Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

KopalniaWiedzy.pl

Super Moderators
  • Content Count

    32888
  • Joined

  • Last visited

    Never
  • Days Won

    122

KopalniaWiedzy.pl last won the day on December 25 2020

KopalniaWiedzy.pl had the most liked content!

Community Reputation

219 Outstanding

7 Followers

About KopalniaWiedzy.pl

  • Rank
    Duch Kopalni
  • Birthday 05/01/2006

Informacje szczegółowe

  • Płeć
    Nie powiem

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Wg raportu Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) spontaniczny przedwczesny poród dotyczy 15 milionów noworodków rocznie. Aż milion z nich umiera. Wiele przez całe życie mierzy się z niepełnosprawnością. Wykorzystywana powszechnie manualna analiza obrazów ultrasonograficznych umożliwia wykrycie ewentualnych problemów, ale nie jest to metoda doskonała. Problem ten dostrzegają lekarze. W 2017 roku Nicole Sochacki-Wójcicka (w trakcie specjalizacji z ginekologii) oraz Jakub Wójcicki zgłosili się do dr. Tomasza Trzcińskiego z Wydziału Elektroniki i Technik Informacyjnych PW z pytaniem, czy jest możliwość zrealizowania projektu predykcji spontanicznego przedwczesnego porodu z wykorzystaniem sieci neuronowych. Wtedy powstał zespół badawczy i zaczęły się prace. Pierwsze efekty już znamy. Nasze rozwiązanie może wspomóc diagnostykę komputerową i pozwolić z większą dokładnością przewidywać spontaniczne przedwczesne porody – wyjaśnia Szymon Płotka, absolwent Politechniki Warszawskiej i jeden z członków zespołu pracującego nad projektem. Wytrenować sieć neuronową Przed rozpoczęciem projektu, współpracujący z nami lekarze przygotowali zestaw danych uczących, walidacyjnych oraz adnotacji w formie obrysu kształtu szyjek macicy na obrazach ultrasonograficznych oraz numerycznych (0 i 1), odpowiadającymi kolejno: poród w terminie, poród przedwczesny – wyjaśnia Szymon Płotka. Po wstępnym oczyszczeniu takie dane są wykorzystywane jako dane „uczące” sieć neuronową – w tym przypadku konwolucyjną (splotową). Analizuje ona każde zdjęcie piksel po pikselu, wyodrębniając z nich niezbędne cechy, które posłużą do zadania segmentacji interesującego nas fragmentu obrazu (w tym przypadku szyjki macicy) oraz klasyfikacji (czy mamy do czynienia z porodem przedwczesnym, czy nie) – tłumaczy dalej Szymon Płotka.W trakcie treningu sieć neuronowa testuje swoje predykcje na zbiorze walidacyjnym. Po zakończeniu trenowania sieci neuronowej, jest ona sprawdzana na danych testowych, które nie zostały wykorzystane w ramach treningu. W ten sposób weryfikuje się poprawność wytrenowanego modelu. W ramach projektu powstały dwie publikacje naukowe. Efektem prac opisanych w „Estimation of preterm birth markers with U-Net segmentation network” (publikacja dostępna tutaj i tutaj) jest m.in. redukcja błędu predykcji spontanicznych przedwczesnych porodów z 30% (manualnie przez lekarzy) do 18% przez sieć neuronową. W „Spontaneous preterm birth prediction using convolutional neural networks” (szczegóły tutaj i tutaj) naukowcy zaprezentowali poprawę jakości segmentacji w stosunku do pierwszej publikacji i uzyskali lepsze wyniki klasyfikacji. Zgodnie z naszą najlepszą wiedzą, są to jedyne istniejące prace podejmujące się zadania predykcji spontanicznego przedwczesnego porodu w oparciu o transwaginalne obrazy ultrasonograficzne – mówi Szymon Płotka. Naukowcy pracują obecnie nad serwisem w formie aplikacji internetowej. Chcą tam udostępnić przygotowane modele sieci neuronowej. Ma to pomóc ginekologom analizować obrazy ultrasonograficzne i tym samym wesprzeć diagnostykę spontanicznego przedwczesnego porodu. A to może uratować życie i zdrowie milionów noworodków. « powrót do artykułu
  2. Chłopcy, którym w ciągu dwóch tygodni po narodzeniu podano antybiotyki, z większym prawdopodobieństwem będą znacznie niżsi i lżejsi niż ich rówieśnicy. Efektu takiego nie zaobserwowano u dziewczynek. Takie wnioski płyną z badań, które przeprowadził Samuli Rautava i jego koledzy z Uniwersytetu w Helsinkach. Finowie postanowili zbadać długoterminowe skutki podawania antybiotyków dzieciom, które nie ukończyły 2. tygodnia życia. Na potrzeby swoich badań naukowcy przyjrzeli się 12 422 dzieciom od momentu urodzenia się do wieku 6 lat. Wszystkie dzieci urodziły się w latach 2008–2010 w Szpitalu Uniwersyteckiego w Turku. Wśród badanych było 1151 dzieci, którym w ciągu pierwszych 14 dni życia podano antybiotyki, gdyż lekarze podejrzewali u nich infekcję bakteryjną. Analiza wykazała, że dzieci, którym tak wcześnie podano antybiotyki z większym prawdopodobieństwem są w pierwszych sześciu latach życia znacznie niższe i lżejsze niż ich rówieśnicy, którzy antybiotyków nie dostali. Zjawisko takie zaobserwowano wyłącznie w odniesieniu do chłopców. Po raz pierwszy wykazaliśmy, że podanie antybiotyków w pierwszych dniach życia niesie ze sobą długoterminowe skutki, mówi Rautava. Naukowcy podejrzewają, że antybiotyki powodują długoterminowe zmiany mikrobiomu jelit, co skutkuje niższym wzrostem. Jak mówi współautor badań, Omry Koren z Uniwersytetu Bar-Ilan w Izraelu, mikrobiom jelit to „zapomniany organ”. Pomaga on w trawieniu, bierze udział w rozwoju układu odpornościowego, chroni nas przed szkodliwymi bakteriami. Dopiero zaczynamy poznawać olbrzymią rolę, jaką mikrobiom ten odgrywa w naszym życiu. Gdy używamy antybiotyków, by zabijać bakterie chorobotwórcze, zabijamy też korzystne bakterie, mówi Rautava. Naukowcy, by sprawdzić, czy mniejsze wzrost i waga chłopców są spowodowana podawaniem antybiotyków, podali myszom mikroorganizmy z kału dzieci, którym podawano i nie podawano antybiotyków. Okazało się, że samce myszy – ale już nie samice – były mniejsze i lżejsze, gdy na początku życia zetknęły się z mikroorganizmami od dzieci, którym podano antybiotyki. Naukowcy wciąż nie wiedzą, dlaczego problem dotyczy tylko chłopców. BartinBlaser z Rutgers University spekuluje, że przyczyną mogą być różnice w ekspresji genów w jelitach. Różnice takie ujawniają się między płciami już 2 dni po urodzeniu. « powrót do artykułu
