznej Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie oraz Centrum Materiałów Polimerowych i Węglowych Polskiej Akademii Nauk w Zabrzu zbudowali mikrosilnik, który obraca się dzięki wędrującej deformacji miękkiego materiału, wywołanej wiązką lasera. Oświetlana część silnika (rotor) ma kształt pierścienia o średnicy 5 milimetrów. Projektując odpowiednią orientację cząsteczek elastomeru można zapewnić stabilną pracę tego mikrosilnika albo zwiększyć jego prędkość obrotową. Mimo niewielkiej prędkości obrotowej, około jednego obrotu na minutę, nasz silnik pozwala spojrzeć z innej strony na mikromechanikę inteligentnych miękkich materiałów oraz ich potencjalne zastosowania – mówi dr inż. Klaudia Dradrach z Pracowni Nanostruktur Fotonicznych. Pomysł inspirowany jest silnikiem piezoelektrycznym, często spotykanym w obiektywach fotograficznych. Wsparcie naukowców z Polskiej Akademii Nauk z Zabrza i Wojskowej Akademii Technicznej było kluczowe – dzięki niemu opracowaliśmy powtarzalną metodę wytwarzania odkształcalnych miniaturowych elementów z LCE. W naszych badaniach brali udział młodzi naukowcy, m.in. Mikołaj Rogóż i Przemysław Grabowski, doktoranci z Wydziału Fizyki UW. Badacze, którzy wcześniej zademonstrowali napędzanego światłem robota-ślimaka poruszającego się tak jak jego krewni występujący w przyrodzie wierzą, że nowe inteligentne materiały w połączeniu z nowatorskimi metodami wytwarzania miniaturowych elementów, pozwolą im konstruować kolejne miniaturowe elementy i napędy. Obecnie pracują nad mikronarzędziami sterowanymi światłem i dalekozasięgowymi siłownikami liniowymi. Badania nad miękkimi mikrorobotami i polimerowymi mechanizmami wykonawczymi są finansowane są przez Narodowe Centrum Nauki w ramach projektu "Mechanizmy wykonawcze w mikro-skali na bazie foto-responsywnych polimerów", Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach "Diamentowego Grantu" przyznanego M. Rogóżowi, Ministerstwo Obrony Narodowej i program badawczy uniwersytetu w Suzhou. Wyniki badań ukazały się w piśmie ACS Applied Materials & Interfaces.   « powrót do artykułu
  5. Naukowcy z CERN-u wykorzystali zaawansowane techniki spektroskopii laserowej do zbadania, po raz pierwszy w historii, struktury subtelnej antywodoru. Okazało się, że przesunięcie Lamba – niewielkie rozbieżności między obserwowanymi poziomami energetycznymi, a przewidywaniami równania Diraca – jest tutaj takie samo jak w przypadku wodoru. Fakt że w kosmosie wydaje się istnieć bardzo niewiele antymaterii od dawna niepokoi fizyków. Tworzenie i badania atomów antymaterii to jeden ze sposobów na poznanie przyczyn tej asymetrii. Szczególnym zainteresowaniem cieszy się tutaj badanie anomalii w spektrach antyatomów i porównywanie ich ze spektrami atomów, za pomocą którego możemy odkryć i wyjaśnić naruszenie symetrii CPT. ALPHA tworzy atomy antywodoru łącząc antyprotony dostarczane przez Antiproton Decelerator z antyalektronami. Następnie całość umieszcza w pułapce magnetycznej w próżni, dzięki czemu antywodór nie wchodzi w reakcję z materią i nie ulega anihilacji. Na atomy antywodoru kierowane jest następnie światło lasera, za pomocą którego dokonywane są pomiary. Na łamach Nature opisano najnowszy eksperyment, podczas którego uczeni z ALPHA badali strukturę subtelną antywodoru znajdującego się w pierwszym stanie wzbudzonym. Pomiary wykonano za pomocą setek antyatomów, które wytwarzano w grupach po około 20 średnio co 4 minuty. Antyatomy były przez dwa dni przechowywane w pułapce magnetycznej. Następnie za pomocą krótkich impulsów światła ultrafioletowego poziom wzbudzenia był zmieniany ze stanu podstawowego do 2P1/2 lub 2P3/2. Gdy antyatomy wracały do stanu 1S niektóre z nich uciekały z pułapki i ulegały anihilacji z atomami z jej ścianek. W ten sposób naukowcy byli w stanie określić różnice pomiędzy oboma stanami 2P, a stanem 1S. Pomiarów z dokładnością 16 części na miliard. Okazało się, że rozszczepienie struktury subtelnej atomów wodoru i antywodoru jest takie samo. Niepewność obliczeń nie przekracza tutaj 2%. Również badania przesunięcia Lamba wykazały wysoką zgodność pomiędzy atomami wodoru i antywodoru. Tutaj różnice nie przekraczają 11%. Randolf Pohl z Uniwersytetu w Moguncji mówi, że zespół ALPHA osiągnął spektakularny sukces w dziedzinie spektroskopii laserowej antywodoru. Szczególnie ważnym osiągnięciem jest zmniejszenie niepewności pomiaru przesunięcia Lamba do mniej niż 1/10000. Dalsze uściślenie pomiarów powinno pozwolić na zbadanie czy rzeczywiście dochodzi do naruszenia symetrii CPT. Stwierdzenie, że pomiędzy tymi dwiema formami materii nie ma żadnej różnicy, może wstrząsnąć podstawami fizyki opartej na Modelu Standardowym. Nasze nowe pomiary dotyczą pewnych aspektów związanych z interakcją antymaterii, takich jak przesunięcie Lamba, które od dawna chcemy badać, mówi Jeffrey Hangst, rzecznik prasowy grupy ALPHA. W następnym etapie naszych badań chcemy wykorzystać najnowocześniejszą technikę do schłodzenia dużych ilości antywodoru. Tego typu techniki umożliwią niezwykle precyzyjne porównanie materii i antymaterii, dodaje. « powrót do artykułu
  6. Holenderski rząd zwrócił Etiopii XVIII-wieczną koronę, będącą własnością Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego. Przez ponad 20 lat znajdowała się ona w Rotterdamie, w mieszkaniu uchodźcy politycznego z tego kraju - Siraka Asfawa. Korona zniknęła z kościoła Świętej Trójcy w Cheleqot w 1998 r. W zeszłym roku za pośrednictwem Arthura Branda, detektywa specjalizującego się w sprawach związanych z dziełami sztuki, Asfaw skontaktował się z holenderskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Chciał przedyskutować kwestię zwrotu ważnego artefaktu Etiopii. Do przekazania korony doszło po spotkaniu Sigrid Kaag, holenderskiej minister handlu zagranicznego i rozwoju współpracy, z premierem Etiopii Abiy Ahmedem Alim. Na uroczystości nie mogło, oczywiście, zabraknąć Asfawa. Przez kilka dni koronę ceremonialną można obejrzeć w Muzeum Narodowym w Addis Abebie. Później zostanie ona zwrócona kościołowi. Na koronie można zobaczyć przedstawienia Jezusa, Boga Ojca i Ducha Świętego oraz uczniów Jezusa. Asfaw opuścił Etiopię w 1978 r., uciekając przed represjami politycznymi komunistycznego rządu. W latach 80. i 90. przyjmował innych Etiopczyków (przyjaciół, uchodźców itp.) w swoim mieszkaniu w Rotterdamie. Jeden z gości, którzy mieszkali u niego w 1998 r., miał w swoim bagażu koronę. Większość ludzi nie przejmuje się dziedzictwem kulturowym. Ja jestem [jednak] lojalny wobec Etiopii - powiedział Asfaw w wywiadzie udzielonym w zeszłym roku BBC. Asfaw skonfrontował się z mężczyzną i powiedział mu, że korona nie opuści tego miejsca, chyba że zostanie zwrócona tam, skąd pochodzi. Początkowo Asfaw prosił o pomoc na różnych forach internetowych. Ponieważ nie dało to żadnych rezultatów, zdecydował, że przechowa koronę do czasu, aż będzie bezpieczna. Kończy się w takiej przytłaczającej sytuacji, gdy nie wiadomo, komu [można czy należy coś] powiedzieć lub co zrobić [...]. Istniało też ryzyko, że rząd Holandii skonfiskuje artefakt. Gdy w kwietniu 2018 r. do władzy doszedł Abiy Ahmed Alim, który zresztą został później laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, Asfaw poczuł, że nadszedł właściwy czas. W spełnieniu obywatelskiego obowiązku pomógł mu Brand, nazywany Indianą Jonesem świata sztuki. Powiedziałem mu: słuchaj, jeśli dalej będziesz postępował jak dotąd, albo korona zniknie, albo ty znikniesz. Wyjaśniłem, że jeśli ludzie, którzy byli zaangażowani w [kradzież], dowiedzą się, co się z stało, mogą po nią wrócić i mu ją odebrać. O sprawie powiadomiono policję. Artefakt trafił do pilnie strzeżonego miejsca, a jego autentyczność została potwierdzona przez eksperta. Ponoć oprócz opisywanej korony istnieje tylko 19 podobnych.   « powrót do artykułu
