Skocz do zawartości
Forum Kopalni Wiedzy

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów ' dziecko' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Nasza społeczność
    • Sprawy administracyjne i inne
    • Luźne gatki
  • Komentarze do wiadomości
    • Medycyna
    • Technologia
    • Psychologia
    • Zdrowie i uroda
    • Bezpieczeństwo IT
    • Nauki przyrodnicze
    • Astronomia i fizyka
    • Humanistyka
    • Ciekawostki
  • Artykuły
    • Artykuły
  • Inne
    • Wywiady
    • Książki

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Skype


ICQ


Jabber


MSN


AIM


Yahoo


Lokalizacja


Zainteresowania

Znaleziono 15 wyników

  1. Małe dzieci postrzegają narodowość częściowo jako cechę biologiczną. Z wiekiem takie postrzeganie przynależności narodowej słabnie. Jednak, jak zauważają autorzy badań, ich odkrycie może sugerować, że poczucie przynależności narodowej może kształtować się we wczesnym dzieciństwie. W miarę, jak dzieci dorastają postrzegają narodowość jako stabilny aspekt swojej tożsamości, już nie powiązany z biologią. Jednak jest to istotną składową określania się tym, kim się jest jako osoba i wykracza poza samo tylko formalne obywatelstwo. Można więc spekulować, że nacjonalistyczne odczucia wśród dorosłych mogą mieć częściowo swoje korzenie w procesach psychologicznych, które zachodzą w pierwszej dekadzie życia, mówi profesor Andrei Cimpian z New York University. Główną autorką badań była Larisa Hussak, doktorantka z University of Illinois at Urbana-Champaign. Naukowcy zauważają, że pomimo coraz większej globalizacji tożsamość narodowa jest bardzo ważna dla ludzi. Przywołują tutaj wyniki z American National Election Studies, które pokazały, że tożsamość narodowa jest „bardzo ważna” lub „ekstremalnie ważna” dla 72% obywateli USA. Z jeszcze innych badań wiemy, że im silniejsza identyfikacja z własnym narodem, tym bardziej negatywne postawy wobec imigrantów. Cimpian i Hussak chcieli sprawdzić nie tylko, jak koncepcja tożsamości narodowej jest reprezentowana w umyśle, ale jak się prezentuje we wczesnym dzieciństwie i czy podlega ewolucji. Uczeni przeprowadzili więc serię eksperymentów na dzieciach w wieku 5–8 lat, a uzyskane wyniki porównali z dorosłymi, którzy średnio mieli 25 lat. Eksperymenty polegały np. na pokazywaniu badanym zdjęć dzieci, których narodowość była zidentyfikowana, i pytano ich, czy ta narodowość manifestuje się w sposób biologiczny, np. czy można ją wykryć we wnętrzu człowieka. Pytano też, czy przynależność do danej grupy narodowej daje nam informacje o innych aspektach życia danej osoby, np. o tym, w jakie gry lubi grać. Pytano też, jak można wyjaśnić różnice między narodami, na przykład, jeśli badany uważał, że Amerykanie jedzą dużo szarlotki, pytano ich, czy może to wynikać z jakichś cech Amerykanów, z ich historii czy też z okoliczności w jakich żyją. Naukowcy próbowali też zmierzyć, co amerykańskie dzieci myślą o korzyściach wynikających z przynależności do ich narodu. Na przykład sprawdzano, czy dzieci uznają, by okoliczności faworyzujące ich grupę narodową były uczciwe i właściwe. Badanie to przeprowadzano np. w ten sposób, że podkreślano nierówności ekonomiczne mówiąc, iż Amerykanie mają znacznie więcej pieniędzy niż Daksjanie. W celu ułatwienia dzieciom zrozumienia pytania pokazywano przy tym flagę USA oraz jakąś inną flagę. Dla każdej z tak zaprezentowanych nierówności dzieci miały odpowiedzieć na trzy pytania: czy to uczciwe, że Amerykanie maja taką przewagę, czy uważają, że taka nierówność jest w porządku oraz czy Amerykanie zasłużyli na to, by mieć taką przewagę. Badania wykazały, że zarówno dzieci jak i dorośli mają stabilny obraz swojej przynależności narodowej i obraz ten nie może być łatwo zburzony. Daje on dużo informacji o zachowaniach i preferencjach osoby, a jego znaczenie wykracza poza formalne znaczenie bycia obywatelem danego kraju. Pogląd, że narodowość jest głębokim, ważnym aspektem współżycia społecznego rozwija się wcześnie i pozostaje niezmieniony do dorosłości. To pokazuje, dlaczego koncepcja narodowości jest tak psychologicznie potężna, mówi Hussak. Naukowcy zauważyli jednak pewne różnice. Małe dzieci częściej niż dzieci starsze i dorośli, uważają, że narodowość ma podstawy fizyczne i biologiczne, że może być wykryta w ciele człowieka i jest cechą dziedziczną. Jednak z czasem koncepcje takie u dzieci słabną i są jeszcze słabsze wśród dorosłych. Ponadto z wiekiem wiara w to, że narodowość określa człowieka staje się coraz silniej powiązana z racjonalizowaniem nierówności pomiędzy narodami. U starszych dzieci zaobserwowano, że im silniej dziecko wierzy, że narodowość niesie ze sobą więcej informacji o człowieku, tym chętniej akceptuje nierówności faworyzujące jego naród. Nasza praca może być unikatowym źródłem wiedzy i pozwala na lepsze zrozumienie trendów, zgodnie z którymi przedkładamy interesy narodowe ponad globalizację i kosmopolityzm, mówi Cimpian. « powrót do artykułu