  3. Hiszpańscy archeolodzy są zaskoczeni odkryciem tajemniczej tabliczki z epoki kamienia, na której wyryto wizerunki zwierząt. Odkrycia dokonano podczas prac na stanowisku Coves del Fem. Pracowaliśmy tam ostatniego lata, naprawiając zniszczenia dokonane przez powódź, mówi profesor Raquel Pique Huerta z wydziału prehistorii Universitat Autonoma de Barcelona. Coves del Fem to jaskinia w gminie Ulldemolins w Katalonii. Naukowcy badają obecnie tabliczkę i próbują wyjaśnić nie tylko jej znaczenie, ale również dlaczego jest ona starsza niż samo stanowisko. Na tabliczce wyryto wizerunki dwóch jeleniowatych (samicy i samca), dwóch kóz lub krów oraz dwóch niezidentyfikowanych zwierząt. Jej odkrycie było tym większym zaskoczeniem, że naukowcy poszukiwali kamiennych narzędzi, nie spodziewali się zabytku tego typu. Tabliczka ma trafić na wystawę w Muzeum Archeologii Katalonii, jednak najpierw muszą zakończyć się badania. A do wyjaśnienia pozostało jeszcze wiele kwestii, jak np. znaczenie tabliczki dla społeczności, w której powstała czy jej symboliki. Wiemy, że ludzie zamieszkiwali tę jaskinię pomiędzy 6000 a 45000 lat przed naszą erą. Używali kamiennych narzędzi. Dlatego też zawsze na wszelki wypadek rozglądamy się za takimi narzędziami. Jednak nie spodziewaliśmy się znaleźć tabliczki z wyrytymi wizerunkami, mówi profesor Huerta. Naukowcy sądzą, że tabliczka liczy sobie od 11 700 do 15 000 lat, pochodzi więc z końca paleolitu. Nie należy ona do społeczności, która zamieszkiwała tę jaskinię. Jest znacznie starsza, dodaje uczona. Wciąż nie wiadomo, jak zabytek znalazł się w młodszych warstwach. Nie można wykluczyć, że została przyniesiona przez wodę. A może mieszkańcy młodszych społeczności, którzy kopali jamy, by w nich przechowywać swoje rzeczy, dotarli do starszych warstw i je wymieszali, stwierdza Huerta. Zabytek ma prawdopodobnie duże znaczenie historyczne. Ma związek ze światem idei, jest rodzajem komunikacji ideologicznej, jednak nie wiemy, co znaczy. Uczona nie wyklucza, że mamy tu do czynienia z zapiskiem dotyczącym zasad panujących w społeczności lub z symbolicznym opisem samej społeczności. Jest tutaj jakieś znaczenie, które było ważne i dzielone między członkami społeczności. Przedstawienia są bardzo naturalistyczne. Widać szczegóły budowy zwierząt, w niektórych miejscach przedstawiono nawet futro, dodaje Huerta. « powrót do artykułu
  4. Studio Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej postanowiło upamiętnić zmarłego niedawno Henryka Jerzego Chmielewskiego (Papcia Chmiela), autora komiksów o Tytusie, Romku i A'Tomku. Od poniedziałku (25 stycznia) na ścianie willi Rotha w Bielsku-Białej pojawił się wideomural będący podziękowaniem dla rysownika. Animowany mural ma być wyświetlany do piątku. Przedstawia on Papcia Chmiela malującego Tytusa w powstańczym hełmie, a także stojących obok Tytusa, Romka i A'Tomka. Pojawiają się też daty urodzin i śmierci rysownika: 1923-2021. Komiksy Papcia Chmiela zawładnęły wyobraźnią Polaków i można powiedzieć, że kształtowały poczucie humoru całych pokoleń. Inspiracje twórczością Chmielewskiego znajdujemy także w wielu filmach animowanych. Dlatego chcieliśmy podziękować szczególnie za wspaniałe komiksy. Ale nie tylko za nie. Henryk Chmielewski był nie tylko artystą, ale i żołnierzem. Walczył w szeregach Armii Krajowej i uczestniczył w Powstaniu Warszawskim. To ważne, by w dobie skupionych na sobie celebrytów młodzi ludzie wiedzieli, że naprawdę wielcy Artyści potrafili służyć Ojczyźnie swoją sztuką, a kiedy trzeba było, walczyli o nią z bronią w ręku - podkreślił dyrektor Studia Tomasz Małodobry. Studio Filmów Rysunkowych zaczęło działać z początkiem września 1947 r. jako funkcjonujące przy redakcji Trybuny Ludu Eksperymentalne Studio Filmów Rysunkowych. Pierwsze filmy były produkowane z myślą o dorosłych. To tutaj powstały popularne seriale animowane, takie jak "Reksio" czy "Bolek i Lolek".   « powrót do artykułu
  5. Największe z przeprowadzonych dotychczas badań wykazało, że u zdecydowanej większości amerykańskich noworodków występuje znaczący niedobór bakterii jelitowych odpowiedzialnych za przyswajanie mleka matki oraz rozwój układu odpornościowego, a także za ochronę przed patogenami wywołującymi kolki i pieluszkowe zapalenie skóry. Problem dotyczy aż 90% maluchów. Autorami metagenomicznego studium są uczeni ze Stanford University, University of Nebraska i Evolve BioSystems. Odkryli oni, że około 90% niemowląt brakuje Bifidobacterium longum subsp. infantis (B. infantis), bakterii odgrywającej ważną rolę w zdrowiu i rozwoju dzieci. Wcześniejsze badania wielokrotnie dowodziły, że jest to najbardziej korzystna bakteria z punktu widzenia wpływu na zdrowie noworodków i to dzięki niej dziecko może w pełni skorzystać z matczynego mleka. Zdecydowana większość dzieci ma niedobory tej kluczowej bakterii od najwcześniejszych tygodni życia. Ani rodzice, ani lekarze nie zdają sobie z tego sprawy. Nasze badania pokazują, jak szeroko zakrojony jest to problem, mówi współautor badań profesor Karl Sylvester z Uniwersytetu Stanforda. Okres wkrótce po narodzeniu to czas, gdy tworzą się podstawy dla przyszłego zdrowego życia, w tym rozwija