Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

KopalniaWiedzy.pl

Super Moderators
  • Content Count

    29665
  • Joined

  • Last visited

    Never
  • Days Won

    95

Everything posted by KopalniaWiedzy.pl

  1. Konsumpcja propionianu, popularnego dodatku do żywności, który jest szeroko używany w wypiekach czy dodatkach smakowych, zwiększa poziom hormonów odpowiedzialnych za otyłość i cukrzycę. Badania, z których płyną takie wnioski, prowadzili naukowcy z Harvard T.H. Chan School of Public Health we współpracy ze specjalistami z Brigham and Women’s Hospital oraz Centrum Medycznego Sheba w Izraelu. Wyniki ich badań opublikowano w najnowszym numerze Science Translational Medicine. Uczeni wykorzystali dane z randomizowanych badań z użyciem placebo na ludziach i myszach. Wskazują one, że propionian, dodawany do żywności jako kwas propionowy (E280), propionian sodu (E281), propionian wapnia (E282) rozpoczyna całą kaskadę przemian metabolicznych, które prowadzą do pojawienia się insulinooporrności oraz hiperinsulinemii. Myszy, wystawione na długotrwałe działanie propionianu przybierały na wadze oraz stawały się oporne na działanie insuliny. Zrozumienie, w jaki sposób dodatki do żywności wpływają na metabolizm na poziomie komórkowym i molekularnym, może pozwolić nam na opracowanie efektywnych sposobów zapobiegania otyłości i cukrzycy, stwierdził profesor Gökhan S. Hotamışlıgil. Na całym świecie na cukrzycę cierpi ponad 400 milionów osób. Ocenia się, że pomimo walki z tą chorobą, do roku 2040 odsetek przypadków cukrzycy wzroście o 40%. Gwałtownie rosnąca liczba osób otyłych i cierpiących na cukrzycę wskazują, że przyczynami obu chorób są czynniki środowiskowe i przyczyny dietetyczne. Naukowcy sugerują, że dodatki do żywności również mogą odgrywać rolę, ale w tym kierunku prowadzono dotychczas niewiele badań. W ramach najnowszych badań naukowcy skupili się na propionianach, krótkołańcuchowych kwasach tłuszczowych, które zapobiegają pleśnieniu żywności. Gdy podali je myszom okazało się, że doszło do szybkiej aktywacji układu współczulnego, co doprowadziło do zwiększonego poziomu hormonów, w tym glukagonu, norepinefryny i niedawno odkrytego białka wiążącego kwasy tłuszczowe 4 (FABP4). To z kolei spowodowało zwiększenie produkcji glukozy i pojawienie się hiperglikemii. Co więcej, okazało się, że gdy myszom długotrwale podawano propioniany w ilościach będących ekwiwalentem typowego ich spożywania przez ludzi, to myszy przybrały na wadze i pojawiła się u nich insulinooporność. Uczeni, chcąc sprawdzić, czy uzyskane wyniki da się przełożyć na ludzi, zaangażowali do pomocy 14 zdrowych ochotników, którzy wzięli udział w podwójnie ślepej próbie z użyciem placebo. Uczestników losowo przypisano do dwóch grup. Jedna z nich otrzymała posiłek do którego dodano 1 gram propionianu, a w posiłku drugiej grupy znalazło się placebo. Przed posiłkiem, 15 minut po jego spożyciu, a następnie do 30 minut przez kolejne 4 godziny od badanych pobierano krew. Okazało się, że u osób, które spożyły propionian, wkrótce po posiłku doszło do znacznego zwiększenia poziomu norepinefryny, glukagonu i FABP4. To wskazuje, że związek ten może wywoływać reakcje metaboliczne zwiększające u ludzi ryzyko pojawienia się cukrzycy i otyłości. Dramatyczny wzrost przypadków otyłości i cukrzycy, z którym mamy do czynienia w ciągu ostatnich 50 lat sugeruje, że stoją za tym przyczyny środowiskowe oraz zwyczaje dietetyczne. Jednym z czynników, na które trzeba zwrócić uwagę, są dodatki do żywności. Każdego dnia jesteśmy wystawieni na działanie setek takich związków chemicznych, z których większość nigdy nie była szczegółowo testowana pod kątem długotrwałych skutków na poziomie metabolicznym, zauważa profesor Amir Tirosh, dyrektor Wydziału Endokrynologii w Centrum Medycznym Sheba. « powrót do artykułu
  2. Chińskie media państwowe, powołując się na wysokiego rangą urzędnika, poinformowały, że Państwo Środka ma zamiar w przyszłej dekadzie wybudować stację badawczą na Księżycu. Stacja miałaby powstać na biegunie południowym Srebrnego Globu, zapowiedział Zhang Kejian, szef Chińskiej Narodowej Administracji Kosmicznej. Chiny, które niedawno jako pierwszy kraj na świecie posadowiły łazik po niewidocznej stronie Księżyca, mają coraz bardziej ambitne plany. Kejian poinformował, że do roku 2020 Pekin wyśle próbnik na Marsa i potwierdził, że kolejna księżycowa misja z serii Chang'e, Chang'e-5, odbędzie się przed końcem bieżącego roku. Chang'e-5, której celem jest zebranie próbek gruntu, była planowana na drugą połowę 2017 roku, jednak awaria rakiety Długi Marsz 5 Y2 zmusiła Chiny do rewizji planów. Oficjalnie poinformowano również, że w pierwszej połowie 2020 roku odbędzie się dziewiczy lot rakiety Długi Marsz-5B, która wyniesie główne elementy przyszłej dużej stacji kosmicznej, na której będzie mogło przebywać do 3 astronautów. Sama stacja ma być gotowa w roku 2022. Pekin zamierza również przeprowadzić misję na asteroidę i już zaprosił do współpracy inne kraje. Obecnie China wydaje na swój cywilny i wojskowy program kosmiczny więcej niż Rosja czy Japonia. Pod względem wydatków Państwo Środka pozostaje w tyle tylko za Stanami Zjednoczonymi. Co prawda chiński budżet nie jest zbyt przejrzysty, jednak OECD szacowała, że w roku 2017 Chiny przeznaczyły na eksplorację kosmosu 8,4 miliarda USD. « powrót do artykułu
  3. Wszystko ma gdzieś swój początek. Także wszechświat. W wyniku Wielkiego Wybuchu powstało niewiele pierwiastków, takich jak różne odmiany jąder wodoru, helu i litu. Naukowcy wiedzą więc, jak mogły wyglądać pierwsze atomy i pierwsze molekuły. Jednak dotychczas nie udawało się odnaleźć w przestrzeni kosmicznej pierwszych molekuł. Z teoretycznych przewidywań wynika, że powinien nią być zhydratowany jon helu (HeH+), jednak dotychczas nie udało się go zaobserwować. Na łamach najnowszego numeru Nature właśnie doniesiono o pierwszym niezaprzeczalnym odkryciu molekuły HeH+ w przestrzeni kosmicznej. Eksperci poszukiwali HeH+ od lat 70. ubiegłego wieku w mgławicach. Szczególnie interesowały ich mgławice planetarne. Jednak przez kilkadziesiąt lat niczego nie znaleziono, a wcześniejsze doniesienia o odkryciu HeH+ okazywały się wątpliwe. Jednym z problemów był fakt, że światło emitowane przez zhydratowany jon helu jest łatwo absorbowane w atmosferze Ziemi. Teleskopy nie mogły więc go zarejestrować. Nie dały sobie rady nawet te, umieszczone wysoko w górach. Naukowcy postanowili więc wykorzystać Stratospheric Observatory for Infrared Astronomy (SOPHIA) czyli obserwatorium umieszczone na pokładzie samolotu. W końcu, dzięki wyniesieniu instrumentów w startosferę, udało się zaobserwować HeH+. Molekułę znaleziono w mgławicy planetarnej NGC 7027 oddalonej od Ziemi o 2900 lat świetlnych. Odkrycie rzuca nowe światło na mgławice planetarne oraz na samą molekułę. Dzięki niemu można będzie udoskonalić obecne teorie i modele. Przede wszystkim zaś znalezienie HeH+ potwierdziło pewne przypuszczenia dotyczące najwcześniejszego wszechświata. Cała chemia wszechświata rozpoczęła się od tego jonu. Przed dekady astronomia zmagała się z brakiem dowodów na jego istnienie w przestrzeni kosmicznej. Jednoznaczne odkrycie to szczęśliwy koniec długotrwałych badań. « powrót do artykułu
  4. Ograniczając czas, w którym spożywa się posiłki, można skutecznie kontrolować poziom glukozy u mężczyzn zagrożonych cukrzycą typu 2. Naukowcy z Uniwersytetu Adelajdy i South Australian Health and Medical Research Institute (SAHMRI) przez tydzień testowali wpływ jedzenia ograniczonego czasowo (ang. time-restricted feeding, TRF) na grupie 15 mężczyzn w średnim wieku 55 lat. Ich średnie BMI wynosiło 33,9. Mężczyźni z grupy ryzyka cukrzycy typu 2. ograniczali spożycie pokarmów do 9-godzinnego okresu - opowiada prof. Leonie Heilbronn. Ochotnicy stosowali TRF albo w schemacie od 8 do 17 [TRFe], albo od południa do 21 [TRFd]. W tym czasie zachowywali swoją zwykłą dietę. Powiedzieliśmy im, by jedli to, co do tej pory. Badanie prowadzono w układzie naprzemiennym, co oznacza, że u wszystkich zastosowano zarówno TRFe, jak i TRFd. Między poszczególnymi wzorcami odżywiania upływała 2-tygodniowa przerwa. Okazało się, że bez względu na to, na jakie godziny przypadały "widełki" jedzenia, TRF poprawiała tolerancję glukozy (porównywano wskaźniki z dnia 0. i 7.). Nasze wyniki sugerują, że nie tyle modulowanie tego co, ale kiedy jemy, może pomóc kontrolować glikemię. TRF nie wpływało jednak na insulinę na czczo i poposiłkową czy na hormony przewodu pokarmowego. Ciągły pomiar stężenia glukozy wykazał, że w porównaniu do wartości wyjściowych, średni poziom cukru na czczo był niższy tylko przy TRFe. Badani nieco schudli, co w pewnym stopniu także mogło przyczynić się do uzyskanych rezultatów. Jedzenie ograniczone czasowo pokazuje, że możemy się cieszyć pokarmami postrzeganymi jako nieodpowiednie, pod warunkiem, że spożywamy je o właściwej porze dnia, gdy nasze organizmy są w najlepszej biologicznej dyspozycji, by sobie z nimi poradzić. Być może jeszcze ważniejsze jest to, by dać ciału więcej czasu na post w ciągu nocy. Heilbronn dodaje, że choć wyniki są zachęcające, potrzebne są dłuższe badania na większej próbie. « powrót do artykułu