  2. Dzieci, które we wczesnych latach szkolnych mają więcej konfliktów z matką, mogą później mieć więcej problemów ze znalezieniem celu w życiu. Jednym z przesłań tych badań jest stwierdzenie, że droga do życia mającego swój cel zaczyna się bardzo wcześnie, dużo wcześniej, nim człowiek zaczyna rozważać życiowe cele, mówi profesor Patrick Hill, współautor badań z Uniwersytetu Waszyngtona w St. Louis. Nasze badania pokazały, że na późniejsze poczucie celowości życia największy wpływ ma to, jak dziecko postrzega konflikt oraz swoją relację z matką. Na potrzeby badań poczucie celowości życia zdefiniowano jako wiarę w to, że ma się stabilny, dalekosiężny cel, który organizuje i stymuluje zachowania oraz cele pośrednie, umożliwiając osiągnięcie celu głównego. Poczucie celu w życiu jest ważne nie tylko, by wyznaczać cele pośrednie czy wybrać ścieżkę zawodową, ale również odgrywa kluczową rolę w usamodzielnieniu się dziecka i nabyciu umiejętności potrzebnych w codziennym życiu, takich jak gotowanie, niewydawanie więcej pieniędzy, niż się zarabia czy wykupienie ubezpieczenia. Powyższe badania są jednymi z pierwszych, które wykazały długoterminowy związek pomiędzy tym, jak człowiek opisuje swoje doświadczenia z wczesnego dzieciństwa, a tym, czy czuje, iż ma cel w życiu. Tam, gdzie we wczesnym dzieciństwie pojawia się konflikt z ojcem, dzieci odczuwają go negatywnie. Jednak znacznie silniejszym negatywnym odczuciem jest wczesny konflikt z matką. Ten z ojcem też odgrywa rolę, gdyż zmniejsza satysfakcję z późniejszego życia. I ponownie, także w przypadku konfliktu z ojcem wpływ na późniejsze życie ma wyłącznie to, jak konflikt ten postrzega dziecko. To właśnie perspektywa dziecka jest najsilniejszym czynnikiem pozwalającym przewidzieć jego przyszłe życie. Gdy konflikt rozważamy z perspektywy rodziców, jest to słaby prognostyk późniejszego życia dziecka. Wyniki opisywanych poniżej badań pochodzą z długoterminowego studium prowadzonego w stanie Oregon. Wzięło w nich udział 1074 studentów (50% stanowiły kobiety) i ich rodziców. Wszyscy badani mieli opowiedzieć o konfliktach pomiędzy nimi, jakie miały miejsce pomiędzy 1. a 5. klasą szkoły podstawowej dziecka. Ankietowanym zadano serię pytań, na które trzeba było odpowiedzieć "tak" lub "nie", np. "często razem żartowaliśmy", "lubiliśmy ze sobą rozmawiać", "nigdy się razem nie bawiliśmy", oraz pytań z większą liczbą opcji do wyboru, takich jak "byliśmy na siebie źli"; w tym przypadku należało wybrać spośród "co najmniej raz dziennie", "trzy razy w tygodniu" i "często". W kolejnych latach uczestnicy studium byli badani pod kątem satysfakcji z życia oraz postrzeganego przez siebie poziomu stresu. Badania prowadzono do czasu, aż dziecko osiągnęło wczesną dorosłość (21–23 lata). Poczucie celowości życia kontrolowano za pomocą pytań w rodzaju: "mam cel w życiu", "moje plany na przyszłość są zgodne z moimi prawdziwymi zainteresowaniami i wartościami". Ponadto badanych pytano o to, ile razy w ciągu ostatniego miesiąca czuli, że nie kontrolują ważnych elementów swojego życia oraz na ile pewnie się czują podczas rozwiązywania osobistych problemów. Na podstawie tak zgromadzonych danych określono związek pomiędzy tym, jak dziecko postrzega swoje relacje z rodzicami, z jego postawą wobec życia w momencie, gdy wkracza w dorosłość. W literaturze specjalistycznej mamy coraz więcej dowodów na to, że poczucie celu życiowego jest czym więcej, niż tylko satysfakcją z życia i brakiem stresu. W naszych badaniach byliśmy w stanie rozłożyć to na czynniki pierwsze i dostrzec wyraźny związek pomiędzy konfliktem z rodzicami a poczuciem celowości życia, mówi współautorka badań Leah Schultz. « powrót do artykułu
  3. Okazuje się, że większość rodziców usiłuje chronić swoje dzieci przed przeziębieniem, stosując metody, na poparcie których brak jest naukowych dowodów. Dobra wiadomość jest taka, że niemal wszyscy rodzice (99%) zalecają swoim dzieciom higienę jako metodę ochrony przed przeziębieniem. Akurat ta metoda ma swoje naukowe uzasadnienie. Każdy z nas słyszał takie porady, jak zażywanie witaminy C, która ma zwalczać przeziębienie, pozostanie w domu czy niewychodzenie z domu z mokrą głową. Brak jest naukowych dowodów, by porady te działały. Mimo to, według badań C.S. Mott Choldren's Hospital National Poll on Children's Health, przeprowadzonych przez University of Michigan, ponad połowa rodziców daje takie rady swoim dzieciom. Badania wykazały, że 51% rodziców podaje dzieciom witaminy i suplementy, co ma je chronić przed przeziębieniem. Tymczasem brak dowodów, że to działa. Z kolei 71% rodziców daje swoim dzieciom porady typu nie wychodź na zewnątrz z mokrą głową, zostań w domu. Tymczasem przeziębienie rozprzestrzenia się najczęściej wskutek bezpośredniego lub pośredniego kontaktu z zakażonym, kiedy to niewielkie drobinki z ust lub nosa lądują na naszej skórze lub na powierzchniach, których dotykamy. Dobra wiadomość jest taka, że większość rodziców stosuje też metody bazujące na dowodach naukowych, mówi współautor badań doktor Gary Freed. Jednak wielu rodziców wciąż podaje swoim dzieciom suplementy i witaminy, których skuteczność nie została udowodniona i które nie są objęte regulacjami Agencji ds. Żywności i Leków (FDA). Te produkty są intensywnie reklamowane, ale żadne niezależne badania nie wykazały ich skuteczności w zapobieganiu przeziębieniom, dodaje uczony. Brak jest naukowych dowodów, by witamina C, multiwitaminy czy innego typu suplementy zapobiegały przeziębieniom. Jednak prawo nie zabrania ich reklamowania w taki sposób. Z kolei porady należące do ludowego folkloru są żywe od wielu pokoleń i pojawiły się na długo zanim ludzie dowiedzieli się o istnieniu mikroorganizmów powodujących choroby. Rodzice korzystają jednak także z dowodów naukowych i zdecydowana większość radzi swoim dzieciom, by myły ręce, nie wkładały palców czy zabawek do ust, by unikały chorych osób. Badania wykazały też, że dziecko w wieku szkolnym przeziębia się średnio 3 do 6 razy w ciągu roku, a niektóre z przeziębień trwają nawet dwa tygodnie. Ważne, by rodzice rozumieli, które ze strategii unikania przeziębienia bazują na dowodach naukowych. Niektóre metody pozwalają w bardzo efektywny sposób unikać zachorowania, a inne po prostu nie działają, dodaje Freed. « powrót do artykułu
