Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

KopalniaWiedzy.pl

Super Moderators
  • Content Count

    30852
  • Joined

  • Last visited

    Never
  • Days Won

    102

KopalniaWiedzy.pl last won the day on November 6

KopalniaWiedzy.pl had the most liked content!

Community Reputation

184 Outstanding

7 Followers

About KopalniaWiedzy.pl

  • Rank
    Duch Kopalni
  • Birthday 05/01/2006

Informacje szczegółowe

  • Płeć
    Nie powiem

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Parker Solar Probe (PSP), sonda, która dotknęła Słońca, dokonała kolejnego odkrycia. Tym razem potwierdziła hipotezy dotyczące źródła Geminidów, roju meteorytów, który pojawia się na grudniowym niebie. To niezwykły rój, jeden z kilku, które nie pochodzą z komety. Część astronomów od dawna podejrzewała, że Geminidy pochodzą z asteroidy Faeton który pojawia się w okolicach Słońca mniej więcej w tym samym czasie. Rozwiązanie było prawdopodobne, jednak nie pewne, gdyż nie było wiadomo, jaki mógłby być mechanizm podążania szczątków za asteroidą. Pojawiła się hipoteza, że Geminidy powstały wskutek jakiego gwałtownego procesu. Teraz hipotezę wiążącą Geminidy z Faetonem potwierdziła PSP. Właśnie poinformowano, że w październiku 2018 roku Parker Solar Probe zaobserwowała strumień pyłu o szerokości 100 000 i długości 20 milionów kilometrów rozciągający się za Faetonem. Pył ten znajdował się na przewidywanej orbicie Geminidów. Roje meteorytów obserwujemy zwykle z Ziemi, dlatego sfotografowanie roju z kosmosu dostarcza wielu nowych informacji. Specjaliści, znając teraz masę i rozkład pyłu tworzącego Geminidy będą mogli odkryć, w jaki sposób powstał rój z asteroidy. Informację o odkryciu dokonanym przez PSP podano podczas spotkania Amerykańskiej Unii Geofizycznej, na kilka dni przed szczytem roju Geminidów, który zwykle przypada na 13–14 grudnia. « powrót do artykułu
  2. Wyspa Wielkanocna (Rapa Nui) i jej tajemnicze posągi moai właśnie stały się mniej tajemnicze. Jo Anne Van Tilburg, dyrektor Easter Island Statue Project, która od 30 lat pracuje na wyspie, opublikowała w Journal of Archeological Science wyniki badań, które potwierdzają hipotezę mówiącą, że moai symbolizowały obfitość plonów i były niezwykle ważnym elementem zapewnienia pożywienia mieszkańcom wyspy. I to dosłownie. W ostatnim czasie Van Tilburg prowadziła badania dwóch moai znajdujących się w wewnętrznej części kamieniołomu Rano Raraku. To właśnie z tego kamieniołomu pochodzi 95% z ponad 1000 moai. Szczegółowe analizy gleby wykazały, że na terenie kamieniołomu i w jego bezpośrednim sąsiedztwie uprawiano wiele roślin, w tym banany, bataty i kolokazję jadalną. Van Tilburg początkowo nie miała zamiaru analizować gleby. Wraz z zespołem zajmowała się wykopaniem dwóch moai, które niemal całkowicie były pogrzebane pod ziemią i resztkami skał. Wybraliśmy te właśnie moai na podstawie szczegółowej analizy dawnych fotografii oraz mapowaniu całego regionu Rano Raraku, mówi Van Tilburg. W badaniach pomagała jej geoarcheolog i specjalistka ds. gleby profesor Sarah Sherwood, która na Wyspę Wielkanocną przyjechała po rozmowie z członkiem zespołu Van Tilburg spotkanym podczas konferencji geologicznej. Sherwood, z czystej ciekawości, postanowiła poddać analizie glebę, z której wykopywano wspomniane moai. Gdy przyszły wyniki mieliśmy podwójne trafienie. Okazało się – czego bym nigdy nie podejrzewała – występują wysokie poziomy wapnia i fosforu. W glebie było bardzo dużo składników niezbędnych do wzrostu roślin. Wszędzie indziej na wyspie gleba podlega szybkiej erozji, co pozbawia ją składników potrzebnych roślinom. Jednak w kamieniołomie, dzięki temu, że ludzie pozyskiwali tam kamienie i istnieje tam źródło wody, powstało idealny sprzężenie zwrotne – system nawadniający i użyźniający glebę, mówi uczona. Woda wymywała z naruszanych przez ludzi skał składniki odżywcze i użyżniała okolice. Jako, że ludzie ciągle korzystali z kamieniołomu, gleby były ciągle żyzne, więc dawały dobre plony. Moai, które odkopał zespół Van Tilburg były ustawione pionowo. Jeden znajdował się na postumencie, a drugi w celowo wykopanej głębokiej dziurze, co wskazuje, że posągi miały tam pozostać. To całkowicie zmienia pogląd, jakoby moai znajdujące sie na terenie Rano Raraku czekały na transport poza teren kamieniołomu. Te, i prawdopodobnie inne moai w Rano Raraku zostały tam ustawione po to, by utrzymać święty charakter samego kamieniołomu. Moai były zasadniczym elementem poglądu na płodność ziemi i mieszkańcy wieżyli, że ich obecność stymuluje produkcję rolną, mówi Van Tilburg. Grupa Van Tilburg uważa, że moai znajdujące się w wewnętrznej części kamieniołomu zostały wzniesione w latach 1510–1645. Wydobycie w badanej przez nich części kamieniołomu rozpoczęło się w 1455 roku. Większość prac nad moai zakończono w XVIII wieku, po nawiązaniu kontaktu ze światem zachodnim. « powrót do artykułu