  5. Diety samic i samców pszczół (Apoidea) z jednego gatunku są bardzo różne. Niekiedy są tak różne jak u odmiennych gatunków. Jeśli będziemy mieć lepsze pojęcie, co sprawia, że kwiaty są atrakcyjne dla różnych pszczół, być może uda nam się zaplanować skuteczniejszą ochronę - podkreśla Michael Roswell z Rutgers University. Pięć lat temu, gdy członkowie zespołu prof. Rachael Winfree oceniali programy tworzenia habitatów dla zapylaczy, Roswell zauważył, że pewne kwiaty są bardzo popularne wśród samców, a inne wśród samic pszczół. To spostrzeżenie zainspirowało badanie, w ramach którego biolodzy chcieli sprawdzić dla jak największej liczby gatunków, czy samce i samice odwiedzają inne rodzaje kwiatów. W New Jersey naukowcy zebrali 18.698 pszczół reprezentujących 152 gatunki. Na terenie 6 półdzikich łąk owady odwiedziły 109 gatunków kwiatów. Łąki uprawiano w taki sposób, by promować głównie rodzime gatunki atrakcyjne dla zapylaczy. Dane zbierano w szczycie kwitnienia przy maksymalnej długości dnia (od 6 czerwca do 20 sierpnia 2016 r.) i w czasie ładnej pogody (gdy było na tyle słonecznie, że badacze widzieli swój cień i nie padało). Każde ze stanowisk było odwiedzane przez 3 kolejne dni w 5 rundach 11-tygodniowego okresu badań. Choć stosunek liczby samców do samic był zmienny w przypadku różnych gatunków, ok. 18% schwytanych osobników (3372) to samce. Ogólny stosunek liczby samców do samic wynosił więc 0,22, ale zmieniał się on znacznie w zależności od rodzaju kwiatów. Autorzy publikacji z pisma PLoS ONE wyjaśniają, że samice budują, utrzymują i bronią gniazd, a także zbierają pokarm, zaś samce zajmują się głównie poszukiwaniem partnerek. Obie płcie piją nektar, ale tylko samice zbierają pyłek dla młodych; ich wskaźnik żerowania jest więc większy niż samców. Z punktu widzenia samych kwiatów samce i samice są równie ważnymi zapylaczami; samice są o tyle bardziej produktywne, że spędzają więcej czasu, żerując na kwiatach. Samce niektórych gatunków pszczół podróżują z rejonów, w których przyszły na świat. Pamiętając o ich preferencjach dot. kwiatów, można, wg Roswella, pomóc w utrzymaniu zróżnicowanych genetycznie populacji pszczół. « powrót do artykułu
  6. W detektorze XENON1T we włoskim Laboratorium Narodowym Gran Sasso zarejestrowano, po raz pierwszy w historii, rozpad atomu ksenonu-124. Doszło do niego w formie podwójnego wychwytu elektronu. To niezwykle rzadkie wydarzenie. Okres połowicznego rozpadu tego pierwiastka jest bowiem... bilion razy dłuższy niż wiek wszechświata. To wyjaśnia, dlaczego zaobserwowanie tego procesu jest tak wyjątkowym wydarzeniem. Fakt, że byliśmy w stanie bezpośrednio obserwować ten proces pokazuje, jak potężnymi metodami detekcji dysponujemy. Sprawdzają się one również w przypadku sygnałów, które nie pochodzą z czarnych dziur, mówi profesor Christian Weinheimer z Uniwersytetu w Münster, który stał na czele grupy badawczej. XENON1T to wspólny projekt, przy którym pracuje 160 naukowców z Europy, USA i Bliskiego Wschodu. Laboratorium Narodowe Gran Sasso, którego właścicielem jest włoski Narodowy Instytut Fizyki Jądrowej, znajduje się na głębokości 1400 metrów pod masywem Gran Sasso. To wykrywacz ciemnej materii, a jego umiejscowienie głęboko pod ziemią ma chronić przed promieniowaniem kosmicznym generującym fałszywe sygnały. Zgodnie z teoretycznymi założeniami, cząstki ciemnej materii mają zderzać się z atomami w detektorze, a sygnały ze zderzeń będą rejestrowane. Centralna część XENON1T to cylindryczny zbiornik o długości 1 metra wypełniony 3200 kilogramami płynnego ksenonu o temperaturze -95 stopni Celsjusza. Gdy ciemna materia zderzy się z atomem ksenonu, energia trafia do jądra, które pobudza jądra innych atomów. Wskutek tego pobudzenia pojawia się słaba emisja w zakresie ultrafioletu, którą wykrywają czujniki na górze i na dole cylindra. Te same czujniki są też zdolne do zarejestrowania ładunku elektrycznego pojawiającego się wskutek zderzenia. Wyniki uzyskane przez grupę Weinheimera dowodzą, że XENON1T jest też zdolny do rejestrowania innych rzadkich zjawisk fizycznych, takich jak podwójny wychwyt elektronu. Jądro atomowe zawiera protony o ładunku dodatnim oraz obojętne neutrony. Całość otoczona jest elektronami, których ładunek jest ujemny. Jądro ksenonu-124 zawiera 54 protony i 70 neutronów. W procesie podwójnego wychwytu elektronów dwa protony jednocześnie przechwytują dwa elektrony, w wyniku czego powstały dwa neutrony i zostały wyemitowane dwa neutrino. Pozostałe elektrony przeorganizowują się tak, by uzupełnić luki spowodowane wychwyceniem elektronów na najbardziej wewnętrznej powłoce. Energia uwolniona w całym tym procesie jest przenoszona przez promieniowanie rentgenowskie oraz elektrony Augera. Podwójny wychwyt elektronu to niezwykle rzadki proces rozpadu. Można go zaobserwować dla tych nielicznych pierwiastków, dla których inne rodzaje rozpadu są praktycznie niemożliwe. Jakby jeszcze tego było mało, same sygnały tego procesu jest bardzo trudno wykryć, gdyż są one schowane we wszechobecnych sygnałach naturalnej radioaktywności. Udało się to jednak w detektorze XENON1T. Promienie rentgenowskie z podwójnego wychwytu elektronu wygenerowały w płynnym ksenonie sygnał świetlny. Pojawiły się też wolne elektrony. Elektrony te przesunęły się w stronę wypełnionej gazem górnej części cylindra, gdzie wygenerowały kolejny sygnał świetlny. Różnica w czasie pomiędzy pojawieniem się obu sygnałów świetlnych odpowiadała czasowi, jaki elektrony potrzebowały, by dotrzeć do góry detektora. Naukowcy wykorzystali te informacje do odnalezienia miejsca, w którym doszło do podwójnego wychwytu elektronu. Z siły sygnałów wyliczono też energię uwolnioną w tym procesie. Wszystkie sygnały zarejestrowano w czasie dłuższym niż rok. Jednak rozpatrywanie ich z osobna nie pozwoliło na zauważenie zjawiska, które miało miejsce. Dlatego też sama rejestracja sygnałów nie wystarczała. O tym, że doszło do podwójnego wychwytu elektronów, procesu świadczącego o rozpadzie ksenonu-124 uczeni dowiedzieli się dopiero po ukończeniu wszystkich analiz. Dopiero po tym i po sprawdzeniu danych z regionu, w którym zaszło wspomniane zjawisko, można było jednoznacznie stwierdzić, że 126 elementów znajdujących się w zarejestrowanych danych zostało wywołanych podwójnym wychwytem elektronu w jądrze ksenonu-124. Na podstawie uzyskanych danych naukowcy wyliczyli, że okres połowicznego rozpadu ksenonu-124 wynosi 1,8X1022 lat. Jest to najwolniejszy proces, jaki kiedykolwiek bezpośrednio zaobserwowano. Ksenon-124 nie jest jednak rekordzistą pod tym względem. Wiadomo, że jeszcze dłuższy okres połowicznego rozpadu ma tellur-128. Tego zjawiska nigdy jednak bezpośrednio nie zaobserwowano, a okres półrozpadu tego pierwiastka wyliczono pośrednio z innego procesu. XENON1T zbierał dane do grudnia 2018 roku. Wtedy to został wyłączony i obecnie jest rozbudowywany do urządzenia XENONnT. Znajdzie się w nim trzykrotnie więcej płynnego ksenonu niż obecnie, a urządzenie zostanie też lepiej zabezpieczone przez szumem tła. Dzięki temu stanie się ono czulsze o cały rząd wielkości. « powrót do artykułu