  7. Algorytm sztucznej inteligencji zidentyfikował 11 asteroid o średnicy ponad 100 metrów każda, które mogą uderzyć w Ziemię i spowodować olbrzymie zniszczenia. Każdy z tych obiektów jest znacznie większy od meteorytu tunguskiego (50–80 metrów średnicy), który eksplodował na Ziemią i powalił drzewa na obszarze ponad 2000 km2. Z pisma Astronomy & Astrophysics dowiadujemy się, że naukowcy z holenderskiego Uniwersytetu w Leiden stworzyli algorytm sztucznej inteligencji, który trenowali na superkomputerze ALICE. John D. Hefele, Francesco Bortolussi i Simon Portegies Zwart wykorzystali sieć neuronową, na której najpierw modelowali ruch planet i Słońca w ciągu najbliższych 10 000 lat. Następnie „przewinęli” swoją symulację od tyłu, dodając do niej hipotetyczne asteroidy „wyrzucane” z Ziemi w przestrzeń kosmiczną. Gdy uruchomili symulację we właściwej kolejności, otrzymali bazę danych wyimaginowanych asteroid, które mogłyby uderzyć w Ziemię. Ta baza posłużyła im do treningu sieci neuronowej, której zadaniem było następnie określenie, która z prawdziwych znanych nam asteroid może stanowić zagrożenie dla naszej planety. Testy dowiodły, że oprogramowanie, nazwane Hazard Object Identifier (HOI, co po holendersku oznacza też „cześć”), potrafi zidentyfikować 90,99% potencjalnie niebezpiecznych obiektów z udostępnionej przez NASA 2000 obiektów bliskich Ziemi. Kolejne symulacje wykazały, że w latach 2131 – 2923 co najmniej 11 dużych, ponad 100-metrowych znanych nam obecnie asteroid, przybliży się do Ziemi na odległość mniejszą niż 1/10 odległości pomiędzy Ziemią a Księżycem. Obserwacje obiektów bliskich Ziemi (NEO) prowadzone są od lat. Jednak obecnie stosowane oprogramowanie nie rozpoznało w tych asteroidach zagrożenia. Stało się tak dlatego, że asteroidy mają trudne do przewidzenia orbity, a oprogramowanie to używa innych metod obliczeniowych niż wspomniany algorytm sztucznej inteligencji. Wiemy teraz, że nasze oprogramowanie działa. Będziemy chcieli je udoskonalić i wykorzystać w nim więcej danych. Problem w tym, że niewielkie różnice w obliczeniach orbity mogą prowadzić do bardzo różnych wniosków, mówi profesor Portegies Zwart. Tego typu badania pozwolą nam w przyszłości uchronić Ziemię przed katastrofalnym w skutkach zderzeniem z asteroidą. Im szybciej dowiemy się o zagrożeniu, tym więcej czasu będziemy mieli, by na nie zareagować. Nie od dzisiaj bowiem prowadzi się badania koncepcyjne nad niszczeniem czy przekierowaniem obiektów zagrażających Ziemi. Temat asteroid zagrażających Ziemi i obrony przed nimi poruszaliśmy już wielokrotnie w tekstach Szef NASA zaleca modlitwę, Znamy już ponad 10 000 NEO, NASA planuje test technologii ochrony Ziemi przed asteroidami, Obronienie Ziemi będzie trudniejsze, niż sądziliśmy czy Źle szacujemy ryzyko kosmicznej katastrofy? « powrót do artykułu
  8. Suczka border collie Whisky nauczyła się nazw 90 zabawek i przynosi je na polecenie. Co więcej, wg naukowców rozróżnia kategorie zabawek, w tym piłeczki, frisbee czy linki, i umie przypisać do nich nowe obiekty. Gdy naukowcy po raz pierwszy spotkali Whisky, znała nazwy 59 zabawek. Jej właściciele twierdzą jednak, że od tej pory opanowała nazwy ok. 31 kolejnych. Na początku trudno mi było uwierzyć, że pies nauczył się nazw tak wielu zabawek, ale po wielu dniach rygorystycznych testów musiałam zmienić zdanie - opowiada dr Claudia Fugazza z Uniwersytetu Loránda Eötvösa. Zauważyliśmy, że wśród swoich zabawek Whisky ma trochę egzemplarzy należących do 4 kategorii: 10 różnych piłeczek, 7 obręczy, 4 linki i 4 frisbee. Właściciele odnosili się do każdej zabawki za pomocą przymiotnika i nazwy kategorii, np. małe frisbee albo kolorowa obręcz. Jak podkreślają Węgrzy, spotykając Whisky, zyskali niepowtarzalną okazję, by sprawdzić, czy podobnie jak dzieci, pies spontanicznie utworzył kategorie pojęciowe, bazując wyłącznie na kontakcie z ich przykładami - opowiada dr Fugazza. Większość badań dot. zdolności nieczłowiekowatych do kategoryzowania przeprowadzano po intensywnym treningu rozpoznawania kategorii na konkretnym zestawie obiektów - dodaje prof. Ádám Miklósi. Testy kategoryzowania nowych obiektów [...] należących do wyuczonych kategorii prowadzono dopiero po spełnieniu wyznaczonych wcześniej kryteriów. Testując Whisky, etolodzy prezentowali zestawy czterech nowych zabawek, po jednej z każdej kategorii (piłeczek, obręczy, linek i frisbee). Właściciel prosił suczkę, by przyniosła zabawkę z danej kategorii ("Przynieś mi obręcz" itp.). Naukowcy stwierdzili, że Whisky przynosi właściwą zabawkę częściej, niż gdyby miało się to dziać losowo. Co więcej, trafność jej wyborów rosła, gdy wcześniej pozwalano jej spędzić trochę czasu na zabawie każdym z nowych obiektów z właścicielami (choć nie wolno było nazywać nowych rzeczy). To sugeruje, że choć Whisky opierała się na cechach wzrokowych zabawek, np. na ich kształcie, doświadczanie ich funkcji - np. jak się nimi bawić lub jak się poruszają - pomagało w dokonaniu wyboru - opowiada Fugazza. By upewnić się, że Whisky nie wybiera zabawek, bazując na wskazówkach właściciela - np. pod wpływem pokazywania/spoglądania na właściwy obiekt - naukowcy umieszczali zabawki poza zasięgiem wzroku człowieka (eksperymentator i właściciel znajdowali się w kuchni, a pies wykonywał zadanie w salonie). Autorzy artykułu z pisma Nature najpierw testowali, czy Whisky zna właściwe nazwy zabawek dostępnych w jej domu; tych, którym właściciele nadali nazwy (w sumie 59). Później prowadzono testy znanych obiektów ze znanych kategorii. Następnie przyszedł czas na testy zdolności kategoryzacji (w warunkach zwykłej eksploracji i z wcześniejszą zabawą z właścicielem). Na końcu naukowcy sprawdzali, czy Whisky utworzyła sobie kategorię koloru. Wśród jej znanych zabawek  znajdowało się bowiem 15 obiektów w 5 kolorach - 3 niebieskie, 3 żółte, 4 zielone, 3 czerwone i 2 pomarańczowe - w przypadku których barwa znalazła się w nazwie. Testy prowadzono na zestawie 8 znanych obiektów w 5 kolorach. Trafiły do niego 2 czerwone zabawki, 2 niebieskie, 2 żółte, 1 zielona i 1 pomarańczowa. Właściciel wydawał suczce polecenie ze wskazaniem koloru, np. "Przynieś żółtą!". Test składał się z 15 prób; po 3 na kategorię kolorystyczną, ale przerwano go po 13 próbach, bo Whisky przejawiała symptomy stresu (piszczała i szczekała). Okazało się, że Whisky przyniosła właściwy kolor w 3 podejściach na 13 (23,07%): w dwóch przypadkach był to niebieski obiekt, a w jednym żółty. Tak jak przypuszczali akademicy, uzyskane wyniki zasugerowały, że tworząc kategorie poznawcze, Whisky nie polegała na kolorach. Test wypadł słabo, a pies wydawał się zestresowany, prawdopodobnie dlatego, że nie rozumiał zadania. Warto nadmienić, że badania prowadzono w domu właścicieli (Norwegów), a właściciel wypowiadał nazwy po norwesku. Węgrzy uważają, że pod pewnymi względami osiągnięcia Whisky przypominają naukę pierwszych słów przez dzieci. Osiągnięcia Whisky odzwierciedlają ludzkie zdolności w większym stopniu niż podczas typowych badań nad zwierzętami. Chodzi o 2 czynniki: brak specyficznego treningu kategoryzacji przed testami oraz wykorzystanie słów do wskazania kategorii - wyjaśnia Miklósi. Ponieważ badanie przeprowadzono z udziałem jednego psa, a psy ze znajomością słownictwa są rzadkie, umiejętności tej nie można automatycznie rozszerzyć na inne psy. Choć możliwości Whisky są imponujące, bez wątpienia rekord w tej dziedzinie należy do innej przedstawicielki tej samej rasy - Chaser - która od 8. tygodnia życia pracowała z etologiem prof. Johnem W. Pilleyem. Chaser umiała zidentyfikować (i przynieść) aż 1022 zabawki. W wieku 5 miesięcy zaczęła rozumieć, że obiekty mają nazwy. Potem jej umiejętności tylko się zwiększały. Chaser rozpoznawała pospolite rzeczowniki, np. dom, drzewo czy piłka, a także przysłówki, czasowniki i dopełnienia przyimkowe. Trening był kontynuowany i w miarę upływu czasu suczka zaczęła ponoć rozumieć zdania. « powrót do artykułu