  4. Od czasów Oświecenia prognozuje się zaniknięcie religii, jednak religijność ludzka ma się dobrze. Jedynie około miliarda osób na świecie definiuje się jako osoby niereligijne. Doktor John Shaver z Otago's Religion Programme i jego zespół twierdzą, że znaleźli przyczynę, dla której religie nie zanikają tak szybko, jak to zapowiadano. Zdaniem nowozelandzkich uczonych jedną z najważniejszych przyczyn trwałości religii jest fakt, że osoby religijne mają większe rodziny, gdyż otrzymują więcej pomocy w wychowywaniu dzieci niż osoby niereligijne. Religijność w Nowej Zelandii zmniejsza się od dekad. My znaleźliśmy przyczynę, która równoważy ten trend spadkowy, a przyczyna ta ma związek z dynamiką współpracy przy wychowywaniu dzieci w społecznościach religijnych. Pomoc matkom to jedna z przyczyn sukcesu ewolucyjnego naszego gatunku. We współczesnym świecie matki otrzymują znacznie mniej pomocy, niż w przeszłości. Zaś mniej pomocy zmniejsza płodność. Jednak, jak się okazuje, religijne matki otrzymują więcej pomocy niż matki niereligijne, mówi Shaver. Na potrzeby badań przeanalizowano dane 12 980 osób, które wzięły udział w New Zealand Attitudes and Values Study (NZAVS). Badania te, prowadzone przez profesora Chrisa Sibleya z University of Auckland, zawierają dane od dużej próbki mieszkańców Nowej Zelandii. Połowa obywateli tego kraju deklaruje się jako osoby niewierzące. Shaver stwierdza: Odkryliśmy, że ludzie religijny mają więcej dzieci, a te osoby religijne, które akurat dzieci nie mają z większym prawdopodobieństwem pomagają w opiece nad dziećmi niż osoby niewierzące, które nie mają dzieci. Nasze badania wyjaśniają, dlaczego religijne nie znikają tak szybko, jak wielu przewidywało. Ludzie religijni mogą mieć więcej dzieci, gdyż otrzymują przy ich wychowywaniu więcej pomocy niż ludzie niewierzący. Mamy nadzieję, że uzyskane przez nas wyniki zwrócą uwagę na wpływ wiary na podstawowe procesy biologiczne i społeczne ludzi. Współautor badań, profesor Joseph Bulbulia zauważa, że wyniki takie są zgodne z wynikami wcześniejszych badań, które wskazywały, że osoby wierzące mogą liczyć na większą współpracę w grupie niż osoby niewierzące. Oczywiście pomoc przy wychowywaniu dzieci to tylko jeden z elementów, dla których religijne są trwałe, ale to ważny pierwszy krok w zrozumieniu fenomenu, który jest niezwykle istotny dla przewidywania struktury społecznej przyszłości, mówi uczony. Innym interesującym spostrzeżeniem jest stwierdzenie, że w porównaniu z Nowozelandczykami o europejskich korzeniach, Maorysi i mieszkańcy wysp Pacyfiku mają więcej dzieci, a Azjaci mniej. Maorysi i wyspiarze częściej bowiem opiekują się dziećmi, które nie są ich własnymi dziećmi, a Azjaci znacznie mniej angażują się we wspólną opiekę nad dziećmi. I znowu, w skali całego kraju, oznacza to, że płodność i współpraca w grupie są ze sobą skorelowane. I we wszystkich grupach etnicznych widoczny jest wpływ religii na wspólną opiekę nad dziećmi i płodność, dodaje Bulbulia. « powrót do artykułu
  5. W St. Jude Children's Research Hospital udało się odkryć mutacje genetyczne leżące u podstaw śmiertelnego nowotworu dotykającego dzieci – rozlanego glejaka pnia mózgu (DIPG). To wyjątkowo złośliwy nowotwór, na który nie ma obecnie lekarstwa. Dotychczas stosowane metody leczenia, radio- i chemioterapia, są nieskuteczne. Mniej niż 10% pacjentów przeżywa dwa lata od postawienia diagnozy. Amerykańscy naukowcy odkryli, że w zdecydowanej większości przypadków DIPG mamy do czynienia z mutacją epigenetyczną H3 K27M. Nie było jasne, jak mutacja ta przekłada się na zmiany w regulacji ekspresji genów. I było dla nas zupełnie niezrozumiałe, dlaczego akurat ta mutacja jest onkogenna w tej chorobie, mówi główna autorka badań, doktor Suzanne Baker, dyrektor Brain Tumor Research Division. Mutacja H3 K27M pojawia się w genie kodującym histony. Histony to białka wiążące DNA, stanowiące dla niego rodzaj opakowania, dzięki któremu DNA może zmieścić się w niewielkich przestrzeni jądra komórkowego. Niezwykle zagadkowy był fakt, że ta mutacja działa tak selektywnie w glejaku pnia mózgu i innych glejakach u dzieci, podczas gdy histon H3 jest ważny dla DNA w każdej komórce ciała, dodaje Baker. Na potrzeby swoich badań naukowcy stworzyli linię myszy genetycznie zmodyfikowanych w ten sposób, że można u nich było selektywnie włączać i wyłączać mutacje w komórkach mózgu. Do badań wykorzystano myszy, u których zmutowany gen wykazywał taki sam poziom ekspresji, co zmutowane geny u osób cierpiących na DIPG. Badania na myszach okazały się sukcesem. Stwierdzono, że mutacja powoduje, iż neuronalne komórki macierzyste stają się bardziej aktywne w pewnym szczególnym momencie rozwoju mózgu. To pozwala wyjaśnić, dlaczego DIPG dotyka dzieci, których mózgi wciąż się rozwijają. Ponadto naukowcy zauważyli, że H3 mutacja K27M współdziała z dwiema innymi mutacjami napędzającymi DIPG. Jedna z nich powoduje utratę biała p53, które jest supresorem nowotworowym, zaś druga mutacja ma miejsce w genie kodującym receptor PDGFRα i jest znana z tego, że prowadzi do pojawiania się nowotworów. Połączenie wszystkich wspomnianych mutacji prowadziło do gwałtownego rozwoju nowotworu u myszy. W naszym modelu indukowaliśmy tę mutację tak, by dochodziło do ekspresji w całym centralnym układzie nerwowym, a potem obserwowaliśmy, które komórki były najbardziej podatne na pojawienie się guza, informuje doktor Baker. Ku zdumieniu naukowców, gdy mutacja H3 K27M została, wraz z dwiema pozostałymi mutacjami, wprowadzona do całego mózgu, przyspieszyła ona formowanie się guzów w pniu mózgu. Co ważne, guzy, które rozwinęły się u myszy, były bardzo podobne do ludzkich guzów DIPG. Gdy porówna się próbki guzów DIPG pobranych od ludzi, to znajdziemy tam tak wiele różnic, że bardzo trudno jest stwierdzić, która część ekspresji genów zostaje zmieniona przez mutację K27M. Dzięki modelowi mysiemu byliśmy w stanie przeprowadzić badania, jakich nie można w prosty sposób przeprowadzić na próbkach pobranych od ludzi, cieszy się Baker. « powrót do artykułu
