Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

KopalniaWiedzy.pl

Super Moderators
  • Content Count

    36642
  • Joined

  • Last visited

    Never
  • Days Won

    199

KopalniaWiedzy.pl last won the day on April 15

KopalniaWiedzy.pl had the most liked content!

Community Reputation

314 Outstanding

6 Followers

About KopalniaWiedzy.pl

  • Rank
    Duch Kopalni
  • Birthday 05/01/2006

Informacje szczegółowe

  • Płeć
    Nie powiem

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

  1. Jeden z najbardziej znanych spektakli afrykańskiej przyrody, olbrzymie migracje antylop gnu, odchodzą w przeszłość. Kolejne drogi, płoty, rozlewające się miasta, farmy i stada udomowionych zwierząt w coraz większym stopniu zakłócają wędrówkę antylop. To zaś, jak alarmują naukowcy z Uniwersytetu w Kopenhadze, prowadzi do degeneracji genetycznej stad, które nie są w stanie swobodnie się przemieszczać. Masowa migracja ma olbrzymie znaczenie nie tylko dla antylop, ale też dla polujących na nie lwy, hieny czy krokodyle i odgrywa ważną rolę w całym ekosystemie. Jednak wielka migracja ma jeszcze miejsce tylko w jednym miejscu Czarnego Lądu. W innych zaś antylopy nie mogą ani wziąć udziału w wielkiej migracji, ani nawet swobodnie przemieszczać się w poszukiwaniu wody i pożywienia. Nikt dotychczas nie zauważył, że to ma wpływ na genom antylop gnu. Nasze badania jasno jednak pokazują, że genom populacji, które już nie migrują, ale w przeszłości to robiły, jest w gorszym stanie. A te zmiany niekorzystnie wpływają na długoterminowe szanse przetrwania takich populacji, mówi profesor Rasmus Heller. Stada, które nie mogą już migrować, są bardziej izolowane genetycznie, mają mniejsze zróżnicowanie genetyczne i częściej dochodzi w nich do chowu wsobnego. Będzie to prowadziło do mniejszej przeżywalności, zmniejszonej płodności oraz innych negatywnych skutków dla sprawności zwierząt, dodaje jeden z autorów badań, Xiaodong Liu. Antylopa gnu jako gatunek nie jest obecnie zagrożona. Jednak spadek zróżnicowania genetycznego oznacza, że populacje, które go doświadczają mają mniejsze szanse na poradzenie sobie z wyzwaniami stawianymi przez zmieniający się klimat, to zaś grozi ich zagładą. Całkowita liczba gnu utrzymuje się na dość stabilnym poziomie, jednak w wielu lokalnych populacjach obserwuje się silne spadki liczebności, a część populacji uległa już załamaniu. Jeszcze 150 lat temu wiele populacji brało udział w wielkich migracjach. Jednak już 40 lat temu pozostały tylko 2 duże migracje. Słynna Wielka Migracja Serengeti-Mara oraz migracja na Pustyni Kalahari na południu Afryki. Obecnie tej drugiej już nie ma. W ostatnich dekadach w Bostwanie zaczęto stawiać coraz więcej ogrodzeń, które miały uniemożliwić kontakt pomiędzy zwierzętami hodowlanymi a dzikimi. W wyniku tych działań populacja gnu w Botswanie spadła z około 260 000 w latach 70. do mniej niż 15 000 pod koniec lat 80. Dzisiaj ostatnią z wielkich migracji jest Serengeti-Mara, ale i ona jest zagrożona przez plany rozwoju kolei i dróg w regionie, w którym się odbywa, mówi Mikkel Sinding. Antylopy gnu muszą migrować, by utrzymać liczną populację. Mogą przetrwać w lokalnych niemigrujących stadach, ale wówczas ich liczebność dramatycznie spada. Obserwujemy to właśnie w tych częściach Kenii i Tanzanii, w których człowiek uniemożliwił im migrację, stwierdza statystyk Joseph O. Ogutu. Gnu, przez swoje migracje, są jednym z kluczowych gatunków utrzymujących zdrowie ekosystemu. Zgryzając roślinność utrzymują ją w zdrowiu, roznoszą substancje odżywcze i same są źródłem pożywienia dla drapieżników oraz padlinożerców. Gdy uniemożliwiamy im migrację, to zagrażamy nie tylko temu gatunkowi, ale też wielu innym. Nie wspominając już o tym, że migracje przyciągają olbrzymią liczbę turystów oraz wpływy zarówno do budżetu, jak i dla lokalnych społeczności, dodaje Ogutu. Uczeni z Kopenhagi mają nadzieję, że ich praca zachęci innych naukowców do zbadania wpływu zaburzeń migracji na genetykę poszczególnych gatunków. Te badania pokazują, że dzikie zwierzęta, dla których migracja jest kluczowym elementem biologii, mają problemy z przetrwaniem w świecie coraz bardziej zdominowanym przez człowieka. [...] Dotyczy to wielu gatunków migrujących w Afryce i wszędzie indziej. Zależy nam na tym, by gatunki te przetrwały więcej niż, powiedzmy, 50 lat, by się rozwijały i przetrwały znacznie dłużej, musimy powstrzymać spadek ich różnorodności genetycznej spowodowany niszczeniem ich naturalnych tras migracji, komentuje profesor Heller. « powrót do artykułu
  2. Meteoryty to skarbnica informacji o Układzie Słonecznym. A najważniejszym ich źródłem jest Antarktyka, z której pochodzi około 60% dotychczas znalezionych okruchów z kosmosu. Lodowy kontynent może zawierać 300 000 – 800 000 meteorytów. Stosunkowo łatwo je znaleźć, gdyż są widoczne na białej powierzchni, a ruch lodu powoduje ich gromadzenie się w tzw. „strefach osiadania meteorytów”. Badacze z Belgii i Szwajcarii apelują o przyspieszenie tempa zbierania meteorytów w Antarktyce, gdyż z powodu globalnego ocieplenia coraz szybciej znikają one z powierzchni lodu. Uczeni z Wolnego Uniwersytetu Brukselskiego i Politechniki Federalnej w Zurychu wykorzystali sztuczną inteligencję, obserwacje satelitarne i modele klimatyczne, co pozwoliło im stwierdzić, że wraz z każdym wzrostem średniej globalnej temperatury powierza o 1/10 stopnia Celsjusza, z powierzchni Antarktyki znika około 9000 meteorytów. Przy założeniu scenariusza wysokiej emisji gazów cieplarnianych, do roku 2050 może w ten sposób zniknąć 1/4, a do końca wieku 3/4 meteorytów. Jak ocenili Veronica Tollenaar i Harry Zekollari oraz ich zespół, już obecne temperatury powodują, że z powierzchni znika około 5000 meteorytów rocznie. To pięciokrotnie więcej, niż jest znajdowanych w Antarktyce. Stąd też apele naukowców o przyspieszenie zbierania cennego materiału. Utrata meteorytów Antarktyki jest podobna do utraty danych rdzeni lodowych pobieranych z cofających się lodowców. Gdy takie meteoryty znikną nam z pola widzenia, znika też część tajemnic wszechświata, stwierdził Zekollari. Meteoryty mają ciemny kolor, więc nagrzewają się bardziej niż otaczający je lód. Roztapiają więc lód – a im wyższa temperatura powietrza, tym łatwiej im to przychodzi – i znikają pod jego powierzchnią. Nie muszą wnikać głęboko, by stać się niewykrywalne, a więc i stracone dla nauki. Co więc można zrobić? Zdaniem autorów badań należy zintensyfikować misje poszukiwawcze, wykorzystać dostępne dane w celu identyfikacji nieznanych „stref osiadania meteorytów” oraz stworzyć lepsze mapy obszarów niebieskiego lodu, na których często znajdowane są meteoryty. « powrót do artykułu