  9. Na Uniwersytecie w Stuttgarcie uruchomiono najpotężniejszy superkomputer w Europie. Maszyna „Hawk” stanęła w uniwersyteckim Höchstleistungsrechenzentrum (HLRS). Jej maksymalna moc obliczeniowa wynosi 26 petaflopsów, co oznacza, że w czerwcu może znaleźć się w pierwszej dziesiątce najnowszej edycji listy TOP500. Obecnie najwyżej notowanym europejskim superkomputerem na liście TOP500 jest szwajcarski Piz Daint o wydajności 21,23 PFlop/s. W pierwszej dziesiątce znajdziemy też niemiecki SuperMUC-NG (19,47 PFlop/s), który uplasował się na 9. pozycji. Komputer ze Stuttgartu to maszyna Apollo 9000 System autorstwa Hewlett Packard Enterprise. Zbudowano go z 5632 węzłów, z których każdy składa się z dwóch 64-rdzeniowych procesorów AMD EPYC Rome 7742 taktowanych zegarami o częstotliwości 2,25 GHz. Całość korzysta zatem z 720 896 rdzeni obliczeniowych. Pamięć operacyjna systemu to około 1,44 petabajta. Superkomputer ma do dyspozycji około 25 PB przestrzeni dyskowej. Podczas standardowej pracy komputer wymaga 3,5 MW mocy. „Hawk” jest niemal 5-krotnie bardziej wydajny od „Hazel Hen”, wykorzystywany w HLRS superkomputer o mocy 5,64 petaflopsa (35. pozycja na liście TOP500). „Hawk” posłuży do badań naukowych i przemysłowych. Za jego pomocą będą m.in. badane metody optymalizacji wydajności energetycznej turbin wiatrowych, silników i elektrowni, prowadzone będą badania nad poprawieniem właściwości aerodynamicznych samolotów i samochodów. Za pomocą superkomputerów modeluje się klimat czy rozprzestrzenianie się epidemii. Superkomputer posłuży też przemysłowi. Już teraz wiemy, że 10% jego czasu obliczeniowego zostanie przeznaczonych na prace związane w digitalizacją przemysłu. Już w tej chwili z usług HLRS korzysta 40 firm. « powrót do artykułu
  10. Nie prędkość przesyłu czy niewielkie opóźnienia, ale możliwość plasterkowania sieci (network slicing) są najważniejszym, najbardziej rewolucyjnym elementem sieci 5G. Specjaliści uważają, że to właśnie możliwość podziału sieci na segmenty o konkretnych charakterystykach, takich jak opóźnienie, prędkość, jakość usług, jest tym elementem, który doprowadzi do rozwoju nowych usług i powstania nowego rynku oraz nowych przedsiębiorstw. Plasterkowanie sieci 5G to nic innego jak możliwość wydzielenia w tej samej fizycznej architekturze wielu wirutalnych sieci o różnych parametrach. Powstanie więc rynek nowych usług i mogą powstać firmy, które będą oferowały klientom sprzedaż połączeń bezprzewodowych precyzyjnie dostosowanych do ich potrzeb. Na przykład zautomatyzowana fabryka może kupić sieć specyficznie skonfigurowaną pod niskie opóźnienia, by mieć pewność, że roboty będą pracowały bez zakłóceń. Z kolei szpital, w którym specjaliści mogą przeprowadzać zdalne operacje za pomocą robotów, zażyczy sobie sieci o niskich opóźnieniach i dużym transferze danych, by możliwa była nieprzerwana transmisja wideo. Obecnie, jeśli fabryka czy szpital chcą mieć taką sieć, operator musi ją specjalnie dla nich zbudować. Plasterkowanie sieci znacznie ułatwi i przyspieszy cały proces, czyniąc go jednocześnie tańszym, gdyż odpowiednia wirtualna sieć zostanie wydzielona z istniejącej infrastruktury. Co więcej, nie można wykluczyć, że klient sam będzie mógł sobie taką sieć zbudować. Odwiedzi po prostu witrynę operatora telekomunikacyjnego i skonfiguruje sobie sieć specyficznie pod swoje potrzeby, od razu pozna cenę za taką usługę, a gdy już tego typu specyficzne połączenie nie będzie mu potrzebne, zrezygnuje z niego. Możemy sobie wyobrazić na przykład koncern samochodowy, który raz na jakiś czas aktualizuje oprogramowanie w samochodach jeżdżących na całym świecie. Przedsiębiorstwo takie może wówczas zamówić tymczasowo odpowiednie łącze, by zyskać pewność, że aktualizacja przebiegnie bez zakłóceń. A zamówi je nie u wielkiego operatora, a u operatorów wirtualnych, którzy odsprzedają połączenia wielu operatorów fizycznych i dzięki temu będą mogli zaoferować koncernowi samochodowemu lepiej dopasowany produkt złożony z elementów od różnych firm. Niewykluczone też, że taką wydzieloną sieć będzie można lepiej zabezpieczyć niż sieć standardową. Możliwość plasterkowania sieci prawdopodobnie ożywi też spory o neutralność sieci. Oznacza ona, że dostawcy internetu powinni traktować wszystkich usługobiorców identycznie i nie mogą wprowadzać różnych opłat w zależności od zawartości, witryny, platformy, aplikacji czy sposobu komunikacji. Gdy spór ten rozstrzygano nikt nie myślał o możliwości plasterkowania sieci. Niewykluczone zatem, że teraz pojawią się głosy, iż dostawcy sieci 5G nie powinni różnicować opłat ze względu na stabilność oferowanych usług czy mniejsze opóźnienia. « powrót do artykułu
  11. Co roku na polskich drogach ginie ponad 60 wilków i kilka rysi. Dzięki danym z obroży telemetrycznych naukowcy wskazują odcinki dróg najbardziej niebezpieczne dla zwierząt, a zarządcy dróg wiedzą, gdzie instalować znaki ostrzegawcze i wprowadzać ograniczenia prędkości. Wilki i rysie są gatunkami ściśle chronionymi, ale co roku wiele z nich ginie na skutek aktywności człowieka. Jednym z największych zagrożeń dla tych drapieżników są kolizje z pojazdami. Dane Stowarzyszenia dla Natury "Wilk" pokazują, że w Polsce na drogach ginie rocznie ponad 60 wilków i kilka rysi - przypomniano w materiale prasowym przesłanym PAP. Śmiertelność dużych drapieżników w kolizjach z pojazdami można minimalizować, wprowadzając np. ograniczenia prędkości, montując fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości, a także instalując znaki ostrzegające i tablice informacyjne dla kierowców, skłaniające do zachowania szczególnej ostrożności. Wskazanie newralgicznych odcinków dróg jest jednak niezmiernie trudne - choćby ze względu na skryty tryb życia wilków i rysi. Aby rozwiązać ten problem, naukowcy ze Stowarzyszenia dla Natury "Wilk" i Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego we współpracy z Roztoczańskim Parkiem Narodowym, wyposażyli w obroże telemetryczne 4 wilki i rysia. Każda obroża zawiera miniaturowy GPS, który - poprzez sieć telefonii komórkowej GSM - przekazuje badaczom informacje o lokalizacji drapieżników. W trakcie pierwszego roku badań naukowcy zgromadzili łącznie 15 563 lokalizacji drapieżników. Badania telemetryczne dostarczają najbardziej dokładnych informacji o miejscach przejść wilków i rysi przez drogi. Takich danych nie można uzyskać żadną inną metodą – mówi kierująca projektem dr hab. Sabina Nowak, prezes Stowarzyszenia dla Natury "Wilk". Na podstawie uzyskanych lokalizacji naukowcy wyznaczyli odcinki dróg wojewódzkich i powiatowych najczęściej przekraczanych przez drapieżniki zarówno w samym Roztoczańskim Parku Narodowym, jak i w jego otulinie. Raport zawierający wyniki badań trafi teraz do zarządców dróg oraz instytucji zajmujących się ochroną przyrody. Nasze badania są świetnym przykładem wykorzystania metod naukowych w ochronie rzadkich gatunków – dodaje współautor badań dr hab. Robert Mysłajek z Instytutu Genetyki i Biotechnologii Wydziału Biologii UW. Stowarzyszenie dla Natury "Wilk" zapowiada kolejne raporty tego typu dla innych obszarów w Polsce, gdzie prowadzone są badania telemetryczne drapieżników. Uzyskane dane posłużą również do wyznaczania lokalizacji przejść dla zwierząt na drogach szybkiego ruchu. Zgodnie z polskim prawem takie drogi są obowiązkowo grodzone. Odpowiednio umiejscowione i zaprojektowane przejścia są dla wilków i rysi jedyną szansą na pokonanie autostrad i dróg ekspresowych – podkreśla dr hab. Sabina Nowak. « powrót do artykułu
