Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Search the Community

Showing results for tags ' Norwegia'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Nasza społeczność
    • Sprawy administracyjne i inne
    • Luźne gatki
  • Komentarze do wiadomości
    • Medycyna
    • Technologia
    • Psychologia
    • Zdrowie i uroda
    • Bezpieczeństwo IT
    • Nauki przyrodnicze
    • Astronomia i fizyka
    • Humanistyka
    • Ciekawostki
  • Artykuły
    • Artykuły
  • Inne
    • Wywiady
    • Książki

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


Adres URL


Skype


ICQ


Jabber


MSN


AIM


Yahoo


Lokalizacja


Zainteresowania

Found 11 results

  1. Dobrze znany jest fakt, że w epoce wikingów oraz późniejszym średniowieczu na terenie dzisiejszej Norwegii posługiwano się runami. Obecnie nikt ich już nie używa. Najnowsze badania pokazują, że przejście z pisma runicznego na alfabet łaciński nie tylko trwało znacznie dłużej niż sądzono, ale że pojawienie się łaciny spowodowało... prawdziwy rozkwit pisma runicznego. Profesor Elise Kleivane z Wydziału Lingwistyki i Studiów Skandynawskich Uniwersytetu w Oslo specjalizuje się w języku staronordyjskim. Wraz z doktorantem Johanem Bollaertem badała inskrypcje, w których zostały jednocześnie użyte runy i łacińskie litery. Pismo pojawia się na terenie dzisiejszej Norwegii około 100 roku naszej ery. Dominował wówczas przekaz mówiony, ale pisano runami na drewnie, metalu czy kamieniu. Patrząc na to, co się zachowało, wydaje się, że pisma runicznego używano w ograniczonym zakresie. Na biżuterii czy cennych przedmiotach spotykamy krótkie inskrypcje, przeważnie imiona. Prawdopodobnie używano wówczas więcej materiałów, niż znaleźliśmy. Pisali na korze brzozowej, piasku czy drewnie, mówi Kleivane. W epoce wikingów tekst pisany był krótki. Najbardziej znanym przykładem są kamienie nagrobne, w których używano standardowych formułek dotyczących zmarłej osoby. Wszystko uległo zmianie około roku 1000, gdy w Norwegii zaczęło upowszechniać się chrześcijaństwo, a wraz z nim łacina. Ludzie zaczęli więcej pisać, również runami, stwierdza uczona. Mieszkańcy dzisiejszej Norwegii mieli coraz większe kontakty ze światem zewnętrznym. Poznawali kraje chrześcijańskie, widzieli, jak zorganizowane jest społeczeństwo. Gdy dotarło do nich chrześcijaństwo, jego kultura, w tym kultura pisana, wiele rzeczy uległo zmianie, także znaczenie pisma. Ludzie zobaczyli, co mogą napisać i co się dzieje, gdy piszą. Wydaje się, że to dopiero nadału pismu, w tym pismu runicznemu, prawdziwe znaczenie. Można by się spodziewać, że stosunkowo mało używane runy będą szybko zanikały w czasach, gdy rozpowszechniało się chrześcijaństwo z własnym pismem, instytucją Kościoła i gdy dochodziło do centralizacji władzy królewskiej. W średniowieczu, szczególnie w jego szczycie, runy spotykamy wszędzie. Codziennością staje się pisanie wiadomości na kijach. Pisano też na rzeczach, które miały mieć właściwości magiczne lub lecznicze. Znajdujemy modlitwy i zaklęcia. Wiele tekstów pisano runami i alfabetem łacińskim, inskrypcje spisywano zarówno w staronordyjskim jak i po łacinie. W tym okresie widoczne jest mieszanie się zarówno alfabetów jak i języków. Używano ich do tych samych rzeczy, jednak widoczne były pewne tendencje. Język staronordyjski był językiem ojczystym, łacina była językiem wyuczonym. W pewnych okolicznościach bardziej właściwym było używanie łaciny, stwierdza profesor Kleivane. Łaciny używano oczywiście w Kościele i księża oraz wysocy rangą urzędnicy znali łacinę. Jednak to uproszczony obraz. W pracach naukowych oraz w poszukiwaniu