Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

ex nihilo

Users
  • Content Count

    1810
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    79

Everything posted by ex nihilo

  1. Nie mam czasu pogrzebać, ale może chodzi nie o elektrony takie "całkiem prawdziwe", a o kwazielektrony, takie, jakie mogą się w przewodniku lub półprzewodniku zrobić np. z dwóch fermionów Weyla (to też kwazicząstki), o których było tu: http://forum.kopalniawiedzy.pl/topic/24436-znaleźli-fermion-weyla/.
  2. W pierwotnych społeczeństwach, żyjących przez wiele pokoleń w niezmiennych warunkach, w zasadzie nie było nie spotykanych wcześniej problemów. Podobnie ze zwierzętami. A jednak gość, który urodził się i wychował w dżungli może zrobić doktorat, a szympans po niezbyt długiej nauce całkiem nieźle używa kompa do komunikacji z opiekunem. Czyli inteligencja to raczej zdolność, a nie "wykonanie". Lubię rozbierać na części różne ustrojstwa - z czystej ciekawości. Nie zawsze do otwarcia takiej czy innej "puszki" nie używam inteligencji, producenci teraz mają takie sposoby montażu, że często inteligencja nie pomaga, skuteczniejsza i szybsza jest metoda prób i błędów - tu pociąnąć, tam przekręcić... może się uda. Być może właśnie w taki sposób ośmiornica pierwszy raz otwarła słoik, później się tego już nauczyła. Nie odmawiam zwierzętom inteligencji, raczej przeciwnie, uważam, że nawet owady ją mają, oczywiście w ilości "owadziej"
  3. No i tu pytanie: czy inteligencja musi być cechą pojedynczego osobnika, czy może być 'grupowa"? Dla zabawy zaproponuję prosty wzór i zobaczymy co z tego wyniknie I=in*z gdzie: I = inteligencja in = ilość informacji, którą dany układ zdolny jest przetworzyć z = współczynnik zgodności wyniku z obiektywną rzeczywistością Można też zrobić z tego I=in*z/t, gdzie t, to oczywiście czas.
  4. Bo nie "muszą", ale w przypadku dyskusji o zmianie prawa orzeczenia ETPC mają duże znaczenie. To całkiem ścisłe Interpretacja? Ukradłem bandziorowi gnata (klamkę, kopyto), coby... itd. Na pewno odrąbać mi rękę?
  5. Operę niestety trafił szlag... bo to, co jest teraz, to już tylko nazwa.
  6. Zależy od rodzaju szkła. Poza tym zwykłe szkło też nie zatrzymujem 100% UV.
  7. Czy prawnik... formalnie nie, praktycznie tak. bezpośrednie = konkretna norma (przepis) prawa pośrednie = wpływ na sposób interpretacji istniejącego prawa + kierunek zmian No i tyle w sumie
  8. W KW jest jak w oryginale: "But in principle, says physicist Angelo Bassi at the University of Trieste in Italy, each of the photon's personas could hit a rod cell, and that superposition could persist up to the brain. If so, there could even be “something like a superposition of two different perceptions, even if just for an instant”."
  9. Sam najlepiej siebie znasz Przekombinuj przeszłość itd. U mnie w zasadzie przychodzi to samo - zadanie->adrenalina->efekt. Bardzo rzadko się do czegoś przygotowuję, wolę być całkiem świeży, najlepiej zaskoczony sytuacją, żeby wycisnąć spod czachy wszystkie rezerwy, szczególnie te odbiegające od myślenia standardowego, rutynowego. Trochę problemem byłaby dla mnie (u Ciebie też to jest) godzina - 6. rano, to dla mnie środek nocy. W takiej sytuacji zwykle nie śpię, tylko dwudziestopięciominutówka ok. (w tym przypadku) 3. w nocy. No i bez