  12. Jeff Bezos, właściciel Amazona i najbogatszy człowiek na świecie, ogłosił, że założy fundację walczącą ze zmianami klimatu i dofinansuje ją kwotą 10 miliardów dolarów. Bezos Earth Fund będzie finansowała naukowców, aktywistów, organizacje pozarządowe oraz inne działania mające na celu ochronę środowiska naturalnego, napisał miliarder. Będę współpracował z innymi zarówno w celu poszerzenia naszej wiedzy w tej kwestii jak i w celu opracowania nowych metod walki ze zmianami klimatu. Na start przeznaczam 10 miliardów dolarów i już latem tego roku zostaną przyznane pierwsze granty. Ziemia to nasze wspólne dobro, chrońmy ją razem, dodał. Przy okazji stwierdził, że jednym z motywów, dla których założył działającą w przemyśle kosmicznym firmę Blue Origin było spowodowanie, by miliony ludzi mogły żyć i pracować w przestrzeni kosmicznej. Na stronach firmy czytamy, że w Blue Origin wierzymy, że aby uchronić Ziemię, nasz dom, i zachować ją dla wnuków naszych wnuków, musimy udać się w przestrzeń kosmiczną po jej nieskończone zasoby i energię. Tak, jak rewolucja przemysłowa pobudziła handel, pomyślność gospodarczą, pozwoliła na zbudowanie nowych społeczeństw i metod szybkiego transportu, tak przestrzeń kosmiczna otwiera nam drogę do pomyślności przyszłych generacji. Działania Bezosa pochwalili i jednocześnie skrytykowali pracownicy Amazona skupieni w organizacji Amazon Employees For Climate Justice. Pochwalamy działalność dobroczynną Jeffa Bezosa, ale nie można jedną ręką dawać tego, co zabiera się drugą.  Ludzie na Ziemi muszą w końcu poznać odpowiedź, kiedy wreszcie Amazon przestanie wspierać przemysł wydobywczy, który niszczy Ziemię budując kolejne szyby naftowe i gazowe. Kiedy Amazon przestanie finansować zaprzeczające istnieniu globalnego ocieplenia think-tanki w rodzaju Competetive Enterprise Institute? Kiedy Amazon weźmie na siebie odpowiedzialność za zdrowie dzieci mieszkających w pobliżu jego magazynów i przestanie używać ciężarówek napędzanych silnikami diesla?, pytają pracownicy. « powrót do artykułu
  13. Biodiversity Heritage Library udostępniła olbrzymi zbiór ponad 150 000 kolorowych i monochromatycznych rysunków świata przyrody. Niezwykła kolekcja powstawała przez setki lat. Najwcześniejsze zgromadzone w niej teksty pochodzą z połowy XV wieku, a najnowsze z początków XX wieku. Naukowcy, lekarze i podróżnicy przez setki lat tworzyli rysunki flory i fauny. Nawet dzisiaj rysunki są popularne. Są one bowiem bardziej wyraźne niż zdjęcia. Na jednej ilustracji możemy zobaczyć różne części tej samej rośliny, czego na zdjęciu nie zobaczymy, mówi Robin Jess, odpowiedzialna w nowojorskim ogrodzie botanicznym za pracę ilustratorów. Biodiversity Heritage Library została założona przez konsorcjum bibliotek historii naturalnej, w tym Smithsonian Libraries. Rok później uruchomiono cyfrowy portal BHL. Wtedy znajdowało się w nim 300 tytułów. Obecnie znajdziemy tam ponad 200 000 tytułów. W udostępnionej kolekcji znajdziemy zdigitalizowane ilustracje oraz herbaria. Są tam także dwa tomy z ilustracjami dzikich zwierząt autorstwa Josepha Wolfa. Inną ciekawostką jest Flora Graeca skompilowana w latach 1806-1840 przez botanika Johna Sibthorpa. Dzieło, uważane za najpiękniejszą i najbardziej kosztowną księgę poświęconą florze zdobi ponad 1000 kolorowych rysunków roślin. Obecnie BHL we współpracy ze Smithsonian Institution Archives, Smithsonian Libraries i Smithsonian’s National Museum of Natural History kataloguje tysiące notesów z zapiskami z badań polowych. Od 2010 roku skatalogowano ponad 9500 takich notesów, z czego zdigitalizowano około 4000. « powrót do artykułu
  14. Podczas operacji guza mózgu 53-letnia Dagmar Turner grała na skrzypcach. W ten sposób neurochirurdzy z King's College London (KCL) upewniali się, że nie zostaną uszkodzone tak ważne dla muzyka obszary odpowiedzialne za drobne ruchy dłoni i koordynację. Po napadzie padaczkowym w 2013 r. u kobiety zdiagnozowano wolno rosnącego glejaka. Była specjalistka ds. zarządzania z Isle of Wight, która gra w Isle of Wight Symphony Orchestra i udziela się w różnych towarzystwach chóralnych, przeszła biopsję i poddała się radioterapii w lokalnym szpitalu specjalistycznym. Gdy jesienią 2019 r. stało się jasne, że guz urósł i stał się bardziej agresywny, Dagmar zaczęła się skłaniać ku operacji. By omówić dostępne opcje, umówiła się na wizytę u polecanego specjalisty - prof. Keyoumarsa Ashkana z KCL. Guz Dagmar był zlokalizowany w prawym płacie czołowym, blisko obszaru kontrolującego drobne ruchy lewej dłoni. Dagmar opowiedziała o swojej miłości do skrzypiec profesorowi, który również jest pasjonatem muzyki (Ashkan ma wykształcenie nie tylko medyczne, ale i muzyczne i jest wytrawnym pianistą). By wyjść naprzeciw oczekiwaniom pacjentki, zespół z King's College London opracował plan. Przed operacją przez 2 godziny opracowywano szczegółową mapę jej mózgu, by dokładnie określić obszary aktywne w czasie gry na skrzypcach oraz regiony odpowiedzialne za motorykę i funkcje językowe. Kobieta wyraziła też zgodę na wybudzenie w trakcie zabiegu, by mogła zagrać na instrumencie. W ten sposób można się było upewnić, że nie ulegną uszkodzeniu rejony kluczowe dla kontroli delikatnych ruchów dłoni. King's to jeden z największych ośrodków leczenia guzów mózgu w Wielkiej Brytanii. Każdego roku przeprowadzamy około 400 resekcji, które często wiążą się z wybudzaniem chorych, by przeprowadzić testy językowe. To jednak pierwszy raz, gdy miałem pacjenta grającego na instrumencie. Wiedzieliśmy, że gra na skrzypcach jest ważna dla Dagmar, dlatego tak istotne było zachowanie funkcji delikatnych obszarów mózgu, które na to pozwalają. Udało nam się usunąć ponad 90% guza [...] i zachować pełną sprawność lewej dłoni. Skrzypce to moja pasja. Gram, odkąd skończyłam 10 lat. Na myśl o tym, że mogłabym stracić tę zdolność, pękało mi serce, ale będący muzykiem profesor Ashkan rozumiał moje obawy. Zaplanowano wszystko, od mapowania mózgu po ułożenie w czasie operacji, tak by pacjentka mogła grać na skrzypcach. Dzięki nim mam nadzieję, że bardzo szybko wrócę do mojej orkiestry. Trzy dni po operacji Dagmar czuła się na tyle dobrze, że można ją było wypisać do domu. Będzie się znajdować pod opieką lokalnego szpitala. W tym miejscu warto przypomnieć o przypadku Roberta Alvareza, który podczas operacji usuwania gwiaździaka w 2018 r. w MD Anderson Cancer Center grał z kolei na gitarze. Także w USA, tym razem w Mayo Clinic, odbyła się operacja, podczas której do wzgórza cierpiącego na drżenie samoistne Rogera Frischa z Minnesota Orchestra wszczepiano elektrody do głębokiej stymulacji mózgu. Ponieważ drżenia były delikatne, lekarzom trudno byłoby stwierdzić, czy elektrody znajdują się w najlepszym możliwym miejscu. Rozwiązaniem okazało się uwzględnienie gry na skrzypcach w planie operacji. Zespół inżyniera Kevina Benneta opracował instrument, na którym Frisch mógłby wtedy grać (zaprojektowano mocowany do smyczka akcelerometr).       « powrót do artykułu
  15. Przez dekady na pojedynczym kawałku krzemu starano się zintegrować coraz więcej podzespołów. Dzisiaj mamy tego rezultat w postaci układów typu system-on-chip. Jednak w miarę wzrostu skomplikowania takich układów zaczęły rosnąć koszty i pojawiało się coraz więcej problemów produkcyjnych. Pomysł umieszczania wszystkiego na jednym kawałku krzemu przestał być tak pociągający, jak był niedawno. Obecnie jedne z najbardziej zaawansowanych procesorów, w tym Ryzen firmy AMD, są zbudowane z chipletów, czyli zamkniętych w jednej procesorowej obudowie dobrze ze sobą skomunikowanych produkowanych niezależnie, nawet w innych procesach technologicznych, struktur krzemowych. Francuska organizacja badawcza CEA-Leti postanowiła sprawdzić, jak daleko można rozwinąć koncepcję chipletów. Podczas IEEE Solid-State Circuits Conference (ISSCC) Francuzi zaprezentowali 96-rdzeniowy procesor zbudowany z sześciu chipletów. Chip został zbudowany z sześciu 16-rdzeniowych chipletów umieszczonych na wspólnym krzemowym podłożu zwanym aktywnym rozdzielaczem. Na rozdzielaczu umieszczono regulatory napięcia oraz sieć łączącą podzespoły pamięci. Jak mówi Pascal Vivet, dyrektor ds. naukowcy CEA-Leti, aktywne rozdzielacze to najlepsze rozwiązanie dla technologii chipletów. Pozwalają one bowiem łączyć razem układy niejednorodne technologicznie czy pochodzące od różnych producentów. Jeśli chcesz zintegrować chiplet od producenta A z chipletem od producenta B, a ich interfejsy nie są kompatybilne, musisz mieć coś, co je połączy. A jedynym na to sposobem jest użycie aktywnego rozdzielacza, stwierdził Vivet. Rozdzielacz wyposażono w network-on-chip, który wykorzystuje trzy różne obwody do łączenia podsystemów pamięci. L1 i L2 są połączone bezpośrednio, co zapewnia odpowiednią prądkość przekazywania danych. Połączenie L2 i L3 wymaga już odpowiednich układów pośredniczących, podobnie jak połączenie L3 z układami pamięci znajdującymi się poza chipem. Jednak odpowiednio skonstruowany rozdzielacz pozwala na przesyłanie danych z prędkością 3 TB/s na milimetr kwadratowy, a opóźnienia wynoszą tutaj zaledwie 0,6 ns na