norweskiej tożsamości narodowej istnieje tendencja do postrzegania łaciny jako języka opresji. Jednak gdy przyjrzymy się przypadkom używania łaciny, widzimy, że to fałszywy obraz, dodaje. Każdy uczył się apostolskiego wyznania wiary [najwcześniejsze wyznanie wiary Kościoła katolickiego – red.], Ojcze nasz czy Zdrowaś Maryjo. Wszystkie te modlitwy znajdujemy spisane w języku staronordyjskim, co wskazuje, że tłumaczenie modlitw nie było zakazane. Jednak, jak przypuszcza Kleivane, wiele osób chciało znać je po łacinie. Prawdopodobnie uważali, że tak należy i że modlitwa jest bardziej właściwa, bardziej potężna po łacinie. Dla uczonej oczywistym jest, że ludzie używali run lub łacińskich liter w zależności od funkcji tekstu. Jednak czasem znajdowane są zaskakujące inskrypcje, w których oba alfabety są przemieszane. Jednym z takich przykładów jest kamień nagrobny znaleziony w gminie Trondelag. Inskrypcja na kamieniu zaczyna się alfabetem łacińskim w języku staronordyjskim. W pewnym momencie w słowie faþer (ojciec) mamy literę þ (thorn), która nie występuje w alfabecie łacińskim. I od tego momentu reszta inskrypcji jest spisana runami. Uczona nie potrafi wytłumaczyć takiej zmiany. Jej zdaniem, napis musiał zostać w taki właśnie sposób zaplanowany. Nie możesz wycinać w kamieniu napisu, nie wiedząc z góry, jak będziesz go kończył, mówi. Innym badanym przez nią przykładem jest psałterz ze wsi Kvikne Na okładce jest napis, w którym runy i łacińskie litery są wymieszane. Wszystkie „k” z wyjątkiem jednej, są spisane alfabetem łacińskim. Resztę napisu stanowią runy. Sam psałterz jest spisany po łacinie alfabetem łacińskim, a na okładce mamy jeszcze jeden napis w języku staronordyjskim, ale w całości spisany alfabetem łacińskim. Takie mieszane napisy mogą wskazywać, że ludzie bardzo dobrze zdawali sobie sprawę z efektu, jaki chcieli osiągnąć. Runy były często używane do krótkich bardziej spontanicznych przekazów, litery łacińskie spotykamy głównie w dłuższych tekstach, które miały dłużej przetrwać. Zdaniem Kleivane mieszanie systemów pisma wskazuje zarówno na istnienie dwujęzycznej kultury oraz na szerokie rozpowszechnienie znajomości łaciny przynajmniej w minimalnym stopniu. Łacina to nie jest czarna magia. Można się jej nauczyć. I wielu ludzi chociaż trochę ją znało. Myślę, że nie doceniamy tamtych ludzi pod tym względem. A również pod względem umiejętności czytania. Wyobraźmy sobie, że na ołtarzu mamy spisane Zdrowaś Mario. Gdy będziemy słuchać modlitwy, po jakimś czasie zaczniemy rozpoznawać to, co jest napisane. W końcu tak czytania uczą się dzieci, stwierdza Kleivane. Mimo to łacina nigdy nie stała się głównym językiem mieszkańców Norwegii. Mogło się tak stać, ale norweski i łacina to języki tak odległe strukturalnie, że trudno sobie wyobrazić, by połączyły się tworząc nowy język. Ponadto, gdy łacina tutaj przybyła, nie była już niczyim językiem ojczystym. Pojawiły się już inne europejskie języki, jak hiszpański, francuski czy włoski. Rozwinęły się one z łaciny. Ale te ludy, które zostały w czasach rzymskich zlatynizowane, mają zupełnie inną historię językową, wyjaśnia uczona. Runy stopniowo wychodziły z użycia. Ostatnie przykłady ich wykorzystywania pochodzą z końca XV wieku. To właśnie one były przedmiotem badań w kontekście nordyckim i przyciągały uwagę filologów. Inskrypcje, którymi zajmowała się Kleivane były wcześniej znane i badane, ale nie zajmowano się samym alfabetem, jakim zostały spisane. Łacinę i jej alfabet spotykamy w całej Europie, więc uznano, że nie ma tutaj sensu ich badać, gdyż nic nowego nam nie powiedzą. A jest wręcz przeciwnie! Gdy patrzymy na nie jako na źródło historii języka, możemy dowiedzieć się wielu rzeczy na temat rozwoju współczesnej kultury pisanej. « powrót do artykułu