  3. Jaskinia z Filarami, jedna z najdłuższych sudeckich jaskiń, została zasypana odpadami zawierającymi azbest. Obiekt został zamknięty dla turystów i grotołazów. Odkrycia dokonali wolontariusze z Patrolu Jaskiniowego, którzy z miejscowymi leśnikami prowadzili prace porządkowe w podziemnych obiektach na Dolnym Śląsku. Jak informuje Jerzy Jurczyński, pierwsze informacje o śmieciach w jaskini pojawiły się na forach internetowych już przed 7-8 laty. Gdy jednak postanowiono się dokładniej sprawie przyjrzeć, okazało się, że sytuacja jest znacznie poważniejsza, niż się wydawało. Wstępne oględziny wykazały, że mamy do czynienia z gruzem budowlanym z przedwojennych budynków. Ktoś urządził sobie w jaskini wysypisko tego typu odpadów. Pobrane do analizy próbki wykazały, że wśród odpadów znajduje się azbest, wchodzący w skład eternitu. Azbestowe odpady stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia grotołazów oraz turystów. Wiemy, że rakotwórczy azbest jest w samym gruzowisku. Nie można jednak wykluczyć, że powietrze przeniosło go w głąb jaskini. Nie prowadzono jednak badań cyrkulacji i składu powietrza w tej jaskini, zatem to tylko przypuszczenie. Jeśli jednak włóka azbestowe zostały rozniesione po jaskini, to niewykluczone, że nigdy nie uda się jej oczyścić. Na razie Jaskinia z Filarami została zamknięta. Nadleśnictwo Kamienna Góra i członkowie Patrolu Jaskiniowego czekają teraz, aż zakończy się okres hibernacji nietoperzy i w przyszłym roku mają zamiar usunąć odpady z jaskini. Jaskinia z Filarami to jedna z tzw. Jaskiń Kochanowskich. Jej rozpoznania dokonano w 2001 roku, a kolejne prace prawodzone przez Wałbrzyski Klub Górski i Jaskiniowy wykazały, że jest połączona w sąsiednią Jaskinią Prostą, tworząc kompleks o długości 727 metrów. Jest więc drugą, po Jaskini Niedźwiedziej, najdłuższą jaskinią polskich Sudetów. « powrót do artykułu
  4. Sensacyjne odkrycie – tak swoją przygodę w stolicy podsumowuje dr inż. Grzegorz Jezierski, który pod koniec listopada udał się do Muzeum Marii Skłodowskiej-Curie i przypadkowo rozpoznał tam eksponat, z którego wartości nikt nie zdawał sobie sprawy! Dr inż. Grzegorz Jezierski, kustosz Muzeum Lamp Rentgenowskich na Politechnice Opolskiej przebywał w Warszawie na zaproszenie dyrektora MMS-C Sławomira Paszkieta, w związku z planowanym przekazaniem do ww. muzeum cennego eksponatu tj. „emanatora radonu” produkcji niemieckiej z lat 20. ubiegłego wieku (z zawartością 6 µCi  radu). Przy tej okazji zwiedził ekspozycję stołecznego muzeum i odkrył, że wśród dwóch lamp rentgenowskich jakie się tam znajdują, jedna to lampa skonstruowana przez mało znanego (żeby nie powiedzieć zapomnianego) polskiego fizyka Juliusza Lilienfelda (ur. we Lwowie 1881 r. – 1963 r.), o czym nie wiedziano w muzeum. Dopiero opolski pasjonat uświadomił placówce, jak unikalny skarb posiada w swojej kolekcji. Lampy tego typu są bardzo rzadkie i zachowało się ich na świecie zaledwie kilka sztuk – wyjaśnia dr Jezierski – bowiem szybko zostały wyparte przez lampy skonstruowane przez amerykańskiego wynalazcę Williama Coolidge’a (1873-1975) ojca lamp rentgenowskich, który ma na swoim koncie 83 patenty dotyczące lamp rentgenowskich (ich przykłady, i to w tysiącach, możemy podziwiać w muzeum na Politechnice Opolskiej). Dr Jezierski, jako znawca lamp rentgenowskich zawsze marzył o zobaczeniu lampy Lilienfelda. Marzenie spełnił, a przy okazji liczy też, że postać wybitnego fizyka – patrioty, który zawsze podkreślał swoją polskość, zostanie przywrócona historii techniki. Pracujący  na Uniwersytecie w Lipsku J. Lilienfeld opracował w 1914 r. po raz pierwszy lampę rentgenowską z emisją elektronów z gorącej spirali – opowiada dr Jezierski. Lampa konstrukcji Lilienfelda stanowiła etap pośredni pomiędzy stosowanymi wcześniej lampami gazowanymi z zimną katodą a lampą próżniową z gorącą katodą – tj. lampą Coolidge’a. Jednakże dość skomplikowana konstrukcja i kłopoty podczas eksploatacji tej lampy spowodowały, że nie została ona rozpowszechniona i została wyparta przez prostsze i pewniejsze w działaniu lampy dwuelektrodowe Coolidge’a. Juliusz Lilienfeld budując wiele różnych lamp rentgenowskich i patentując je, popadł nawet w konflikt z W. Coolidge’m. Sukces lampy Coolidge’a wynikał także z tego, że lampa ta powstawała we współdziałaniu środowisk naukowych i przemysłowych (dr. W. Coolidge był w tym czasie kierownikiem Laboratorium Badawczego znanej firmy General Electric), podczas gdy prof. J. Lilienfeld funkcjonował z dala od środowisk przemysłowych i biznesowych. « powrót do artykułu