się układ odpornościowy. Kluczową rolę odgrywa tutaj mikrobiom jelit, w którym powinny znaleźć się tysiące gatunków bakterii spełniających najróżniejsze role, od przeprowadzania procesów biologicznych po rozwój różnych systemów i struktur w organizmie. B. infantis rozkłada oligosacharydy mleka kobiecego (HMO). To grupa około 200 oligosacharydów unikatowych dla ludzkiego mleka. Związki te pomagają w utrzymaniu korzystnego składu flory jelitowej, utrudniają patogenom osadzanie się na błonie śluzowej jelit, biorą udział w odpowiedzi immunologicznej, prawdopodobnie są też źródeł kwasu sjalowego, który jest potrzebny do prawidłowego rozwoju mózgu. Niestety, bez B. infantis organizm dziecka nie może skorzystać z tych związków. B. infantis tym różni się od innych gatunków Bifidobacterii, że jest specjalnie zaadaptowany do ludzkiego mleka i ma szczególne zdolności rozbijania HMO na użyteczne składniki. Coraz więcej badań wskazuje też na istotną rolę tych bakterii w rozwoju układu odpornościowego niemowląt. Co więcej, kolejne badania pokazują też, że dysbioza, czyli zaburzenie mikrobiomu jelit u noworodków może prowadzić do zaburzeń immunologicznych w późniejszym życiu i pojawieniu się ostrych chronicznych stanów zapalnych. Nauka od niemal 100 lat zbiera dowody wskazujące na postępującą utratę Bifidobacteria w jelitach niemowląt. Przczynami takiego stanu rzeczy są m.in. rosnąca popularność cesarskiego cięcia, coraz powszechniejsze używanie antybiotyków oraz sztucznego karmienia. Wskutek takiego postępowania mamy do czynienia z coraz większym ubytkiem B. infantis, co skutkuje m.in. mniejszą przyswajalnością pożytecznych składników z mleka matki, zaburzonym rozwojem układu odpornościowego, zwiększonym pH jelit i związanym z tym wzrostem patogenów jelit oraz negatywnym ich wpływem na wyściółkę jelit. To wszystko ma zaś negatywne długoterminowe skutki zdrowotne. Dotychczas jednak badania nad stanem mikrobiomu jelit noworodków były w USA robione w ograniczonym zakresie. Badano dzieci z jednego obszaru geograficznego czy też dzieci urodzone przedwcześnie, gdzie często występują problemy ze stabilnością mikrobiomu. Autorzy najnowszych badań pobrali próbki kału od 227 dzieci w wieku poniżej 6 miesięcy. Próbki pobierano w pięciu różnych stanach i przeanalizowano pod kątem występujących w nich gatunków bakterii oraz ich liczebności. Szczególną uwagę zwracano na obecność bakterii pomagających przyswajać mleko matki. Przeprowadziliśmy badania metagenomiczne, których celem było scharakteryzowanie bakterii występujących w jelitach zdrowych dzieci w wieku poniżej 6 miesięcy, opisaniu funkcji ekosystemu bakteryjnego w szczególności jego zdolności do metabolizowania oligosacharydów mleka kobiecego oraz obecności genów antybiotykooporności, stwierdzili autorzy badań. Z badań wykluczono dzieci, które przyjmowały antybiotyki, u których zdiagnozowano problemy z przyswajaniem węglowodanów oraz dzieci cierpiących na żółtaczkę. Ze szczegółami badań można zapoznać się w artykule Metagenomic insights of the infant microbiome community structure and function across multiple sites in the United States. « powrót do artykułu
  6. W gniazdach brazylijskich mrówek z plemienia Attini zidentyfikowano związek przeciwgrzybiczy, który może znaleźć praktyczne zastosowanie w medycynie. Od dawna wiadomo, że Attini hodują grzyby, którymi się pożywiają. Bakterie Psuedonocardia i Streptomyces wytwarzają zaś metabolity, które chronią mrówcze uprawy przed patogenami. Jednak dotychczasowe badania pokazywały, że mimo iż mrówki na różnych obszarach mają wspólnego przodka, to metabolity bakterii miały różną strukturę. Teraz na łamach ACS Central Science czytamy, że udało się zidentyfikować pierwszy związek przeciwgrzybiczny, który występuje w gniazdach mrówek w różnych lokalizacjach na terenie Brazylii i który można zastosować w medycynie. Opisaliśmy strukturę attinimycyny, jej geny oraz jej ewolucyjne związki z oksaheliną A (oxachelin A) oraz cahuitamycyną A (cahuitamycin A). To trzy nierybosomalne peptydy, będące strukturalnymi izomerami o różnej sekwencji peptydowej, stwierdzają autorzy badań. Attinimycyna wykazuje żelazozależną aktywność przeciwgrzybiczą skierowaną przeciwko grzybiczym patogenom, ale nie przeciwko grzybom uprawianym przez mrówki. W badaniach in vivo wykazała ona silne działanie przeciwko mysiemu modelowi infekcji Candida albicans. Siła oddziaływania attinimycyny jest porównywalna do azoli przeciwgrzybiczych. Wykrycie attinimycyny zarówno w gniazdach mrówek jak i na ciele robotnic to dowód na rolę, jaką odgrywa attinimycyna w ochronie upraw grzybów przed patogenami, mówią naukowcy z Uniwersytetu w São Paulo. Bliższe badania pokazały, że attinimycyna wytwarzana jest przez niemal 2/3 szczepów Pseudonocardia. Jako, że siła działania nowego związku jest porównywalna do azoli (np. ketokonazol, mikonazol czy flukonazol), uczeni mają nadzieję, że przyda się on w praktyce klinicznej. « powrót do artykułu