  7. Międzynarodowa grupa naukowa, na której czele stali uczeni z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley oraz US Institute for Molecular Manufacturing, twierdzi, że jeszcze w bieżącym wieku powstanie interfejs łączący ludzki mózg z chmurą komputerową. Ma się to stać możliwe dzięki szybkim postępom w nanotechnologii, nanomedycynie, sztucznej inteligencji i na polu obliczeniowym. Interfejs taki dawałby człowiekowi natychmiastowy dostęp zarówno do danych jak i zasobów obliczeniowych chmury. Artykuł opisujący taki interfejs opublikowano na łamach Frontiers in Neuroscience. Koncepcja interfejsu B/CI (Human Brain/Cloud Interface) została zaproponowana przez futurystę i wynalazcę Raya Kurzweila. Zasugerował on, że neuronowe nanoroboty mogą zostać wykorzystane do połączenia kory nowej mózgu człowieka z „syntetyczną korą nową” chmury obliczeniowej. To właśnie pomysły Kurzweila położyły podwaliny pod najnowszą pracę grupy naukowej, której głównym badaczem był Robert Freitas. Zaproponowane przez grupę nanoroboty zapewniałyby dostęp w czasie rzeczywistym, monitorowanie połączenia i kontrolę sygnałów przesyłanych pomiędzy chmurą a ludzkim mózgiem. Te urządzenia będą przemieszczały się w naczyniach krwionośnych, przekraczały barierę krew-mózg i precyzyjnie pozycjonowały się wśród, a nawet wewnątrz, komórek ludzkiego mózgu. Będą następnie bezprzewodowo przesyłały zakodowane informacje do superkomputerów w chmurze, wyjaśnia Freitas. Wedle jego koncepcji mielibyśmy do czynienia ze swoistym internetem myśli. Interfejs B/CI sterowany za pomocą neuronowych nanorobotów dałby człowiekowi natychmiastowy dostęp do całej ludzkiej wiedzy przechowywanej w chmurze, jednocześnie zwiększałoby możliwości uczenia się i inteligencję człowieka, mówi jeden z główny autorów, doktor Nunu Martins. B/CI pozwoliłby też na stworzenie w przyszłości jednego wielkiego „globalnego supermózgu” składającego się z mózgów wszystkich ludzi oraz sztucznej inteligencji. Eksperymentalny system BrainNet, chociaż nie jest jakość szczególnie skomplikowany, już został przetestowany pozwalając wymianę myśli za pomocą chmury. Wykorzystano w tym celu przezczaszkową rejestrację sygnałów elektrycznych nadawcy i przezczaszkową stymulację magnetyczną odbiorcy, co pozwoliło obu osobom na wspólną pracę, mówi Martins. Uważamy, że postęp neuronowej nanorobotyki pozwoli na stworzenie w przyszłości supermózgów, które będą mogły w czasie rzeczywistym korzystać z myśli i mocy obliczeniowej innych mózgów oraz maszyn. Taka wspólna świadomość może zrewolucjonizować demokrację, zwiększyć poziom empatii i połączyć różne pod względem kulturowym grupy w jedno prawdziwie globalne społeczeństwo, dodaje. Zdaniem naukowców, najpoważniejszym ograniczeniem rozwoju B/CI będzie zapewnienie odpowiednio szybkiego transferu danych do i z chmury obliczeniowej. To wyzwanie oznacza nie tylko konieczność znalezienia pasma dla globalnej transmisji, ale również rozwiązania problemu wymiany danych pomiędzy chmurą a neuronami za pomocą niewielkich urządzeń znajdujących się głęboko w mózgu, stwierdza Martins. Jednym z proponowanych rozwiązań jest zastosowanie nanocząstek magnetoelektrycznych. Te nanocząstki były już używane w organizmie myszy do połączenia zewnętrznego pola magnetycznego z polem elektrycznym neuronów, czyli do wykrywania i lokalnego wzmacniania sygnałów magnetycznych, co z kolei pozwoliło na zmianę aktywności elektrycznej neuronów. Mogą działać też odwrotnie, czyli wzmacniać sygnały elektryczne wytwarzane przez neurony i nanoroboty, co pozwoli na ich wykrycie poza czaszką. Największym wyzwaniem nowej technologii będzie bezpieczne umieszczenie w mózgu działających neutralnych dla organizmu nanocząstek i nanorobotów. « powrót do artykułu
  8. Tak suchego kwietnia jak obecny nie było w Polsce od lat. Z 11 stacji meteo, uwzględnianych w Biuletynie Statystycznym GUS, aż 4 nie zanotowały ani milimetra opadów. Od roku 1999 mniejsze niż obecnie opady były tylko raz, w roku 2009. Niewykluczone, że musimy przygotować się na znaczny wzrost ten warzyw i owoców. Tymczasem z Wielkiej Brytanii nadchodzą informacje o rekordowo dużej liczbie pożarów łąk, pól i lasów. Do chwili obecnej wybuchło tam 96 dużych pożarów, czyli takich, której objęły obszar co najmniej 25 hektarów. Poprzednim rekordowym rokiem był rok 2018, kiedy to wybuchło 79 dużych pożarów. Jednak miały one miejsce w ciągu całego roku. Teraz mówimy o 96 pożarach przed końcem kwietnia. Paul Headey z brytyjskiej Narodowej Rady Szefów Pożarnictwa mówi, stwierdził, że to naprawdę znaczące, iż tak wcześnie w bieżącym roku pobity został niechlubnych całoroczny rekord roku ubiegłego. Największą zmianą, którą zaobserwował, że fakt, że duże pożary nie mają już miejsca w tradycyjnym sezonie pożarów pomiędzy końcem marca a końcem września. To, co wydawało się nam w ubiegłym roku, ma miejsce też w roku bieżącym. Nie mówimy już o sezonie pożarów. Duże pożary mają miejsce przez cały rok. Wiosną liczba pożarów zwykle osiąga swój szczyt, bowiem wtedy to na ziemi pozostaje najwięcej liści i innej palnej materii, wyjaśnia Thomas Smith z London School of Economics. Na to nakłada się się pogoda sprzyjająca pożarom oraz ludzkie zachowania, od nieostrożności przy grillu po podpalenia. W ostatnich dekadach znacząco zwiększyła się liczba oraz długość gorących okresów w roku. Ta ostatnia wzrosła ze 5,3 do 13,2 doby. Dotychczas w dużych pożarach spłonęło w Wielkiej Brytanii 17 199 hektarów. To niemal tyle samo co w rekordowych pod tym względem latach 2011 i 2018. Do końca roku pozostało jeszcze 8 miesięcy, więc niechlubne rekordy z pewnością zostaną pobite. Większość Wielkiej Brytanii ma charakter wiejski, zatem duże pożary powodują tam niewielkie straty we własności. Nie są one tak spektakularne, jak pożary w Kalifornii, gdzie straty osób indywidualnych, firm czy instytucji sięgają wielu miliardów dolarów. Jednak do gaszenia pożarów na terenach wiejskich wysyłane są dodatkowe jednostki z miast i miasteczek, co zwiększa ryzyko w razie jednoczesnego wybuchu pożaru na tych obszarach. Ponadto pożary zwiększają zanieczyszczenie powietrza i powodują problemy zdrowotne, których w ubiegłym roku doświadczyli mieszkańcy Greater Manchester. « powrót do artykułu
  9. Crew Dragon, załogowa kapsuła firmy SpaceX, eksplodowała podczas naziemnych testów. Sfotografowano chmury pomarańczowego dymu unoszące się nad miejscem testów, można też obejrzeć materiał wideo, na którym widać moment eksplozji kapsuły. Do eksplozji doszło przed 4 dniami. Dotychczas SpaceX poinformowała jedynie, że miała miejsce „anomalia”. Kapsuła Crew Dragon jest zdolna do wyniesienia w przestrzeń kosmiczną do 7 astronautów i powrót z nimi na Ziemię. To specjalna wersja używanej od pewnego czasu kapsuły towarowej. Jako, że ma ona wozić ludzi, NASA stawia jej znacznie większe wymagania. Dlatego też SpaceX prowadzi kolejne testy, których celem jest uzyskanie certyfikatu dla kapsuły załogowej. Ta sama kapsuła, która obecnie eksplodowała, jeszcze w marcu bez problemów zawiozła towary oraz manekina Ripley na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Crew Dragon wyposażona jest też w system awaryjnego oddzielania się od rakiety. Gdyby w czasie startu pojawiły się problemy z rakietą nośną, Crew Dragon ma się od niej oddzielić, odlecieć na bezpieczną odległość i miękko wylądować. System ucieczkowy ma zostać przetestowany w najbliższych miesiącach. Po eksplozji kapsuły prawdopodobnie dojdzie do opóźnień w procesie certyfikacji Crew Dragona. Może to oznaczać, że szybciej niż SpaceX odpowiednie certyfikaty uzyska Boeing i jego pojazd załogowy. Takie opóźnienie to też problem dla NASA, które będzie musiało wykupić od Roskosmosu kolejne miejsca w lotach na Międzynarodową Stację Kosmiczną. W pierwszej połowie marca informowaliśmy, że SpaceX już buduje kolejną kapsułę, która weźmie udział w zaplanowanej na lipiec misji Demo-2. Na pokładzie Crew Dragona ma się wówczas znaleźć dwóch astronautów, Bob Behnken i Doug Hurley, a kapsuła zawiezie ich na Międzynarodową Stację Kosmiczną i przywiezie na Ziemię. Jeśli i ta misja przebiegnie pomyślnie, firma Elona Muska otrzyma od NASA licencję na regularne loty załogowe na Stację. Można przypuszczać, że misja Demo-2 stanęła właśnie pod znakiem zapytania. W kolejce do wożenia amerykańskich astronautów czeka też Boeing. Jego kapsuła załogowa Starliner odbędzie pierwszy lot w kwietniu. Również i w tym przypadku pierwszy lot załogowy ma odbyć się w bieżącym roku. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, NASA będzie miała do wyboru dwie amerykańskie firmy zdolne do wynoszenia ludzi w przestrzeń kosmiczną. Umowa pomiędzy NASA a Roskosmosem wygasa w kwietniu. Niewykluczone jednak, że Amerykanie dokupią od Rosjan jeszcze dwa dodatkowe miejsca dla swoich astronautów. Da to pewność, że Amerykanie będą mogli latać na ISS do czasu zakończenia wszelkich testów i formalności związanych z dopuszczaniem kapsuł SpaceX i Boeinga do lotów.   « powrót do artykułu