  6. W mózgach dzieci, które dużo czasu spędzają przed ekranem telewizora, komputera czy smartfonu, zauważono „inne wzorce”, niż u dzieci oszczędniej korzystających z nowoczesnych technologii. Skany mózgów i zauważone różnice to pierwsze wyniki wielkiego wciąż trwającego studium, jakie kosztem 300 milionów dolarów prowadzi amerykański Narodowy Instytut Zdrowia. Doktor Gaya Dowling, która pracuje przy tym projekcie, ujawniła w telewizji, że u 9- i 10-letnich dzieci, które przed ekranem spędzają ponad 7 godzin dziennie, zauważono objawy przedwczesnego zmniejszenia grubości kory mózgowej. Nie wiemy, czy jest to spowodowane przez ekrany. Nie wiemy jeszcze, czy to negatywne zjawisko. Jedyne, co możemy obecnie powiedzieć, to to, że tak wygląda mózg dziecka spędzającego dużo czasu przed ekranem. I nie jest to jedyne zjawisko, jakie zauważyliśmy, mówi uczona. Badania wykazały też, że dzieci, które spędzają przed ekranem ponad 2 godziny na dobę uzyskują niższe wyniki w testach językowych i testach rozumowania. W ramach studium przeprowadzane są m.in. badania obrazowe mózgów 4500 dzieci. Jednym z ich celów jest stwierdzenie, czy wpatrywanie się w ekran uzależnia. Potrzeba będzie jednak wielu lat, zanim naukowcy będą mogli mówić o długoterminowych skutkach wykorzystywania komputerów, telewizorów i smartfonów. Głównym zmartwieniem wielu naukowców, w tym i moim, jest fakt, iż obecnie odbywa się wielki niekontrolowany eksperyment na całej generacji dzieci, stwierdził w tym samym programie Dimitri Christakis z Amerykańskiej Akademii Pediatrii, główny autor zaleceń dotyczących wykorzystywania ekranów przez dzieci. Oficjalnie wstępne wyniki badań zostaną opublikowane na początku przyszłego roku. Już teraz specjaliści zalecają, by dzieci młodsze niż 18 miesięcy nie miały żadnego kontaktu z ekranami. « powrót do artykułu
  7. W Brazylii przyszło na świat pierwsze dziecko, urodzone z macicy przeszczepionej od zmarłej dawczyni. Przeszczep przeprowadzano 2 lata temu w São Paulo. Operacja trwała 10 godzin. Później 32-letnia biorczyni, która urodziła się bez macicy (z zespołem Mayera-Rokitansky'ego-Küstera-Hausera, MRKH), przeszła leczenie niepłodności. Do niedawna kobiety, których macica z jakichś powodów nie pozwalała na zajście w ciążę, mogły jedynie adoptować dziecko lub skorzystać z usług surogatki.  Pierwsze dziecko z macicy przeszczepionej od żywej dawczyni urodziło się w Szwecji w 2014 roku. Do tej pory przeprowadzono 39 przeszczepów macicy od żywych dawczyń. W wyniku tego urodziło się 11 dzieci. W przypadku 10 przeszczepów od zmarłych dawczyń albo sama transplantacja kończyła się niepowodzeniem, albo dochodziło do poronienia. Bezpłodność dotyka 10–15 procent par. W tej grupie jedna na 500 kobiet ma problem z macicą, który uniemożliwia zajście w ciążę. Doktor Dani Ejzenberg z Uniwersytetu w São Paulo mówi, że w Brazylii dokonano medycznego przełomu. Nasze wyniki dowodzą, że to realne wyjście dla kobiet, które z powodów wad macicy nie mogą mieć dzieci, stwierdza. Liczba osób, które po śmierci oddają swoje organy do przeszczepu jest znacznie większa od liczby żywych dawców, dodaje. W Sao Paulo cztery miesiące przed zabiegiem kobietę poddano procedurze in vitro, w wyniku której uzyskano 8 zapłodnionych jaj. Jaja zamrożono. Sam zabieg usunięcia i przeszczepienia macicy trwał ponad 10 godzin. Biorczyni otrzymywała 5 różnych leków zapobiegających odrzuceniu przeszczepu, leki przeciwzakrzepowe, zwalczające mikroorganizmy oraz aspirynę. Pacjentka miała normalną menstruację. Po siedmiu miesiącach do organizmu biorczyni wprowadzono zapłodnione jaja. Dziesięć dni później pojawiła się ciąża. Przebiegała ona normalnie, z wyjątkiem niewielkiej infekcji nerek, którą wyleczono antybiotykami. Po 36 tygodniach za pomocą cesarskiego cięcia na świat przyszła dziewczynka warząca 2,5 kilograma. Matka i dziecko opuściły szpital 3 dni później. W czasie cesarskiego cięcia kobiecie usunięto też przeszczepioną macice, dzięki czemu nie musi już więcej brać immunosupresantów. Artykuł na temat udanych narodzin dziecka powstał, gdy dziewczynka miała 7 miesięcy i 12 dni. W tym czasie dziecko ważyło 7,2 kilograma i było karmione piersią. « powrót do artykułu