  7. Horaj i Skalny to 2 osierocone młode rysie, które pod koniec 2019 r. zostały uratowane przez Stowarzyszenie dla Natury "Wilk" oraz, odpowiednio, Roztoczański i Magurski Park Narodowy. Koty nabierały sił w Ośrodku Rehabilitacji Mysikrólik w Bielsku-Białej. W maju 2020 r. zostały uwolnione z obrożami GPS/GSM w macierzystych regionach (Horaj na Roztoczu, a Skalny w Beskidzie Niskim). Po kilku miesiącach rysie opuściły te obszary i wyruszyły na wędrówkę. Jak poinformowało Stowarzyszenie, Skalny zwiedza wschodnią część Karpat i Pogórza Podkarpackiego, a Horaj idzie na zachód, pokonał Lasy Janowskie, przepłynął Wisłę, a teraz penetruje Puszczę Świętokrzyską. Rysie są samotnikami, jeden osobnik może zajmować teren o powierzchni nawet 500 km2. Młode wychowują wyłącznie samice. Te koty dożywają 20 lat, to długo, bo wilki zwykle nie przeżywają więcej niż 10. Horaj jest przedstawicielem populacji wschodniej, nizinnej. Jest dobrze przystosowany do polowania na takich terenach, jak Puszcza Świętokrzyska - powiedziała Echu Dnia dr Sabina Pierużek-Nowak, prezes Stowarzyszenia "Wilk". Współpracownicy Stowarzyszenia sprawdzają miejsca postojów kotów, dzięki czemu wiadomo, że Horaj i Skalny skutecznie polują na sarny. Rysie niemal w tym samym czasie zaczęły polowania na większe ofiary - cielęta jeleni. Ich sukcesy łowieckie są dowodem na wyśmienitą kondycję [...]. Historie rysich sierot W listopadzie 2019 r. na drodze krajowej nr 17 (przed przejściem granicznym w Hrebennem) zginęła rysica. Osierociła kilkumiesięczne kocię, które błąkało się w sąsiadującym z drogą lesie. Pomogli mu przyrodnicy ze Stowarzyszenia "Wilk", a także przedstawiciele lokalnych stowarzyszeń oraz Roztoczańskiego Parku Narodowego. Odłowiony ryś trafił do Ośrodka Rehabilitacji Mysikrólik, gdzie został szczegółowo przebadany. Po wszystkim Horaj zamieszkał w specjalnie przygotowanej wolierze. Na początku maja 2020 r. był gotów do powrotu na wolność. Po gruntownym przebadaniu przez lekarza weterynarii otrzymał nowoczesną obrożę telemetryczną i jeszcze tego samego dnia zespół Stowarzyszenia dla Natury "Wilk" przewiózł go na Roztocze. Horaj został wypuszczony w otulinie Roztoczańskiego Parku Narodowego [...]. Na przełomie 2018 i 2019 r. w północno-wschodnim Magurskim Parku Narodowym regularnie obserwowano rysicę z podrośniętym potomstwem. Wiosną samica ponownie urodziła. Niestety, we wrześniu jedno z jej młodych - kotkę - śmiertelnie potrącił samochód. Kilka miesięcy później - pod koniec 2019 r. - rysicę z pogruchotaną wskutek wypadku przednią łapą zauważono w pobliżu Nowego Żmigrodu. Choć udało się ją odłowić i przewieźć do kliniki w Krakowie, nie przeżyła skomplikowanego zabiegu. Nazajutrz Magurski Park Narodowy poprosił Stowarzyszenie dla Natury "Wilk" o pomoc w ratowaniu kolejnego wychudzonego rysia, który wszedł do zabudowań we wsi Desznica. Natychmiast wyruszyliśmy w drogę. Malca udało się odłowić i przewieźć do Ośrodka Rehabilitacji Mysikrólik w Bielsku-Białej. Okazało się, że to skrajnie niedożywiony tegoroczny potomek padłej dzień wcześniej rysicy. Bez matki, która zazwyczaj aż do późnej wiosny opiekuje się podrośniętymi kociętami i uczy je polować na znacznie większą od siebie zdobycz, młody ryś nie miałby szans na przeżycie. W czasie ostatnich badań kontrolnych Skalnemu, bo takie imię nadano samcowi, założono obrożę telemetryczną. Później przewieziono go w Beskid Niski i wypuszczono w areale matki. Ku uciesze przyrodników Skalny radził sobie bardzo dobrze (zaledwie 3 dni po przybyciu upolował młodą sarnę). Ochrona rysia Jak zaznaczono na witrynie Stowarzyszenia dla Natury "Wilk", od 1996 r. organizacja nieprzerwanie pracuje dla przyrody, a zwłaszcza dla ochrony dużych ssaków drapieżnych: wilków, rysi oraz niedźwiedzi. Szczególną wagę przykładamy do ochrony ich siedlisk oraz łączących je korytarzy ekologicznych. Dlatego działamy na rzecz ograniczania wpływu infrastruktury drogowej na przyrodę, m.in. poprzez budowę przejść dla zwierząt. Stowarzyszenie prowadzi własne badania naukowe i współpracuje z ekspertami z różnych dziedzin. Za Ośrodkiem Rehabilitacji Mysikrólik stoją Agnieszka i Sławomir Łyczkowie, którzy w 2009 r. uzyskali tytuł technika weterynarii. Przedstawiając się na swojej witrynie, napisali: jesteśmy małżeństwem zakręconym na punkcie dzikich zwierząt, dlatego podajemy im pomocną łapę wtedy, kiedy tego potrzebują. Stworzyliśmy dla nich w naszym domu i ogrodzie Ośrodek Rehabilitacji – Mysikrólik. Rozwój i funkcjonowanie Mysikrólika można wesprzeć za pomocą darowizny, dotacji-abonamentu, a także zakupów dokonywanych w online'owym sklepie. Zapraszamy do obejrzenia filmów dokumentujących losy Horaja i Skalnego (uwaga, niektóre sceny są drastyczne!):     « powrót do artykułu
  8. Mimo że psy należą do pierwszych udomowionych zwierząt i zajmują szczególne miejsce w historii oraz kulturze Homo sapiens, dotychczas przeprowadzono niewiele badań antropologicznych dotyczących rozwoju relacji psów i ludzi. Lukę tę postanowili uzupełnić naukowcy z Washington State University (WSU). Podczas badań zauważyli, że na rozwój obopólnie korzystnych stosunków pomiędzy Canis canis a Homo sapiens wpływały liczne czynniki, jak np. temperatura, polowania i – co było największym zaskoczeniem – płeć. Odkryliśmy, że związki psów z kobietami mogły mieć znacznie większy wpływ na kształtowanie więzi między naszymi gatunkami, niż ich związki z mężczyznami, mówi doktorantka Jaime Chambers, główna autorka artykułu opublikowanego w Journal of Ethnobiology. Ludzie z większym prawdopodobieństwem nadawali psom osobowość, z większym prawdopodobieństwem włączali je do rodziny, bardziej doceniali jeśli psy miały szczególną więź z kobietami, dodaje uczona. Naukowcy z WSU przeanalizowali bazę Human Relations Area Files i znaleźli w niej tysiące wzmianek o psach. Wyodrębnili z tego zbioru informacje zebrane przez 844 etnografów, którzy wspominali o relacjach łączących psy i ludzi w 144 tradycyjnych społecznościach na całym świecie. Współczesne społeczeństwo to mgnienie oka z historii człowieka. Przez większość historii relacje ludzi z psami nie wyglądały tak, jak w obecnych zindustrializowanych społeczeństwach Zachodu. Przyjrzenie się tradycyjnym społecznościom pozwala na spojrzenie w szerszym kontekście, stwierdza