  2. Na jednej z plaż zachodniej Norwegii znaleziono umierającą wyczerpaną zyfię gęsiogłową. Zwierzę było tak wycieńczone, że zdecydowano się je uśpić. Gdy wykonano sekcję zwłok, od razu zauważono, co było przyczyną śmierci. Jego żołądek wypełniony był 30 plastikowymi torbami i licznymi mniejszymi kawałkami plastiku. Zyfie są rzadkością na tych wodach, dlatego zdecydowano, że ciało zostanie przekazane Muzeum w Bergen. Pięciu naukowców przez sześć godzin pracowało nad wstępnym spreparowaniem walenia. Gdy otworzyli jego żołądek, natychmiast spostrzegli, co było przyczyną jego choroby i śmierci. Naukowcy mówią, że plastik zakorkował układ pokarmowy zwierzęcia, zatrzymując proce trawienny. Zyfia przez długi czas umierała w strasznych męczarniach. To smutne przypomnienie tego, co robimy środowisku naturalnemu, szczególnie oceanom, mówi profesor Terje Lislevand, który dodaje, że nie ma wątpliwości, iż zwierzę musiało bardzo cierpieć. Szkielet zyfii będzie jednym z eksponatów Muzeum. « powrót do artykułu
  3. W Norwegii odkryto pierwsze w historii pozostałości drewnianej świątyni poświęconej Thorowi i Odynowi. Zdaniem archeologów wielki drewniany budynek o wymiarach 14x8 metrów i wysokości do 12 metrów powstał pod koniec VIII wieku. Po raz pierwszy odkryliśmy jeden z tych specjalnych pięknych budynków. Znamy je ze Szwecji i z Danii. Teraz mamy dowód, że istniały też w Norwegii, mówi Søren Diinhoff z Muzeum Uniwersyteckiego w Bergen. Pierwsze takie wielkie świątynie, zwane domami bogów, zaczęły powstawać w VI wieku. Były one bardziej złożonym miejscem kultu niż proste miejsca, w których wcześniej oddawano cześć bogom. Tutaj mamy do czynienia z silniejszą ekspresją wiary niż w małych miejscach kultu. Budynki takie mają prawdopodobnie coś wspólnego z konkretną klasą społeczną, dla której były one wyrazem wyznawanej ideologii, dodaje uczony. Świątynię odkryta w nadmorskiej wsi Ose w pobliżu miasta Ørsta w zachodniej Norwegii. Prace archeologiczne prowadzone tam w związku z budową osiedla mieszkaniowego ujawniły ślady wczesnego osadnictwa rolniczego datowanego na 2000–2500 lat temu. Znaleziono pozostałości dwóch długich domów, z których każdy stanowił centrum małej farmy. Jednak dom bogów pochodzi ze znacznie późniejszego okresu, gdy obszar ten został zdominowany przez elitarną grupę bogatych rodzin. Rody takie zaczęły pojawiać się w Skandynawii gdy tamtejsze społeczeństwa częściej wchodziły w interakcje z bardziej rozwarstwionymi społecznościami Imperium Rzymskiego i ludów germańskich z północnej Europy. Gdy w czasie rzymskiej epoki żelaza zaczęły pojawiać się warstwy społeczne, wiodące rody przejęły kontrolę nad kultem religijnym, mówi Diinhoff. Wtedy też religijne obrzędy nordyckie stały się bardziej zideologizowane i zorganizowane, a dom bogów był wzorowany na chrześcijańskich bazylikach, które można było spotkać na południu Europy. Dlatego też w tego typu świątyniach pojawia się wysoka wieża górująca nad spadzistym dachem. To wyraźne nawiązanie do chrześcijańskich kościołów. Mimo, że świątynia się nie zachowała, to wyraźnie widoczne są wgłębienia po wspierających ją słupach, w tym po okrągłej centralnej kolumnie wieży. To unikatowy element spotykany tylko w domach bogów. To musiała być imponująca konstrukcja, zauważa Diinhoff. Na miejscu znaleziono też pozostałości licznych palenisk, gdzie przygotowywano potrawy podczas uroczystości religijnych i kości poświęconych bogom zwierząt. Diinhof