jedzenia, przynajmniej od pólnocy, coś przegryźć ok., ale żeby żołądek był pusty. Najlepiej doprowadza mnie wtedy do pełnej formy fajny seks, a jeśli nie ma takiej możliwości, to odpalenie silnika - senność, jeśli była, natychmiast przechodzi. W zasadzie tyle Ci mogę podpowiedzieć z moich doświadczeń, ale każdy jest inny, czyli... Co do ćwiczeń, o które wcześniej pytałeś: może wór trenigowy, bokserski, największy jaki się znajdzie, żeby można było walić w niego rękami, nogami, z czachy, barkami i dupskiem też (bywa to bardzo przydatne w razie draki ). Przymocowany raczej nie pod sufitem, jak normalnie, ale ok. pół metra od ściany, dosyć sztywno. Wór ma m.in. tą zaletę, że wciąga - przechodzi się obok, raz od niechcenia walnie, zachciewa się następny raz, i jeszcze... a po pięciu minutach ostrej nap... jęzor do podłogi zwisa Poza tym, jeśli łatwo go zdjąć, przydaje się jako podkładka przy innych ćwiczeniach - grzbietu, brzucha itd. Wykorzystanie wora raczej w stylu karate (gołe ręce, różne uderzenia), niż bokserskim. Zanim zacznie się katować wór, koniecznie trzeba przygotować ręce. Jeśli będziesz chciał, będzie szczegółowa instrukcja. Do tego elementy jogi - chodzi m.in. o rozciągnięcie, poczucie wszystkich mięśni itd. Poza tym to bardzo wciąga, łatwo zobaczyć postępy ("tego na pewno nie zrobię", "hmm... coś tam...", "a jednak!"). Brzuch: najpierw warto przygotować grzbiet, bo ostrzejsze ćwiczenia na brzuch bardzo obciążają dolną część kręgosłupa. Jednym z lepszych ćwiczeń na grzbiet i brzuch jest "poziomka" (joga, ale nie pamiętam, jak się to tam nazywa): podpierasz się rękami na podłodze, łokcie pod biodra, i reszta do poziomu. Od tego można przejść do "skorpiona" - czołem na podłogę, a nogi wyprężasz w górę, ile grzbiet wytrzyma... później są jeszcze inne bajery, ale to nie na teraz. Opanowanie każdej pozycji czy ćwiczenia, to jak lizak dla dzieciaka, chce się następnego No i podstawa: opanowanie oddechu, w każdej sytuacji, joga w tym pomaga, ale oddech to osobny duży temat. Do tego można dołożyć zabawy izometryczne - można to ćwiczyć zawsze (no prawie) i wszędzie (też prawie). Taniec, taki całkowicie spontaniczny, w pustym pokoju, najlepiej z elementami walki z duchami - równowaga, timing, koordynacja ruchów itp. No i to tyle na razie.
  10. Z tą punktową symetrią, to niekoniecznie... Moment pędu powinien zostać, czyli raczej jakiś twór toroidalny, no chyba że w pobliżu tego, co nazywa się "osobliwość", składowe momentu pędu włażą pod nieoznaczoność. Poza tym... chyba już spać W skali kosmicznej nawet pewne, zakładając istnienie Wielkiego Wybuchu i ewolucję Wszechświata. A "tu i teraz"? Być może, ale raczej w stopniu niewykrywalnym w dostępnych nam zakresach czasu i przestrzeni. No i te "znane nam" to pewnie tylko niezbyt dokładne przybliżenie. Itd.
  11. :D Śryste Panie! Bastard - to ja już nie żyję! Mliko żłopię od dzieciaka w strasznych ilościach - jakie się trafi, najchętniej z krowiego cycka, ale jak nie mam dostawy, to z flachy, kartoników i dowolnych innych pojemników, byle niegotowane, słodkie i w dowolnych stadiach kwaśnięcia. Dawniej litrami piłem herbatę (słodką jak cholera, dwie kopiaste na szklankę, inaczej do gęby nie wchodzi), teraz od paru lat rozpuszczalną kawę w takich samych ilościach, rozpuszczaną w niegotowanej