Chambers. Na podstawie analizy stworzyli trzy skale relacji psy-ludzie: skala użyteczności psów dla ludzi (DUH, dogs' utility for humans), użyteczności ludzi dla psów (HUD, humans' utylity for dogs ) oraz nadawanie psom osobowości (PD, personhood of dogs), czyli nadawanie im imion, pozwalanie, by spały we wspólnym łóżku czy na opłakiwanie psów po ich śmierci. Analizy wykazały, że im bardziej w danej społeczności kobiety były związane z psami, tym większa była użyteczność psów dla społeczności, jak i silniejsza ich personifikacja. Inny silnie zaznaczony trend związany był z temperaturą. Im cieplejszy klimat, tym mniejsza użyteczność psów dla ludzi. Psy, w porównaniu z ludźmi, są mniej wydajne energetycznie. Mają wyższą temperaturę ciała, więc podczas gorącego dnia nieco wysiłku powoduje, że szybko się przegrzewają. Są więc mniej użyteczne dla ludzi w cieplejszym klimacie, dodaje współautor badań, profesor antropologii Robert Quinlan. Uczony przyznaje, że istnieją wyjątki w postaci kilku kultur w tropikach, gdzie psy są bardzo lubiane, jednak nie zmienia to zaobserwowanego trendu. Na związki psów i ludzi wpływało też polowanie. W kulturach, gdzie psy były wykorzystywane podczas polowań, zwierzęta te były bardziej cenione oraz bardziej personifikowane. Jednak gdy dana społeczność była w stanie zwiększyć produkcję żywności, czy to poprzez rolnictwo czy hodowlę zwierząt, wartość psów spadała. Spostrzeżenie takie wydaje się stać w sprzeczności z tym, co sądzimy o związkach ludzi z psami pasterskimi, jednak Quinlan zauważa, że w wielu kulturach psy pasterskie pracują same, natomiast polowanie wymaga intensywnej współpracy psa i człowieka. Chambers mówi, że jej badania wzmacniają nowszą teorię ewolucyjną mówiącą, że psy i ludzie wybrali siebie wzajemnie, która zastępuje starszą teorię, zgodnie z którą to ludzie celowo wybierali wilcze szczenięta, by je hodować na własne potrzeby. Widać bowiem, że oba gatunki odnoszą korzyści ze współpracy. Psy są wszędzie tam, gdzie są ludzie. Jako gatunek odniosły sukces. Podążają za nami po całym świecie. To bardzo korzystny związek. Szczegóły badań zostały opisane w artykule Dog-Human Coevolution: Cross-Cultural Analysis of Multiple Hypotheses. « powrót do artykułu
  9. Poczta Stanów Zjednoczonych zaprezentowała serię znaczków, która przedstawia aktywność Słońca, m.in. rozbłyski słoneczne, plamy słoneczne czy dziury koronalne. Piękno naszej gwiazdy można podziwiać dzięki zdjęciom Solar Dynamics Observatory (SDA). Jako zawołany kolekcjoner znaczków nie mogę się doczekać, by zobaczyć przedstawione w ten sposób naukowe dokonania NASA. Uważam, że otaczający nas świat jest równie piękny jak dzieła sztuki; wspaniale jest się podzielić z ludźmi wrażeniami związanymi z badaniem Słońca - podkreśla Thomas Zurbuchen, szef Dyrektoriatu Misji Naukowych NASA (Science Mission Directorate). Znaczki Sun Science zaprojektował Antonio Alcalá. Na każdym z nich widnieje Słońce na czarnym tle. Identyczny format zastosowano w innych kosmicznych seriach Alcali, np. "Views of Our Planets" (2016) czy "1969: First Moon Landing" (2019). SDO to satelita naukowy badający dynamikę aktywności słonecznej. Został wyniesiony 11 lutego 2010 r. Wyposażono go w zestaw obrazujący atmosferę, przyrząd obrazowania heliosejsmologicznego i magnetycznego oraz urządzenia do pomiaru zmienności skrajnego ultrafioletu. « powrót do artykułu
  10. Naukowcy z International Centre for Radio Astronomy Research (ICRAR) i The University of Western Australia (UWA) we współpracy ze specjalistami z Francuskiego Narodowego Centrum Badań Kosmicznych (CNES) i laboratorium Systèmes de Référence Temps-Espace w Obserwatorium Paryskim ustanowili rekord świata dla najbardziej stabilnej transmisji światła laserowego przez atmosferę. Wykorzystano przy tym nowatorskie australijskie rozwiązania stabilizacji fazy w połączeniu z zaawansowanymi terminalami optycznymi. Dzięki temu przesłano światło lasera, które nie zostało zakłócone przez obecność atmosfery. "Jesteśmy w stanie korygować turbulencje w 3D, czyli w lewo-prawo, góra-dół oraz, co najważniejsze, wzdłuż trasy promienia. Nasza technologia działa tak, jakby atmosfera nie istniała. Dzięki temu możemy wysłać wysoce stabilny sygnały laserowe o wysokiej jakości", mówi główny autor badań, doktorant Benjamin Dix-Matthews z ICRAR i UWA. Wynikiem prac zespołu jest stworzenie najbardziej precyzyjnej metody pomiaru upływu czasu w dwóch różnych lokalizacjach. Doktor Sascha Schediwy w ICRAR-UWA mówi, że osiągnięcie to niesie ze sobą niezwykle ekscytujące możliwości. Jeśli będziemy mieli jeden z takich terminali optycznych na Ziemi, a drugi na satelicie krążącym wokół planety, to możemy zacząć badać podstawy fizyki. Będzie można z niedostępną wcześniej precyzją przetestować ogólną teorię względności Einsteina oraz sprawdzić, czy podstawowe stałe fizyczne podlegają zmianom w czasie. Jednak nowa technologia znajdzie też bardziej praktyczne zastosowania. Będzie można na przykład udoskonalić satelitarne pomiary zmiany poziomów wód czy odkrywać podziemne złoża minerałów, dodaje Schediwy. Nowy system posłuży też optycznej komunikacji. Nasza technologia może pozwolić na zwiększenie o wiele rzędów wielkości tempa komunikacji optycznej z satelitami. Przyszła generacja satelitów będzie mogła znacznie szybciej otrzymać potrzebne informacje z Ziemi, dodaje. Technologia, którą właśnie przetestowano, powstała na potrzeby projektu Square Kilometre Array – największego radioteleskopu na świecie. « powrót do artykułu