przypomina, że przed kilkunastu laty w pobliżu znaleziono wielkiego biały kamień w kształcie fallusa. Prawdopodobnie był on częścią nordyckich rytuałów płodności. Specjaliści przypuszczają, że w odkrytej właśnie świątyni odbywały się najważniejsze rytuały religijne, jak obchody dnia przesilenia letniego i zimowego. Wówczas to bogom składano w darze mięso, napoje, czasem cenne metale. Szczególnie czczono Odyna, Thora i Freyra. Obrzędy były powiązane z obfitością jedzenia i napojów spożywanych przez ich uczestników. Myślę, że dobrze się tutaj bawili, stwierdza Diinhof. Pierwszym władcą Norwegii, który próbował wprowadzić w kraju chrześcijaństwo był Haakon Dobry, rządzący krajem w latach 934–961. Spotkał się jednak z dużym oporem rodów i porzucił swoje zamiary. Tradycyjnie za władcę, który ochrzcił Norwegię, uznaje się Olafa II Haraldssona, z którym wiąże się powstanie norweskiej tożsamości narodowej. Przed czterema laty informowaliśmy o znalezieniu kościoła, w którym spoczął Olaf II po uznaniu go za świętego. Tak czy inaczej od XI wieku stare wierzenia są w Norwegii w odwrocie. Kolejni władcy nakazują obalanie posagów bogów i niszczenie miejsc kultu. Dotychczas jednak nic nie wskazuje, by znalezioną właśnie świątynię spotkał taki los. « powrót do artykułu
  4. W kwietniu archeolodzy z Muzeum Uniwersyteckiego w Bergen prowadzili wykopaliska w Ytre Fosse w zachodniej Norwegii. To miejsce położone w pobliżu dawnej trasy żeglugowej Nordvegen, od której Norwegia wzięła swoją nazwę. Okolice pełne są tumulusów, świadczących o znaczeniu tego miejsca dla osadnictwa i wymiany towarów. Tym razem uczeni zajmowali się niewielkim grobem z początków epoki żelaza. Okazało się, że w grobie złożono skremowane zwłoki, a naukowcy znaleźli fragmenty ceramiki, nadpalone szkło, szpilkę z brązu oraz 18 części zestawu do gry i wydłużoną kostkę. Najbardziej interesującym elementem jest kostka. To rzadki okaz pochodzący z rzymskiej epoki żelaza (1–400 rok naszej ery). W Skandynawii podobne kostki znajdowano na słynnym duńskim torfowisku Vimose, gdzie odkryto wiele ofiarnych artefaktów. W Vimose znaleziono nie tylko kostkę i piony, le również planszę, co daje nam niejakie pojęcie o samej grze. Wiemy zatem, że była ona inspirowana rzymską grą Ludus latrunculorum. Wydaje się zatem, że gra ta była jedną z rozrywek lokalnych elit. Z niej też rozwinęła się bardziej znana gra Hnefatafl, znana z epoki wikingów. Znalezisko z Ytre Fosse pozwoli na dokładniejsze datowanie rozwoju gier planszowych i kości do gier na tych terenach. « powrót do artykułu
  5. Cofający się płat lodowy Lendbreen w górach Jotunheimen w Norwegii ujawnił przełęcz wykorzystywaną niegdyś przez wikingów. Odsłonięte artefakty wskazują na wykorzystywanie od ok. 300 do 1500 r. n.e., ze szczytem aktywności ok. roku 1000 w epoce wikingów. Podczas wyjątkowo ciepłego lata w 2011 r. archeolodzy odkryli rozrzucone końskie odchody sprzed kilkuset lat. Wśród wczesnych znalezisk znajdowała się również 1700-1600-letnia tunika (co ciekawe, była ona zadziwiająco kompletna), o której przed kilku laty pisaliśmy. Naukowcy przypuszczają, że została zrzucona przez podróżnika podczas halucynacji związanych z hipotermią. Podczas dalszych badań stanowiska znaleziono ok. 800 artefaktów, w tym fragmenty wełnianych ubrań, skórzanych butów i sań, nóż z drewnianą rączką, futrzaną rękawiczkę, kądziel, a także podkowy i kostur. Natrafiono także na kości (końskie) oraz poroża. Analiza przedmiotów z płata lodowego ukazała się właśnie w piśmie Antiquity. Daje ona pojęcie, w jaki sposób przełęcz była wykorzystywana na przestrzeni wieków i