milimetr. Zaprezentowany przez CEA-Leti rozdzielacz zawiera też regulatory napięcia. Zwykle podzespoły te znajdują się na samym procesorze w postaci stabilizatorów napięcia typu LDO (low dropout regulator). Francuzi zastosowali bardziej efektywne przekształtniki napięcia (switched capacitor voltage regulator). Co prawda wymagają one zastosowania osobnego kondensatora, ale na rozdzielaczu jest wystarczająco dużo miejsca, by go umieścić. W zamian dostajemy bardziej energooszczędny układ, który potrzebuje zaledwie 156 mW na milimetr kwadratowy. Tego typu architektura pozwala na wykorzystanie standardowych interfejsów do łatwego łączenia podzespołów różnych producentów w tańszy, bardzie elastyczny system-on-chip. Jednak przemysł zbyt szybko takiej architektury nie zaadoptuje. Obecnie bowiem komercyjne systemy wykorzystują chiplety umieszczone na rozdzielaczach, które nie zawierają aktywnych elementów. Wiele z nich nie jest nawet wykonanych z krzemu. Tymczasem na ISSCC AMD pobiło rekord wydajności. Podkręcony i chłodzony ciekłym azotem zbudowany z chipletów układ Zen 2 osiągnął 37 744 punkty w benchmarku Cinebench 3D. Wcześniejszy rekord wynosił około 32 000 punktów, a osiągnięto go dzięki kosztującemu 20 000 USD 128-rdzeniowemu systemowi serwerowemu. « powrót do artykułu
  16. Francuscy lekarze poinformowali, że udało im się zabezpieczyć płodność pacjentki z rakiem sutka, pobierając niedojrzałe komórki jajowe, przeprowadzając ich dojrzewanie w laboratorium poza organizmem kobiety i kriokonserwując je na drodze witryfikacji. Po paru latach komórki zapłodniono. Dzięki temu 6 lipca 2019 r. urodził się zdrowy chłopiec - Jules. Autorzy publikacji z pisma Annals of Oncology podkreślają, że to pierwszy taki przypadek na świecie. Konsultowałem 29-letnią pacjentkę po zdiagnozowaniu [przewodowego] raka piersi [wykazano obecność receptora estrogenowego alfa, receptora progesteronowego, brak było jednak ekspresji ludzkiego receptora nabłonkowego czynnika wzrostu 2, w skrócie HER2]. Zaproponowałem jej zamrożenie komórek jajowych po procedurze IVM [ang. in vitro maturation, gdzie oocyty pobiera się z pęcherzyków antralnych przed spontaniczną owulacją i dojrzewa in vitro] i zamrożenie tkanki jajników. Kobieta odrzuciła drugą procedurę jako zbyt inwazyjną [...] - opowiada prof. Michaël Grynberg ze Szpitala Uniwersyteckiego Antoine'a Béclère'a. Podczas przezpochwowego USG stwierdzono 17 pęcherzyków antralnych. Ponieważ podawanie leków trwałoby zbyt długo i mogłoby pogorszyć stan pacjentki, 6 dni później (jeszcze przed rozpoczęciem chemioterapii) przeprowadzono procedurę pobrania 7 oocytów z pominięciem etapu stymulacji hormonalnej jajników. Później komórki dojrzewały w specjalnym podłożu do stadium metafazy drugiego podziału mejotycznego (MII). Jest to stadium komórki jajowej uwalnianej podczas owulacji czy pobieranej w "zwykłym" programie in vitro. W kolejnym etapie komórki poddano witryfikacji, która polega na natychmiastowym sprowadzeniu temperatury roztworu krioprotektantu do -196˚C, czyli temperatury ciekłego azotu. Co istotne, ani w roztworze otaczającym komórkę, ani w samej komórce nie wytwarzają się kryształy lodu. Po paru latach okazało się, że po chemioterapii kobieta jest niepłodna - mimo podejmowanych prób przez rok nie zaszła w ciążę. Ponieważ stymulacja lekami hormonalnymi mogłaby doprowadzić do wznowy raka sutka, lekarze zdecydowali się wykorzystać komórki poddane wcześniej krioprezerwacji. Przeprowadzono docytoplazmatyczną iniekcję plemnika (ang. Intracytoplasmic Sperm Injection, ICSI). Udało się uzyskać 5 zygot; ostatecznie dokonano transferu 1 zarodka. Pacjentka donosiła ciążę. Szóstego lipca ubiegłego roku w wieku 34 lat urodziła zdrowego syna. Byliśmy zachwyceni, że pacjentka bez problemu zaszła w ciążę i urodziła w terminie zdrowe dziecko - podkreśla Grynberg. Zabezpieczenie płodności powinno być zawsze uwzględniane jako część leczenia młodych pacjentek onkologicznych. [...] Najbardziej skuteczną opcją pozostaje witryfikacja oocytów lub zarodków po stymulacji jajników, lecz w niektórych przypadkach hormonalna stymulacja jest niewykonalna, np. ze względu na leczenie w trybie pilnym czy inne przeciwwskazania. W takich sytuacjach alternatywą jest zamrożenie tkanki jajników, wymaga ono jednak przeprowadzenia laparoskopii i w pewnych chorobach oznacza ryzyko ponownego wprowadzenia złośliwych komórek przy transplantacji. IVM pozwala na kriokonserwację komórek jajowych bądź zarodków w pilnych sytuacjach lub gdy stymulacja jest niebezpieczna dla pacjentki. Dodatkowo późniejsze ich wykorzystanie nie wiąże się z ryzykiem wznowy. Szczegóły badań opisano w Journal of Oncology w artykule First birth achieved after fertility preservation using vitrification of in vitro matured oocytes in a woman with breast cancer « powrót do artykułu
  17. Senet to starożytna egipska gra planszowa sprzed około 5000 lat z czasów pierwszej dynastii, która rządziła w Egipcie. Nie znamy jej reguł, ale wiemy, że była rozgrywana na planszy o rozmiarach 3 na 10 pól. Na planszy przesuwany był zestaw pionów, a o ruchu decydował rzut specjalnych dwustronnych patyczków. Pola na planszy nie są oznaczone, z wyjątkiem pól od 26. do 29. zawierających te same symbole: bogini, wody, liczby 3 i liczby 2. Do czasów Nowego Państwa (początek ok. 1550 roku przed Chrystusem), senet zyskała znaczenie symboliczne. Pojawia się ona w Księdze Umarłych. Wydaje się, że reprezentowała wędrówkę duszy. Z czasem same plansze i piony były coraz staranniej wykonane i bardziej bogato zdobione. Jednak w historii gry istnieją poważne luki. Na przykład w grobowcach z czasów pomiędzy Czwartą a Szóstą Dynastią (2613 – 2181 r. p.n.e.) widzimy malunki przedstawiające grających w senet, ale nie mamy żadnych egzemplarzy gry z tego okresu. Walter Crist, antropolog z Uniwersytetu w Maastrich poinformował właśnie, że zidentyfikował egzemplarz senet, który może stanowić pomost pomiędzy Średnim a Nowym Państwem, czyli pomiędzy zwykła grą, a grą o znaczeniu symbolicznym. Egzemplarz ten znajduje się w Rosicrucian Egyptian Museum w San Jose w Kalifornii. Nie wiadomo, ile lat liczy sobie ta konkretna plansza. Wiadomo, że została ona kupiona w 1947 roku od brytyjskiego kolekcjonera. Prawdopodobnie została zabrana z Egiptu przed rozwojem współczesnej archeologii. Drewnianego zabytku nigdy nie poddano datowaniu radiowęglowemu, zatem Crist oparł swoją analizę wyłącznie na jego wyglądzie. Naukowiec zauważa, że przez większą część historii rozgrywka w senet rozpoczynała się w górnym lewym rogu, a kończyła na dekorowanych polach w prawym dolnym roku. W czasach Środkowego Państwa pola dekorowane znalazły się na górze planszy, a grę rozpoczynano w prawym dolnym rogu i kończono w lewym górnym. Plansza z San Jose ma orientację odpowiadającą planszom ze Średniego Państwa, jednak pola dekorowane są bardziej złożone niż inne plansze z tego okresu. W Średnim Państwie drugie i trzecie pole od końca zawierały, odpowiednio, dwie i trzy linie. Jednak w Nowym Państwie na polach tych pojawiają się, odpowiednio, dwie lub trzy boginie albo ptaki ba, reprezentujące duszę. Na planszy z San Jose widzimy hieroglify reprezentujące boginię, wodę, trzech siedzących mężczyzn i dwóch siedzących mężczyzn. Podobne zdobienia widzimy jedynie na egzemplarzu pochodzącym z grobowca Hatszepsut oraz na grze, która prawdopodobnie pochodzi z czasów jej następcy, Totmesa III. Walter Crist uważa, że orientacja typowa dla Środkowego Państwa i ozdoby z czasów Nowego Państwa wskazują, że plansza z San Jose reprezentuje okres przejściowy pomiędzy zwykłą prostą wersją senet, a wersją, która stała się bardziej dekoracyjna i zyskała znaczenie religijne. Ostatnim znanym nam przedstawieniem senetu typowego dla Średniego Państwa jest rysunek wykonany atramentem na szkolnej tabliczce z czasów XVII dynastii, który powstał na około 70 lat przed rządami Hatszepsut. Egzemplarz z San Jose to prawdopodobny kandydat uzupełniający lukę stylistyczną w projektowaniu gry, stwierdził Crist. Z analizą Crista możemy zapoznać się w artykule Passing from the Middle to the New Kingdom: A Senet Board in the Rosicrucian Museum opublikowanym na łamach Journal of Egyptian Archeology. « powrót do artykułu