  11. Profesor Artur Bednarkiewicz i mgr Agata Kotulska razem z naukowcami z USA i Korei opracowali nowe nanomateriały koloidalne zdolne do lawinowej emisji fotonów. W procesie tym intensywność emisji wzrasta nieproporcjonalnie mocno w stosunku do intensywności pobudzenia – przypomina to zachowanie tranzystora albo zasadę działania lasera, ale odbywa się z wykorzystaniem fotonów z zakresu bliskiej podczerwieni. W badaniach brali udział naukowcy z Columbia University, Lawrence Berkeley National Laboratory, Instytutu Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych Polskiej Akademii Nauk oraz z Korea Research Institute of Chemical Technology. Pierwszym i największym osiągnięciem jest uzyskanie odpowiednich nanokryształów. Tradycyjnie w materiałach luminescencyjnych domieszkowanych jonami lantanowców obserwuje się tzw. wygaszanie koncentracyjne, które powyżej 1% domieszki prowadzi do osłabienia intensywności świecenia. Autorzy pracy wykorzystali mechanizm lawinowej emisji wprowadzając aż 8% jonów tulu i uzyskując spektakularny wzrost intensywności świecenia powyżej progu – dwukrotne zwiększenie intensywności pobudzenia prowadziło wówczas do wzrostu intensywności emisji niemal o 10 000 razy. Dzięki tej wysoce nieliniowej luminescencji anty-Stokesowskiej, naukowcy zademonstrowali możliwość super-rozdzielczego obrazowania struktur nanometrycznych w rozdzielczością 70 nm. Jednak w przeciwieństwie do tradycyjnych metod obrazowania poniżej limitu dyfrakcji, zamiast strukturyzowania wiązki wzbudzającej (jak w STED) czy wyrafinowanej obróbki sygnałów (jak w PALM/STORM), obrazowanie uzyskano z wykorzystaniem konwencjonalnego mikroskopu konfokalnego. Mimo, że zjawisko lawinowej emisji fotonów jest znane w monokryształach domieszkowanych jonami lantanowców od lat 80 XX wieku, zaprezentowane w Nature badania pokazują po raz pierwszy możliwość obserwacji tego efektu w nanomateriałach koloidalnych. Uzyskane wyniki nie tylko definiują nowe kierunki badań materiałowych w celu opracowania kolejnych materiałów lawinowych o innych barwach emisji. Przede wszystkim jednak otwierają zupełnie nowe możliwości zastosowania nanotechnologii w konstrukcji czujników biologicznych (np. do wykrywania wirusów, bakterii czy grzybów lub procesów biologicznych w komórkach i tkankach), czujników wielkości fizycznych (np. temperatury, ciśnienia), w obliczeniach neuromorficznych, konstrukcji detektorów promieniowania z zakresu średniej podczerwieni, nowych nano-laserów czy też, jak w oryginalnej pracy, obrazowania poniżej limitu dyfrakcji światła. « powrót do artykułu
  12. Rogoząb australijski (Neoceratodus forsteri) to zwierzę o najdłuższym zsekwencjonowanym dotąd genomie. Ten najbardziej pierwotny gatunek ryby dwudysznej ma DNA wielokrotnie dłuższe od DNA człowieka. Należy do grupy mięśniopłetwych, które w dewonie wyszły na ląd i dały początek czworonogom. Siegfried Schloissnig i jego koledzy z austriackiego Instytutu Badawczego Patologii Molekularnej poinformowali, że genom rogozęba składa się z 43 miliardów par bazowych, czyli jest 14-krotnie dłuższy od genomu Homo sapiens. Jest też o 30% dłuższy od dotychczasowego rekordzisty, genomu axolotla, który został zsekwencjonowany w 2018 roku przez ten sam zespół naukowy. Podczas badań uczeni wykorzystali komputer o wysokiej wydajności, by poskładał analizowane fragmenty DNA w jedną całość. Genom rogozęba australijskiego był bowiem sekwencjonowany we fragmentach. Co więcej, by wyeliminować błędy, jakie wprowadza sekwencer, naukowcy użyli wielu kopii genomu. Złożeniem wszystkich części w całość zajął się komputer. Rogoząb australijski żyje w południowo-wschodnim Queensland. Zwierzę niewiele się zmieniło od czasu, kiedy przed milionami lat przeszło przeobrażenia umożliwiające mu oddychanie powietrzem atmosferycznym. Rogoząb ma dobrze rozwinięte płetwy piersiowe i brzuszne, które przypominają łapy. Ma też pojedyncze prymitywne płuco, przekształcone z pęcherza pławnego. W czasie suszy, gdy zanikają zbiorniki wodne, rogoząb oddycha powietrzem atmosferycznym. Dotychczas nie było jasne, czy z kręgowcami lądowymi jak ptaki i ssaki bliżej spokrewniony jest rogoząb czy też prymitywne ryby z rzędu celakantokształtnych, z których najbardziej znane są latimerie. Obecnie wykonana analiza jednoznacznie wykazała, że to rogozęby są bliżej spokrewnione ze zwierzętami czworonożnymi. Celakantokształtne oddzieliły się wcześniej, natomiast drogi rogozęba i linii ewolucyjnej, która dała początek lądowym czworonogom rozeszły się około 420 milionów lat temu. Żeby wyjść z wody, musisz przygotować się do życia na lądzie. Musisz być w stanie oddychać powietrzem oraz czuć zapachy, mówi Schloissnig. Uczony dodaje, że rogoząb jest podobny płazów pod względem liczby genów związanych z rozwojem płuc, kończyn oraz zdolności do odbierania zapachów z powietrza. Jeśli popatrzymy na rogozęba z perspektywy genetycznej, to znajduje się on w połowie drogi pomiędzy rybami a kręgowcami lądowymi, stwierdza uczony. Szczegóły pracy Austriaków poznamy na łamach Nature. « powrót do artykułu