  3. W 2022 roku Teleskop Horyzontu Zdarzeń (Event Horizon Telescope – EHT) dostarczył pierwszych zdjęć Sagittariusa A* (Sgr A*), supermasywnej czarnej dziury w centrum Drogi Mlecznej. Niedawno na nowych obrazach z EHT uwieczniono silne, zorganizowane pola magnetyczne układające się spiralnie od krawędzie Sgr A*. Struktura tych pól jest bardzo podobna do pól magnetycznych czarnej dziury M87* w galaktyce M87, co może wskazywać, że obecność silnych pól magnetycznych jest czymś typowym dla czarnych dziur. Sgr A* znajduje się w odległości około 27 000 lat świetlnych od Ziemi. Jej badania wykazały, że mimo iż czarna dziura w środku naszej galaktyki jest ponad tysiąc razy mniejsza i mniej masywna niż czarna dziura w M87, to podobieństwo pomiędzy oboma obiektami jest uderzające. Astronomowie zaczęli więc zastanawiać się, czy oprócz zewnętrznego wyglądu obie czarne dziury może jeszcze coś łączyć. Przyjrzeli się więc Sgr A* w świetle spolaryzowanym. Wcześniejsze badania M87* pokazały, że pola magnetyczne wokół dziury powodują, że wyrzuca ona potężne strumienie materiału z powrotem do otoczenia. Uczeni z EHT chcieli sprawdzić, czy tak jest też w przypadku Sgr A*. Odkrycie bardzo podobnych pól magnetycznych skłania do przypuszczeń, że i w przypadku naszej czarnej dziury istnieją takie strumienie. Dowiedzieliśmy się, że silne i uporządkowane pola magnetyczne to kluczowy element interakcji czarnych dziur z gazem i materią, które je otaczają, stwierdziła Sara Issaoun z Center for Astrophysics | Harvard & Smithsonian. « powrót do artykułu
  4. Po trzech latach badań naukowcy z Uniwersytetu Oksfordzkiego i Uniwersytetu Nowej Południowej Walii stworzyli pierwszy „World Cybercrime Index”, w którym uszeregowali kraje pod kątem zagrożenia, jakie stwarzają miejscowi cyberprzestępcy. Okazuje się, że największym źródłem cyberprzestępczości na świecie jest Rosja, na drugie miejsce zestawienia trafiła Ukraina, na trzecim znalazły się Chiny, następnie USA, a po nich Nigeria. Index opiera się na danych uzyskanych od 92 czołowych światowych ekspertów z całego świata, którzy specjalizują się w badaniu cyberprzestępczości. Ekspertów poproszono o przyjrzenie się pięciu rodzajom cyberprzestępczości. Były to: tworzenie produków i usług (np. pisanie szkodliwego kodu, udostępnianie botnetów, shakowanych systemów czy produkcja narzędzi hakerskich), ataki i wymuszenia (np. ataki typu DoS czy ransomware), kradzież danych i tożsamości (np. phishing, kradzieże kont bankowych czy kart bankowych), oszustwa internetowe (prowadzone np. na aukcjach internetowych czy za pomocą zhakowanych kont firmowych) oraz pranie brudnych pieniędzy (np. fałszowanie kart kredytowych, wykorzystywanie słupów do transakcji finansowych). Następnie eksperci do każdej z tych kategorii przypisali kraje, które są najbardziej znaczącym źródłem takiego rodzaju przestępczości oraz by uszeregowali te kraje pod kątem profesjonalizmu, umiejętności technicznych oraz wpływu miejscowych kryminalistów na światową cyberprzestępczość. W rankingu ogólnym udało się zebrać wystarczającą liczbę danych, by sklasyfikować aż 97 krajów. Bezapelacyjnie największym źródłem światowej przestępczości jest Rosja. Zajęła 1. miejsce zdobywając 58,39 punktów rankingu World Cybercrime Index (WCI Score). Ukraina zdobyła 36,44 punkty, Chiny uzyskały 27,86 pkt, USA przypadło ich 25,01, a Nigerii 21,28. Na kolejnych miejscach znalazły się Rumunia (14,83), Korea Północna (10,61), Wielka Brytania (9,01), Brazylia (8,93) oraz Indie (6,13). W niechlubnej statystyce Polska znalazła się na 16. pozycji z 2,22 pkt. Oprócz 10 wymienionych wcześniej krajów wyprzedzają nas też Iran, Białoruś, Ghana, RPA, Mołdowa oraz Izrael. Zaraz za nami uplasowały się Niemcy, Holandia i Łotwa. Stawkę krajów, dla których udało się zdobyć wystarczającą ilość danych, zamykają zaś Azerbejdżan (0,13 pkt.), Dominikana, Luksemburg, Japonia, Mali, Syria, Gwinea-Bissau i Egipt (0,08 pkt.). « powrót do artykułu
  5. Grove, przedmieścia miasteczka Wantage w Wielkiej Brytanii, położone są w miejscu, które było zamieszkane od epoki brązu. Trafiono tam na pozostałości rzymskiej willi i liczne artefakty. A najciekawszymi z nich jest zestaw ściśle zwiniętych pasków ołowiu. Po rozwinięciu okazało się, że przypominają one rzymskie tabliczki złorzeczące i, chociaż wydają się niezapisane, to w połączeniu ze znalezionymi w willi miniaturowymi siekierkami wotywnymi, sugerują, że na terenie posiadłości znajdowało się miejsce rytualne bądź pielgrzymkowe. Odkryte zabytki świadczą o tym, że rzymska aktywność w tym miejscu trwała przez niemal całą obecność Imperium Romanum na Wyspach. Być może rozpoczęła się już w I wieku, a zakończyła może dopiero na początku wieku V. Archeolodzy znaleźli tam wysokiej jakości fragmenty tynku zdobione złożonymi motywami, w tym roślinnymi, pozostałości mozaiki, kafle typowe dla hypocaustum (system centralnego ogrzewania), ceramikę terra sigillata, setki monet, pierścienie, brosze oraz sprzączkę pasa z końskimi głowami datowaną na lata 350–450. Wydaje się, że pierwsze budynki powstały tutaj już w I wieku, a większość pochodzi z II wieku. Z czasem rozwinęły się w willę. Widoczne są ślady olbrzymiej wewnętrznej kolumnady, która mogła stać w budynku o powierzchni 500 metrów kwadratowych. Budynek ten przylega do willi, której korytarz biegnie wzdłuż frontu budynku, dając dostęp do poszczególnych pomieszczeń, oraz łączy główny budynek ze skrzydłami. To miejsce jest znacznie bardziej złożone niż przeciętne wiejskie stanowisko archeologiczne. Oczywistym jest, że znajdowało się tutaj ważne centrum lokalnej aktywności, która