  10. Niedawno miała miejsce światowa premiera filmu "Avengers: Koniec gry". Doniesienia izraelskich psychologów, którzy stwierdzili, że oglądanie krótkich urywków ze Spidermanem i Ant-manem zmniejsza, odpowiednio, arachno- i mirmekofobię, są więc jak najbardziej na czasie. W terapii zaburzeń lękowych stosuje się ekspozycję. Pacjenta wystawia się na oddziaływanie sytuacji bądź przedmiotów, które wzbudzają w nim lęk. Lęk się stopniowo zmniejsza (następuje odwrażliwienie, czyli desensytyzacja). Jak podkreśla zespół z Uniwersytetu w Ari'elu i Uniwersytetu Bar-Ilana, dotąd nikt nie oceniał skuteczności pozytywnej ekspozycji w kontekście fantastyki, np. w postaci filmów fantastycznonaukowych powstających na podstawie komiksów wydawnictwa Marvel Comics. Prof. Menachem Ben-Ezr i dr Yaakov Hoffman pokazywali 424 osobom fragmenty filmów ze Spidermanem i Człowiekiem-Mrówką, by sprawdzić, czy symptomy ich fobii się zmniejszą. Okazało się, że obejrzenie 7-sekundowego fragmentu z filmu "Spiderman 2" zmniejszało nasilenie symptomów fobii aż o 20%, w porównaniu do punktacji osiąganej przed obejrzeniem urywku. Podobne wyniki osiągnięto w przypadku Ant-mana i mirmekofobii. Gdy jednak przed i po oglądaniu sceny otwierającej Marvela lub po zapoznaniu się z 7-s naturalną sceną badanych pytano o ogólną fobię dot. owadów, nie zaobserwowano znaczącego zmniejszenia objawów. Jak widać, to nie spokój (naturalna scena) czy radość związana z oglądaniem filmu o superbohaterach odpowiadały za pożądany efekt. Chodziło raczej o ekspozycję na mrówki i pająki w kontekście filmów fantasy. Ben-Ezr i Hoffman podkreślają, że interwencja bazująca na filmach może destygmatyzować terapię, zwłaszcza w opornych przypadkach, i zachęcać do pracy w domu, która często jest integralną częścią terapii poznawczo-behawioralnej. Izraelczycy zastanawiają się na metodami maksymalizacji efektów i nad wyzwaniami związanymi z zastosowaniem podobnych interwencji w odniesieniu do innych fobii. Ben-Ezr i Hoffman, którzy obaj są fanami superbohaterów Marvela, dodają, że takie filmy przynoszą wiele korzyści psychologicznych, np. pomagają ludziom poczuć się lepiej ze sobą. W kolejnym etapie badań naukowcy chcą ocenić skuteczność oglądania urywków filmów o superbohaterach w odniesieniu do zespołu stresu pourazowego (PTSD). « powrót do artykułu
  11. KopalniaWiedzy.pl

    Wcisną się, gdzie inni nie przejdą...

    Nowe nanocząsteczki - katiomery blokowe o kształcie litery Y (ang. Y-shaped block catiomer, YBC) - mogą dostarczać leki przeciwnowotworowe do trudno dostępnych miejsc. YBC wiążą się z materiałem terapeutycznym, tworząc "pakunki" o szerokości zaledwie 18 nanometrów. To ok. 1/5 rozmiarów cząstek z wcześniejszych badań, nic więc dziwnego, że kompleksy z YBC mogą się przeciskać przez węższe szczeliny, np. do nowotworów mózgu czy trzustki. Naukowcy z Uniwersytetu w Tokio podkreślają, że jedną z metod walki z nowotworami jest terapia genowa. Dobre do tego celu mogłyby być małe interferujące RNA (siRNA), które przyłączają się do genu powodującego problemy i go dezaktywują. Niestety, są one bardzo delikatne i muszą być chronione przez nanocząstkę, inaczej ulegną rozłożeniu przed dotarciem do celu. siRNA [...] to następna generacja biofarmaceutyków, które mogłyby wyleczyć wiele różnych chorób, w tym nowotwory. Małe interferujące RNA są jednak łatwo usuwane przez rozkład enzymatyczny lub wydalanie. Nic więc dziwnego, że potrzeba nowych metod dostarczania - podkreśla prof. Kanjiro Miyata. Obecnie nanocząstki mają ok. 100 nanometrów szerokości. To wystarczy, by mogły one przeniknąć przez nieszczelną ścianę naczyń do wątroby. Inne nowotwory są jednak trudniej dostępne. Rak trzustki jest np. otoczony włóknistym zrębem, a nowotwory mózgu chroni bariera krew-mózg. W obu przypadkach przerwy mają wielkość poniżej 100 nm. Mając to na uwadze, Miyata i inni stworzyli nośnik siRNA, który jest na tyle mały, by się przez nie przecisnąć. By skonstruować małą i stabilną maszynę do dostarczania siRNA [...], wykorzystaliśmy polimery. Kształt i długość polimerowych komponentów są precyzyjnie dostosowane, tak by mogły się one wiązać z konkretnymi małymi interferującymi RNA. Można więc mówić o konfigurowalności. YBC ma kilka dodatnio naładowanych miejsc, które mogą się "wiązać" z ujemnymi ładunkami siRNA. Liczbę dodatnio naładowanych miejsc także można dostosowywać do rodzaju siRNA. Po połączeniu YBC z siRNA powstaje kompleks uPIC (od ang. unit polyion complex) o wielkości poniżej 20 nm. Badania, które opisano na łamach Nature Communications, prowadzono na myszach. « powrót do artykułu
  12. W Journal of Near Eastern Studies ukazał się artykuł, w którym Gianni Marchesi informuje o przetłumaczeniu niezwykłej inskrypcji z ruin miasta Karkemisz, którą wykonano za czasów władcy Asyrii, Sargona II. Inskrypcja, datowana na około 713 rok przed Chrystusem, opisuje, jak Sargon podbił, okupował i zreorganizował Karkemisz. Za Sargona II (721–705 r. p.n.e.) państwo nowoasyryjskie osiągnęło szczyt potęgi. Władca odzyskał dla Asyrii Babilonię, podbił Samarię, a część zamieszkujących ją Żydów wysiedlił do Mezopotamii i Medii. Wspomniana inskrypcja została znaleziona w 2015 roku w trzech fragmentach pochodzących z trzech różnych glinianych cylindrów. Marchesi, wykorzystując materiał referencyjny, literaturę fachową i inne gliniane tabliczki do zrekonstruowania brakujących fragmentów, odczytał w sumie 38 linii tekstu. Długość zachowanych napisów wahała się od 2/3 linii po mniej. Żadna z linii nie zachowała się w całości. Mimo to udało się odtworzyć większość oryginału, który ma olbrzymią wartość informacyjną. W przeciwieństwie do innych cylindrów Sargona, które zawierają dość standardowe inskrypcje lub rocznikowe podsumowania wydarzeń z czasów rządów tego władcy, Cylinder z Karkemisz to zupełnie nowa inskrypcja, która w wyszukanym literackim stylu odnosi się niemal wyłącznie do wydarzeń w tym nowo podbitym mieście u brzegów Eufratu, pisze Marchesi. W inskrypcji Sargon opowiada o „zdradzie”, jakiej miał się dopuścić Pirisi, hetycki król Karkemisz. Jego występek polegał na wymianie niepochlebnych opinii o Asyrii z Midasem, królem Frygii. Sargon najechał więc Karkemisz, deportował Pirisiego i jego zwolenników, zniszczył pałac, zabrał wszystkie jego dobra i włączył jego armię do swojej. Do Kerkemisz przesiedlił zaś Asyryjczyków. Inskrypcja informuje, że Sargon podczas oblężenia pozbawił Karkemisz wody, przez co lokalne mokradła wyschły. Obecnie zaś system irygacyjny jest odtwarzany, sadzone są orchidee i zakładane ogrody botaniczne. Uczyniłem zapach miasta słodszym niż zapach lasu cedrowego, stwierdza Sargon w inskrypcji. Opisana jest też ceremonia, w której Sargon otrzymuje podarunki od przedstawicieli asyryjskich prowincji i poświęca je bogom. Zaprosiłem do mego pałacu moich panów, bogów Karhuha i Kubaba, którzy zamieszkują w Karkemisz. Oferowałem im wspaniałe barany, gęsi, kaczki i ptaki latające po niebiosach, czytamy w przetłumaczonym tekście. Marchesi podkreśla, jak wiele uwagi poświęcił Karkemisz Sargon. W szczególności zaś na ceremonię inauguracyjną nowego miasta i zakładanie ogrodów botanicznych. Takie działanie są charakterystyczne dla stolic z pałacem królewskim, a nie dla lokalnej stolicy prowincji. Wspaniała przeszłość i pozycja strategiczna powodowały, że Karkemisz zasługiwało na zostanie czymś w rodzaju zachodniej stolicy Imperium Asyryjskiego. Było wspaniałym miejscem dla podkreślenia wielkości Asyrii, z którego można było kontrolować zachodnie i północno-zachodnie tereny imperium, czytamy w artykule Marchesiego. Jednak rola Karkemisz jako potencjalnej zachodniej stolicy nie utrzymała się długo. Miasto nie jest wspomniane w żadnym tekście następców Sargona. Niespodziewana śmierć Sargona w bitwie pod Tabal [Sargon II zginął próbując odzyskać zbuntowane od 711 roku Tabal, jego ciała nigdy nie odnaleziono – red.] prawdopodobnie spowodowała, że projekt nigdy nie został ukończony. Wydarzenie to negatywnie wpłynęło na przyszłość Karkemisz, które już nigdy nie cieszyło się zainteresowaniem królów Asyrii. « powrót do artykułu