czemu ostatecznie ją porzucono. Zespół z Uniwersytetu w Cambridge/Vitenskapsmuseet w Trondheim i Departamentu Dziedzictwa Kulturowego Rady Gminy Innlandet dodaje, że o ile wszystkie inne zbadane płaty lodowe i małe lodowce z Oppland to stanowiska łowieckie, o tyle Lendbreen służyło podróżnym. Rolnicy, pasterze i kupcy przybywali tu, by pokonać grzbiet górski Lomseggen. Zachowały się nawet fundamenty kamiennego schroniska. W ramach najnowszego badania ekipa Larsa Holgera Pilø, dyrektora Departamentu Dziedzictwa Kulturowego Rady Gminy Innlandet, przeprowadziła datowanie radiowęglowe ~60 obiektów z Lendbreen. Okazało się, że przełęcz była wykorzystywana od ok. 300 r. do późnego średniowiecza. Przełęcz była najintensywniej wykorzystywana w epoce wikingów ok. 1000 r. [...]. Ten szczyt wykorzystania pokazuje nam, jak mocno połączony był nawet tak odległy punkt z szerszym kontekstem ekonomicznym i demograficznym - podkreśla James Barrett z Uniwersytetu w Cambridge. Archeolodzy wyjaśniają, że stanowiska takie jak Lendbreen trudno interpretować, gdyż wody roztopowe i silne wiatry mogą przesuwać obiekty z oryginalnego kontekstu. W opisywanym przypadku narta z epoki brązu została np. znaleziona w 4 kawałkach, rozrzuconych w odległości nawet 250 m, zaś inne obiekty, porzucone na szlaku w odstępie kilkuset lat, mogły zostać zmyte razem. Sekwencja kamiennych kopców znaczyła drogę w górę po północnym, częściowo pokrytym lodem zboczu, przez szczyt i w dół po południowej stronie, w kierunku doliny Bøverdalen. Potem trasa prawdopodobnie rozwidlała się na prowadzącą do dużej, stale zamieszkałej farmy Sulheim i wiodącą na południowy zachód do Neto. Wieku kopców jeszcze nie ustalono; badania lichenologiczne będą dopiero prowadzone. Na razie trudno powiedzieć, czy przełęcz na Lendbreen była najbardziej uczęszczana, wydaje się jednak, że miała szczególne znaczenie [spośród 5 przełęczy w Lomseggen, znanych z przekazów ustnych i/lub archeologii, tylko Lendbreen może się pochwalić schroniskiem i dużą liczbą kopców]. Być może niektórzy podróżni nie pochodzili z okolicy i potrzebowali lepszego pokierowania - wyjaśnia Pilø. Długodystansowi podróżnicy mogli odbierać górskie produkty, np. wełnę, skóry i poroże reniferów lub ser i masło, i przewozić je do odległych lokalizacji, niewykluczone, że nawet poza Norwegią. Naukowcy uważają jednak, że przełęcz służyła też miejscowym do przemieszczania się z farm w dolinach do położonych wyżej farm letnich. Spadek intensywności wykorzystania przełęczy po epoce wikingów można łączyć z Małą Epoką Lodową oraz czarną śmiercią. Kilka kolejnych pandemii w późnym średniowieczu jeszcze bardziej pogorszyło sytuację. Miało to oczywisty wpływ na lokalne osadnictwo i ekonomię, a więc i na ruch górski, który się zmniejszył [...] - opowiada Pilø. Do czasu, gdy farmy znów się odrodziły, przełęcz Lendbreen odeszła w zapomnienie i ludzie podróżowali innymi trasami. Pandemia COVID-19 sprawia, że nie wydaje się, by archeolodzy badali latem Lendbreen oraz inną obiecującą przełęcz. Prace na stanowisku tak czy siak wydają się zbliżać do nieuchronnego końca, gdyż lód szybko topnieje. Mój ulubiony artefakt to kawałek drewna ze spiczastymi końcówkami. Gdy go znaleźliśmy, nie mieliśmy pojęcia, do czego służył. Obiekt trafił na wystawę w miejscowym muzeum. Wtedy zidentyfikowała go starsza kobieta. Okazało się, że za jego pomocą uniemożliwiano jagniętom i koźlętom ssanie matek; mleko wykorzystywano do produkcji nabiału na farmach letnich. Staruszka widziała to jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku. Zarówno XX-wieczne "gryzaki", jak i obiekt ze stanowiska archeologicznego wyprodukowano z drewna jałowca. Datowanie wykazało, że wędzidło z Lendbreen pochodzi z XI w. - podsumowuje Pilø. « powrót do artykułu