  5. Pracownicy farmy łososi Mowi Canada West u wybrzeży wyspy Vancouver (Quatsino) uwolnili bielika amerykańskiego ze śmiertelnych, i to dosłownie, objęć ośmiornicy. Początkowo zastanawiali się, czy zareagować, ale obserwując przebieg zdarzeń, zdecydowali się na interwencję. Hodowcy kończyli w poniedziałek (9 grudnia) pracę, gdy w pewnym momencie do ich uszu dotarło skrzeczenie i odgłosy uderzania w wodę. Okazało się, że to tonący bielik, ściśnięty przez pokaźnych rozmiarów ośmiornicę. Jeden z mężczyzn, John Ilett, sięgnął po bosak i zaczął za jego pomocą odciągać ramiona mięczaka. To dało bielikowi czas, by się wyswobodzić i odpłynąć [na brzeg]. Musiało minąć ok. 10 min, żeby ptak się "pozbierał" i odleciał. Koniec końców każde ze zwierząt poszło (czytaj: odpłynęło lub odleciało) swoją drogą. Bielik na pewno dostał zaś nauczkę, bo próbując upolować ośmiornicę, zdecydowanie się przeliczył...   « powrót do artykułu
  6. W powiązanym z Rosyjskim Kościołem Prawosławnym kanale telewizyjnym Spas nadawany będzie bardzo nietypowy reality show. Dziesięciu ochotników spędzi bowiem miesiąc w Pustelni Niłowo-Stobieńskiej, męskim monasterze na wyspie Stołobnyj na jeziorze Seliger. Poszukując odpowiedzi na dręczące ich od dawna pytania, bohaterowie programu Wyspa (Остров) będą prowadzić zakonny tryb życia: wykonywać świece, sprzątać, brać udział w czynnościach religijnych czy przygotowywać jedzenie. Jestem pewien, że wielu osobom projekt ten pomoże ponownie odnaleźć sens życia - powiedział Boris Korchevnikov, dyrektor generalny kanału Spas. Wyspa to wyraźna kontrprozpozycja dla Domu-2, najdłużej nadawanego reality show w Rosji, czy dla kontrowersyjnego programu surwiwalowego Game2: Winter. Nagranie związane z naborem pojawiło się na YouTube'ie w październiku. Potencjalnych uczestników zachęcano, by wysyłali filmiki zgłoszeniowe z autoprezentacją i wyjaśnieniem, czemu chcieliby spędzić miesiąc w monasterze. Program pozostaje owiany tajemnicą, dlatego komentatorzy zastanawiają się, czy na uczestników będą czekać specjalne zadania i czy będą stopniowo eliminowani. Kolejną niewiadomą jest czas emisji.     « powrót do artykułu
  7. Po roku analiz NASA wybrała miejsce pobrania próbek z asteroidy Bennu. Próbki te zostaną przywiezione na Ziemię w ramach misji OSIRIS-REx. To pierwsza tego typu misja zorganizowana przez NASA. Próbki zostaną pobrane z miejsca o nazwie Nightingale, znajdujące się w kraterze w północnej części asteroidy. Wybrano je spośród czterech miejsc, które z jednej strony mogą dostarczyć bardzo dobrych próbek, a z drugiej są umiejscowione tak, że cała operacja będzie jak najmniej ryzykowna dla OSIRIS-REx. Po szczegółowym rozważeniu wszystkich czterech miejsc wybraliśmy to, które zawiera najwięcej dobrego materiału, który można będzie bezpiecznie pobrać. Nightingale w największym stopniu spełnia te warunki, mówi Dante Lauretta, główny naukowiec misji. Nightingale położone jest w północnym kraterze o szerokości 140 metrów. Jego powierzchnia jest dość gładka. Jako, że miejsce znajduje się w północnej części Bennu, panują tam niższe temperatury i materiał jest lepiej zachowany niż w innych częściach. Ponadto wszystko wskazuje, że krater powstał stosunkowo niedawno, więc materiał, który można pobrać, nie był zbyt długo wystawiony na działanie czynników zewnętrznych. Operacja pobrania próbek będzie trudniejsza, niż pierwotnie zakładano. Według pierwotnych planów OSIRIS-REx miał wylądować na obszarze o średnicy 50 metrów. Nightingale ma średnicę jedynie 16 metrów, jest to zatem obszar niemal 10-krotnie mniejszy. To zaś oznacza, że pojazd musi bardzo precyzyjnie osiąść na asteroidzie. Ponadto na wschodnim krańcu Nightingale znajduje się olbrzymi głaz, który może stanowić niebezpieczeństwo podczas startu z powierzchni asteroidy. OSIRIS-REx został wyposażony w autonomiczny system, który ocenia, czy lądowanie jest możliwe i sam potrafi je przerwać, jeśli miałoby się okazać zbyt ryzykowne. Musimy bowiem pamiętać, że sam pojazd może wzniecić pył z powierzchni asteroidy, co zmieni podłoże i może się okazać, że nie warto ryzykować. Gdyby nie udało się pobrać próbek