  8. Probiotyki stały się popularną metodą leczenia dzieci cierpiących na ostre zakażenie przewodu pokarmowego, mówi doktor David Schnadower. Tymczasem duże badania przeprowadzone w USA wykazały, że ten kosztowny dla rodziców sposób leczenia nie działa. Wyniki badań ukazały się w najnowszym numerze New England Journal of Medicine. Ich autorzy przyjrzeli się niemal 1000 dzieci w wieku od 3 miesięcy do 4 lat i dostarczyli dowodów, że probiotyki, podawane dzieciom przez rodziców w nadziei na przywrócenie równowagi mikrobiomu i poprawienie działania systemu odpornościowego, nie działają. Chcieliśmy dostarczyć ostatecznych i niezależnych dowodów za lub przeciwko podawania probiotyków małym dzieciom cierpiącym na ostre zakażenie przewodu pokarmowego, mówi Schnadower. Uczony przeprowadził dwa badania. Większe, w USA, w którym sprawdzano skuteczność probiotyku o nazwie handlowej Culturelle (LGG) oraz mniejsze, w Kanadzie, gdzie przyglądano się skuteczności Lacidofilu. Oba badania dały podobne wyniki. Probiotyki w żaden sposób nie pomagały dzieciom. Rodzice lepiej zrobią, jeśli nie będą ich kupować, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczą na owoce i warzywa dla swoich dzieci, mówi współautor badań Philip I. Tarr z Washington University. Obecnie jedyną metodą leczenia ostrego zakażenia przewodu pokarmowego u dzieci jest podawanie im płynów by zapobiec odwodnieniu. Brak innych sposobów leczenia powoduje, że niektórzy lekarze i rodzice sięgają po probiotyki. Jako, że probiotyki nie są regulowane tak ściśle jak leki, ich producenci mogą twierdzić, że pomagają i nie muszą mieć na to mocnych dowodów naukowych. Probiotyki to dla producentów żyła złota. W samych tylko Stanach Zjednoczonych klienci wydali na nie w 2015 roku aż 37 miliardów dolarów, a do 2023 roku kwota ta może wzrosnąć do 64 miliardów. Jako, że probiotyki są bardzo popularne, ważnym jest upewnienie się, iż wydatek wart jest tej ceny. W badanym przypadku probiotyki nie przynoszą dzieciom żadnych korzyści, nie warto więc ich kupować, mówi Schnadower. W czasie badań prowadzonych w USA naukowcy przyjrzeli się 971 dzieciom, które w latach 2014–2017 trafiły do dziesięciu różnych szpitali w USA. Pod uwagę brano dzieci z objawami ostrego zakażenia układu pokarmowego, które przez dwa tygodnie przed zgłoszeniem się do szpitala nie brały żadnych probiotyków. Połowie dzieci losowo przepisano Culturelle, które miały zażywać dwa razy dziennie przez pięć dni, a połowie placebo. Ponadto dzieci były leczone standardowymi metodami. Niezależnie od tego, czy dzieciom podawano probiotyk czy placebo, ich objawy i czas trwania choroby były identyczne. Testowaliśmy wiele różnych scenariuszy. Porównywaliśmy niemowlęta i dzieci starsze, sprawdzaliśmy czy brane były antybiotyki, scenariusze, w których problemy były powodowane przez wirusy albo przez bakterie, testowaliśmy probiotyki pod kątem ich czystości. Za każdym razem dochodziliśmy do tych samych wniosków. LGG nie pomogło, mówi Schnadower. « powrót do artykułu
  9. W ustach dziecka pochowanego ok. 200 lat temu w jaskini Tunel Wielki archeolodzy odkryli czaszkę zięby; kolejna znajdowała się przy policzku dziecka. To jedyny odkryty do tej pory nowożytny szkielet człowieka, znaleziony w jaskini na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej - uważają odkrywcy. Znaleziska dokonano kilkadziesiąt lat temu, ale nigdy nie zostało opublikowane i przeanalizowane. Mniej więcej 10-letnie dziecko pochowano bardzo płytko pod powierzchnią w jednej z dwóch komór jaskini - opowiada PAP dr Małgorzata Kot z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Naukowcy pobrali próbki ze szczątków dziecka do badań radiowęglowych, które umożliwiają określenie ich wieku. Okazało się, że dziecko pochowano w drugiej poł. XVIII wieku lub na przełomie XVIII i XIX wieku n.e. Archeologów najbardziej zaskoczyło to, że dziecko zostało pochowane z czaszką ptaka (zięby) w ustach. Druga taka sama czaszka znajdowała się tuż przy policzku dziecka. Ten pochówek jest dla nas sporym zaskoczeniem. Taka praktyka nie jest znana również wśród etnologów, których poprosiliśmy o opinie. Dlatego na razie jest dla nas zagadką, dlaczego dziecko pochowano w jaskini w taki sposób, a nie na cmentarzu w pobliskiej wsi - opowiada dr Kot. Dr Małgorzata Kot prowadzi szeroko zakrojony projekt, którego celem jest analiza zabytków i kości odkrytych przez archeologów kilkadziesiąt lat temu w czasie wykopalisk w jaskiniach położonych w Dolinie Sąspowskiej - jednej z dolin Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Większość znalezisk od razu po wykopaliskach trafiła do kartonów, a następnie do magazynów. W trakcie analizy materiałów z tych zapomnianych już pudeł doszło do niespodziewanego odkrycia dotyczącego nietypowego pochówku dziecka. Gdy otworzyliśmy kolejny z zakurzonych kartonów z dawnych badań, naszym oczom ukazały się drobne dziecięce kości. Ich odkrywca, prof. Waldemar Chmielewski nigdy nie opublikował szczegółowo tego znaleziska. Zamieścił jedynie jego zdjęcie w książce z lat 80. - opowiada dr Kot. Z najnowszych badań antropologicznych wynika, że dziecko było prawdopodobnie niedożywione. Naukowcy planują wykonać analizy specjalistyczne, w tym DNA i izotopów, które pomogą w zebraniu większej ilości informacji na temat zmarłego. Na tym etapie nie da się nawet stwierdzić, jakiej płci było dziecko. W magazynie UW nie mamy niestety czaszki zmarłego dziecka - ta trafiła do antropologów we Wrocławiu tuż po zakończeniu wykopalisk 50 lat temu. Dziś miejsce jej przechowywania nie jest znane - ubolewa dr Kot. Badaczka jednak liczy, że być może uda się ją odnaleźć - miałaby kardynalne znaczenie dla dalszych badań - zaznacza archeolożka. Co ciekawe, publikacje na temat czaszek zięb odkrytych przy zmarłym dziecku wydali badacze z Instytutu Systematyki i Ewolucji Zwierząt Polskiej Akademii Nauk w Krakowie. Byli jednak zupełnie nieświadomi, że znaleziono je przy pochówku. Wróciliśmy do tych czaszek, jednak ponowne analizy nie wykazały nic, co mogłoby choć trochę wyjaśnić, dlaczego głowy zięb towarzyszyły dziecku. Na czaszkach nie ma żadnych śladów np. nacięć. Wiemy