  13. Farby antydrobnoustrojowe mają zapewniać dodatkową ochronę przed bakteriami. Ostatnie badania zespołu z Northwestern University pokazały jednak, że w rzeczywistości mogą one wyrządzić poważne szkody. W ramach eksperymentu Amerykanie testowali bakterie występujące pospolicie w domach na próbkach płyty regipsowej pomalowanej antydrobnoustrojowymi farbami lateksowymi. Okazało się, że w ciągu doby zginęły wszystkie bakterie poza tworzącymi przetrwalniki Bacillus timonensis. Jeśli zaatakujesz bakterie związkami antydrobnoustrojowymi, zaczną się bronić. Pałeczki Bacillus są zazwyczaj nieszkodliwe, lecz przez atak można je skłonić do rozwoju lekooporności - wyjaśnia Erica Hartmann. Bakteriom sprzyjają gorące, wilgotne środowiska, dlatego większość z nich ginie na suchych i chłodnych powierzchniach w pomieszczeniach. Wg Hartmann, należy się więc zastanowić nad zasadnością wykorzystywania farb antydrobnoustrojowych, bo te mogą spowodować, że bakterie się wzmocnią. Przetrwalniki (endospory) to formy spoczynkowe, pozwalające organizmom przetrwać niekorzystne warunki, np. susze. Gdy sytuacja się poprawia, bakterie ulegają "reaktywacji". W formie spoczynkowej bakteriom można zrobić wszystko, a i tak przetrwają. Powinniśmy zachować ostrożność, zastanawiając się nad użyciem produktów antydrobnoustrojowych i upewnić się, że nie wystawiamy łagodnych bakterii na działanie czegoś, co zwiększy ich szkodliwość. Autorzy artykułu z pisma Indoor Air dodają, że problemem jest to, że wielu produktów antydrobnoustrojowych, np. farb, nie testuje się na bardziej rozpowszechnionych bakteriach. Producenci sprawdzają, jak wygląda przeżywalność patogenów, np. pałeczek okrężnicy (Escherichia coli) czy gronkowców, i w dużej mierze ignorują organizmy, z którymi ludzie mają większą szansę się zetknąć. E. coli to szczur laboratoryjny świata mikroorganizmów. Jej liczebność w środowisku jest [jednak] mniejsza, niż ludzie sądzą. Chcieliśmy zrozumieć, jak na powierzchnie antydrobnoustrojowe będą reagować prawdziwe bakterie z wnętrz, bo nie zachowują się one jak pałeczka okrężnicy. « powrót do artykułu
  14. KopalniaWiedzy.pl

    Piwo zapewniało jedność imperium Wari

    Przed tysiącem lat na terenie dzisiejszego Peru istniało imperium Wari. U szczytu swojej potęgi rozciągało się ono na 1500 kilometrów. Powstało około 600 roku i upadło około roku 1100. Teraz archeolodzy badający kulturę Wari zauważyli, że ważnym czynnikiem, który pozwolił na istnienie imperium przez 500 lat był... stały dostęp do piwa. Nasze badania pomagają zrozumieć, w jaki sposób piwo przyczyniło się do powstania złożonej organizacji politycznej, mówi Ryan Williams, dyrektor Wydziału Antropologii w Field Museum i główny autor badań. Wykorzystaliśmy nowe technologie do zdobycia informacji na temat technik produkcji piwa i jego znaczenia dla społeczeństwa. Przed niemal 20 laty w Cerro Baul na południu Peru zespół Williamsa znalazł browar Wari. To był mikrobrowar, ale obok mogła znajdować się tawerna, wyjaśnia Williams. W browarze powstawała chicha, która nadawała się do spożycia jedynie przez tydzień, zatem nie mogła być transportowana na duże odległości. Ci, którzy chcieli się jej napić, przybywali do Cerro Baul z okazji różnych świąt. Święta te były dla Wari bardzo ważne. Do Cerro Baul mogło przybywać nawet 200 przedstawicieli lokalnej elity politycznej, którzy pili chichę z metrowej wysokości ceramicznych naczyń ozdobionych wizerunkami bogów i przywódców Wari. Ludzie przybywali tutaj, brali udział w uroczystościach i w ten sposób odtwarzali i potwierdzali swoje związki z rządzącymi Wari. Niewykluczone, że płacili wówczas trybut i przysięgali wierność Wari, mówi Williams. Piwo pozwalało więc na utrzymanie jedności imperium. Zespół Williamsa przeanalizował też pozostałości ceramicznych naczyń z Cerro Baul. Wykorzystali m.in. laser, za pomocą którego pozyskiwali z naczyń osady, a następnie je podgrzewali do bardzo wysokich temperatur i badali skład molekularny. Dzięki temu mogli zarówno stwierdzić, skąd pochodziła glina na naczynia oraz z czego robiono piwo. W badaniach tych schodzimy do poziomu atomowego. Liczymy atomy, próbujemy odtworzyć molekuły, określić ich masę, zbadać to, co zostało przed tysiącem lat uwięzione w porach ceramiki. To daje archeologom zupełnie nowy ogląd przeszłości, stwierdza Williams. Naukowcy nawiązali nawet współpracę z peruwiańskimi browarnikami i wspólnie testowali składniki, z których przed wiekami mogła powstawać chicha. Wytwarzanie chichy to skomplikowany proces wymagający umiejętności i doświadczenia. Eksperymenty wiele nas nauczyły na temat tego napoju oraz ilości pracy i samego procesu potrzebnego do jego wytworzenia, mówi profesor Donna Nash z Field Museum, która była odpowiedzialna za odtworzenie procesu produkcji chichy. Miłośników piwa z pewnością zainteresuje fakt, że na podstawie pracy Nas Field Museum oraz chicagowski Off Colour Brewing wyprodukowały różowe ale przyprawiane pieprzem. Trunek o nazwie Wari Ale będzie można kupić w okolicach Chicago w czerwcu. Badanie pozostałości piwa Wari zdradziło dwie ważne informacje. Po pierwsze, naczynia, w których się znajdowało, wykonano z lokalnej gliny. Po drugie chichę robiono z górskiego (pepper berry), który rośnie nawet podczas suszy. Oba te czynniki oznaczały, że piwo było ciągle dostępne. Nawet jeśli z powodu suszy był problem z uprawą kukurydzy, z której również wytwarzano chichę, nawet jeśli nie można było sprowadzać gliny z innych regionów, to pieprzowa chicha w naczyniach z lokalnej gliny zawsze była pod ręką. Autorzy badań uważają, że ta stała dostępność piwa była tym, co pomagało w utrzymaniu jedności imperium Wari. Był to olbrzymi organizm polityczny, który rozciągał swoją władzę na różne grupy ludności. Sądzimy, że to właśnie wytwarzanie i podawanie piwa było tym, co zapewniało jedność, stwierdza Williams. To ważne badania, gdyż pomagają zrozumieć, w jaki sposób tradycje tworzą więzy społeczne łączące ludzi o różnym pochodzeniu. « powrót do artykułu
  15. Mózg po chemii (ang. chemobrain) to zespół łagodnych zaburzeń poznawczych u pacjentów onkologicznych. Może występować na długo po zakończeniu terapii nawet u ok. 75% osób. Obejmuje luki pamięciowe, problemy z koncentracją, trudności w robieniu kilku rzeczy naraz, uczucie dezorientacji i ogólne wydłużenie czasu realizacji zadań. Biorąc pod uwagę wpływ chemobrain na codzienne życie chorych, naukowcom zależy na zidentyfikowaniu biomarkerów. Ostatnio okazało się, że jednym z nich jest wytwarzany przez korę nadnerczy siarczan dehydroepiandrosteronu (DHEAS). Identyfikując istotne klinicznie czynniki, które predysponują do mózgu po chemii, można dostosować interwencje do pacjentów w większym stopniu zagrożonych tym zespołem - podkreśla prof. Alexandre Chan z Narodowego Uniwersytetu Singapurskiego (NUS). Dotąd wiadomo było, że DHEA(S) - w ten sposób łącznie określa się DHEAS i dehydroepiandrosteron (DHEA) - pomagają regulować rozwój mózgu. Należało jednak jeszcze ustalić, czy ich stężenia korelują z funkcjonowaniem poznawczym lub czy wiążą się z początkiem mózgu po chemii. Autorzy publikacji z Pharmacotherapy: The Journal of Human Pharmacology and Drug Therapy wykazali, że pacjentki z wczesnym rakiem piersi z wyższym poziomem DHEAS przed chemioterapią są w mniejszym stopniu zagrożone rozwojem chemobrain w 2 konkretnych dziedzinach: fluencji (płynności) słownej i ostrości umysłowej. Akademicy zebrali grupę 81 chorych z wczesnym rakiem piersi. W związku z chorobą miały one przejść terapię, a wcześniej nie stykały się ani z chemio-, ani z radioterapią. Badanie prowadzono w latach 2011-16 w National Cancer Centre Singapore i KK Women's and Children's Hospital. By ocenić zakres mózgu po chemii, pacjentki były ocenianie zarówno pod kątem samopostrzegania, jak i obiektywnego funkcjonowania poznawczego przed, w czasie i po chemioterapii. Kwestionariusz obejmował różne dziedziny, w tym ostrość umysłu, koncentrację, pamięć, fluencję słowną czy wielozadaniowość. Komputerowe testy neuropsychologiczne wykorzystano zaś, by ocenić prędkość przetwarzania, czas reakcji, a także pamięć i uwagę. Oprócz tego chore wypełniały serię kwestionariuszy do oceny objawów zmęczenia, lęku i związanej ze zdrowiem jakości życia. Próbki osocza zebrane przed terapią wykorzystano do oznaczenia poziomów DHEA(S). Nasze wyniki sugerują, że pacjentki z wyższym stężeniem DHEAS przed terapią są w mniejszym stopniu zagrożone rozwojem samopostrzeganego zaburzenia poznawczego. Potrzeba dalszych badań, by ocenić wpływ DHEA(S) na poszczególne domeny poznawcze i by zweryfikować nasze ustalenia na niezależnych kohortach [grupach] - podsumowuje Toh Yi Long. « powrót do artykułu