z Nightingale OSIRIS-REx spróbuje wylądować w zapasowym miejscu o nazwie Osprey. Bennu to poważne wyzwanie ze względu na bardzo nierówne podłoże. Wykorzystaliśmy więc dokładniejszą, ale bardziej skomplikowaną,, technikę optycznej nawigacji. Wyposażyliśmy OSIRIS-REx w możliwość samodzielnej oceny ryzyka związanego z lądowaniem i podjęcia decyzji, mówi Rich Burns, jeden z menedżerów projektu. W styczniu OSIRIS-REx rozpocznie serię przelotów nad Nightingale i Osprey. Będzie zbierał dodatkowe dane i przyglądał się obszarom ewentualnego lądowania. Próba zebrania próbek zostanie podjęta w sierpniu. W 2021 roku pojazd pożegna się z Bennu i poleci w kierunku Ziemi. Ma wylądować we wrześniu 2023 roku. Pierwszą w historii misją, podczas której ludzkość pobrała próbki z asteroidy, była japońska Hayabusa, która wróciła na Ziemię w 2010 roku z materiałem z asteroidy Itokawa. Ponadto dokładnie przed miesiącem, 13 listopada, japońska Hayabusa 2 opuściła okolice asteroidy Ryugu i wraca z próbkami na Ziemię. Ma tutaj dotrzeć pod koniec 2020 roku.   « powrót do artykułu
  8. Sześć lat temu archeolodzy z Uniwersytetu w Bonn odkryli na dnie studni w dawnym majańskim mieście Uxul kości ok. 20 ludzi. Zostali oni zabici i rozczłonkowani ok. 1400 lat temu. Nie było jednak pewności, skąd ofiary pochodziły. Analiza izotopów strontu przeprowadzona przez zespół z Narodowego Uniwersytetu Autonomicznego Meksyku (UNAM) pokazała, że część ze zmarłych dorastała co najmniej 150 km od Uxul. Stront jest spożywany z pokarmami. Ponieważ organizm traktuje go podobnie jak wapń, jest wbudowywany w kości i zęby. Podczas badań naukowcy wykorzystują fakt, że stosunek strontu 87 do 86 w skałach ustalił się w czasie ich tworzenia w skorupie ziemskiej. Stosunek ten zależy zarówno od rodzaju, jak i wieku skał. Bardzo istotne jest to, że rośliny "przejmują" stosunek izotopów strontu z lokalnego podłoża. Stosunek izotopów strontu utrwalony w szkliwie wskazuje zaś na region, w którym dana osoba dorastała - wyjaśnia dr Nicolaus Seefeld. Na początku lata br. Seefeld i akademicy z Laboratorium Geochemii Izotopów UNAM pobrali próbki szkliwa 13 osób. Niestety, nie dało się określić stosunku izotopów strontu u pozostałych osób, ponieważ zęby uległy rozkładowi i wyniki nie byłyby miarodajne. Wyniki analiz izotopowych pokazały, że większość ofiar dorastała co najmniej 150 km od Uxul, na południowych nizinach leżących obecnie na terenie Gwatemali. Co najmniej jedna osoba dorosła i jedno niemowlę to mieszkańcy Uxul. W większości byli to ludzie o wysokiej pozycji społecznej; u 8 znaleziono bowiem jadeitowe inkrustacje w siekaczach. Jak się to wszystko zaczęło? W 2013 r. Seefeld badał system zaopatrzenia Uxul w wodę. Odkrył wtedy studnię, do której w VII w. trafiło ok. 20 osób. Później przeprowadzono wykopaliska i badania masowego pochówku. Okazało się, że poza kośćmi co najmniej 14 mężczyzn i 1 kobiety w masowym grobie znajdowały się też szczątki kilku młodocianych osób oraz 18-miesięcznego dziecka. Niemal wszystkie kości nosiły ślady nacięć kamiennym ostrzem. Ich regularny rozkład pokazuje, że ludzie ci zostali systematycznie (celowo) rozczłonkowani. Ofiary zabito i zdekapitowano poza zbiornikiem. Później poćwiartowane ciała umieszczono na dnie studni. Ślady działania wysokich temperatur sugerują, że kości wystawiono na oddziaływanie ognia - prawdopodobnie po to, by ułatwić usuwanie skóry i mięśni. Na szczątkach nie ma śladów ludzkich zębów (nie doszło zatem do aktów kanibalizmu). Naukowcy podkreślają, że po odcięciu połączone wcześniej anatomicznie części ciała umieszczono jak najdalej od siebie. To jasno pokazuje, że komuś zależało na zniszczeniu fizycznej jedności tych osób. Wyniki analiz izotopowych strontu oraz badań antropologicznych pozwalają wyciągnąć bardziej precyzyjne wnioski co do tożsamości ofiar i możliwych przyczyn egzekucji. Naukowcy dodają, że skądinąd wiadomo, że obcinanie głów i rozczłonkowywanie odbywało się u Majów głównie w kontekście konfliktów zbrojnych. Najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie jest zatem takie, że większość ofiar ze studni to jeńcy wojenni z miasta na terenie południowych nizin. Tak się dla nich skończyła przegrana w walce z Uxul... « powrót do artykułu