  18. Radar US National Weather Service zarejestrował gigantyczne stado ptaków, migrujących z Ameryki Południowej. Przelatująca nad Florydą grupa miała co najmniej 145 kilometrów średnicy. Każdego roku pomiędzy Ameryką Północną a Południową przemieszczają się olbrzymie liczby ptaków. Cornwell University przygotował animację pokazującą migracje 118 gatunków. Niektóre rozpoczynają swoją podróż już w lutym, a największy ruch na niebie panuje w marcu i kwietniu. Na animacji możemy na przykład zobaczyć jak biegus białorzytny wyrusza w lutym z Patagonii by pod koniec czerwca dotrzeć do północnych wybrzeży Zatoki Hudsona, a już kilka tygodni później udaje się w drogę powrotną i w grudniu znowu jest w Patagonii. Równie imponującą migracją może poszczycić się biegus płowy, przemieszczający się co roku pomiędzy Urugwajem a Alaską i z powrotem. Niektóre z migrujących ptaków docierają do Jukatanu i na Kubę, gdzie czekają na korzystne wiatry, które ułatwią im dalszą migrację. Stado, które zaobserwowano na radarach, wyruszyło dzień wcześniej z Kuby, a przed świtem wylądowało na Florydzie. Zarejestrowanie stada ptaków przez radar meteorologiczny było możliwe dzięki odpowiednim warunkom atmosferycznym. Nad nami utworzyła się stabilna warstwa powietrza, które odbijało sygnał radaru bliżej ziemi. Przez to był on w stanie rejestrować niżej znajdujące się obiekty, wyjaśnia meteorolog Kate Lenninger. Przyszłość ptaków w Ameryce Północnej jest niepewna. Dwa przeprowadzone niedawno badania wykazały, że od roku 1970 liczebność ptaków na tym kontynencie spadła aż o 3 miliardy, czyli o 29%. Jedną z przyczyn tego spadku jest niszczenie habitatów przez ludzi. Zmiany klimatyczne mogą być kolejnym problemem, gdyż mogą one niekorzystnie wpłynąć na wzorce migracji tych zwierząt. Specjaliści obawiają się na przykład, że orzeł przedni może nie być w stanie zmienić wzorca migracji i nie dostosuje go do wcześniej nadchodzącej wiosny. Tymczasem to wiosną wykluwają się młode, które jesienią powinny uzyskać pełną niezależność od rodziców. « powrót do artykułu
  19. Jeszcze tylko przez kilka dni osoby zwiedzające Kaplicę Sykstyńską będą mogły podziwiać widok, jakiego nie widziano tam od ponad 400 lat. Powieszono tam bowiem wszystkie słynne arrasy Rafaela, które zostały stworzone właśnie dla Kaplicy. Wyjątkową wystawę zorganizowano z okazji 500. rocznicy śmierci Rafaela. Zamówiono je, by wisiały w tym miejscu i uznaliśmy, że to najlepszy sposób na upamiętnienie tej rocznicy, mówi Barbara Jatta, dyrektor Muzeów Watykańskich. Zwykle arrasy Rafaela można oglądać w Pinakotece Watykańskiej. Są one tam dostępne rotacyjnie, zarówno ze względów bezpieczeństwa, jak i dlatego, że dzieła są okresowo konserwowane czy wypożyczane do innych muzeów. Pochodzący z rodu Medyceuszów papież Leon X (1513–1521) chciał dodać do Kaplicy Sykstyńskiej coś od siebie. Dwaj jego poprzednicy, Sykstus IV i Juliusz II, obaj z rodu della Rovere, zlecili ozdobienie ścian i sufitu Kaplicy Sykstyńskiej największym artystom swoich czasów. Za pontyfikatu Sykstusa IV górna część ścian została ozdobiona freskami przedstawiającymi sceny z życia Chrystusa i Mojżesza. Powyżej znajdowały się portrety papieży. Nad freskami pracowali m.in. Perugino, Botticelli czy Ghirlandaio. Pod scenami z życia Chrystusa i Mojżesza namalowano kotary ozdobione herbami della Rovere. Z kolei za pontyfikatu Juliusza II powstały wspaniałe freski wykonane na suficie przez Michała Anioła w latach 1508–1512. Leon X chciał zostawić swój ślad w Kaplicy i w 1515 zamówił u Rafaela wykonanie projektów 10 arrasów, które miały zawisnąć w dolnej części ścian. Miały one przedstawiać sceny z życia świętych Piotra i Pawła. Artysta rozpoczął pracę nad projektem latem 1515 roku, a wszystkie szkice były gotowe z końcem 1516 roku. Gotowe obrazy stopniowo trafiły do słynnego warsztatu flamandzkiego mistrza Pietera van Aelsta III, gdzie tkacze zajęli się produkcją arrasów. To ten sam warsztat, w którym powstało część arrasów z Wawelu. Prace nad pierwszymi arrasami musiały rozpocząć się na początku 1516 roku. Wiemy, że 26 grudnia 1519 roku w Kaplicy Sykstyńskiej zawisło 7 arrasów. Brakowało wówczas jeszcze „Ukamieniowania świętego Stefana”, „Świętego Pawła w więzieniu” i „Pawła nauczającego w Atenach”. Najprawdopodobniej Rafael odwiedził wówczas Kaplicę Sykstyńską i oglądał arrasy. Nie miał jednak okazji obejrzeć ich wszystkich. Zmarł 5 miesięcy później, w wieku 37 lat. Jednak gdy w 1521 roku, po śmierci Leona X przeprowadzono spis inwentarzowy, wymieniono w nim wszystkie 10 arrasów. Wiemy, że wszystkie arrasy zawisły w Kaplicy Sykstyńskiej na krótko przed śmiercią papieża. Niedługo potem arrasy zastawiono, by opłacić pogrzeb Leona X. Wróciły do Watykanu rok później, na koronację papieża Adriana VI. Kilka lat później, w czasie słynnego Sacco di Roma, Złupienia Rzymu, z 1527 roku arrasy zostały skradzione. Wracały stopniowo do papieskiej kolekcji w latach 1544–1554. Ostatni raz wszystkie razem zawisły w Kaplicy Sykstyńskiej pod koniec XVI wieku. Ponowine zostały ukradzione w 1798 roku, gdy Rzym został zdobyty przez Francuzów. Kupił je tanio pewien handlarz, a Watykan odkupił je w 1808 roku. Nie wiemy na pewno ile kosztowało wykonanie arrasów. Dwa źródła mówią o 2000 dukatów za każdy z nich, jednak niewykluczone, że powtarzają one plotki krążące w tym czasie wśród ludu. Inne ze źródeł wspomina, że za projekt każdego z arrasów Rafael otrzymał 100 dukatów, a wykonanie kosztowało 1500 dukatów. W sumie dawałoby to 16 000 dukatów za projekt z wykonaniem. To olbrzymia kwota, 5-krotnie większa niż Michał Anioł otrzymał za freski w Kaplicy Sykstyńskiej. Tkaniny mogły być jednak tak drogie, gdyż do ich wykonania użyto dużo srebrnych i złotych nici. Nie wiemy dokładnie, co działo się z rysunkami Rafaela, na podstawie których wykonano niezwykłe arrasy. Prawdopodobnie zostały one w rękach Pietera van Aelsta i prawdopodobnie, jak to było wówczas w zwyczaju, umowa przewidywała, że nie zostaną ponownie użyte za życia mistrza. Jednak już rok lub dwa po śmierci van Aelsta na podstawie tych samych rysunków wykonano, w innym warsztacie, arrasy dla króla Francji Franciszka I. Nie są one jednak identyczne. Arrasy mają bowiem szerokie obramowania z prawej strony i na dole. Na dole arrasów watykańskich znajdują się sceny z życia Leona X i świętego Piotra. Arrasy Franciszka zawierały sceny z jego życia. Nie zachowały się one do dnia dzisiejszego. Spalono je w 1797 roku podczas Rewolucji, by odzyskać złoto i srebro. Arrasy na podstawie projektu Rafaela wykonano też dla króla Anglii Henryka VIII. Do Westminsteru dostarczono je w 1542 roku, a około roku 1650 zostały sprzedane. W XIX wieku trafiły do Kaiser Friedrich Museum w Berlinie, gdzie uległy zniszczeniu w 1945 roku. Na podstawie rysunków wielkiego artysty wykonano też arrasy dla dla królów Hiszpanii Karola V i Filipa II oraz dla kardynała Gonzagi. Z czasem rysunki Rafaela uległy coraz większemu zniszczeniu. W 1623 roku siedem ocalałych kupił książę Walii Karol I. W tym czasie były one używane przez tkalnię Mortlake w Genui. Jak więc widzimy, warsztaty tkackie handlowały między sobą coraz bardziej zniszczonymi i niekompletnymi projektami. Dzięki Karolowi siedem dzieł Rafaela przetrwało do dzisiaj. Ostatni raz arrasy Rafaela można było oglądać w Kaplicy Sykstyńskiej w 1983 roku z okazji 500. rocznicy urodzin artysty. Wtedy jednak jeden z arrasów był w konserwacji, a inny został wypożyczony nowojorskiemu Metropolitan Museum. Zatem obecnie mamy pierwszą od ponad 400 lat okazję, by oglądać całą kolekcję i zobaczyć Kaplicę Sykstyńską w jej pełnej chwale. Trzeba jednak się spieszyć, bo arrasy będą prezentowane jedynie do 23 lutego. « powrót do artykułu