  13. Pionierskie badania dotyczące powstawania nowotworów hematologicznych np. białaczek i chłoniaków będzie prowadziło międzynarodowe konsorcjum z udziałem Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu. Niektóre z tych chorób, np. chłoniak Hodgkina, można określić jako choroby epigenomu i m.in. na nich skupią uwagę naukowcy. Projekt „W drodze do doskonałości w odkrywaniu (epi)genetycznego krajobrazu nowotworów hematologicznych - NEXT_LEVEL” prowadzi konsorcjum składające się z Instytutu Genetyki Człowieka Polskiej Akademii Nauk (lider projektu), Uniwersytetu w Gandawie, Uniwersytetu Medycznego w Groningen (NL) oraz Uniwersytetu w Ulm. W oparciu o utworzone konsorcjum powołana zostanie nowa, międzynarodowa grupa zajmująca się pionierskimi badaniami w dziedzinie hematoonkologii – informuje w prasowym komunikacie Instytut Genetyki Człowieka PAN. Nasi konsorcjanci to europejska czołówka ośrodków naukowych w dziedzinie hematoonkologii w Europie. Liczymy na to, iż efektem naszych działań po 3 latach trwania projektu będzie zacieśnienie współpracy między naszymi instytucjami oraz możliwość tworzenia ogólnoświatowych konsorcjów – wyjaśnia prof. Michał Witt, Dyrektor Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu. Wskazana w projekcie dziedzina naukowa – „nowotwory hematologiczne” dotyczy różnych postaci białaczek i chłoniaków. Nowotwory te stanowią poważny problem medyczny na całym świecie i stanowią około 10 proc. nowych przypadków raka zdiagnozowanych w krajach rozwiniętych. Jak czytamy w prasowym komunikacie, niepokojące jest to, że u dzieci ponad 40 proc. wszystkich nowotworów to właśnie białaczki i chłoniaki. W ostatnich latach badania nowotworów hematologicznych dostarczyły dowodów na znaczenie komponentu epigenetycznego i złożonej interakcji między genetyką i epigenetyką w ich rozwoju. Aspekt epigenetyczny jest mocno zaakcentowany w tym projekcie nie bez powodu. Większość nowotworów to choroby ludzkiego genomu związane z klasycznymi zjawiskami genetycznymi, jak np. pęknięciami chromosomów i ich przemieszczaniem się w inne miejsca w genomie, co powoduje powstanie nowych nieprawidłowych genów o działaniu onkogennym. Tak dzieje się na przykład w przypadku różnego rodzaju białaczek. Natomiast w wybranych chorobach hematoonkologicznych jak m.in. chłoniak Hodgkina, to właśnie zjawiska epigenetyczne są kluczowe. Choroby te można określić jako choroby epigenomu i między innymi w tym obszarze chcemy prowadzić naszą działalność naukową i badawczą w projekcie – mówi prof. Maciej Giefing, Kierownik Zakładu Genetyki Nowotworów, Instytutu Genetyki Człowieka PAN w Poznaniu, cytowany w informacji prasowej. Projekt jest realizowany w ramach programu „Upowszechnianie doskonałości i poszerzanie uczestnictwa – Twinning Action” programu Horyzont 2020. Szczególnym wyzwaniem związanym z programem Twinning jest wzmocnienie działań w zakresie tworzenia sieci kontaktów między instytucjami badawczymi krajów poszerzających działalność (w tym przypadku to Polska) a wiodącymi na arenie międzynarodowej ich odpowiednikami na poziomie UE. To, co jest ważne w projektach typu Twinning to fakt, że nie są to projekty bezpośrednio nacelowane na badania naukowe. Nie ma tu budżetu naukowego i planu badań, jak w przypadku grantów typowo naukowych. Celem tych projektów jest zwiększenie możliwości naukowych i technologicznych instytucji z tzw. nowych państw Unii, nie tak jeszcze rozwiniętych, jak nasi zachodnioeuropejscy partnerzy. Poprzez różne atrakcyjne aktywności spodziewamy się doprowadzić do zwiększenia doskonałości naukowej i badawczej naszego instytutu oraz polskiej nauki w tym obszarze w ogóle. To 36 miesięcy intensywnej wymiany doświadczeń i praktyk w obszarze hematoonkologii – mówi prof. Giefing. Członkostwo w konsorcjum umożliwia takie działania, jak: otwarte wykłady, warsztaty i seminaria, mobilność badawczą, w tym staże dla młodych naukowców w instytucjach partnerskich, networking, udział w konferencjach naukowych, wspólne publikacje, wydarzenia upowszechniające i działania informacyjne. Aspektem projektu, którego nie można pominąć, jest szerzenie wiedzy i edukacja społeczna w tematyce nowotworów, głównie białaczek i chłoniaków, którą chcemy zapewnić nie tylko profesjonalistom, ale również pacjentom, dziennikarzom - całemu społeczeństwu. Dlatego zaplanowaliśmy również specjalne aktywności, takie jak Dni Hematoonkologii w naszym instytucie, które będą poświęcone edukacji pacjentów w każdym wieku - od uczniów szkół przez dorosłych aż po seniorów – podkreśla prof. Witt. « powrót do artykułu
  14. Projektor to urządzenie medialne służące nie tylko do celów zawodowych, ale również edukacji, a nawet rozrywki. Z powodzeniem zastąpi drogie kino domowe, zapewniając doskonałej jakości dźwięk i obraz. Projektor jest urządzeniem multimedialnym o bardzo szerokim zastosowaniu, przydatnym nie tylko do pracy, ale także rozrywki. Z jego pomocą możemy stworzyć domowe kino bez dużych inwestycji oraz przedstawić prezentację w szkole lub pracy. W naszej ofercie znajdują się projektory renomowanych producentów o różnych parametrach, zapewniających doskonałą jakość dźwięku i duży obraz. Ich zróżnicowane ceny pozwalają na dobór odpowiedniego urządzenia do swoich potrzeb. Oferowane na stronie morele.net/kategoria/projektory-46/ projektory wykorzystują lampowe, LED lub laserowe źródło światła. Różnią się także technologią wyświetlania, rozdzielczością, jasnością, formatem obrazu oraz wbudowanym złączem. Projektor może mieć zainstalowane głośniki, a także łączyć się przez Bluetooth lub WiFi. Te multimedialne urządzenia od wielu lat wykorzystywane są do potrzeb edukacyjnych. Nowoczesne projektory oferują jednak znacznie lepszą jakość. Mogą wyświetlać obraz z komputera lub innego sprzętu. Jest to ogromne ułatwienie dla kadry nauczycielskiej. Uczniowie lepiej przyswajają wiedzę przedstawioną na dużym obrazie. W pracy zawodowej projektor umożliwia przedstawienie ważnych prezentacji całemu zespołowi. W domach może być źródłem rozrywki. By móc cieszyć się dużym obrazem, nie trzeba wymieniać telewizora na większy. Jednym z najważniejszych kryteriów wyboru projektora jest jasność – powinniśmy dobrać odpowiednią, w zależności od tego, w jakich warunkach będziemy korzystać z