  9. Kilkanaście gatunków małych wielorybów i delfinów jest zagrożonych wyginięciem, a wszystko przez współczesne sieci rybackie, które zabijają rocznie setki tysięcy zwierząt. Takie informacje przynosi najnowszy numer Endangered Species Research. Niewielkie walenie, jak vaquita czy baiji, żyły obok ludzi przez tysiące lat. Jednak po II wojnie światowej zostały dotknięte przekleństwem plastiku – rybacy na całym świecie zaczęli wymieniać sieci z włókien naturalnych – jak bawełna czy konopie – na bardziej trwałe sieci z tworzyw sztucznych. Sieci skrzelowe nie wymagają użycia kosztownego sprzętu czy dużych łodzi, przez co są szczególnie atrakcyjne dla rybaków łowiących na małą skalę. Jednak przez to giną walenie, inne ssaki morskie i żółwie, które nie są w stanie przegryźć takich sieci, gdy się w nie złapią. Mogły zaś uwolnić się z sieci z włókien naturalnych. Naukowcy i obrońcy środowiska od 30 lat próbują opracować nowy typ sieci, z których ssaki czy żółwie mogłyby uciec lub ich uniknąć. Dotychczas się to nie udało. Podobnie jak nie udało się przekonać rządów poszczególnych państw, by zakazały i wyegzekwowały zakaz stosowania sieci skrzelowych. W międzyczasie zaś zagłada grozi kolejnym gatunkom. Powszechny niegdyś w chińskich rzekach niewielki delfin baiji niemal z pewnością wyginął, donoszą autorzy najnowszego opracowania. Na skraju zagłady jest też morświn kalifornijski, którego pozostało kilkanaście osobników. Dla krytycznie zagrożonego garbogrzbieta atlantyckiego prognozy długoterminowe są bardzo złe. Niebezpieczeństwo wisi też nad niewielkim delfinem Maui, którego liczebność wynosi około 60 osobników. Specjaliści obawiają się również o przetrwanie garbogrzbieta chińskiego, morświnka bezpłetwego z rzeki Jangcy, trzech gatunków azjatyckich delfinów rzecznych oraz bałtyckiej populacji morświna zwyczajnego. Dla każdego z wymienionych gatunków największym zagrożeniem jest stosowanie sieci skrzelowych z tworzyw sztucznych. Robin Bird, biolog morski i ekspert od waleni z Cascadia Research Collective mówi, że wiele z tych gatunków wyginie, jeśli ludzie nie przestaną stosować takich sieci. Uczony pesymistycznie zapatruje się na przyszłość. Ocalenie tych gatunków wymagałoby bowiem podjęcia odważnych niepopularnych decyzji o ustanowieniu obszarów ścisłej ochrony, gdzie nie wolno byłoby poławiać ryb. Współcześni politycy boją się zaś podejmowania decyzji, które mogą odebrać im poparcie części wyborców. « powrót do artykułu
  10. NASA planuje powrót człowieka na Księżyc, który ma stać się ważnym etapem załogowej misji na Marsa. Wciąż nierozwiązane pozostaje jednak pytanie, gdzie na Czerwonej Planecie powinni lądować ludzie. W podjęciu decyzji może pomóc najnowszy artykuł z Geophysical Research Letters, którego autorzy dostarczyli mapę zamarzniętej wody na Marsie znajdującej się nawet 2,5 centymetra pod powierzchnią planety. Dostępność wody będzie kluczowym elementem dla wybrania miejsca lądowania misji załogowej. Posłuży ona astronautom zarówno do picia, jak i do wyprodukowania paliwa. NASA chce bowiem tak przygotować misję, by po wylądowaniu możliwe było korzystanie z zasobów planety. W ich badaniu biorą udział satelity okrążające Marsa. Sylvain Piqueux z Jet Propulsion Laboratory, autor wspomnianego na wstępie artykułu, wykorzystał dane z Mars Reconnaissance Orbitera (MRO) i Mars Odyssey, by znaleźć wodę, która jest łatwo dostępna. Nie potrzebujesz koparki by dostać się do tej wody. Wystarczy szpadel. Cały czas zbieramy dane na temat pokrywy lodowej Marsa, szukając najlepszych miejsc do lądowania misji załogowej, mówi Piqueux. Na Marsie woda w stanie ciekłym nie może się utrzymać. Niskie ciśnienie powoduje, że lód wystawiony bezpośrednio na oddziaływanie czynników zewnętrznych szybko odparowuje. Lód na Czerwonej Planecie występuje na średnich wysokościach, w pobliżu biegunów. Piqueux postanowił poszukać takich złóż, do których astronauci mogą łatwo się dostać. Wykorzystał w tym celu instrumenty badające temperatury i połączył te dane z ze zdjęciami kraterów po uderzeniach meteorytów oraz danymi z radaru wskazującymi na obecność lodu. Dzięki temu udało mu się określić głębokość, na jakiej występuje lód. Niewiele miejsc na Marsie nadaje się do lądowania misji załogowej. Dlatego też naukowcy skupiają się na średnich szerokościach półkuli północnej i południowej, gdzie jest znacznie cieplej niż na biegunach. Preferowana jest półkula północna, której tereny są położone niżej, zatem mamy tam grubszą warstwę atmosfery do wyhamowania lądującego pojazdu. Naukowców szczególnie interesuje równina Arkadia na półkuli północnej. Na stworzonej przez Piqueuxa mapie widzimy kilka kolorów. Te chłodne, niebieski i purpurowy, wskazują na lód znajdujący się nie więcej niż 30 centymetrów pod powierzchnią. Kolory ciepłe to lód ukryty głębiej, co najmniej 60 centymetrów pod powierzchnią. Z kolei kolor czarny to miejsce, gdzie zdecydowanie nic nie powinno lądować. Pojazd mógłby bowiem zatonąć tam w pyle. Piqueux chce teraz rozpocząć długoterminowe obserwacje marsjańskiego lodu. Uczony ma zamar sprawdzić, jak jego ilość i dostępność zmienia się wraz z porami roku. Im dłużej badamy lód, tym więcej się dowiadujemy. Całoroczne obserwacje prowadzone przez różne pojazdy przez wiele lat pozwolą odkryć nam jego nowe zasoby, mówi Leslie Tamppari, odpowiedzialna za stronę naukową misji MRO. « powrót do artykułu