rozciągała się od epoki brązu po późny okres rzymski, stwierdziła Francesca Giarelli z Red River Archeology Group. Prace wykopaliskowe wciąż trwają, ale już widać, że dokonano ważnego odkrycia. Oprócz imponujących rozmiarów i zróżnicowania całej struktury, bardzo ważne są dowody na ciągłą rzymską aktywność w późnym IV, a może nawet w V wieku. Najlepszym tego dowodem jest sprzączka do pasa typu 1B, ozdobiona głowami koni. Takie artefakty są charakterystyczne nie tylko dla rzymskiej elity wojskowej, ale znajduje się je również we wczesnych pochówkach anglosaskich. Archeolodzy trafili też na ślady systematycznych przebudów, do których dochodziło prawdopodobnie pod koniec epoki rzymskiej. Jednym z takich przykładów może być stopiony ołów na środku podłogi jednego z pomieszczeń, co wskazuje na zmianę przeznaczenia materiału budowlanego. Podobne zjawisko obserwuje się w wielu rzymskich wielkich willach na terenie Brytanii, których przeznaczenie zmieniało się z czasem z wystawnego miejsca zamieszkania elity w miejsce nastawione na produkcję. Naukowcy wciąż badają ołowiane zwoje i miniaturowe wotywne siekierki. Podobne artefakty znane są w rzymsko-brytyjskich miejsc kultu i uważa się je za przedmioty wotywne. « powrót do artykułu
  6. Działalność człowieka zmienia planetę na wiele sposobów, a jednym z efektów tej zmiany jest bardzo szybki spadek populacji owadów. Specjaliści mówią, że mamy do czynienia z szóstym wymieraniem i próbują określić przyczynę tego zjawiska. Naukowcy z Instytutu im. Maxa Plancka w Jenie zauważyli, że w obecności zbyt dużego stężenia ozonu – takiego jakie występuje w wielu miejscach podczas gorących letnich dni – dochodzi do zniszczenia feromonów muszek owocowych, co znacząco zakłóca ich cykl rozrodczy. Zaczynają rozmnażać się międzygatunkowo lub próbują zapładniać przedstawiciela własnej płci. Niszczenie habitatów, intensywne rolnictwo, używanie pestycydów czy zanieczyszczenie światłem to jedne z wielu przyczyn szybkiego spadku liczby owadów. Rosnąca ilość CO2 w powietrzu powoduje spadek wartości odżywczych roślin, co przyczynia się do spadku liczebności wielu gatunków prostoskrzydłych (np. koniki polne). Liczebność owadów zmniejsza się od dziesięcioleci, a szczególnie zła sytuacja panuje w Europie. Teraz dowiadujemy się, że problemem może być też ozon, którego naturalna produkcja rośnie wraz ze wzrostem temperatury. Nanji Jiang, Bill Hansson i Markus Knaden już wcześniej dowiedli, że ozon rozrywa wiązania pomiędzy atomami węgla, które znajdują się w większości owadzich feromonów. Wskutek tego samce muszek owocowych nie są w stanie odróżnić samicy od innego samca i próbują rozmnażać się z obiema płciami. Podczas swoich najnowszych badań naukowcy postanowili sprawdzić, czy poprzez niszczenie feromonów ozon nie powoduje przypadkiem, że dochodzi do krzyżowania się gatunków. Chcieliśmy sprawdzić, czy zwiększony poziom ozonu nie znosi granic międzygatunkowych i jaki jest wpływ możliwej hybrydyzacji. Z wcześniejszych eksperymentów wiemy, że ozon może silnie zaburzyć wybór partnera przez samce. Nasze obecne badania wykazały, że nawet w obecności lekko podwyższonych poziomów ozonu, które obecnie powszechnie występują w wielu miejscach na Ziemi, dochodzi do łączenia się muszek z blisko spokrewnionymi gatunkami, co może przyczyniać się do spadku populacji owadów, gdyż takie hybrydowe potomstwo jest bezpłodne, mówi Nanji Jiang. Podczas eksperymentów naukowcy wykorzystali cztery gatunku z rodzaju Drosophila. Drosophila melanogaster oraz Drosophila simulans to gatunki kosmopolityczne, występujące na całym świecie. Z kolei Drosophila secheillia i Drosophila mauritiana są endemiczne dla wysp – odpowiednio – Seszeli i Mauritiusu. Gatunki te używają bardzo podobnych feromonów, ale każdy miesza je w specyficzny dla siebie sposób. Naukowcy przez dwie godziny wystawili muszki na działanie takich stężeń ozonu, jakie panują w miastach w bardzo upalne dni. Następnie samice miały okazję wybrać samce – z własnego i obcego gatunku – z którymi się rozmnożą. Po kilku godzinach samice oddzielono od samców i pozwolono im złożyć jajka. Uczeni przyjrzeli się młodym, które wykluły się z jaj i stwierdzili, że przy podwyższonym stężeniu ozonu znacznie częściej dochodzi do hybrydyzacji i pojawienia się bezpłodnego potomstwa, niż przy standardowych poziomach tego gazu. Wyniki badań zaskoczyły naukowców. Spodziewali się nieco większego odsetka hybrydyzacji, ale nie aż tak dużego, jak zaobserwowany. Muszki owocówki polegają bowiem nie tylko na feromonach, ale również odróżniają swój gatunek na podstawie specyficznego brzęczenia skrzydeł oraz wskazówek wizualnych. Byliśmy zaskoczeni, że w podwyższonym stężeniu ozonu niektóre samice były całkowicie niezdolne do odróżnienia samców własnego gatunku pomimo istniejących wskazówek dźwiękowych i wizualnych, mówi Bill Hansson. Owad kierują się zapachem nie tylko podczas wybierania partnera. Używają feromonów do komunikacji, ostrzegania się o niebezpieczeństwie, owady społeczne – jak mrówki – wykorzystują feromony do nawigowania w otoczeniu czy rozpoznawania mrówek z tego samego gniazda. Wiele z tych feromonów zawiera podwójne wiązania pomiędzy atomami węgla. Autorzy badań obawiają się, że coraz częstsze upalne dni i związane z tym zwiększone stężenie ozonu, mogą zaburzyć komunikację pomiędzy owadami. Planują więc przeprowadzenie kolejnych eksperymentów. Chcą się przyjrzeć, między innymi, mrówkom. « powrót do artykułu