urządzenia. Jasność jest mierzona w ANSI lumenach. Im jest większa, tym obraz jaśniejszy. Dlatego w widnych pomieszczeniach, w których nie mamy możliwości szczelnego zaciemnienia źródeł światła, należy wybierać wyższy parametr jasności. Warto także pamiętać o tym, że prezentacja z tekstem może wymagać dodatkowego oświetlenia. Projektor służący do prezentacji dla wielu osób równocześnie powinien emitować większy obraz. Do oglądania filmów jasność projektora może być mniejsza, gdyż zazwyczaj mamy możliwość zasłonięcia okien. Warto mieć na uwadze, że zwłaszcza do oglądania w ciemnym pomieszczeniu lepiej sprawdzi się projektor o średniej jasności. Zbyt jasny sprawi, że kontrast będzie niewystarczający. Kolejny, ważny aspekt przy wyborze projektora to rozdzielczość ekranu, która mierzona jest w pikselach. Im więcej pikseli, tym obraz jest ostrzejszy i bardziej wyrazisty. Do większości prezentacji wystarczy rozdzielczość SVGA lub XGA. Do bardziej szczegółowych, z dużą ilością drobnych szczegółów, lepsza będzie SXGA lub UXGA. Do wyświetlania filmów i animacji czy gier wideo warto jednak zainwestować w rozdzielczość HD. Ważnym parametrem jest także format – 16:9 to doskonały wybór do kina domowego. 4:3 sprawdzi się do celów biznesowych, a 16:10 jest uniwersalny, zwłaszcza gdy współpracuje z szerokokątnym laptopem. W naszej ofercie znajdują się projektory o różnych współczynnikach obrazu, dlatego z łatwością można dobrać odpowiedni model do swoich potrzeb. « powrót do artykułu
  15. Google zagroził zbanowaniem całej Australii, a Facebook zapowiada, że usunie ze swojego news feeda treści z australijskich mediów. Wszystko dlatego, że parlament Australii toczy debatę na temat ustawy, zgodnie z którą firmy takie jak Google i Facebook zostałyby zobowiązane do zapłaty autorom za treści, które wykorzystują. Ustawa przewiduje, że jeśli strony nie doszłyby do porozumienia ws. stawek, koncerny internetowe musiałyby płacić stawki określone w ustawie. Dyrektor Google Australia, Mel Silva, poinformowała, że ustawa taka stanowiłaby „niebezpieczny precedens”, a sama firma przedstawiła rządowi ultimatum, w którym grozi, że przestanie świadczyć swoje usługi na terenie Australii. Prawo do nieograniczonego linkowania pomiędzy witrynami to podstawa działania wyszukiwarki, jeśli nowe przepisy weszłyby w życie działanie wyszukiwarki byłoby związane z olbrzymim ryzykiem finansowym i operacyjnym i nie mielibyśmy innego wyjścia, niż zaprzestanie oferowania usług Google Search na terenie Australii, stwierdziła Silva podczas przesłuchań przed Senatem. Dodała przy tym, że firma jest skłonna do płacenia mediom za tworzone przez nich treści i podała przykład około 450 tego typu umów, jakie Google podpisało z firmami na całym świecie. Premier Australii Scott Morrison oświadczył, ze jego rząd nie będzie reagował na groźby. Niech wszystko będzie jasne. To Australia określa, co można robić na terenie Australii. Takie decyzje są podejmowane przez nasz parlament i przez nasz rząd. Tak to działa w Australii. Ci, którzy się z tym zgadzają, są przez nas chętnie widziani. Najlepszym dowodem na to, że sprawy zaszły za daleko jest fakt, że prywatna firma, korzystając ze swojej monopolistycznej decyzji, próbuje zastraszać suwerenne państwo, mówi Chris Cooper, dyrektor organizacji Reset Australia, która stara się o uregulowanie działalności koncernów technologicznych. Z kolei przedstawiciele australijskiego Facebooka stwierdzili, że jeśli nowe przepisy zostaną uchwalone, to nie tylko media, ale również zwykli Australijczycy nie będą mogli umieszczać w news feedzie odnośników do australijskich mediów. Josh Machin, dyrektor ds. polityki w Facebook Australia powiedział podczas przesłuchania przed parlamentem, że w feedzie przeciętnego użytkownika informacje z mediów stanowią jedynie 5% treści i Facebook nie odnosi z nich zbyt dużych korzyści finansowych. Słowa te skomentował Dan Stinton dyrektor australijskiej wersji Guardiana, który stwierdził, że informacje prasowe angażują użytkowników Facebooka, powodują, że ci dłużej w serwisie pozostają, klikają, więc dziwić mogą słowa Machina twierdzącego, że nie przynosi to serwisowi korzyści materialnych. Niezależny senator Rex Patrick porównał odpowiedź Google'a z reakcją Chin, które zagroziły Australii wojną handlową, gdyby australijskie władze prowadziły śledztwo ws. wybuchu pandemii COVID-19. Wy nie usiłujecie chronić praw użytkowników do wyszukiwania. Wy usiłujecie chronić swoje konto bankowe, stwierdził Patrick. Przeciwnicy narzucenia regulacji twierdzą, że bronią wolnego internetu. Jednak Dan Stinton zwraca uwagę, że wolny internet, o którym mówią, przestał istnieć wiele lat temu i obecnie jest zdominowany przez kilka wielkich amerykańskich korporacji. Sinton dodaje, że z Facebooka korzysta 17 milionów Australijczyków, a z Google'a – 19 milionów. O tym, co Australijczycy robią w internecie decydują algorytmy tych firm, stwierdza Stinton. Smaczku całemu sporowi dodaje fakt, że przedstawiciele Google'a przyznali, iż w ramach eksperymentu celowo ukrywali w wyszukiwarce pewne treści. Zapewnili jednak, że to nie problem, gdyż były one ukrywane przed 1% australijskiej populacji. Nowa ustawa trafiła do parlamentu po 18-miesięcznym przeglądzie dokonanym przez Australijską Komisję ds. Konkurencji i Konsumentów. Urząd stwierdził, że monopolistyczna pozycja gigantów IT, jaką ci mają w stosunku do mediów, jest groźna dla demokracji. W spór włączył się rząd USA. Jego przedstawiciele wyrazili zaniepokojenie próbą regulowania na drodze ustawowej pozycji graczy rynkowych. « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...