tylko, że były to szczątki dorosłych ptaków - opowiada dr Kot. W tej samej komorze jaskini Tunel Wielki wykopaliska w ostatnim czasie prowadził również zespół dr. Michała Wojenki z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Odkrył on liczne szczątki ludzkie, ale datowane na ponad 4,5 tysiąca lat. Ta komora jaskini była miejscem, do którego ludzie w różnych okresach dziejów wracali, aby złożyć swoich zmarłych - zauważa dr Kot. W Dolinie Sąspowskiej, które ma zaledwie 5 km długości, znajduje się kilkadziesiąt jaskiń. W wielu z nich archeolodzy odkryli ślady działalności ludzi począwszy od okresu paleolitu po średniowiecze. Wśród najstarszych śladów są narzędzia, z których korzystali neandertalczycy. Na przestrzeni pradziejów grzebano również w nich ludzi. Jednak zwyczaj ten zakończył się wraz z końcem starożytności. Dr Kot ubolewa, że jaskinie na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej zostały bardzo silnie zniszczone szczególnie w XIX i na początku XX w. Wówczas na masową skalę wydobywano z nich namuliska (osady zalegające na dnie jaskini). Używano ich jako nawozu. W okresie międzywojennym naukowcy sygnalizowali władzom, że wraz z ziemią wywożone są i niszczone bezcenne zabytki. Dlatego w końcu zakazano przemysłowej eksploatacji jaskiń. Niestety, wie wiemy, ile cennych zabytków i kości, które mogłyby nam opowiedzieć o przeszłości człowieka, bezpowrotnie przepadło - kończy dr Kot. « powrót do artykułu
  10. Wystawienie mężczyzny na działanie nikotyny może powodować deficyty poznawcze u jego dzieci i wnuków, wynika z badań przeprowadzonych na Florida State University. Zaobserwowane zjawisko nie ma nic wspólnego z tym, że dzieci czy wnuki stają się biernymi palaczami czy same są wystawione na działanie nikotyny, którą pali ojciec i dziadek. Najprawdopodobniej mamy tutaj do czynienia z epigenetycznymi zmianami w kluczowych genach spermy. Nie od dzisiaj wiadomo, że jeśli matka zostaje wystawiona na działanie nikotyny, to jej potomstwo i kolejne pokolenia są bardziej narażone na takie zaburzenia jak ADHD. Jednak znacznie mniej wiadomo o potencjalnym wpływie nikotyny używanej przez ojca na jego potomstwo. Zespół naukowców z Florydy podawał samcom myszy niskie dawki nikotyny w wodzie. Środek podawano tylko w tym okresie życia, w którym samce produkowały spermę. Następnie łączono samców z samicami i nigdy więcej nie wystawiano ich na działanie nikotyny. Zaobserwowano, że o ile zachowanie myszy, które zażywały nikotynę, nie uległo zmianie, to ich potomstwo, obojga płci, wykazywało nadaktywność, deficyt uwagi i brak elastyczności poznawczej. Gdy następnie samice (ale nie samce), których ojcowie otrzymywali nikotynę, były kojarzone z samcami, którzy nigdy z nikotyną nie mieli do czynienia, to ich męskie potomstwo nadal wykazywało niewielki, ale wciąż znaczący, brak elastyczności poznawczej. Analiza plemników samców zażywających nikotynę wykazała, że modyfikacji uległy u nich promotory wielu genów, w tym genu dopaminy D2, który jest niezwykle istotny dla rozwoju mózgu i zdolności do uczenia się. Nasze badania pokazują, że potrzebujemy więcej badań nad wpływem palenia przez ojców na zdrowie ich dzieci, mówi Pradeep Bhide, członek zespołu naukowego. « powrót do artykułu
  11. KopalniaWiedzy.pl

    Łaciate po mamie

    Pewne cechy wzorca łat żyraf są dziedziczone po matkach. Zoolodzy ujawnili także, że wzorzec ten ma wpływ na przeżywalność młodych. Wzorzec łat żyraf jest złożony, a poszczególne osobniki mogą się bardzo pod tym względem różnić. Tak naprawdę nie wiadomo jednak, do czego jest on dzikim żyrafom potrzebny - opowiada prof. Derek E. Lee z Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii i dodaje, że łaty mogą pomagać w unikaniu drapieżników, regulacji temperatury i rozpoznawaniu rodziny oraz innych osobników. [...] W ramach naszych badań analizowaliśmy dane dot. przeżywalności i zdjęcia łat żyraf kenijskich. Wykazaliśmy, że wzorce łat wpływają na przeżywalność cieląt i są dziedziczne - przekazywane z matki na dziecko. Akademicy podkreślają, że wzorzec łat nie zmienia się z wiekiem zwierzęcia, dlatego na tej podstawie można identyfikować poszczególne osobniki. Studium ujawniło, że wskaźnik przeżywalności pierwszych kilku miesięcy jest wyższy u noworodków żyraf z większymi i nieregularnie ukształtowanymi łatami. Zwiększona przeżywalność może być odzwierciedleniem lepszego kamuflażu. Niewykluczone jednak, że wiąże się także z innymi czynnikami sprzyjającymi przetrwaniu, np. lepszą komunikacją wzrokową czy regulacją temperatury. Autorzy publikacji z pisma PeerJ odkryli, że między matkami i cielętami istnieje znaczące podobieństwo w zakresie 2 z 11 analizowanych cech łat: kolistości i zwartości (stopnia, do jakiego krawędzie są ciągłe i gładkie). To sugeruje, że są one dziedziczone przez młode. Dr Anne Innis Dagg [którą często nazywa się żyrafią Jane Goodall] już w 1968 r. zaprezentowała dowody, że kształt, liczba, powierzchnia i barwa łat mogą być dziedziczne, ale jej analizy były przeprowadzone na małej populacji z zoo - wyjaśnia Monica Bond z Uniwersytetu w Zurychu. By potwierdzić jej hipotezy, wykorzystaliśmy dzikie żyrafy i współczesne metody obrazowania/analizy. « powrót do artykułu