  7. Encyklopedia Britannica to niewątpliwie jeden z najważniejszych zbiorów wiedzy encyklopedycznej. Dlatego, gdy Wydawnictwo Kropka zapytało, czy nie chcielibyśmy zrecenzować "Infografiki", książki z rodziny "Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci", nie mogliśmy odmówić. Byliśmy ciekawi, jak twórcy encyklopedii oraz wydawnictwo poradzili sobie z wymagającymi najmłodszymi klientami. Trafił do nas imponujący, świetnie wykonany tom. Kolorowe, twarde okładki kryją ponad 300-stronicową szytą książkę, która z pewnością dobrze zniesie traktowanie przez dzieci. Okładka to przedsmak tego, co czeka nas w środku. Wspaniałe grafiki przekazują dokładnie to, co autorzy przekazać chcieli. Nie musimy domyślać się, co widać na poszczególnych rysunkach, a twórcy użyli stonowanych kolorów, które nie rozpraszają, pozwalając z jednej strony skupić się na obrazkach, z drugiej zaś – na treści. No i ta treść... Olbrzymia ilość informacji, podanych tak, że ani nie można poczuć się przytłoczony, ani nie można się nudzić. I prawdę mówiąc, mimo że „Infografika” kierowana jest do dzieci, to kompendium wiedzy dla wszystkich. Czego tam nie ma... Dowiemy się, jakie nasiono jest najcięższe na świecie, gdzie i kiedy nastąpiły największe opady śniegu w ciągu 12 miesięcy, który mięsień w ciele człowieka jest największy i jaka jest temperatura powietrza w pobliżu pioruna (podpowiemy: jest znacznie cieplej niż na powierzchni Słońca). Książkę podzielono na 6 części. W 1. – Kosmos – poczytamy o planetach, czarnych dziurach, asteroidach czy mgławicach. „Lądy, wody i niebo” poświęcona jest wulkanom, piorunom, skałom oraz głębinom oceanicznym. Dziecko interesuje się zwierzętami? Jest o zwierzętach. Tych najszybszych, najsilniejszych, najmniejszych czy najbardziej wytrzymałych. W „Ciele człowieka” są informacje o mięśniach, kościach, mózgu czy kupie. A niejedno dziecko z pewnością chciałby się dowiedzieć ile wanien glutów produkuje w ciągu swojego życia. Są też infografiki o robotach, samochodach, książkach, sztuce i największych wynalazkach w historii. Ciekawość zaspokoją również miłośnicy drzew, grzybów czy skamieniałości. Każda z części kończy się przedstawieniem jednego z naukowców, którzy czuwali nad jakością merytoryczną książki oraz krótkim quizem, w którym możemy sprawdzić swoją wiedzę. Za każdym razem, gdy otwieramy „Infografikę” trafiamy na coś, o czym nie mieliśmy pojęcia. Na przykład o tym, że żyrafy śpią 40 minut na dobę i to na stojąco, a ludzie mają 35% DNA wspólnego z żonkilem. Dzięki niej dowiedzieliśmy się, że żuk gnojowy jest w stanie ciągnąć ciężar o 1110 razy większy od jego własnej masy, a najtwardszą naszą kością, jest kość skalista, stanowiąca część kości skroniowej. Autorzy „Infografiki” to uznana specjalistka od projektowania i wizualizacji danych Valentina D'Efilippo, pisarz, dziennikarz i redaktor „Britannica Magazine” Andrew Pettie oraz dziennikarz Conrad Quilty-Harper. Wspomagali ich dziennikarze specjalizujący się w gromadzeniu i analizie danych, a nad całością czuwało sześcioro naukowców z USA, Wielkiej Brytanii i Australii.
  8. Opieka nad osobami starszymi w domu jest ważnym zadaniem, które wymaga odpowiedniego przygotowania, zarówno emocjonalnego, jak i praktycznego. Zapewnienie komfortu oraz bezpieczeństwa seniorom pozwala im na zachowanie godności i możliwie największej samodzielności. Poniżej przedstawiamy kilka kluczowych kwestii, które warto rozważyć, organizując opiekę domową dla osób starszych. Ocena potrzeb seniora Pierwszym i fundamentalnym krokiem jest dokładna ocena potrzeb osoby starszej. Warto skonsultować się z lekarzem, który pomoże określić stan zdrowia seniora oraz ewentualne wymagania medyczne. Należy także rozważyć potrzeby psychologiczne i społeczne, takie jak wsparcie w utrzymaniu kontaktów z rodziną i przyjaciółmi czy zainteresowań, które sprawiają, że życie seniora jest pełniejsze. Przystosowanie przestrzeni życiowej Bezpieczeństwo jest priorytetem, dlatego ważne jest przystosowanie domu w sposób, który minimalizuje ryzyko wypadków. Instalacja poręczy, usunięcie progów, zapewnienie odpowiedniego oświetlenia i pozbycie się luźnych dywanów to tylko niektóre z działań, które mogą znacząco zwiększyć bezpieczeństwo. Ponadto, warto zainwestować w sprzęty ułatwiające codzienne czynności, jak podwyższone toalety czy krzesła prysznicowe. Organizacja opieki medycznej i wsparcia Regularne wizyty lekarza są kluczowe, ale równie ważne jest zorganizowanie dostępu do leków i możliwość szybkiego kontaktu z pomocą medyczną w razie nagłych wypadków. Warto rozważyć również zaangażowanie profesjonalnych opiekunów osoby starszej, którzy mogą zapewnić wsparcie w codziennych czynnościach, które senior może już wykonywać z trudem, takich jak mycie się, ubieranie czy przygotowywanie posiłków. Wsparcie emocjonalne Opieka nad osobami starszymi to nie tylko wsparcie fizyczne, ale także emocjonalne. Seniorzy często czują się izolowani, szczególnie jeśli ich stan zdrowia ogranicza możliwości wychodzenia z domu. Regularne rozmowy, wspólne spędzanie czasu, słuchanie ich opowieści i wspomnień może znacząco wpłynąć na ich samopoczucie. Dobrym rozwiązaniem jest zatrudnienie opiekunki nad osobą starszą, która w dużym stopniu zaspokoi potrzebę seniora w tym względzie. Wykorzystanie technologii Nowoczesne technologie mogą znacznie ułatwić opiekę nad seniorami. Systemy monitorujące, które informują o potencjalnych niebezpieczeństwach, aplikacje pozwalające na przypominanie o lekach czy nawet proste rozwiązania umożliwiające video rozmowy z rodziną to tylko niektóre z narzędzi, które mogą być pomocne. Planowanie przyszłości Ważne jest, aby nie tylko skupiać się na bieżących potrzebach seniora, ale także planować przyszłość. Rozmowy na temat opieki długoterminowej, życzenia dotyczące opieki paliatywnej czy nawet sprawy succession powinny być omówione z seniorem, co zapewni, że jego życzenia będą respektowane. Opieka nad osobami starszymi w domu wymaga planowania, empatii i zaangażowania. Kluczem jest stworzenie bezpiecznego, komfortowego środowiska, które umożliwi seniorom jak najdłuższe, samodzielne życie. Ważne jest, aby pamiętać o regularnej ocenie potrzeb i dostosowywaniu opieki w miarę zmieniających się okoliczności. Jeśli nie wiesz jak się do tego zabrać rozważ zatrudnienie opiekunki nad osobą starszą: https://veritas-polska.pl/ « powrót do artykułu