  6. Norwescy badacze poinformowali o młodej samicy lisa arktycznego, która w ciągu 4 miesięcy zawędrowała z północnej Norwegii do Kanady, pokonując dystans 4415 kilometrów. Norweski Instytut Polarny zarejestrował, że młoda samica opuściła miejsce swojego urodzenia, Svalbard, 1 marca 2018 roku, przeszła przez Grenlandię i 1 lipca 2018 roku dotarła do kanadyjskiej Ellesmere Island. To jedna z najdłuższych tras, jakie pokonał lis arktyczny poszukujący partnera. Trasę samicy śledzono dzięki obroży z nadajnikiem, którą założono jej w lipcu 2017 roku. Zwierzę przedarło się przez lodowce i olbrzymie połacie lodu morskiego. Średnio każdego dnia 2-letnia samica przebywała 46,3 kilometra. « powrót do artykułu
  7. Mieszkańcy norweskiej wyspy Sommarøya, na której od 18 maja do 26 lipca nie zachodzi słońce, chcą, by oficjalnie uznać ją za pierwszą na świecie strefę bezczasową. Wg nich, byłoby to usankcjonowanie prawne wielowiekowych praktyk; ponieważ słońce świeci całą dobę, wiele czynności, np. sprzątanie czy pracę, wykonuje się tu o nietypowych dla innych ludzi porach, np. o 3 nad ranem. Cały czas jest jasno, a my się do tego dostosowujemy. W środku "nocy" [...] można więc zobaczyć dzieci grające w piłkę, ludzi malujących swoje domy lub koszących trawniki czy grupy nastolatków idące popływać - mówi Kjell Ove Hveding. Ludzie z wyspy Sommarøya chcieliby sformalizować tę tradycję. Po zebraniu podpisów pod petycją 13 czerwca Hveding spotkał się z przedstawicielem parlamentu, by przekazać dokumentację oraz przedyskutować kwestie praktyczne i prawne związane z inicjatywą. Wyspiarze chcieliby się uwolnić od tradycyjnych godzin otwarcia np. sklepów i wprowadzić elastyczne godziny nauki i pracy. Jak można się domyślić, w grę wchodzi (także, a może przede wszystkim) reklama wyspy i lokalnych biznesów. Już teraz można mówić o sporym rozgłosie u progu okresu wakacyjnego. Miejscową ciekawostką jest to, że turyści przechodzący ze stałego lądu na Sommarøyę nie zobaczą na moście symbolizujących wieczną miłość kłódek, ale zegarki. Znajdują się one przy wejściu w strefę, o której czas zapomniał... « powrót do artykułu
  8. W zeszłym tygodniu w wodach norweskiej Arktyki pojawiła się oswojona białucha (Delphinapterus leucas) z ciasno dopasowaną uprzężą. Znajdował się na niej uchwyt na kamerę sportową. Wybuchły spekulacje, że zwierzę pochodzi z rosyjskich ośrodków wojskowych; jak poinformował Jørgen Ree Wiig z Fiskeridirektoratet, na pasku znajduje się bowiem napis "Equipment St. Petersburg", a zwierzę wydaje się aktywnie szukać łodzi. W zeszłym tygodniu białuchę dostrzegli rybacy. W piątek jeden z nich, Joar Hesten, usunął obrożę przy pomocy Ree Wiiga. Urzędnik dodaje, że uprzężą zainteresowały się norweskie służby wojskowe. Profesor Audun Rikardsen z Wydziału Biologii Arktycznej i Morskiej Uniwersytetu w Tromsø sądzi, że najprawdopodobniej białucha pochodzi z centrów wojskowych na Półwyspie Kolskim (z okolic Murmańska). Nie wiadomo, do czego białucha miałaby być szkolona. Rikardsen opowiada, że sprawdzał tę kwestię we współpracy z naukowcami z Norwegii i Rosji i nie udało się znaleźć żadnego programu czy eksperymentów prowadzonych z udziałem D. leucas. To oswojone zwierzę, przyzwyczajone do podawania jedzenia, dlatego nawiązało kontakt z rybakami. Rodzi się pytanie, czy będzie w stanie przetrwać, znajdując pokarm samodzielnie. [Jesteśmy jednak dobrej myśli, bo] widzieliśmy już przypadki innych waleni, które