  12. Powszechnie używane domowe środki czystości mogą... przyczyniać się do otyłości dzieci poprzez zmianę mikrobiomu ich jelit, czytamy w najnowszym numerze CMAJ (Canadian Medical Association Journal). Naukowcy z University of Alberta przeanalizowali mikroflorę jelitową 757 niemowląt w wieku 3–4 miesięcy, a następnie wagę tych dzieci, gdy miały 3–4 lata. W badaniach wzięto też ich ekspozycję na domowe środki czystości: środki odkażające, detergenty i środki reklamowane jako przyjazne środowisku naturalnemu. Korelacja pomiędzy zmienioną florą bakteryjną u dzieci w wieku 3 i 4 miesięcy a używaniem środków czystości była najsilniejsza w tych domach, w których używano środków odkażających, takich jak środki do czyszczenia wielu powierzchni. U dzieci takich zauważono niskie poziomy bakterii z rodzajów Haemophilus i Clostridium, a wyższe tych z rodzaju Lachnospiraceae. Stwierdzono również, że im częściej używany był środek dezynfekujący, tym więcej Lachnospiraceae w mikrobiomie dziecka. Korelacja taka nie występowała przy używaniu detergentów i środków przyjaznych środowisku. Podobne wyniki uzyskano na prosiętach, które były wystawione na działanie rozpylonych w powietrzu środków odkażających. Odkryliśmy, że u 3–, 4–-miesięcznych niemowląt, żyjących w domach, w których co najmniej raz w tygodniu używane są środki odkażające, występuje dwukrotnie większe ryzyko zwiększonego poziomu Lachnospiraceae w mikrobiomie, a gdy mają one 3 lata ich BMI jest wyższe, niż dzieci, które nie były wystawione na działanie środków odkażających, mówi profesor Anita Kozyrskyj z University of Alberta. Dzieci, w domach których używa się środków przyjaznych dla środowiska, mają inny skład mikrobiomu i z mniejszym prawdopodobieństwem mają nadwagę. Niemowlęta, żyjące w domach, gdzie używane są ekologiczne środki czyszczące, mają znacznie niższy poziom Enterobacteriaceae w jelitach. Nie znaleźliśmy jednak dowodów, by taka zmiana była związana ze zmniejszonym ryzykiem otyłości, mówi dodaje Kozyrskyj. Uczona spekuluje, że rodziny, w których używa się produktów przyjaznych środowisku, są bardziej świadome i ogólnie prowadzą zdrowszy tryb życia, co może pozytywnie wpływać na dziesi. Epidemiolodzy, doktorzy Noel Mueller i Moira Differding z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, którzy komentowali powyższe badania, stwierdzili, że istnieje biologiczne prawdopodobieństwo, iż domowe środki czyszczące mogą zwiększać ryzyko otyłości u dzieci poprzez zmianę liczby bakterii z rodzaju I, jednak jest zbyt wcześnie, by jednoznacznie o tym rozstrzygać. Konieczne są dalsze badania nad tym zagadnieniem. « powrót do artykułu
  13. W Afryce więcej dzieci umiera w wyniku pośrednich skutków konfliktów zbrojnych, niż ponosi bezpośrednią śmierć od broni palnej, wynika z najnowszych badań Uniwersytetu Stanforda. Amerykańscy naukowcy przeprowadzili pierwszą tak szeroko zakrojoną analizę wpływu konfliktów zbrojnych na zdrowie osób postronnych. Przeprowadzone szacunku mówią, że w latach 1995–2015 zmarło od 3,1 do 3,5 miliona noworodków urodzonych w promieniu 50 kilometrów od miejsca konfliktu. Jeśli zaś pod uwagę weźmiemy wszystkie dzieci w wieku poniżej 5. roku życia, to liczba niebezpośrednich ofiar konfliktu zwiększy się do 5 milionów. Pośrednie skutki konfliktów zbrojnych zbierają wśród dzieci znacznie większe żniwo śmiertelne niż skutki bezpośrednie, mówi Eran Bendavid, jeden z autorów badań. Ich wyniki opublikowano na łamach The Lancet. Naukowcy znaleźli też dowody, że ryzyko zwiększonej śmiertelności wśród dzieci występuje w odległości aż 100 kilometrów od miejsca konfliktu i pozostaje zwiększone przez osiem lat po jego zakończeniu. Nawet gdy starcia zbrojne się już nie toczą, to wiele lat po ich zakończeniu ryzyko śmierci noworodków jest aż o 30% wyższe. W skali całego Czarnego Lądu w latach 1995–2016 trzykrotnie więcej dzieci umarło wskutek pośredniego oddziaływania konfliktów zbrojnych niż zostało zabitych w czasie ich trwania. Fakt, że dzieci w Afryce są narażone na konflikty zbrojne nie jest zaskoczeniem, natomiast niespodzianką jest odkrycie, że ryzyko jest tutaj znacznie wyższe niż sądzono. Chcieliśmy zrozumieć wpływ wojen i konfliktów na zdrowie i zauważyliśmy, że jest to problem bardzo słabo rozpoznany. Najważniejsze źródło, Global Burden of Disease, bierze pod uwagę tylko bezpośrednie ofiary starć zbrojnych, a to sugeruje, że stanowią one niewielki odsetek wszystkich zgonów, mówi Bendavid. Niektórzy uczeni od dawna sugerowali, że takie pośrednie skutki konfliktów zbrojnych jak brak opieki zdrowotnej, żywności, wody, szczepień czy schronienia zabijają więcej osób niż same wojny. Teraz hipotezy te znalazły potwierdzenie przynajmniej w odniesieniu do dzieci. Brak dostępu do podstawowej opieki zdrowotnej czy odpowiedniego odżywiania to standardowe wyjaśnienie wysokiej śmiertelności niemowląt w Afryce. Nasze dane wskazują, że konflikty zbrojne mogą być kluczowym elementem, z powodu którego taka sytuacja ma miejsce. Mogą one przez całe lata po ich zakończeniu negatywnie wpływać na dostępność do opieki zdrowotnej i pożywienia w miejscach znacznie oddalonych od miejsca konfliktu, stwierdza profesor Marshall Burke. To zaś oznacza, że zmniejszenie liczby konfliktów zbrojnych w Afryce może znacząco poprawić stan zdrowia dzieci. Podczas badań pod uwagę wzięto 15 441 różnych wydarzeń i konfliktów zbrojnych, jakie miały miejsce w 35 krajach Afryki. Dane te porównano z informacjami o urodzeniu 1,99 miliona dzieci i o ich szansie na przeżycie. Dane wskazują, że od 3 do 5 razy więcej dzieci umiera wskutek pośredniego oddziaływania konfliktu zbrojnego, niż ginie od broni palnej. Całkowity negatywny wpływ jest jeszcze większy, gdyż badacze nie brali pod uwagę innych narażonych grup ludności, jak kobiety czy osoby starsze. Mamy nadzieję, że nasze badania przyczynią się do wzmożenia wysiłków na rzecz zwiększenia pomocy humanitarnej dzieciom znajdujących się w strefach konfliktów zbrojnych, mówi doktor Zachary Wagner. « powrót do artykułu