  9. Z ujawnionego właśnie raportu dowiadujemy się, że doktor Ranga Dias, naukowiec z University of Rochester, fałszował wyniki prowadzonych przez siebie badań. O naukowcu stało się głośno przed czterema laty, gdy opublikował na łamach Nature pracę, w której donosił o uzyskaniu nadprzewodnictwa w temperaturze pokojowej. Swoje stwierdzania powtórzył trzy lata później na łamach kolejnego artykułu. Szybko jednak pojawiły się wątpliwości co do uzyskanych wyników i uczciwości Diasa. W związku z tymi wątpliwościami Nature wycofało oba artykuły. Teraz poznaliśmy poufny 130-stronicowy raport ze śledztwa prowadzonego przez macierzystą uczelnię Diasa. Śledztwo, zakończone 8 lutego, prowadzone było przez 10 miesięcy przez doktorów Petera Celliersa i Mariusa Millota z Lawrence Livermore National Laboratory oraz Marcusa D. Knudsona z Sandia National Laboratories, którzy do tego zadania zostali wynajęci przez University of Rochester. Uczelnia zdecydowała się na wszczęcie śledztwa po tym, jak zaczęła otrzymywać od naukowców informacje o prawdopodobnych nieprawidłowościach. W sierpniu 2021 roku skargę taką złożył doktor Jorge Hirsch, profesor na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego, pół roku później pojawiła się skarga profesora Dirka van der Marela z Uniwersytetu w Genewie, a następnie kolejne informacje od doktora Hirscha. Wszystkie one wskazywały na możliwość fałszowania danych przez Diasa. Śledczy przygotowali poufny raport, który został obecnie ujawniony, gdyż znalazł się w aktach pozwu sądowego wytoczonego przez Diasa jego macierzystej uczelni. Diasowi nie spodobało się, że uniwersytet odsunął go od nauczania i pracy badawczej. Gdy uczelnia nie uwzględniła jego skargi, Dias wystąpił do sądu. Z ujawnionego raportu dowiadujmy się, że w śledztwo włączyła się Narodowa Fundacja Nauki, jeden z głównych sponsorów amerykańskiej nauki, która w ramach programu CAREER przyznała Diasowi grant w wysokości 790 000 USD. Śledczy dowodzą, że Dias sfałszował dane nie tylko na potrzeby dwóch artykułów opublikowanych w Nature, ale również dwóch kolejnych. Jeden z nich ukazał się w Chemical Communications, a drugi w Physical Review Letters. W raporcie opisano, w jaki sposób Dias przez lata oszukiwał współpracowników, naukowców i wydawców pism naukowych. Komitet Śledczy zaleca, by [Diasowi] nie zezwalać na nauczanie studentów, bycie ich mentorem oraz jakiekolwiek nadzorowanie studentów, czy to w sali wykładowej czy laboratorium badawczym, by nie mógł nadzorować badań ani prowadzić niezależnych badań czy to finansowanych przez agendy rządowe, czy instytucje prywatne. Na Uniwersytecie stanowisko adiunkta wiąże się z zaufaniem, adiunkt jest wzorem, mentorem i może stać na czele zespołu badawczego. Ujawnione dowody wskazują, że [Diasowi] nie można ufać, był złym wzorem, złym mentorem i źle kierował zespołem badawczym. Wśród zebranych dowodów są i takie, które wskazują, że [Dias] lekceważył wątpliwości studentów, a jego postępowanie od rozpoczęcia śledztwa wskazuje na pewne zachowania wobec byłych już studentów, które mogą zostać uznane za prześladowanie. [Dias] oszukiwał też innych naukowców i redaktorów oraz wydawców pism naukowych, czytamy w raporcie. Okazało się, że Dias uciszał wątpliwości studentów i współpracowników tłumacząc je skomplikowanym procesem przetwarzania danych, zwlekał bądź odmawiał zaprezentowania surowych danych, kłamał odnośnie miejsca i czasu wykonywania pomiarów. Mimo, że nie było to przedmiotem śledztwa, w raporcie odnotowano liczne przypadki plagiatów, jakich dopuścił się Dias. Okazało się, że we własnym doktoracie przekopiował on fragmenty 18 różnych prac naukowych. Przypomnieli też, że już w 2017 roku, gdy Dias pracował na Uniwersytecie Harvarda, jego praca opublikowana w Science została ostro skrytykowana przez środowisko naukowe i niemal żaden z recenzentów nie zgodził się z wyciągniętymi w niej wnioskami. Obecnie University of Rochester próbuje zgodnie z prawem zwolnić Diasa z pracy jeszcze przed zakończeniem kontraktu podpisanego z nim na rok akademicki 2024/2025. Ma również zamiar wystąpić przeciwko niemu do sądu. « powrót do artykułu
  10. Międzynarodowy zespół naukowy, prowadzony przez ekspertów z Instytutu Maxa Plancka w Marburgu i Uniwersytetu w Marburgu natrafił na pierwszą regularną molekułę w naturze. Molekuła ta to syntaza cytrynianowa wytwarzana przez cyjanobakterie. Spontanicznie łączy się ona we wzór zwany trójkątem Sierpińskiego. Badania sugerują, że ten niezwykły kształt może być ewolucyjnym wypadkiem. W naturze znamy wiele mniej lub bardziej regularnych wzorów. Widzimy je w płatkach śniegu czy kalafiorach romanesco. Pojedyncze ich części przypominając całość. Kształty, które powtarzają się od najmniejszej skali po największą, zwiemy fraktalami. Jednak bardzo rzadko zdarzają się naturalne fraktale, które są niemal identyczne w każdej ze skal. Molekuły też posiadają pewną regularność, jednak tylko w niektórych skalach. Dotychczas nie znaliśmy żadnej molekuły, która byłaby fraktalem. Teraz naukowcy trafili na pierwszą taką molekułę. Zauważyliśmy tę strukturę zupełnie przypadkiem i nie mogliśmy uwierzyć w to, co pokazał nam mikroskop elektronowy. Ta proteina tworzy piękne trójkąty i w miarę jak się powiększa widzimy coraz większe i większe trójkątne wolne przestrzenie. Takiego zjawiska nie widzieliśmy nigdy w przypadku żadnej proteiny, mówi główna autorka badań, profesor Franziska Sendker. Uczeni przystąpili więc do badania, w jaki sposób tak niezwykła struktura mogła powstać. Poprosili o pomoc biologów strukturalnych z Uniwersytetu w Marburgu. To była jedna z najtrudniejszych, ale i najbardziej fascynujących, struktur, nad jakimi pracowałem, mówi Jan Schuller, którego zespół pomógł rozwiązać zagadkę fraktalnej molekuły. Badania pozwoliły określić, w jaki sposób powstał niezwykły kształt. Proces samoorganizowania się białek jest wysoce symetryczny. Poszczególne łańcuchy przyjmują takie samo ułożenie względem łańcuchów sąsiednich. Zawsze prowadzi to do pojawienia się gładkiej struktury w dużej skali. Takie białko nie jest fraktalem, nie ma dużej skali jego charakterystycznej strzępiastej struktury. Kluczem do powstania fraktalnej molekuły było złamanie tej symetrii. W syntazie cytrynianowej cyjanobakterii każdy z indywidualnych łańcuchów wchodził w nieco inne interakcje z sąsiadami, w zależności od pozycji we fraktalu. Proces samoorganizacji jest ewolucyjnie wykorzystywany do regulowania enzymów. Jednak w przypadku fraktalnej molekuły nie wydaje się, by kształt miał tu jakieś znaczenie, mówi biolog ewolucyjny Georg Hochberg. Gdy naukowcy zmanipulowali