  11. Pracownicy Centrum Edukacji Przyrodniczej UJ (dawniej Muzeum Zoologicznego Instytutu Zoologii UJ) od wielu lat badają i systematyzują wiedzę o światowej faunie motyli, współpracując na tym polu z najbardziej liczącymi się placówkami naukowymi i entomologami europejskimi oraz amerykańskimi. Efektem ich badań jest kilkaset publikacji naukowych oraz odkrycie i opisanie niemal 300 nowych gatunków motyli, pochodzących z obszarów tropikalnych Afryki i Ameryki Południowej. Aby dać wyobrażenie o skali wykonanej pracy, należy podkreślić, iż cała fauna dziennych motyli polskich liczy mniej niż 150 gatunków. Naukowa kolekcja motyli zdeponowana w CEP UJ jest jednym z najbardziej liczących się zbiorów na świecie. Owocem badań terenowych przeprowadzonych w czerwcu 2019 r. na wysokogórskich terenach Peru u podnóża Kordyliery Huayhuash było odkrycie na wysokości 4000 m n.p.m. wyjątkowego okazu motyla - drugiego na świecie gatunku owada, którego skrzydła od strony grzbietowej mają całkowicie jaskrawosrebrne ubarwienie. Pierwszym gatunkiem jest należący do tego samego rodzaju, choć niezbyt blisko spokrewniony, Argryrophorus argenteus. Gatunek, uważany za narodowy gatunek motyla Chile, został opisany niemal 170 lat temu. Nowo odkryty gatunek został nazwany Argyrophorus idealis, czyli doskonały. Źródłem srebrnej barwy skrzydeł u obu gatunków nie jest pigment. Powstaje ona dzięki właściwościom łusek, poprzez załamywanie i odbijanie poszczególnych kolorów widma światła w procesie refrakcji i interferencji. « powrót do artykułu
  12. Na starożytnych egipskich malowidłach widzimy ludzi, którzy mają stożkowate nakrycia głowy. Przez dziesięciolecia stanowiły one zagadkę dla specjalistów, którzy spierali się, czy to prawdziwe nakrycia, których dotychczas nie znaleziono, czy też symboliczne przedstawienia w sztuce, mogące być np. czymś na kształt aureoli u chrześcijańskich świętych. Spór ten udało się rozstrzygnąć dzięki odkryciu w Amarnie. To jedno z najbardziej niezwykłych stanowisk archeologicznych. Miasto zostało założone przez faraona Echnatona – męża Nefretete i ojca Tutanchamona – i miało być nową stolicą. Przetrwało nie dłużej niż 15 lat. Po śmierci Echnatona zostało opuszczone i zburzone, gdyż Echnaton był heretykiem. Przeprowadził on bowiem reformę religijną, w ramach której politeistyczną religię Egiptu miał zastąpić system henoteistyczny, uznający co prawda wielu bogów, ale wywyższający jednego z nich ponad resztę. Władca kazał zamknąć świątynie poświęcone innym bogom, zlikwidować ślady kultu Amona i rozpoczął budowę nowej stolicy – Achetaton (Amarna). Podczas wykopalisk w stolicy Echnatona znaleziono w końcu stożkowate nakrycia głowy. Dokonali tego naukowcy z Amarna Project, prowadzonego przez Cambridge University. Dwa tego typu przedmioty spoczywały w grobach osób o niskim statusie społecznym, na cmentarzu robotników. Zachowane zwłoki wciąż miały upięte włosy, do których przymocowane były stożkowate nakrycia głowi. Mają one kolor kremowy, prawdopodobnie zostały wykonane z wosku pszczelego, a wysokość każdego z nakryć określono na 8 centymetrów. Szczątki pierwszego ze stożków wydobyto w 2009 roku, na drugi natrafiono w roku 2015. Od tamtej pory trwały badania i prace nad ich konserwacją. Odkrycie pokazuje, że nieprawdziwe są hipotezy mówiące, że to, co widzimy na malowidłach miało jedynie znaczenie symboliczne, a twórcy rysunków oznaczali w ten sposób osoby o specjalnym statusie. Być może obala ono również inną hipotezę, zgodnie z którą stożki były perfumami, które powoli się rozpuszczały, namaszczając i symbolicznie oczyszczając głowę i ramiona osoby, która je nosiła. W znalezionych stożkach nie stwierdzono bowiem obecności żadnych środków chemicznych. Jednak, jak stwierdzają niektórzy specjaliści, to nie znaczy, że perfum nie było w tych czy w innych stożkach. Lise Manniche z Uniwersytetu w Kopenhadze mówi, że znalezienie stożków w grobach osób o niskim statusie nie obala teorii mówiącej, iż