  20. W tym roku 19 lutego po raz pierwszy jest obchodzone nowe święto: Dzień Nauki Polskiej. W Polsce mamy 81,5 tys. badaczy, którzy pracują w 623 placówkach - wynika z danych resortu nauki przekazanych PAP. Poza tym w naszym kraju uczy się ok. 1,2 mln studentów i 39 tys. doktorantów. Dzień Nauki Polskiej ma być wyrazem uznania dla dokonań polskich naukowców. Jako datę corocznych obchodów wyznaczono 19 lutego - dzień urodzin Mikołaja Kopernika, w uznaniu jego wybitnych zasług na polu astronomii. Święto ma stanowić inspirację do pójścia w ślady wybitnych polskich badaczy i wzmocnić zainteresowanie nauką. Przy okazji Dnia Nauki Polskiej PAP poprosiła Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego o aktualne dane dotyczące liczby naukowców w Polsce. Z najbardziej aktualnych danych - czyli za 2018 r. - wynika, że w Polsce pracuje 81,5 tys. badaczy. Naukowcy ci zatrudnieni są w 623 podmiotach: 132 uczelniach publicznych, 248 uczelniach niepublicznych, 67 instytutach badawczych i 36 instytutach Sieci Badawczej Łukasiewicz, 69 instytutach naukowych PAN, 16 uczelniach kościelnych, 1 instytucie międzynarodowym i 54 innych jednostkach. Najwięcej - 62 tys. badaczy - zatrudnionych jest na uczelniach publicznych. W instytutach badawczych oraz instytutach Sieci Badawczej Łukasiewicz pracuje 7,6 tys. takich osób. W jednostkach naukowych PAN jest to 6,1 tys. badaczy, a na uczelniach niepublicznych - 3,9 tys. Uczelnie kościelne zatrudniają 1,3 tys. badaczy. Z porównania danych wynika, że liczba badaczy nieznacznie spadła: z 88 tys. w 2016 r. do 81 tys. w 2018 r. Jako badaczy MNiSW traktuje w tym zestawieniu pracowników, którzy - na potrzeby ewaluacji naukowej swojej placówki - podpisali oświadczenie, że prowadzą działalność naukową w danym podmiocie. Gdyby jednak za naukowców uznać osoby ze stopniem lub tytułem naukowym, to takich osób jest w Polsce 86 tys. Osób z samym stopniem doktora jest w Polsce ponad 54 tys., doktorów habilitowanych mamy ok. 21 tys., a profesorów ok. 10 tys. Do miana badaczy pretenduje też wielu studentów i doktorantów. Studentów jest w Polsce w sumie 1,2 mln, co oznacza, że studiuje teraz niemal co trzydziesty Polak. 3/4 studentów (893 tys.) to studenci uczelni publicznych. Na uczelniach niepublicznych studiuje 314 tys. osób, a na kościelnych - prawie 16 tys. osób. Liczba studentów systematycznie spada. W 2016 r. było ich o prawie 100 tys. więcej (1,3 mln) niż w 2018. Ponadto w Polsce mamy też 39 tys. doktorantów. Ich liczba również spadła w ciągu ostatnich dwóch lat - w 2016 r. było ich 43 tys. « powrót do artykułu
  21. Ironią losu jest, że jeden z najbardziej śmiercionośnych wirusów może być użyteczny w leczeniu jednego z najbardziej śmiercionośnych nowotworów mózgu, mówi profesor neurochirurgii Anthony van den Pol z Yale University. Wspomnianym wirusem jest jest Ebola, którą można wykorzystać do walki z glejakiem. Glejaki to bardzo trudne w leczeniu, często śmiertelne nowotwory mózgu. Naukowcy z Yale opisali na łamach Journal of Virology w jaki sposób wykorzystali zarówno słabości nowotworu jak i zdolności obronne Eboli przeciwko atakowi ze strony układ odpornościowego. W przeciwieństwie do zdrowych komórek, wiele nowotworów nie jest w stanie zorganizować nieswoistej odpowiedzi odpornościowej w reakcji na atak ze strony wirusa. Dlatego też naukowcy próbują wykorzystać wirusy do walki z nowotworami. To jednak niesie ze sobą ryzyko wywołania groźnej infekcji w organizmie. Dlatego też uczeni eksperymentują tworząc chimery różnych wirusów lub łącząc geny różnych wirusów tak, by atakowały one komórki nowotworowe, ale nie wywoływały infekcji w zdrowych komórkach. Van den Pol zainteresował się pewnym szczególnym genem o nazwie MLD. To jeden z siedmiu genów, które ułatwiają Eboli ukrycie się przed układem odpornościowym. MLD ma też swój udział w niezwykłej zjadliwości tego wirusa. Biorąc pod uwagę fakt, że wirus Ebola (EBOV) infekuje wiele różnych organów i komórek, a jednocześnie wykazuje słaby neurotropizm [neurotropizm to zdolność wirusa do infekowania komórek układu nerwowego – red.], zaczęliśmy się zastanawiać czy chimera wirusa pęcherzykowatego zapalenia jamy ustnej (VSV) zaprojektowana do ekspresji glikoproteiny wirusa Ebola (EBOV GP), nie mogłaby selektywnie infekować komórek guza mózgu. Wykorzystanie glikoproteiny MLD mogłoby ułatwić wirusowi uniknięcie ataku ze strony układu odpornościowego, stwierdzili naukowcy. Van den Pol i Xue Zhang, również z Yale University, stworzyli więc wirusa VSV z ekspresją MLD, którego następnie wstrzyknęli do mózgu myszy z glejakiem. Okazało się, że MLD pomógł w selektywnym wykryciu i zabiciu komórek nowotworowych. Stworzyliśmy chimerę VSV, w której glikoproteina Eboli zastąpiła naturalną glikoproteinę VSV. W ten sposób zredukowaliśmy neurotoksycznść VSV. Chimera VSV zdolna do ekspresji pełnej EBOV GP (VSV-EBOV) zawierającej MLD była znacząco bardziej efektywna i bezpieczna niż EBOV GP niezawierająca MLD, informują uczeni. Badania prowadzone na myszach z ludzkimi guzami nowotworowymi wykazały, że VSV-EBOV zawierające MLD znacznie lepiej niż VSV-EBOV bez MLD eliminuje guzy mózgu i wydłuża życie myszy. Uczeni sądzą, że to właśnie użycie MLD chroni zdrowe komórki przed infekcją. Kluczowym czynnikiem może być tutaj fakt, że wirus z glikoproteiną MLD namnaża się wolniej niż wirus bez MLD Opisane powyżej rozwiązanie mogłoby – przynajmniej w teorii – wspomagać leczenie chirurgiczne i zapobiegać nawrotom choroby. « powrót do artykułu
  22. Najnowocześniejsza obecnie forma immunoterapii, polegająca na wykorzystaniu własnych zmodyfikowanych genetycznie komórek odpornościowych pacjenta, pozwoliła uratować chorą na chłoniaka pacjentkę Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach. Terapia CAR-T cells to jest leczenie, które otwiera nowe perspektywy - nie tylko w onkohematologii, ale w onkologii szerzej rozumianej – oświadczył podczas poniedziałkowej konferencji prasowej w Gliwicach kierownik Kliniki Transplantacji Szpiku i Onkohematologii w gliwickim oddziale Narodowego Instytutu Onkologii im. M. Skłodowskiej-Curie prof. Sebastian Giebel. To najbardziej zaawansowana forma immunoterapii komórkowej, czyli wykorzystania komórek naszego własnego układu odpornościowego do walki z nowotworem. Terapia, która stwarza wielkie nadzieje dla pacjentów, również oczekiwania u lekarzy, ale która wiąże się z szeregiem trudności, a co za tym idzie - dostęp do niej jest póki co bardzo ograniczony – dodał. Wśród trudności wymienił m.in. wysokie koszty, które jednak – jak spodziewają się hematolodzy – będą stopniowo malały wraz z upowszechnieniem tej metody, możliwe skutki uboczne dla pacjenta, a także trudności produkcyjne. To jest terapia przygotowywana indywidualnie, spersonalizowana. Nie mamy tutaj do czynienia z lekiem, który stoi na półce, po który można sięgnąć w dowolnej chwili. Wręcz przeciwnie – wszystko trzeba zaplanować, skoordynować, żeby leczenie przygotować dla naszego pacjenta – wyjaśnił prof. Giebel. Chorująca na chłoniaka 62-letnia Jadwiga Szotek jest pierwszą kobietą, u której w Polsce zastosowano tę terapię – kilka tygodni wcześniej zastosowano ją u chorego na ten sam rodzaj nowotworu pacjenta w Poznaniu. Nowotwór zdiagnozowano u niej relatywnie późno, od początku onkolodzy podejrzewali, że może być oporny na chemioterapię. I rzeczywiście – choć otrzymała 9 cykli chemioterapii, nie przyniosły one odpowiedzi. Jak przyznał prof. Giebel – możliwość zastosowania nowej terapii pojawiła się w optymalnym momencie, bo lekarze nie mieli już jak pomóc pani Jadwidze. Kobieta czuje się teraz dobrze, odzyskuje siły, choć nadal pozostaje pod kontrolą lekarską i czekają ją dalsze badania, aby potwierdzić, że rzeczywiście w jej organizmie nie ma już komórek nowotworowych. Czuję się bardzo dobrze, od 2 lat się tak nie czułam. Dziękuję wszystkim, którzy podarowali mi drugie życie. Cieszę się teraz życiem – powiedziała pani Jadwiga podczas konferencji. W medycynie już od kilku dziesięcioleci myślano o wykorzystaniu własnych komórek chorego tak, by one niszczyły nowotwór – jednak dopiero z początkiem XXI w. pojawiły się takie możliwości technologiczne, a pierwsze zastosowania kliniczne miały miejsce w ostatnich kilku latach. Koncepcja jest dosyć prosta. Pierwszy krok to pobranie z krwi pacjenta limfocytów T – najbardziej wyspecjalizowanych komórek naszego układu