  16. Twórcy barrigones - rzeźb przedstawiających otyłe figury ludzkie - z rejonów pacyficznego wybrzeża dzisiejszej Gwatemali korzystali z głazów, w pobliżu których uderzył piorun. Za pomocą naturalnych magnesów określali położenie anomalii magnetycznych i tam umieszczali czoło, policzki i pępek postaci. Naukowcy, w tym geolog Roger Fu z Uniwersytetu Harvarda, badali za pomocą przenośnego urządzenia namagnesowanie 11 barrigones ze stanowiska Monte Alto (datują się one na 2. połowę 1. tysiąclecia przed naszą erą). Autorzy artykułu z Journal of Archaeological Science uważają, że rzeźbiarze sprzed ~2 tys. lat przybliżali do głazów kawałek magnetytu i patrzyli, w którym miejscu zostanie on odepchnięty. Barrigones przedstawiały zmarłych, ale nadal poważanych i czczonych przodków znamienitych rodów. Julia Guernsey, historyk sztuki z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin, uważa, że w szybko rozrastających się społecznościach rzeźby odpychające namagnesowane obiekty były postrzegane jako manifestacja obecności i autorytetu zmarłych. Na różnych stanowiskach w Mezoameryce znaleziono co najmniej 127 barrigones. Zespół Fu zbadał 11 z nich - 6 głów i 5 całych "ciał". Przenośne czujniki potwierdziły doniesienia z 1997 r., że w okolicy prawej skroni i policzka 3 głów z Monte Alto występują sygnały magnetyczne. Skany pozwoliły określić powierzchnię i morfologię anomalii magnetycznych. W ten sposób wykazano, że ich położenie odpowiada umiejscowieniu specyficznych części ciała. « powrót do artykułu
  17. Archeolodzy odkryli miejsce zbiorowej egzekucji, które może potwierdzać legendę o wojnie sprzed 350 lat, która rozpoczęła się podczas... wypadku w czasie chłopięcej zabawy.. W XVII wieku przez Alaskę przetoczyła się seria konfliktów znana z historii jako „wojny łuku i strzały”. Jedna z legend ludu Yup'ik mówi, że konflikt rozpoczął się od wypadku w czasie gry w rzutki, gdy jeden z chłopców trafił innego w oko. Zgodnie z legendą, ojciec poszkodowanego wybił sprawcy oboje oczu. Wówczas krewny chłopca pozbawionego oczu się zemścił. W konflikt włączali się kolejni członkowie rodzin obu chłopców, w końcu seria wojen ogarnęła Alaskę i Yukon. To seria różnych opowieści. Na pewno wiemy, że wojny łuku i strzały toczyły się w okresie małej epoki lodowej, kiedy to temperatury w krótkim czasie spadły z tych nieco wyższych niż obecnie, do niższych, mówi Rick Knecht z University of Aberdeen. Ochłodzenie klimatu i mniejsza dostępność pożywienia są uważane za prawdziwe przyczyny wojen. Jednak teraz odkryto coś, co wpisuje się w serię legend o grze w rzutki. Knecht i Charlotta Hillerdal kierują wykopaliskami w pobliżu miasta Agaligmiut (Nunalleq). Znaleźli tam masowy grób, do którego trafiło 28 osób oraz ok. 60 000 dobrze zachowanych artefaktów. Pochowano w nim osoby, które zostały związane liną, a następnie zamordowane. Zwłoki leżały twarzami w dół, a niektóre z ofiar mają z tyłu czaszki dziurę, która może pochodzić od włóczni lub strzały. Datowanie miejsca pochówku nie jest pewne, jednak wiemy, że Agaligmiut był dużym kompleksem obronnym, który został zbudowany pomiędzy 1590 a 1630 rokiem, a zniszczeniu uległ w wyniku ataku i podpalenia pomiędzy rokiem 1652 a 1677. Wedle przekazów ustnych mieszkańcy Agaligmiut, dowodzeni przez człowieka imieniem Pillugtuq, zaatakowali wieś, której nazwa jest różnie przekazywana. Mieszkańcy wsi wcześniej dowiedzieli się o szykowanym ataku, przygotowali zasadzkę i zabili wszystkich lub prawie wszystkich wojowników przeciwnika. Jedna z legend mówi, że w walce brały też udział kobiety z zaatakowanej wioski przebrane za wojowników. Inna legenda wspomina szamana, który na krótko przed tym, jak wojownicy opuścili Agaligmiut, miał ostrzec Pillugtuqa, że jego miejscowość zostanie spalona. Ostrzeżenia zostały zignorowane. Po tym, jak Pillugtuq został pokonany, wojownicy ze zwycięskiej wioski ruszyli na Agaligmiut, zabili jego mieszkańców, a samą miejscowość spalili. Jako, że wcześniej pokonali wojowników, legendy mówią, że w Agaligmiut przebywały tylko kobiety, dzieci i starcy. Wykopaliska potwierdzają tę wersję. W zbiorowym grobie pochowano właśnie kobiety, dzieci i starców. Był tam tylko jeden mężczyzna w wieku, w którym mężczyźni byli wojownikami, mówi Knecht. Wśród 60 000 artefaktów znaleziono m.in. lalki, figurki, maski, kosze oraz groty strzał. Dzięki wiecznej zmarzlinie zabytki były bardzo dobrze zachowane. To niezwykłe. Wiele z tych rzeczy wciąż nadaje się do użytku. Czasami drewno jest wciąż jasne, nie pociemniało z upływem czasu, mówi Knecht. Najbardziej interesującymi artefaktami są drewniane maski używane w obrzędach tanecznych. Często przedstawiają one osobę zamieniającą się w zwierzę lub zwierzę zamieniające się w człowieka, dodaje uczony. Figurki i lalki miały różne przeznaczenie. Były używane w rytuałach religijnych oraz podczas zabawy. « powrót do artykułu
  18. W 2000 roku, po tym, jak przez 12 miesięcy nie zaobserwowano żadnego przypadku zarażenia, USA zostały ogłoszone krajem wolnym od odry. Teraz zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i w wielu innych krajach dochodzi do lokalnych epidemii spowodowanych odmowami szczepień. Eksperci z National Institute of Allergy and Infectious Diseaser oraz Penn State University ostrzegają na łamach New England Journal of Medicine, że bez zwiększenia wysiłków na rzecz szczepień może dojść do pełnowymiarowej epidemii. Odra jest niezwykle zaraźliwą chorobą. Patogeny mogą utrzymywać się w powietrzu przez dwie godziny po wydostaniu się z dróg oddechowych chorej osoby. Większość zarażonych zdrowieje bez komplikacji w ciągu tygodnia. Jednak odra może być niezwykle niebezpieczna dla niemowląt oraz osób z obniżoną odpornością. Jej powikłaniami mogą być zapalenie płuc, zapalenie opon mózgowych, inne infekcje, ślepota i śmierć. Przed wynalezieniem szczepionki odra zabijała rocznie od 2 do 3 milionów osób. Obecnie wciąż zabija ponad 100 000 osób na całym świecie. Chorobie można zapobiegać za pomocą bezpiecznej i wysoce efektywnej szczepionki. Jednak coraz więcej osób, opierając się na fałszywych informacjach znalezionych w internecie, odmawia szczepienia swoich dzieci. Twierdzą na przykład, że szczepionki powodują autyzm. Oczywiście istnieje niewielka grupa osób, cierpiących na przykład na pewne schorzenia układu odpornościowego, które nie powinny się szczepić przeciwko odrze. Jednak dla zdecydowanej większość szczepionka jest całkowicie bezpieczna. Gdy jednak w społeczeństwie spada odsetek wyszczepień, dzieci i osoby o obniżonej odporności są narażone na więsze ryzyko zachorowań. Autorzy wspomnianego wcześniej artykułu przytaczają przypadek pojedynczego dziecka, które zaraziło odrą 23 pacjentów pediatrycznej kliniki onkologicznej. Pięcioro z zarażonych dzieci zmarło. Jeśli odsetek wyszczepień nadal będzie spadał, sytuacja może stać się „alarmująca”. To szczególnie smutne, gdyż odra należy do tych chorób, którym najłatwiej jest zapobiegać. Możliwe jest całkowite uwolnienie świata od tej choroby. Pod warunkiem jednak odpowiednio wysokiego odsetka wyszczepień we wszystkich społecznościach. « powrót do artykułu