nosiły je osoby o wysokim statusie. Na malowidłach widzimy bowiem, że takie stożki znajdują się na głowach znacznych osób, nie takich, które chowano na cmentarzu dla pracowników fizycznych. Sądzę, że to, co znaleziono, to 'fałszywe' stożki, które osoby o niskim statusie zastosowały, by imitować zachowania ważniejszych od siebie osób, stwierdza uczona. Jeśli tak jest w rzeczywistości, to stożki musiały mieć jeszcze jakieś dodatkowe znaczenie niż próbę upodobnienia się do elity społecznej. Jedna z hipotez mówi bowiem, że stożki mogły symbolizować zmysłowość i urodzenie dziecka. Tymczasem jeden ze znalezionych stożków był przymocowany do głowy kobiety w wieku rozrodczym. Być może, stwierdza Manniche, kobieta chciała mieć dzieci w życiu pozagrobowym. Płci drugiej z osób, przy której znaleziono stożek, nie udało się określić. Z taką interpretacją nie zgadza się Rune Nyord, archeolog z Emory University. Zauważa on, że malowidła sugerują, iż stożki były noszone w innym kontekście, podczas świąt lub w obecności faraona. W egiptologii bardzo często próbuje się coś interpretować z perspektywy życia pozagrobowego. Ale nie powinniśmy od razu odrzucać możliwości, że Egipcjanie postrzegali coś inaczej. Czasem kapelusz jest po prostu kapeluszem, mówi. Inną interesującą hipotezę wysuwa Nicola Harrington z University of Sydney. Zauważa ona, że z malunków wynika, iż osoby noszące stożki przygotowywały pogrzeby i zanosiły dary bogom. Zatem stożki noszono w obecności bóstw. Harrington zauważa, że oba szkielety noszą ślady schorzeń, które mogą wskazywać, iż były to... tancerki. Być może stożki widoczne na malowidłach oznaczały tancerki, jako osoby służące bogom. To by wyjaśniało, dlaczego – pomimo prostego pochówku wskazującego na niski status – do głów zmarłych przytwierdzono stożki. Bez kolejnych odkryć, nie będziemy w stanie stwierdzić, jak bardzo rozpowszechnione były stożki w pochówkach i jakie mogło być ich znaczenie. Niestety, metody badawcze wczesnej egiptologii dalece odbiegały – delikatnie mówiąc – od współczesnych standardów. Jeśli więc nawet w przeszłości w grobach znajdowały się jakieś stożki, prowadzący wykopaliska mogli ich nie zauważyć. « powrót do artykułu
  13. W Lublinie poszukiwane są honorowe dawczynie mleka. Jest ono niezbędne dla wcześniaków. Wyjaśniając na łamach Kuriera lubelskiego, czemu potrzebne są nowe dawczynie, dr n. med. Monika Wójtowicz-Marzec, szefowa neonatologii w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Klinicznym nr 1 (SPSK1), podkreśla, że dotychczasowe panie, które przekazywały swój pokarm do Banku Mleka Kobiecego, mają już starsze dzieci. Natomiast po roku laktacji mleko zmienia swój skład, ma mniej białka i tłuszczów. Zgodnie z procedurą, mleko zbierane jest od dawczyń do momentu ukończenia przez ich własne dziecko 12 miesięcy. Aktualnie mamy 15 aktywnych dawczyń, ale lada moment będą musiały zrezygnować z racji przekroczenia przez dziecko roku. Dawczynią mleka może zostać zdrowa kobieta w okresie laktacji, która dysponuje nadwyżkami pokarmu. Wstępna kwalifikacja odbywa się na podstawie wywiadu. Będąc dawczynią, kobieta powinna prowadzić higieniczny tryb życia. Ważne jest regularne poddawanie się badaniom. Po zweryfikowaniu stanu zdrowia kobieta dostaje laktator elektryczny i zestaw pojemników do przechowywania mleka w zamrażarce. Pracownicy Banku Mleka odbierają pokarm średnio raz na miesiąc. Do tej pory zebrano ok. 100 l mleka. Karmiono nim 47 wcześniaków z SPSK1 i dzieci z SPSK4. Przedstawiciele Banku Mleka w SPSK1, 13. takiego banku w Polsce, podkreślają, że są otwarci również na dostarczanie pokarmu do innych szpitali. Dodatkowe informacje można uzyskać pod numerem telefonu 518 130 703. « powrót do artykułu
  14. Nowa metoda ataku na procesory Intela wykorzystuje techniki overclockingu. Eksperci ds. bezpieczeństwa odkryli, że możliwe jest przeprowadzenie ataku na procesory i zdobycie wrażliwych danych – jak na przykład kluczy kryptograficznych – poprzez manipulowanie napięciem procesora. Nowy atak, nazwany Plundervolt, bierze na celownik Intel Software Guard Extensions (SGS). To zestaw kodów bezpieczeństwa wbudowanych w intelowskie CPU. Celem Intel SGX jest zamknięcie najważniejszych informacji, takich właśnie jak klucze, w fizycznie odseparowanych obszarach pamięci procesora, gdzie są dodatkowo chronione za pomocą szyfrowania. Do obszarów tych, zwanych enklawami, nie mają dostępu żadne procesy spoza enklawy, w tym i takie, działające z większymi uprawnieniami. Teraz okazuje się, że manipulując napięciem