najpierw żyły w niewoli w Rosji, a później [na wolności również] sobie radziły. Hesten dodaje, że przy pierwszym spotkaniu białucha zaczęła się ocierać o burtę jego łodzi. Nic nie wiadomo o rosyjskich programach wojskowych obejmujących walenie, wątki związane z tymi zwierzętami pojawiały się już jednak w niedalekiej przeszłości. W 2016 r. rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło bowiem na swojej stronie internetowej, że otwiera przetarg na dostawę pięciu delfinów: 3 samców i 2 samic w wieku 3-5 lat. We wniosku nie sprecyzowano, czym zwierzęta miałyby się zajmować, ale jako warunek ich zakupu wymieniano dobry stan uzębienia. Dokument szybko zniknął z Internetu.   « powrót do artykułu
  9. W Parku Narodowym Borre w Norwegii nieopodal wikińskich kurhanów wykryto za pomocą georadaru anomalię w kształcie łodzi. Archeolodzy uważają, że to rzadki wikiński pochówek łodziowy. Dane GPR wyraźnie pokazywały kształt łodzi. Widać też słabe ślady okrągłego zagłębienia wokół łodzi. To może sugerować istnienie kopca, który później został usunięty - opowiada Terje Gansum, szef Wydziału Zarządzania Dziedzictwem Kulturowym okręgu Vestfold, i dodaje, że naukowcy będą prowadzić dalsze badania, by ocenić wielkość znaleziska. W sumie w Europie znanych jest 13 pochówków łodziowych datowanych na okres między 570 a 1050 r. Jeśli doda się do tego zeszłoroczne odkrycie z Jellestad w regionie Østfold i opisywany pochówek z Vestfold, liczba ta zwiększy się do 15. Tylko 7 tych pochówków, w tym 3 z Vestfold, można jednak kategorycznie powiązać z erą wikingów (AD 800-1050). Dzięki temu odkryciu wzrasta szansa wpisania unikatowych pochówków łodziowych z Vestfold na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO [...] - uważa Kåre Pettersen. « powrót do artykułu
  10. Na ołtarzach wielu kościołów położonych wzdłuż norweskiego wybrzeża znajdują się średniowieczne nastawy ołtarzowe, pale. Są one często nazywane palami lubeckimi, gdyż uważa się, że były importowane z Lubeki przez Ligę Hanzeatycką. Jednak badania przeprowadzone właśnie przez Kristin Kausland dowodzą, że wiele pal zostało wykonanych w Norwegii. Kausland na potrzeby swojej pracy doktorskiej zbadała ponad 60 pal, w większości z Niemiec i Norwegii, chociaż wzięła na warsztat również zabytki ze Szwecji i Danii. Wraz z zespołem wykorzystała zaawansowane techniki, by ujawnić pochodzenie badanych przedmiotów. Naukowcy używali kamer na podczerwień, kamer ultrafioletowych oraz mikroskopu elektronowego. Analizując najdrobniejsze nawet fragmenty farby poszukiwałam fizycznych śladów charakterystycznych dla rzemieślników oraz dla różnych środowisk, w których tworzone były pale. Można to nazwać odciskiem palca artysty, mówi Kausland. Jako, że nie istnieją zapiski dotyczące pochodzenia pal, ich badania i wyszukiwanie charakterystycznych cech są jedynym sposobem, by dowiedzieć się, gdzie zostały wytworzone. W Niemczech rzemieślnicy byli zorganizowani w cechy. Posiadały one ścisłe zasady, mówiące co wolno, a czego nie wolno robić. Zasady te określały na przykład miejsca pali, w których użycie innych materiałów niż złoto było niedopuszczalne. W tych czasach wnętrza kościołów były bardzo ciemne. Ścisłe zasady miały spowodować, że światło odbijało się od złota w kierunku wiernych, stwarzając wrażenie czegoś świętego. Miało to oświetlać wnętrze, wyjaśnia uczona. Podczas swoich badań Kausland trafiła na wiele pal, w których użyto imitacji złota. Dlatego też uczona sądzi, że zostały one wykonane w Norwegii. Ponadto w palach, które Kausland podejrzewa o norweskie pochodzenie, używano różnych gatunków dębu. W palach