cyjanobakterie tak, by ich syntaza cytrynianowa nie była fraktalem, bakteriom w żaden sposób to nie przeszkadzało i rozwijały się całkowicie normalnie. Dlatego też badacze wysunęli hipotezę, że pojawienie się fraktala to nieszkodliwy wypadek ewolucyjny. Takie wypadki mogą mieć miejsce, gdy powstająca struktura nie jest zbyt trudna do stworzenia. Naukowcy postanowili przetestować tę hipotezę i wykorzystali metody statystyczne do sprawdzenia, jak wyglądało badane białko przed milionami lat. Następnie w laboratorium stworzyli takie białko i obserwowali jego ewolucję. Okazało się, że w wyniku niewielkiej liczby mutacji fraktalna syntaza cytrynianowa powstała w wielu liniach cyjanobakterii i szybko z nich zniknęła. Przetrwała tylko w pojedynczej linii. Chociaż nigdy nie będziemy całkowicie pewni, jak doszło do pojawienia się takie kształtu, to molekuła ta posiada wszystkie cechy struktury biologicznej, która pojawiła się przypadkiem bez widocznej przyczyny, tylko dlatego, że w łatwy sposób mogła się pojawić, wyjaśnia doktor Georg Hochberg, kierownik zespołu naukowego z Instytutu Mikrobiologii Lądowej im. Maxa Plancka w Marburgu. « powrót do artykułu
  11. Po niespodziewanym ponownym odnalezieniu w 2022 r. badacze opublikowali swoje ustalenia na temat jednego z najrzadszych i najsłabiej poznanych ptaków na świecie - zapylaka kolumbijskiego (Campylopterus phainopeplus). Artykuł naukowców z American Bird Conservancy (ABC), Narodowego Uniwersytetu Kolumbii, a także organizacji SELVA, ProCAT Colombia oraz World Parrot Trust ukazał się w bioRxiv i daje wgląd w nieudokumentowane wcześniej zachowania związane z żerowaniem, śpiewem oraz zalotami krytycznie zagrożonego kolibra. Nasze odkrycia pokazują, że ten wspaniały ptak może być doskonałym przykładem mikroendemizmu. Wydaje się bowiem, że występuje na ograniczonym obszarze w obrębie najważniejszego na świecie ośrodka kontynentalnego endemizmu – podkreśla główny autor badań Esteban Botero-Delgadillo. Naukowiec dodaje, że bardzo się cieszy, że badania mogą być kontynuowane, bo nadal mamy spore braki w wiedzy na temat biologii czy dystrybucji gatunku. Uzupełnienie tych luk pozwoli odpowiednio zaplanować długoterminową strategię ochrony zapylaka kolumbijskiego, który zamieszkuje Sierra Nevada de Santa Marta - masyw górski w północnej Kolumbii. Naukowcy stracili zapylaka z oczu na 64 lata. W roku 2010 został on sfotografowany i znowu zniknął. Odnalazł go w 2022 roku Yurgen Vega. Chwila, w której zobaczyłem zapylaka była niezwykle emocjonalna. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Adrenalina, emocje, trudno opisać to, co wówczas czułem, wspomina badacz. Siedem miesięcy później niezależnych obserwacji dokonali profesorowie Carlos Esteban Lara i Andrés M. Cuervo z Narodowego Uniwersytetu Kolumbii (Universidad Nacional de Colombia). Gatunek ten znajduje się na liście „10 najbardziej poszukiwanych zaginionych gatunków ptaków” społecznościowej inicjatywy Search for Lost Birds, która jest wspólnym dziełem BirdLife International, American Bird Conservancy oraz Re:Wild, nic więc dziwnego, że organizacje te natychmiast włączyły się w poszukiwania i badania gatunku. Znalezienie zapylaka kolumbijskiego było możliwe wyłącznie dzięki wspólnemu działaniu lokalnych społeczności, uczelni oraz lokalnych i międzynarodowych organizacji, stwierdza profesor Lara. Współpraca ta zaowocowała prowadzonym przez 16 miesięcy poszukiwaniem zapylaków oraz badaniem ich terytorium i zachowania. Uzyskane dane, w połączeniu z danymi historycznymi wskazują, że gatunek ten nie migruje, jak wcześniej sądzono, na obszary o innej wysokości nad poziomem morza. Żyje na jednym terenie i prawdopodobnie jest ograniczony do południowo-wschodnich stoków Sierra Nevada de Santa Marta wzdłuż basenu rzeki Guatapurí. Badania wskazują również, że terytoria samców, tokowiska i prawdopodobnie gniazda zakładane przez samice są silnie powiązane z obecnością lasów łęgowych i cieków wodnych, więc dla przetrwania gatunku konieczne jest zachowanie tego typu habitatów. « powrót do artykułu
  12. We wrześniu bieżącego roku wystartuje wyjątkowa misja Europejskiej Agencji Kosmicznej. Jej celem jest zademonstrowanie technologii precyzyjnych lotów w formacji, w celu generowania sztucznego zaćmienia Słońca na potrzeby badania jego korony. Jeśli misja się powiedzie, zyskamy nie tylko świetne narzędzie do badania atmosfery naszej gwiazdy, ale również technologię, która pozwoli na prowadzenie jeszcze bardziej ambitnych przedsięwzięć związanych z precyzyjnie pozycjonowanymi formacjami pojazdów w przestrzeni kosmicznej. Misja Proba-3 będzie składała się z dwóch pojazdów – Coronograph i Occulter. Zostaną one umieszczone na eliptycznej orbicie (apogeum 60 530 km, perygeum 600 km) wokół naszej planety. I stamtąd będą badały Słońce. Oba pojazdy będą przemieszczały się w odległości 144 metrów od siebie, pracując jak jedno wielkie urządzenie. Occulter będzie zasłaniał gwiazdę, dzięki czemu Coronograph zyska możliwość badania jej korony. Zaćmienia Słońca to okazja do prowadzenia wielu badań. To właśnie podczas całkowitego zaćmienia, które miało miejsce w 1868 roku w Indiach, francuski astronom odkrył hel w chromosferze Słońca, a podczas zaćmienia w 1919 roku Dyson i Eddington przeprowadzili jeden z pierwszych testów ogólnej teorii względności Einsteina, badając – z Sobral w Brazylii i Wyspy Książęcej w Afryce Zachodniej – różnice w ugięciu światła odległych gwiazd w polu grawitacyjnym Słońca. Skoro więc zaćmienia są tak przydatne dla nauki, dlaczego nie wywołać sztucznego zaćmienia na potrzeby konkretnego instrumentu naukowego? Robi się to od dawna, a teraz ESA spróbuje tej sztuki za pomocą pojazdów latających w formacji. Osiągnięcie tego będzie niezwykle trudne, gdyż najmniejsze odchylenie od wymaganych parametrów spowoduje, że eksperyment się nie uda. Prace nad misją były niezwykle długotrwałe. Podjęło się ich konsorcjum mniejszych państw członkowskich ESA pod kierunkiem Hiszpanii i Belgii, wyjaśnia Dietmar Pilz, dyrektor ds. technologii, inżynierii i jakości ESA. Pomysł na precyzyjne wywołanie sztucznego zaćmienia przez dwa pojazdy w kosmosie nie jest