i częstotliwością pracy procesora można zmieniać poszczególne bity wewnątrz SGX, tworząc w ten sposób dziury, które można wykorzystać. Naukowcy z University of Birmingham, imec-DistriNet, Uniwersytetu Katolickiego w Leuven oraz Uniwersytetu Technologicznego w Grazu mówią: byliśmy w stanie naruszyć integralność Intel SGX w procesorach Intel Core kontrolując napięcie procesora podczas przetwarzania instrukcji w enklawie. To oznacza, że nawet technologia szyfrowania/uwierzytelniania SGX nie chroni przed atakiem Plundervolt. Intel zaleca aktualizacje BIOS-u do najnowszych wersji. Przeprowadzenie ataku nie jest łatwe. Znalezienie odpowiedniej wartości napięcia wymaga eksperymentów i ostrożnego zmniejszania napięcia (np. w krokach co 1 mV), aż do czasu wystąpienia błędu, ale przed spowodowaną manipulacją awarią systemu, stwierdzają odkrywcy dziury. Naukowcom udało się doprowadzić do takich zmian w SGX, że stworzyli dziury umożliwiające zwiększenie uprawnień i kradzież danych. Do przeprowadzenia ataku nie trzeba mieć fizycznego dostępu do komputera, jednak by zdalnie zaatakować SGX konieczne jest wcześniejsze zdobycie uprawnień administracyjnych na atakowanym systemie. Plundervolt może zostać przeprowadzony na wszystkie procesory Intel Core od czasów Skylake'a, co oznacza, że narażone są Intel Core 6., 7., 8., 9. i 10. generacji oraz układy Xeon E3 v5 i v6, a także Xeony z rodzin E-2100 i E-2200. « powrót do artykułu
  15. Ludzie, którzy ucinają sobie długie drzemki w ciągu dnia albo przesypiają więcej godzin nocą, mogą być bardziej narażeni na udar. Naukowcy zauważyli, że w przypadku osób, które regularnie ucinały sobie w ciągu dnia drzemki trwające ponad 90 min, prawdopodobieństwo wystąpienia udaru było o 25% wyższe niż u ludzi, którzy regularnie odbywali drzemki trwające 1-30 min. Badani, którzy nie drzemali lub w przypadku których drzemki trwały 31 min-1 godz., nie byli bardziej zagrożeni udarem niż osoby drzemiące 1-30 min. Potrzeba więcej badań, by zrozumieć, w jaki sposób odbywanie dłuższych drzemek i przesypianie nocą większej liczby godzin może być powiązane z podwyższonym ryzykiem udaru. Wcześniejsze badania wykazały jednak, że u dłużej śpiących/drzemiących występują niekorzystne zmiany w poziomie cholesterolu i zwiększony obwód w talii, a to dwa czynniki ryzyka udaru - podkreśla dr Xiaomin Zhang z Huazhong University of Science and Technology. Poza tym długie drzemki i nocny sen mogą sugerować ogólnie nieaktywny tryb życia, co także wiąże się z podwyższonym ryzykiem udaru - dodaje. Badanie objęło 31.750 Chińczyków w średnim wieku 62 lat. Dotąd żaden z ochotników nie miał udaru ani poważnych problemów z sercem. Losy badanych śledzono średnio przez 6 lat. W tym czasie odnotowano 1557 udarów. Uczestników studium pytano o nawyki dot. snu i drzemek, które jak wyjaśnia Zhang, są w Chinach czymś powszechnym; okazało się, że 8% ludzi ucinało sobie drzemki trwające ponad 90 min, a 24% ujawniło, że śpi 9 lub więcej godzin. Autorzy raportu z pisma Neurology zauważyli, że ochotnicy śpiący nocą 9 lub więcej godzin o 23% częściej miewali w trakcie trwania studium udar niż osoby przesypiające nocą od 7 do mniej niż 8 godzin. Ludzie śpiący mniej niż 7 godzin lub między 8 a mniej niż 9 godzin nie byli bardziej zagrożeni udarem niż ochotnicy śpiący o 7 do mniej niż 8 godzin/noc. Badani będący miłośnikami zarówno długich drzemek, jak i długiego snu nocą byli aż o 85% bardziej zagrożeni udarem niż osoby drzemiące i śpiące przez umiarkowanie długi czas. Akademicy pytali też ludzi o jakość snu. Stwierdzili, że badani, którzy mówili, że śpią źle, o 29% częściej mieli udar w trakcie studium, w porównaniu do osób uznających jakość swego snu za dobrą. Podczas analiz wzięto poprawkę na różne potencjalnie istotne czynniki, np. nadciśnienie, cukrzycę i palenie. Uzyskane wyniki podkreślają znaczenie umiarkowania w zakresie długości drzemek i nocnego snu oraz podtrzymywania dobrej jakości snu, zwłaszcza u osób w średnim wieku i seniorów. Zhang dodaje, że badanie jego zespołu na charakter korelacyjny i nie wskazuje na związki przyczynowo-skutkowe między długim spaniem/drzemaniem i udarem. Ograniczeniem badania jest fakt, że dane na temat drzemek i snu pochodziły z kwestionariusza, a nie z pomiarów. Nie zbierano też informacji dot. zaburzeń snu, np. chrapania i bezdechu. Istnieje też możliwość, że skoro studium objęło wyłączenie starszych, zdrowych Chińczyków, uzyskane wyniki nie odnoszą się do innych grup. « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...