  19. Munira Abdulla ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich miała 32 lata, gdy w 1991 r. po wypadku komunikacyjnym zapadła w śpiączkę. Po 27 latach wybudziła się w szpitalu w Niemczech. Kobieta doznała ciężkiego urazu mózgu po zderzeniu samochodu z autobusem. Prowadził jej szwagier. Czteroletniemu synowi Muniry Omarowi Webairowi, który również znajdował się w pojeździe, nic się nie stało. Miał tylko kilka siniaków. To Omar opowiedział o wypadku i dalszych losach matki w wywiadzie udzielonym gazecie The National. Nigdy się nie poddałem, bo czułem, że pewnego dnia się obudzi. Moja matka siedziała ze mną z tyłu. Kiedy zdała sobie sprawę, że zderzenie jest nieuniknione, osłoniła mnie własnym ciałem. Na pomoc trzeba było długo czekać. Kobieta została ostatecznie zabrana do szpitala, a później przeniesiono ją do Londynu. Tam stwierdzono stan wegetatywny. Po powrocie do Al-Ajn na wschodzie Zjednoczonych Emiratów Arabskich Munirę przenoszono do kolejnych ośrodków. W 2017 r. rodzina dostała dofinansowanie z Crown Prince Court (CPC) na zabranie chorej do Niemiec. Tam kobieta przeszła serię operacji, by skorygować przykurcz mięśni rąk i nóg. Zastosowano również farmakoterapię, która miała poprawić jej stan. Rok później Omar wdał się w pokoju matki w sprzeczkę, co jak się wydaje, stanowiło bodziec do wybudzenia. Wydawała dziwne dźwięki, zawołałem więc lekarzy, którzy po badaniu stwierdzili, że wszystko jest w porządku. Trzy dni później się obudziłem, bo ktoś wołał mnie po imieniu. To ona mnie wołała. Dosłownie latałem z radości. Przez lata marzyłem o tym momencie. Moje imię było pierwszym wypowiedzianym przez nią słowem. Z czasem pani Abdulla stała się bardziej reagująca. Teraz nie tylko czuje ból, ale i rozmawia. Obecnie kobieta znajduje się w Abu Zabi, gdzie przechodzi rehabilitację; chodzi głównie o poprawę postawy w czasie siedzenia i zapobieganie skurczom mięśni. Podobne przypadki należą do rzadkości. Nic więc dziwnego, że w 2003 r. media rozpisywały się o Terrym Wallisie z Arkansas, który wybudził się po 19 latach. W lipcu 1984 r. samochód, którym jechał jako 19-latek, wpadł do potoku. Kierowca nie przeżył, a Wallis został znaleziony przez ratowników dopiero dzień po zdarzeniu. « powrót do artykułu
  20. Zdjęcia wykonywane przez nurków wskazują, że samice tawrosza piaskowego, zagrożonego gatunku rekina, powracają w okolice tych samych wraków u wybrzeży Północnej Karoliny. Taka wierność miejscu wskazuje, że wraki są ważnym habitatem dla tawrosza piaskowego. W latach 80. i 90. ubiegłego wieku liczebność tego gatunku spadła o ponad 75%. Nie wiemy, czy się ustabilizowała, czy wciąż spada, gdyż opieramy się głównie na przypadkowych spotkania z jego przedstawicielami, mówi Avery B. Paxton z Duke University, główna autorka najnowszych badań. Dzięki dowodom fotograficznym wiemy, że wraki statków są ważnym habitatem, do którego rekiny od czasu do czasu wracają. Możemy więc skupić się na jego badaniu, by lepiej zrozumieć, jak gatunek sobie radzi, wyjaśnia. Próbujemy teraz zrozumieć, dlaczego rekiny wracają. Mogą wykorzystywać wraki jako przystanek na drogach migracji, ale mogą też tutaj wracać by się łączyć w pary lub rodzić młode. Badamy wszystkie te hipotezy, dodaje Paxton. Badania pokazują, jak ważną rolę odgrywają we współczesnej nauce tzw. naukowcy społecznościowi. Zdjęcia, o których mówi Paxton, zostały dostarczone właśnie przez amatorów, głównie za pośrednictwem witryny działającej w ramach programu Spot A Shark USA. Ten obszar nazywany jest Cmentarzem Atlantyku, tam leżą setki wraków. My, jako naukowcy, nie jesteśmy w stanie obserwować ich wszystkich. Fakt, że amatorzy nurkowania i inni społecznościowi naukowcy biorą ze sobą aparaty i przesyłają nam zdjęcia, znacznie zwiększa nasze możliwości badawcze, dodaje uczona. Każdy tawrosz piaskowy ma na skórze unikatowy wzorzec brązowych plam, po których można go jednoznacznie zidentyfikować. To znakomicie ułatwia pracę. Paxton i jej koledzy przeanalizowali dostarczone im zdjęcia, z których najstarsze pochodziły z roku 2007, i stwierdzili, że sześć samic wraca do tych samych wraków lub do wraków w pobliżu w przedziałach czasowych rozciągających się od 1 do 72 miesięcy. Po raz pierwszy udało się nam udokumentować przywiązanie tawrosza do konkretnego habitatu na wodach wzdłuż Wschodniego Wybrzeża. Autorzy wcześniejszych badań wykazali podobne zachowania wzdłuż wybrzeży Australii, Afryki oraz u ujścia rzek do Zatoki Delaware. Odkrycie u wybrzeży Karoliny Północnej wpisuje się w globalny schemat, wyjaśnia Paxton. Uczona nie wyklucza, że podobną wierność miejscu mogą wykazywać też samce, jednak dotychczas na fotografiach nie znaleziono dowodu na takie zachowania. Może się to zmienić, jeśli naukowcy będą dysponowali większą liczbą fotografii. Ddzięki współpracy z Spot A Shark USA amatorzy nurkowania stali się społecznościowymi naukowcami i dostarczli nam danych niezbędnych do pogłębienia naszej wiedzy, stwierdził współautor badań Hap Fatzinger, dyrektor North Carolina Aquarium. « powrót do artykułu
  21. Związki z owoców czarnego bzu mogą hamować wnikanie i replikację wirusów grypy w ludzkich komórkach, a także wzmacniać reakcję immunologiczną na patogeny. Antygrypowe właściwości czarnego bzu są znane od dawna. Australijski zespół postanowił jednak uszczegółowić wiedzę na ten temat i przeprowadzić obszerną analizę mechanizmów działania fitozwiązków, a szczególnie głównej substancji czynnej: cyjanidyno-3-glukozydu (ang. cyanidin 3-glucoside, cyn 3-glu). Nasze badanie pokazało, że czarny bez wykazuje silny bezpośredni wpływ na wirusy grypy. Hamuje wczesne fazy zakażenia, blokując kluczowe białka [glikoproteiny] odpowiedzialne za przyłączanie się i wnikanie do komórek gospodarza - tłumaczy dr Golnoosh Torabian z Uniwersytetu w Sydney. Podczas eksperymentów naukowcy zastosowali ekstrakty pozyskiwane z czarnego bzu z upraw. Dodawano je do komórek przed, w czasie i po zakażeniu wirusami grypy. Okazało się, że czarny bez jest lekkim inhibitorem wnikania wirusów grypy do komórek. Znacznie silniejszy wpływ zaobserwowano w fazie poinfekcyjnej. To spostrzeżenie było dość zaskakujące i raczej istotne, bo blokowanie cyklu wirusa na kilku etapach daje większe szanse na zahamowanie infekcji wirusowej - podkreśla dr Peter Valtchev. Dodatkowo ustaliliśmy, że roztwór stymuluje komórki do uwalniania cytokin [które zapewniają komunikację między różnymi komórkami odpornościowymi i koordynują ich odpowiedź na patogeny] - dodaje prof. Fariba Deghani. Wg autorów raportu z Journal of Functional Foods, wzrastała ekspresja interleukin 6 i 8 (IL-6 oraz IL-8), a także czynnika martwicy nowotworu (TNF). Cyn 3-glu działała podobnie jak ekstrakt na wirusy, nie zaobserwowano jednak wpływu na ekspresję cytokin. « powrót do artykułu
  22. Niezwiązany z wirusem brodawczaka ludzkiego (HPV) rak szyjki macicy jest bardziej agresywny. Hiszpańscy naukowcy podkreślają, że HPV-negatywny rak szyjki macicy jest stosunkowo rzadki. Niestety, często diagnozuje się go na bardziej zaawansowanych etapach z przerzutami do węzłów chłonnych. Stąd ograniczona przeżywalność. Główna przyczyna raka szyjki macicy to zakażenie wirusem brodawczaka ludzkiego (zwłaszcza o pewnym genotypie). Niewielki odsetek przypadków to jednak zmiany HPV-negatywne. Zespół badacza i patologa Jaume Ordiego z ISGlobal analizował guzy 214 kobiet ze zdiagnozowanym rakiem szyjki macicy. Były one hospitalizowane w Szpitalu Klinicznym w Barcelonie między 2012 a 2015 r. Ich losy śledzono przez 5 lat. Za pomocą wrażliwego testu bazującego na amplifikacji kwasów nukleinowych ustalono, że 10% przypadków (21) to zmiany HPV-negatywne. Kobiety z tym typem guza częściej diagnozowano na bardziej zaawansowanych etapach choroby wg FIGO (Międzynarodowej Federacji Ginekologów i Położników): 19/21 (91%) vs. 110/193 (57%). Pacjentki te cechował również wyższy wskaźnik przerzutów do węzłów chłonnych: 14/21 (67%) vs. 69/193 (36%). Ich średni czas przeżycia bez objawów choroby (ang. disease-free survival, DSF) okazał się o połowę krótszy niż u pacjentek HPV-dodatnich i wynosił 59,8 miesiąca, w porównaniu do 132,2 miesiąca. Podobnie było z przeżyciem całkowitym: 77 miesięcy vs. 153,8 miesiąca. Autorzy publikacji z pisma Modern Pathology dodają, że guzy HPV-negatywne częściej były rakami niepłaskonabłonkowymi (non-squamous): 9/21 (43%) vs. 37/193 (19%). Rezultaty potwierdzają wyniki naszych wcześniejszych badań na mniejszych próbach, [...] że guzy HPV-negatywne reprezentują bardziej agresywny typ raka z gorszymi prognozami, co należy uwzględnić, planując terapię takich pacjentek - podsumowuje Ordi. « powrót do artykułu