odpornościowego. [...] Następnie w laboratorium komórki zostają przeprogramowane, zmodyfikowane genetycznie - wprowadza się do nich za pomocą specjalnych wirusów sztucznie przygotowany gen, który koduje receptor pozwalający tym limfocytom T rozpoznawać antygeny nowotworu. Czyli zmieniamy optykę tych komórek - limfocytów T, które na co dzień walczą z wirusami, bakteriami - tak, żeby rozpoznawały w sposób celowany cechy komórki nowotworowej. Te komórki się dalej stymuluje, pobudza, namnaża i końcu trafiają z powrotem do pacjenta w formie infuzji dożylnej – wyjaśnił prof. Giebel. Choć lekarze wiążą duże nadzieje z nową metodą, to na razie jest zarejestrowana tylko w dwóch wskazaniach - opornych na chemioterapię chłoniaku rozlanym z dużych komórek B i ostrej białaczce limfoblastycznej u chorych do 25. roku życia. Certyfikaty uprawniające do stosowania tej metody mają obecnie 3 ośrodki w Polsce – gliwicki, poznański oraz dziecięcy we Wrocławiu. Od strony wynalazczej, koncepcji to jest coś, przed czym trzeba zdjąć czapkę. Wspaniały kierunkowskaz i nadzieja na przyszłość. Trzeba jednak pamiętać, że na dziś mamy zarejestrowane tylko dwa zastosowania i wyłącznie dla nowotworów wywodzących się z limfocytów B - podkreślił jeden z najwybitniejszych polskich hematologów prof. Jerzy Hołowiecki. « powrót do artykułu
  23. Na Forum Romanum w Rzymie odkryto hipogeum. Znajduje się w nim sarkofag z tufy oraz struktura przypominająca ołtarz. Naukowcy uważają, że jest to część heroonu Romulusa. Jak zapowiedziała Alfonsina Russo, dyrektorka Parku Archeologicznego Koloseum, odkrycie zostanie zaprezentowane mediom w piątek (21 lutego). Sarkofag z tufy pochodzi z ok. VI w. p.n.e. i ma ~1,4 m długości. Na hipogeum natrafiono pod schodami prowadzącymi do Kurii (nowe schody zostały zbudowane w latach 30. XX w. przez Alfonsa Vartolę). Co ważne, nieopodal znajduje się Lapis Niger (Czarny Kamień), a więc legendarne miejsce śmierci/wniebowzięcia Romulusa. Forum Romanum nie przestaje nas zadziwiać nowymi wspaniałościami - podkreśliła Russo. Znaleziska dokonano podczas wykopalisk, które rozpoczęto mniej więcej przed rokiem, by upamiętnić odkrycia słynnego archeologa Giacoma Boniego na początku XX w. « powrót do artykułu
  24. Klimaty typu śródziemnomorskiego są niezwykle wrażliwe na obecność gazów cieplarnianych. Okazuje się, że gdy w atmosferze pojawia się więcej takich gazów, natychmiast zmniejsza się poziom opadów w klimacie śródziemnomorskim. Na szczęście mechanizm ten działa też w drugą stronę i spadek poziomu opadów zostaje natychmiast zatrzymany, jeśli obniżeniu ulega emisja gazów cieplarnianych. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych przez naukowców z University of Reading, Imperial College London i Instytutu badan nad atmosferą i klimatem włoskiej Narodowej Rady Badań Naukowych (Consiglio Nazionale delle Ricerche). Specjaliści z tych instytucji opisali nieznany dotychczas wpływ zmian klimatycznych na takie regiony jak Kalifornia, centralne Chile i basen Morza Śródziemnego. Dotychczasowe modele klimatyczne i badania obserwacyjne sugerowały, że w miarę ocieplania się klimatu w regionach o klimacie śródziemnomorskim – z wyjątkiem Kalifornii – będzie dochodziło do spadku ilości opadów. Klimat śródziemnomorski, z jego gorącymi suchymi latami jest bardzo wrażliwy na zmiany poziomu opadów w zimie. Dlatego też często uważa je się za wskaźniki zmian klimatycznych. Dotychczas nie wiadomo było jednak, jak zmiany w koncentracji gazów cieplarnianych wpływają na klimat śródziemnomorski. Emisja gazów cieplarnianych natychmiast wpływa na klimat, jednak staje się to widoczne po wielu dziesięcioleciach, mówi główny autor badań, doktor Giuseppe Zappa. Wiemy też, że gromadzące się w górnych warstwach atmosfery gazy mogą wpływać na klimat lokalny albo bardzo szybko, zaledwie w ciągu lat, albo powoli, przez dziesięciolecia. Naukowcy, którzy do swoich badań nad klimatem śródziemnomorskim wykorzystali modele komputerowe, zauważyli, że w środkowym Chile i w basenie Morza Śródziemnego w ciągu zaledwie kilku lat dochodzi do spadku opadów w reakcji na zwiększoną emisję gazów cieplarnianych. To zaś, jak zauważył doktor Paulo Ceppi z Imperial College London, sugeruje, że stabilizacja koncentracji gazów cieplarnianych przyniesie natychmiastową korzyść zasobom wodnym w tych regionach, gdyż zatrzyma spadek opadów. Innymi słowy, podjęcie działań w tym kierunku da pozytywne efekty w ciągu zaledwie kilku lat. Podobnego zjawiska nie zaobserwowano jednak w Kalifornii. Tam zwiększenie koncentracji gazów cieplarnianych nie prowadzi do tak drastycznego spadku poziomu opadów. Naukowcy mówią, że różnica ta spowodowana jest przez ocean. Powierzchnia oceanu nie ogrzewa się równomiernie. Jedne regiony ogrzewają się szybciej niż inne. A wzorzec ogrzewania się oceanu wpływa na rozkład wiatrów i opadów. Te obszary oceanu, które ogrzewają się szybciej niż średnia, wywołują takie zmiany w rozkładzie wiatrów, które prowadzą do wysychania basenu Morza Śródziemnego. Z kolei inne obszary, które ocieplają się wolniej, wpływają na masy powietrza nad Kalifornią, powodując, że stan ten staje się bardziej wilgotny. Jednak obszary te mają niewielki wpływ na opady w innych klimatach śródziemnomorskich, wyjaśnia doktor Ceppi. Szczegóły badań opublikowano na łamach PNAS w artykule pt.: Time-evolving sea surface warming patterns modulate the climate change response of subtropical precipitation over land. « powrót do artykułu
  25. Inżynierowie z MIT opracowali „inteligentną pieluchę”, wyposażoną w czujnik wilgoci, który alarmuje rodziców, gdy pielucha jest pełna. Czy czujnik wyczuje w pielusze wilgoć, przesyła sygnał do odbiornika, a ten wysyła informację na smartfon lub komputer. Czujnik składa się z pasywnego taga radiowego RFID, umieszczonego pod warstwą absorbującego wilgoć polimerowego hydrożelu, standardowo stosowanego w pieluchach. Gdy polimer zostanie zmoczony, nieco zwiększa swą objętość i staje się lekko przewodzący. To wystarczy, by tag RFID wysłał sygnał do odbiornika znajdujące się w w odległości do 1 metra. Naukowcy mówią, że ich eksperyment jest pierwszym, który dowodzi, że wspomniany hydrożel może spełniać rolę anteny. Koszt produkcji samego tagu RFID to mniej niż 2 centy, zatem nie podniesie on zbytnio kosztu produkcji samej pieluchy. Wynalazcy „inteligentnej” pieluchy zauważają, że z czasem pieluchy mogą posłużyć do identyfikowania niektórych problemów zdrowotnych. Mogą być one szczególnie użyteczne tam, gdzie pielęgniarki mają pod swoją opieką wiele noworodków jednocześnie. Czujnik można będzie też zintegrować z pieluchami dla dorosłych. To może zapobiec podrażnieniom i różnego typu infekcjom, jak na przykład zapalenia dróg moczowych, zarówno u osób starszych jak i u dzieci, mówi Sai Nithin R. Kantareddy z MIT. Obecnie na rynku istnieją „inteligentne” pieluchy, ale większość z nich posiada wskaźniki wilgotności w postaci pasków naklejonych na samą pieluchę. Wskaźnik pod wpływem wilgoci zmienia kolor. Jednak, by go zobaczyć, trzeba zdjąć ubranie. Inne stosowane rozwiązanie to wykorzystanie technologii Wi-Fi lub Bluetooth z czujnikami podłączonymi na zewnątrz pieluchy. To dość spore, niewygodne w obsłudze wyposażone w baterie urządzenia wielokrotnego użytku, które trzeba czyścić i podłączać do pieluchy przed każdym użyciem. Tagi RFID są tanie, można je wyrzucić po jednokrotnym użyciu, a drukuje się je na rolce, podobnie jak naklejki z kodem paskowym. Standardowy tag RFID składa się z anteny i chipa RFID. Nie wymagają one własnego źródła energii, są zasilane falami radiowymi z odbiornika. Nauowcy z MIT stworzyli tagi RFID, które nie są tylko biernymi odbiornikami, ale też czujnikami. Gdy odkryli, że hydrożel stosowany w pieluchach, który zwykle jest izolatorem, po zmoczeniu staje się słabym przewodnikiem, wykorzystali ten fakt w swoim projekcie. Odkryli też, że dodając do czujnika odrobinę miedzi mogą zwiększyć jego przewodnictwo i wzmocnić sygnał, dzięki czemu tag może komunikować się z odbiornikiem położonym dalej niż 1 metr od niego. « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...