nowy. Próbowano tego już podczas programu Sojuz-Apollo. Celem Probe-3 jest rutynowe przesłanianie Słońca jednorazowo nawet przez 6 godzin w czasie pełnego okrążenia Ziemi, które będzie trwało 19 godzin i 36 minut. Korona słoneczna to bardzo interesujący obszar. Jest ona znacznie cieplejsza (ma ponad 1 milion stopni Celsjusza) niż powierzchnia Słońca (5500 stopni C), powstają w niej wiatry słoneczne, odpowiada za pogodę kosmiczną, to w niej rodzą się koronalne wyrzuty masy. Naukowcy badają ją zarówno z powodów czysto akademickich, jak i praktycznych. Pogoda kosmiczna i wyrzuty masy mają w końcu praktyczny wpływ na nasze życie. Koronę słoneczną bada się za pomocą wyspecjalizowanych teleskopów (koronografów) – zarówno naziemnych jak i kosmicznych – wykorzystujących zamontowane na nich specjalne osłony. Ich efektywność jest jednak ograniczona, gdyż do koronografu dociera rozproszone światło przedostające się przy krawędziach przesłony. Jednym ze sposobów na poradzenie sobie z tym problemem jest znaczne odsunięcie przesłony od koronografu. Oba urządzenia muszą znajdować się w bardzo precyzyjnie ustalonej odległości. Misja Proba-3 będzie ją utrzymywała dzięki technologii nawigacji satelitarnej, radiowej komunikacji pomiędzy oboma pojazdami, kamerom rozpoznającym obraz oraz promieniowi lasera odbijanemu między koronografem a przesłoną. « powrót do artykułu
  13. Na Lizard Island (Jiigurru) u wybrzeży stanu Queensland odkryto najstarszą w Australii ceramikę. Jej znalezienie rzuca wyzwanie przekonaniu, jakoby australijscy Aborygeni nie używali ceramiki aż do nawiązania kontaktu z Europejczykami. Ceramikę znaelziono podczas wykopalisk prowadzonych przez profesora Seana Ulma z Uniwersytetu Jamesa Cooka, który jest głównym badaczem w Australian Research Council Centre of Excellence for Australian Biodiversity and Heritage. Przez dwa lata archeolodzy badali na Jiigurru śmietnisko o głębokości 2,4 metra. Znaleźli tam dowody na istnienie osadnictwa, takie jak pozostałości małży oraz ryb łowionych i zjadanych przez żyjących tu ludzi. Szczątki te liczą sobie ponad 6000 lat. Na głębokości mniej niż metr pod powierzchnią znaleziono dziesiątki fragmentów ceramiki, których wiek oszacowano na 2–3 tysiące lat. To najstarsza ceramika w Australii, mówi profesor Ulm. Analizy ceramiki wykazały, że została ona wyprodukowana lokalnie, z użyciem materiałów pochodzących z wyspy. Czas powstania ceramiki nakłada się na okres, w którym lud Lapita z południa Papui-Nowej Gwinei rónież wytwarzał ceramikę. Odkrycie może więc wskazywać na istnienie długodystansowej wymiany kulturowej i innowacji technologicznych na długo zanim do Australii przybyli Europejczycy. Wszystko bowiem wskazuje na to, że Aborygeni z północnych regionów Queensland mieli kontakty ze społecznościami wytwarzającymi ceramikę na Nowej Gwinei. Odkrycie pokazuje nam, że tutejsze społeczności dysponowały zaawansowaną techniką podróży morskich, a obiekty te pozwalają nam lepiej zrozumieć wymianę kulturową, jaka przed tysiącami lat zachodziła na Jingurru, dodaje Ulm. Obecność ceramiki pokazuje, że lokalne społeczności prowadziły długodystansowy handel morski. O wymianie handlowej oraz kulturowej świadczą podobne ozdoby z muszli i bambusowe fajki, a ceramika pokazuje, że dochodziło też do wymiany technologii. Aborygeni nauczyli się wytwarzania naczyń z gliny i samodzielnie wykonywali je na Jiigurru. « powrót do artykułu
  14. NASA informuje, że dotychczas potwierdzono odkrycie 5602 egzoplanet, a na potwierdzenie czeka kolejnych 10 170 kandydatów na planety. Potwierdzone planety zostały znalezione w 4299 układach planetarnych. Mianem egzoplanety określa się planetę spoza Układu Słonecznego. Większość z nich krąży wokół gwiazd, chociaż są i takie, które samotnie przemierzają wszechświat. Kosmos może być pełen takich planet, które nie są związane grawitacyjne z żadną gwiazdą. Polscy naukowcy są jednymi z odkrywców takich obiektów. Pierwsze egzoplanety odkrył, we współpracy z Dale'em Frailem, polski astronom Aleksander Wolszczan. O odkryciu oficjalnie poinformowano w styczniu 1992 roku. Do końca 1999 roku poznaliśmy w sumie 30 planet pozasłonecznych. W roku 2010 wiedzieliśmy o istnieniu 511 takich obiektów, a do końca 2020 roku potwierdzono istnienie 4373 egzoplanet. Wśród wspomnianych 5602 potwierdzonych planet najwięcej, bo 1919, to obiekty podobne do Neptuna czy Urana. Kolejną grupą są gazowe giganty, które możemy porównać do Saturna oraz Jowisza. Jest ich 1786. SuperZiemi, czyli planet bardziej masywnych od Ziemi, ale lżejszych od Neptuna, które mogą być planetami skalistymi, gazowymi lub połączeniem obu tych typów, jest 1689. Kolejnych 200 egzoplanet to skaliste obietky typu ziemskiego o jądrach bogatych w żelazo. Podobne są do Merkurego, Wenus, Ziemi i Marsa. Najmniejsza grupa 8 planet to takie, których właściwości jeszcze nie określono. Naukowcy zgadzają się co do tego, że w samej tylko Drodze Mlecznej istnieje olbrzymia liczba planet. Niektórzy twierdzą, że jest ich około 100 miliardów, zdaniem innych szacunków ich liczba może sięgać 300 miliardów. Istnieje pięć metod wykrywania planet pozasłonecznych. Najczęściej (3309 przypadków) planety takie były wykrywane metodą tranzytu. Gdy pomiędzy obserwującym gwiazdę teleskopem, a samą gwiazdą, znajdzie się planeta, przesłoni ona część światła swojej gwiazdy. Badając te spadki jasności oraz spektrum docierającego do teleskopu światła, można nie tylko odkryć planetę, ale określić jej wielkość, temperaturę czy skład atmosfery. Drugą z owocnych metod, a wykryto za jej pomocą 1088 planet, jest badanie zmian prędkości radialnej gwiazdy. Mimo, że planety są niewielkie w stosunku do gwiazd, to wywierają na nie wpływ poprzez grawitację. Krążąca wokół gwiazdy planeta może spowodować, że gwiazda będzie się oddalała i przybliżała do obserwatora. To zaś powoduje, że pojawia się efekt Dopplera, zjawisko polegające na zmianie częstotliwości fali w zależności od tego, czy źródło fali przybliża się czy oddala od obserwatora. Efekt ten możemy obserwować na co dzień, słuchając samochodu jadącego na sygnale. Dźwięk syreny zbliżającej się karetki jest coraz wyższy lub coraz