  14. W temperaturze 71 stopni Celsjusza można usmażyć jajko, giną bakterie salmonelli, a człowiek doświadcza oparzeń trzeciego stopnia. Taką właśnie temperaturę może osiągnąć deska rozdzielcza samochodu zaparkowanego w pełnym słońcu. Dwuletnie dziecko pozostawione w takim samochodzie może umrzeć w ciągu godziny. Badacze z Arizona State University i University of California San Diego przeprowadzili badania, w ramach których porównywali, jak różna typy samochodów nagrzewają się podczas letnich dni pozostawione w miejscach o różnym stopniu nasłonecznienia i zacienienia. Przeprowadzono też symulację wpływu temperatur w samochodach na pozostawione w nich 2=-letnie dziecko. Nasze badanie nie tylko pokazało nam różnice temperatury w samochodach pozostawionych w cieniu i na słońcu, ale wykazało również, że małe dziecko może umrzeć nawet, jeśli samochód, w którym je zostawiliśmy, będzie zaparkowany w cieniu, mówi profesor klimatologii Nancy Selover z Arizona State University. Każdego roku w Stanach Zjednoczonych umiera średnio 37 dzieci pozostawionych w samochodach. Podczas badań wykorzystano dwa identyczne srebrne sedany średniej wielkości, dwa identyczne srebrne małe samochody osobowe i dwa identyczne srebrne miniwany. Podczas gorących letnich dni samochody były parkowane w różnych miejscach i przez różny czas były zacienione i ogrzewane bezpośrednio padającymi promieniami słonecznymi. Badacze o różnych porach dnia mierzyli temperaturę wewnątrz kabiny oraz temperatury na powierzchni różnych elementów pojazdów. Okazało się, że w samochodzie zaparkowanym w pełnym słońcu, gdy temperatura na zewnątrz wynosi 37,7 stopnia Celsjusza, po godzinie temperatura w kabinie sięga średnio 46,6 stopnia Celsjusza, temperatura deski rozdzielczej to 69,4 stopnia, temperatura kierownicy to 52,7 stopnia, a temperatura foteli wyniosła 50,5 stopnia. Jeśli samochód zaparkowany był w cieniu, temperatura kabiny była podobna do temperatury otoczenia, deska rozdzielcza rozgrzewała się do 47,7 stopnia, kierownica do 41,6 stopnia,a temperatura siedzeń po godzinie wynosiła 40,5 stopnia Celsjusza. Jak można się było spodziewać, mniejsze samochody nagrzewały się szybciej niż większe. Każdy z nas zetknął się z sytuacją, gdy wracał do zaparkowanego samochodu i ledwie mógł dotknąć kierownicy. Wyobraźcie sobie jak to jest być dzieckiem uwięzionym na siedzeniu. A gdy w samochodzie znajduje się człowiek, to oddychając zwiększa wilgotność we wnętrzu pojazdu. Im większa wilgotność, tym organizm trudniej się chłodzi, gdyż pot wolniej odparowuje, mówi Selover. O tym, na ile wysoka temperatura jest dla nas śmiertelna, decyduje nasz wiek, waga, stan zdrowia, ubranie i inne czynniki. Nauka nie jest w stanie jednoznacznie przewidzieć, kiedy dziecko dozna udaru cieplnego, jednak większość udarów u dzieci ma miejsce, gdy temperatura organizmu przez dłuższy czas przekracza 40 stopni Celsjusza. Na potrzeby badań użyto cyfrowego modelu temperatury ciała 2-letniego chłopca. Badacze symulowali, co się stanie, jeśli dziecko zostanie zamknięte na godzinę w samochodzie zaparkowanym w pełnym słońcu i na dwie godziny w samochodzie zaparkowanym w cieniu. Symulacje wykazały, że w każdym przypadku dochodzi do hipertermii i udaru cieplnego, a uszkodzenia organów wewnętrznych mają miejsce w temperaturach poniżej 40 stopni Celsjusza. Część osób, które w rzeczywistości przeżyły udar cieplny doświadczyła stałych uszkodzeń mózgu i organów wewnętrznych. Gene Brewer, profesor psychologii, który nie brał udziału w powyższych badaniach, mówi, że zapomnienie dziecka w samochodzie może przydarzyć się każdemu. Brewer, który specjalizuje się w procesach pamięciowych, był ekspertem w sprawie przeciwko rodzicom, których dziecko zmarło pozostawione w samochodzie. Często w takich przypadkach mamy do czynienia z roztargnieniem rodziców. Kłopoty z pamięcią to poważna sprawa i mogą dotknąć każdego, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia, osobowości, klasy społecznej czy innych cech. Z funkcjonalnego punktu widzenia nie ma dużej różnicy pomiędzy zapomnieniem kluczy, a zapomnieniem dziecka w samochodzie, mówi uczony. Większość ludzi oddaje się codziennie tym samym rutynowym czynnościom. Tą samą drogą jeżdżą do pracy, wiozą dziecko do tego maego przedszkola, pozostawiają kluczyki od samochodu w tym samym miejscu. Czynności te nie wymagają myślenia. Jeśli rutyna ta zostanie przerwana przez jakieś wydarzenie, na przykład telefon od szefa czy zmianę dni odwożenia dziecka do przedszkola, może dojść do zaburzeń pamięci. Takie zaburzenia nie mają nic wspólnego z dzieckiem. Zdarzają się one, gdyż czyjś mózg musiał pomyśleć o czymś innym i została przerwana rutyna. Zaczynamy nagle myśleć o czymś nowym, a to prowadzi do zapomnienia. Nikt nie ma pamięci doskonałej, wyjaśnia Bewer. « powrót do artykułu
  15. Trzyletnia dziewczynka zmarła, gdy nieświadoma ukąszenia przez węża matka nakarmiła ją piersią. Trzydziestopięciolatkę z indyjskiego stanu Uttar Pradesh ugryzł podczas snu wąż. Nieświadoma tego kobieta obudziła się i nakarmiła swoją 3-letnią córkę. Matka i córka źle się poczuły i zmarły, nim trafiły do szpitala. Inspektor policji Vijay Singh podkreśla, że rodzina widziała węża w jednym z pomieszczeń, ale nie udało się go schwytać. Choć zaplanowano sekcję zwłok, zgon zaklasyfikowano już jako wypadek. « powrót do artykułu
×