z północnych Niemiec dopuszczano do użycia tylko dąb znad Bałtyku. Wydaje się, że w Norwegii używano tego materiału, który był łatwiej dostępny. Nie istniały też żadne zasady budowy pal. Było to bardziej praktyczne podejście, gdyż rzemieślnicy prawdopodobnie nie podlegali żadnym przepisom narzucanym przez cechy. Z tego też powodu możemy zobaczyć tutaj różne rodzaje dębu. Istnieją też różnice w sposobie montowania pal. Na terenie dzisiejszej Holandii używano charakterystycznych zawiasów i sposobów projektowania. W Niemczech pale składano w inny sposób. Tam zasady montowania pali były określane przez cechy, a regulował je tradycyjny związek cechów ze sztuką budowy skrzyń. Kausland sądzi, że około 10 z przebadanych przez nią pal powstało w Holandii. To sensacyjne odkrycie, gdyż tego typu zabytków jest niewiele. W Holandii podczas Reformacji celowo niszczono ozdoby kościołów. Przepadły również i pale. Fakt, że część z nich zachowała się w Norwegii ma olbrzymie znaczenie dla historii sztuki. Jedna z takich holenderskich pal znajduje się w kościele Trondenes w Troms. To najbardziej na północ wysunięty kamienny średniowieczny kościół w Norwegii. To jednocześnie położony najdalej na północ średniowieczny budynek na świecie. Jeszcze do niedawna sądzono, że bogate ozdoby kościoła zostały wykonane przez hanzeatyzkiego artystę Bernta Notke, jednak od pewnego czasu zaczęto kwestionować to autorstwo. Kolejna holenderska pala pochodzi z kościoła w Austevoll i znajduje się obecnie w muzeum w Bergen. Kausland sądzi, że w Norwegii może znajdować się więcej tego typu zabytków z Holandii. « powrót do artykułu
  11. Sosny koło Kåfjord w Norwegii noszą ślady stacjonowania w tych okolicach niemieckiego pancernika Tirpitz. Był to bliźniaczy okręt Bismarcka, a także największa jednostka Kriegsmarine w latach 1941-44. By powstrzymać konwoje zaopatrzeniowe Lend-Lease Act wysyłane przez aliantów do ZSRR, na pewnym etapie wojny Niemcy postanowili przebazować Tirpitza do Norwegii. "Chemiczna mgła", którą wykorzystywano do maskowania pancernika, odcisnęła swoje piętno na wzroście okolicznych drzew. Dr Claudia Hartl z Uniwersytetu Johanna Gutenberga w Moguncji dokonała odkrycia zupełnie przypadkowo, badając sosny z okolic Kåfjord. Dendrochronolog zbierała rdzenie drzewne, na podstawie których zamierzała odtworzyć przeszły klimat. Niemka podkreśla, że bardzo niskie temperatury czy ataki owadów mogą znacząco zmniejszyć przyrost roczny, ale żadna z tych przyczyn nie wyjaśniała braku pierścieni przyrostu w latach 40. XX w. Kolega zasugerował, że może ma to coś wspólnego z Tirpitzem. Dokumenty archiwalne sugerują bowiem, że by zakamuflować swoją pozycję, pancernik wykorzystywał kwas chlorosulfonowy. Uważamy, że sztuczny dym uszkodził igły drzew. Bez igieł nie da się zaś prowadzić fotosyntezy i produkować biomasy. W zimozielonych sosnach igły utrzymują się ok. 3-7 lat. Jeśli więc drzewa stracą igły [z nienaturalnej przyczyny], regeneracja zajmuje dużo czasu. W jednym z drzew nie widać żadnego przyrostu przez 9 lat, poczynając od 1945 r. Później sosna się odrodziła, ale powrót do normalnego wzrostu zajął jej aż 30 lat. Nadal tam jest, nadal żyje i jest imponującym drzewem. W innych sosnach przyrosty są, ale bardzo małe, łatwe do przeoczenia. Wpływ malał z odległością od fiordu. Dopiero w odległości 4 km nie obserwowano żadnego efektu. Dr Hartl podejrzewa, że jej wojenna dendrochronologia pozwoli odkryć jeszcze więcej podobnych przypadków. https://ichef.bbci.co.uk/news/624/cpsprodpb/EBD2/production/_100807306_point-nc.png « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...