  23. Utrata pamięci i funkcji poznawczych u osób po wstrząsie septycznym to wynik działania cukru, który w przebiegu wstrząsu jest uwalniany do krwiobiegu i dostaje się do mózgu. Ten cukier dostaje się do hipokampa, w którym nie powinien się znajdować - podkreśla Robert Linhardt, profesor biokatalizy oraz inżynierii metabolicznej z Rensselaer Polytechnic Institute. Uważamy, że to prowadzi do przebudowy obwodów tej struktury i powoduje utratę pamięci. Obwody neuronalne są [...] uszkadzane albo nieprawidłowo łączone. Wstrząs septyczny to forma sepsy, czyli specyficznej reakcji organizmu na zakażenie. Jak podkreślają Amerykanie, 1/3 osób hospitalizowanych z powodu sepsy przejdzie wstrząs septyczny, z czego połowa umrze. W 2016 r. zespół, w którego skład wchodził m.in. Linhardt, opracował prosty, ale bardzo dokładny test pozwalający stwierdzić, czy pacjent we wstrząsie septycznym wyzdrowieje, czy umrze. Test z moczu pozwala ustalić stężenie glikozaminoglikanów (GAG), czyli polisacharydów, które zwykle powlekają komórki wyściełające naczynia krwionośne oraz inne powierzchnie w organizmie. Podczas wstrząsu septycznego ciało "zrzuca" fragmenty tych wielocukrów. Naukowcy zauważyli, że wyższe ich poziomy są prognostykiem śmierci. W dalszej kolejności ekipa postanowiła sprawdzić, czy istnieje związek między tymi wielocukrami i starzeniem umysłowym występującym po wstrząsie. Badanie, którego wyniki ukazały się w lutowym wydaniu Journal of Clinical Investigations, wykazało, że w czasie wstrząsu septycznego fragmenty pewnego glikozaminoglikanu - siarczanu heparanu - pokonywały barierę krew-mózg i dostawały się do hipokampa, regionu mózgu kluczowego m.in. dla funkcji pamięciowych. Dowody wskazywały, że siarczan heparanu może się wiązać z neurotroficznym czynnikiem pochodzenia mózgowego (ang. brain-derived neurotrophic factor, BDNF), który odgrywa kluczową rolę w hipokampalnym długotrwałym wzmocnieniu synaptycznym (ang. long-term potentation, LTP), a więc procesie odpowiedzialnym za tworzenie pamięci przestrzennej. Naukowcy stwierdzili także, że wyższa zawartość siarczanu heparanu w osoczu pacjentów przyjętych na oddział intensywnej opieki medycznej poprzedzała problemy poznawcze wykrywane 2 tygodnie po wypisie. By zyskać całkowitą pewność, Amerykanie chcieli jednak udokumentować losy siarczanu heparanu. By dobrze go "widzieć" w morzu innych cukrów z krwiobiegu, zespół Linhardta musiał zsyntetyzować siarczan heparanu oznakowany stabilnym izotopem węgla. Później wystarczyło przetestować postawioną hipotezę. Badania prowadzono na myszach. Okazało się, że u zdrowych gryzoni w ciągu 20 min 100% oznakowanego siarczanu ulegało wydaleniu z moczem. Nic nie trafiało do mózgu. U myszy ze wstrząsem niewielkie ilości otagowanego siarczanu trafiały jednak do hipokampa. Teraz znamy przyczynę problemów poznawczych związanych ze wstrząsem. To nam daje jasno określony cel terapeutyczny; potrzebujemy czegoś, co wiąże się z cukrem i go usuwa albo enzymu, który przekształca glikozaminoglikan w związek nieuszkadzający funkcji poznawczych. « powrót do artykułu
  24. Sztuczna inteligencja pomaga w diagnozowaniu stresu pourazowego (PTSD) u weteranów, analizując ich głos. W najnowszym numerze pisma Depression and Anxiety doniesiono, że opracowany na Uniwersytecie Nowojorskim (NYU) system sztucznej inteligencji potrafi z 89-procentową trafnością odróżnić osoby z PTSD od osób zdrowych. Wyniki naszych badań wskazują, że cechy charakterystyczne mowy mogą zostać wykorzystane do zdiagnozowania choroby. Chcemy by w najbliższej przyszłości nasz system, po jego udoskonaleniu i uzyskaniu odpowiednich zgód, trafił do codziennej praktyki klinicznej, mówi jeden z głównych autorów badań, dziekan Wydziału Psychiatrii, profesor Charles R. Marmar. Szacuje się, że ponad 70% dorosłych doświadcza w jakimś momencie życia traumy, a odsetek osób z PTSD jest w niektórych krajach szacowany nawet na 12% dorosłej populacji. Osoby cierpiące na zespół stresu pourazowego doświadczają, gdy zetką się z bodźcem przypominającym o traumie, silnego trwałego stresu. PTSD diagnozuje się podczas wywiadu klinicznego, jednak jest to metoda podatna na błędy. Dlatego też specjaliści od dawna poszukują obiektywnego fizycznego markera PTSD. Jego znalezienie nie jest jednak łatwe. Autorzy najnowszych badań stworzyli algorytm wykorzystujący metodę nauczania random forest, która pozwala klasyfikować np. osoby na podstawie dostępnych przykładów. W ten sposób, działając najpierw na treningowej bazie danych, sztuczna inteligencja udoskonala swoje modele i metody podejmowania decyzji. Najpierw naukowcy nagrali standardowy wielogodzinny wywiad diagnostyczny CAPS (Clinician-Administered PTSD Scale). Zarejestrowano wywiady z 53 weteranami z Iraku i Afganistanu, u których stwierdzono PTSD oraz z 78 weteranami, u których choroba nie występowała. Następnie materiał dźwiękowy został przetworzony przez oprogramowanie firmy SRI International, tej samej, która opracowała apple'owską Siri, a program wyodrębnił z nagrań 40 526 cech, które następnie były analizowane pod kątem występowania wzorców. Sztuczna inteligencja była w stanie powiązać poszczególne cechy z PTSD. Były wśród nich na przykład mniej wyraźna mowa czy pozbawiony życia metaliczny ton głosu. Wcześniej wiedziano o tych dwóch cechach, ale były one jedynie anegdotycznie uznawane za pomocne w diagnostyce. Diagnoza PTSD na podstawie głosu może o tyle mieć uzasadnienie, że teoria dotycząca przyczyn zespołu stresu pourazowego mówi, iż traumatyczne wydarzenia zmieniają połączenia między neuronami odpowiedzialnymi za przetwarzanie emocji i oraz za napięcie mięśniowe, co może wpływać na sposób artykulacji. Mowa jest atrakcyjnym kandydatem dla automatycznego systemu diagnostycznego, gdyż może być ona mierzona i badana w sposób tani, nieinwazyjny i zdalny, mówi główny autor badań, profesor Adam D. Brown. Możliwości analizy głosu stosowane w obecnych badaniach nad PTSD pokrywają się z możliwościami naszem platformy analitycznej SenSay Analytics. Oprogramowanie to analizuje słowa, częstotliwość, rytm, ton oraz cechy charakterystyczne artykulacji i na tej podstawie wyciąga wnioski co do stanu mówiącego, w tym co do jego stanu emocjonalnego, uczuciowego, poznawczego, zdrowotnego, zdrowia psychicznego i zdolności komunikacyjnych, dodaje Dimitra Vergyri z SRI International. « powrót do artykułu
  25. KopalniaWiedzy.pl

    Rekordowy lęg wśród kakapo

    Pojawiła się nadzieja na ocalenie kakapo, niezwykłych nielotnych papug z Nowej Zelandii. Jak poinformował krajowy Departament Ochrony Środowiska, w bieżącym roku wykluło się rekordowo dużo młodych kakapo. Ta nocna papuga, która porusza się po ziemi charakterystycznym kołyszącym krokiem, była w przeszłości najbardziej rozpowszechnionym ptakiem Nowej Zelandii. Obecnie zyje jedynie 147 dorosłych osobników, które przeniesiono na kilka bezludnych wysepek. Kakapo składają jaja co 2 do 4 lat, wyłącznie w latach, kiedy owocuje drzewo Rimu (Dacrydium cupressinum). W bieżącym roku wykluło się aż 76 młodych, a eksperci mają nadzieję, że 60 z nich dotrwa do wieku dorosłego. Kakapo znalazły się na skraju zagłady przez polowania, utratę habitatów i wprowadzenie przez Europejczyków inwazyjnych drapieżników. Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku sądzono, że kakapo wyginęły, okazało się jednak, że przetrwały one na Wyspie Stewarta. W 1977 znano jedynie 18 kakapo. Nowa Zelandia rozpoczęła bardzo ambitny program odbudowy populacji. Niewykluczone, że to najbardziej intensywnie prowadzony program jakiegokolwiek gatunku na świecie. Papugi kilkukrotnie przenoszono na wyspy, gdzie tworzono dla nich jak najlepsze warunki. Zwierzęta są karmione specjalną dietą, która ma zwiększyć szanse na udany rozród. Każde z gniazd kakapo wyposażono w kamery, czujniki na podczerwień, urządzenia odstraszające drapieżniki i ogrzewające jajo, gdy samica opuszcza gniazdo. Każda z papug ma nadajnik, imię, a jej losy są śledzone. Jedna z kakapo, ptak imieniem Sirocco, podróżuje po kraju i zwiększa wśród obywateli świadomość dotyczącą potrzeby zachowania gatunku. Ludzie je kochają. One nie zachowują się jak ptaki, a trochę jak ludzie. Nawet wyglądają jak zrzędliwy starszy człowiek i każda z nich ma inną osobowość, mówi doradca naukowy Departamentu Ochrony Przyrody, doktor Andrew Digby. Zdaniem uczonego, w zwiększeniu liczby narodzin wśród kakapo mogło pomóc globalne ocieplenie, dzięki któremu pojawiła się obfitość owoców Rimu. Wiele samic kakapo złożyło jaja wcześniej, a niektóre zrobiły to dwukrotnie. Celem Departamentu Ochrony Środowiska jest zwiększenie liczby kakapo do co najmniej 500 ptaków. Wraz z każdym sezonem lęgowym specjaliści coraz bardziej się wycofują z życia papug i coraz mniej intensywnie dbają o gatunek.   « powrót do artykułu
×