niższy, w miarę jak samochód się do nas zbliża i oddala. W przypadku światła jego spektrum przesuwa się w stronę fal czerwonych lub niebieskich. Kolejny sposób na egzoplanetę to mikrosoczewkowanie grawitacyjne. Wykorzystywany jest tutaj fakt, że masywne obiekty zaginają światło. Planeta może więc zagiąć światło odległej gwiazdy w tle, co nasze teleskopy zarejestrują jako pojaśnienie tej gwiazdy. Analiza takich zjawisk pozwoliła na odkrycie dotychczas 210 egzoplanet. Astronomowie potrafią też bezpośrednio obrazować egzoplanety, dzięki czemu odkryto 68 z nich. W tej technice największym problemem jest fakt, że gwiazdy są miliony razy jaśniejsze od planet. Wszelkie światło odbite przez planetę czy wypromieniowywane przez nią ciepło jest przesłaniane przez znacznie jaśniejszą gwiazdę macierzystą. Współczesna technologia pozwala jednak na zasłonięcie światła gwiazdy i obserwowanie dzięki temu emisji z planety. Ostatnią zaś, i najtrudniejszą do wykorzystania, metodą jest astrometria. Jak już wspominaliśmy, planeta wpływa na gwiazdę, powodując zmiany jej położenia w przestrzeni. Astronomowie wykonują więc serię zdjęć interesującej ich gwiazdy oraz gwiazd w jej otoczeniu i sprawdzają na nich odległość pomiędzy badaną gwiazdą a gwiazdami referencyjnymi. Jeśli odległość się zmieniła, analiza tych zmian może wskazać na istnienie planety. Jednak wykorzystywanie astrometrii w celu poszukiwania egzoplanet jest niezwykle trudne, gdyż zmiany położenia gwiazdy są niewielkie. Badania takie wymagają użycia układów optycznych najwyższej jakości, a szczególnie trudne jest ich wykonywanie z powierzchni Ziemi, gdyż sama atmosfera zakłóca obserwacje. Dlatego też dotychczas w ten sposób odnaleziono jedynie 3 planety pozasłoneczne. Tylko 247 spośród znanych nam egzoplanet krąży wokół gwiazd widocznych gołym okiem, a jedynie 96 znajduje się w układach, w których znamy więcej niż 1 planetę. Interesujący jest też sposób nazywania gwiazd i planet. Zwykle stosuje się system numeryczny, niewiele gwiazd i planet ma własne nazwy. Pierwszą część nazwy stanowi zwykle nazwa teleskopu lub projektu badawczego, w ramach którego wykryto egzoplanetę. Następnie mamy cyfrę oznaczającą kolejny numer, pod którym skatalogowano gwiazdę, a później następuje mała litera, oznaczająca planetę. Planeta najbliższa gwieździe zostaje oznaczona jako „b”, gdyż sama gwiazda, wokół której planeta krąży, jest domyślnie uznawana za „A”. Gwiazdy mają duże litery, planety małe, co jest przydatne, gdy znajdziemy układ podwójny czy wielokrotny gwiazd. Tak więc planeta Kepler-16b to planeta najbliższa (b) gwieździe, która jako 16. z kolei została skatalogowana przez Teleskop Keplera. Zgodnie z tą konwencją Ziemię moglibyśmy oznaczyć jako Słońce d (Słońce, czyli nazwa gwiazdy, a „d” to trzecia najbliższa jej planeta, poczynając od Merkurego, który zostałby oznaczony jako „b”). Wśród wszystkich potwierdzonych egzoplanet najbliższa Ziemi jest Proxima Centauri b, położona w odległości 4 lat świetlnych od nas. Najbardziej zaś oddalone, dla których udało się określić odległość, to SWEEPS-4 b i SWEEPS-11 b. Obie położone są w odległości 27727 lat świetlnych. Najlżejsza ze znanych egzoplanet to PSR B1257+12 b o masie 0,02 mas Ziemi, a najbardziej masywna, Kepler-297 d, ma masę 282 razy większą niż masa Jowisza. Z pełnym katalogiem potwierdzonych egzoplanet można zapoznać się na stronie NASA. « powrót do artykułu
  15. Każda kolejna ciąża we wczesnej dorosłości powoduje, że organizm kobiety starzeje się o dodatkowe 2,4–2,8 miesięcy. Naukowcy z Mailman School of Public Health na Columbia University przeprowadzili badania na 1735 młodych mieszkankach Filipin. Wykazali, że organizmy kobiet, które były w ciąży, były biologicznie starsze od organizmów kobiet, które w ciąży nie były, a panie, które miały za sobą więcej ciąż były biologicznie starsze od koleżanek, które rzadziej zachodziły w ciążę. Przyspieszonego starzenia biologicznego organizmu nie zauważono w przypadku mężczyzn, co wskazuje, że przyczyną nie jest samo posiadanie dziecka, ale coś powiązanego z ciążą lub karmieniem piersią. Uczeni z Columbia University zajęli się tym tematem, gdyż chcieli bliżej przyjrzeć się wynikom badań epidemiologicznych, z których wynikało, iż większa płodność może mieć negatywny wpływ na zdrowie i długość życia kobiet. Z badań tych nie można było się jednak dowiedzieć, czy koszty związane z większą płodnością ujawniają się w młodszym wieku, zanim jeszcze pojawią się choroby i inne dolegliwości związane z wiekiem. Naukowcy wykorzystali więc badania metylacji DNA, które pozwalają sprawdzić tzw. zegar epigenetyczny. To pozwala na ustalenie wieku biologicznego tkanek. Pojawienie się zegara epigenetycznego zrewolucjonizowało sposób, w jaki badamy tempo biologicznego starzenia się w czasie życia. Otwiera on przed nami nowe możliwości badania długoterminowych kosztów reprodukcji i innych życiowych wydarzeń, mówi główny autor pracy, doktor Calen Ryan. Nasze badania sugerują, że ciąża przyspiesza biologiczne starzenie się i widać to już u młodych wysoce płodnych kobiet. To również pierwsze badania, w czasie których śledziliśmy te same kobiety przez długi czas, łącząc każdą z ciąż ze zmianami wieku biologicznego, dodaje uczony. Związek pomiędzy ciążą, a przyspieszoną pracą zegara epigenetycznego istniał nawet po uwzględnieniu wielu innych czynników wpływających na przyspieszenie biologicznego starzenia się, takich jak palenie, status społeczno-ekonomiczny czy genetyka. Doktor Ryan przestrzega jednak przed wyciąganiem pochopnych wniosków z badań. Wiele z kobiet, które badaliśmy, zaszło w ciążę w późnym wieku nastoletnim, gdy ich organizmy wciąż się rozwijały. Taka ciąża może stanowić szczególne wyzwanie dla organizmu, zwłaszcza tam, gdzie dostęp do opieki zdrowotnej i innych zasobów jest ograniczony, mówi. Uczony dodaje, że wiele jeszcze nie wiemy o wpływie ciąży i innych aspektów reprodukcji na proces starzenia się organizmu. Nie wiemy też, do jakiego stopnia przyspieszone starzenie się badanych kobiet będzie miało wpływ na ich zdrowie i śmiertelność za kilka dekad. « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...