wodzie (własna studnia, 12 m przepływowa, dolomit) słabą, ale tak samo słodką. Wodę tylko ze strumyka albo kałuży w lesie, jak surowych grzybów się nażrę i popić trzeba (żyjątka i liście odcedzam między zębami). Zeżeram wszystko co tłuste i słodkie, "czystego" mięsa nie lubię, polędwica czy (tfu!) kurze piersi, tylko jak muszę, np. u kogoś jestem, a z wlasnego wyboru wszelkie boczki (żrę jak tort), golonki, ochłapy i wnętrzności... szpik to największy przysmak, no może na równi z wędzoną słoniną. Jajka (robaczkowe, bo mam kilka swoich idiotek) w dużych ilościach. Zielsko i korzony, jak mi się zachce, zwykle surowe, bo gotowane gorzej wchodzi. Owoce różnie, ale węgierki (najlepiej już lekko przemrożone) i dzikie gruszki w ilościach hurtowych. Morwy działają na mnie jak narkotyk - odpadam od drzewa dopiero jak już ustać nie mogę... a kiedy tylko trochę się w żołądku uklepie i trochę wysika, apiat' pod drzewo. Dżemopodobne wynalazki - kilkadziesiąt słoików rocznie, tylko własna produkcja (owoce + cukier), te sklepowe to zwykle sama galareta, w dodatku za mało słodka (dawniej bywały ok.) Ciasta wszelkie i inne słodkości, suszone owoce, orzechy - ile się zmieści. I tak dalej... wszystko, co najbardziej niezdrowe (z papierochami włącznie, tylko alkohol w niewielkich ilościach). Żrę kiedy mi się zachce (śniadanie zwykle po 5-10 godzinach "życia"), raz na dobę, dwa razy, albo pięć czy siedem. A mogę i dwa, trzy dni nie żreć... głodu, takiego "skręcania żołądka", praktycznie nie odczuwam, to jest raczej informacja, że coś by się przydało na ruszt wrzucić, ale emocjonalnie neutralna, bez przykrości moge ją zignorować, po paru godzinach będzie następny sygnał, i tak do skutku. Po ok. dwóch dobach przychodzi "strzał" energii i mogłym chyba już nie jeść aż do zdechnięcia (nie sprawdzałem, max. pięć czy sześć dni, kiedy się odchudzałem przed komisją poborową) Dzisiejsze żarło: micha racuchów z kwiatami czarnego bzu (głęboki olej) mocno posypanych cukrem, ok. 0,5 kg truskawek (niemytych, bo mi się nie chciało) taplanych w cukrze, jajecznica z pięciu, na smalcu (dużo), tak +/- ćwiartka (ok. 150 g) wynalazku, który "chleb bałkański" się nazywa (niezły), pół litra płynu mlekopodobnego 3,2 z kartonu, 2 litry sików rozpuszczalnokawowych z dużą ilością cukru... Może jakoś po tym wszystkim dożyję do jutra (a właściwie to do dzisiaj, bo niedługo pobudka) A propos "dzisiaj": super będzie - trzydziestkę zapowiadają, a może i więcej pociągnie. Do tego całkowicie rozregulowany rytm dobowy, a właściwie jego brak. Śpię w najróżniejszych porach, krócej lub dłużej, a bywa, że wcale (max. było 60 h., myślałem że po tym będę spał min. 12, ale obudziłem się po godzinie, całkowicie wyspany). W zimie często np. 3+3, albo np. 4+2x25', albo jak pies - nie mam nic lepszego do roboty, to parę minut kimki. Ale potrafię i 12, a niekiedy i więcej jednym ciurkiem. W lecie różnie, zależy od pogody - od 0 do 8, w różnych kombinacjach. + życie na adrenalinie, jak jej zbyt długo nie ma, to dostaję k..wicy. I trochę innych takich spraw (np. dziwne treningi, sprawdzanie granic możliwości organizmu, itd., itp). W sumie maksymalnie niezdrowy sposób życia, przynajmniej wg wszelkich norm. I ciągle jeszcze (chyba) żyję. Mam 61 (licytowałem 40, czyli 21 to już nadróbki). Dolegliwości praktycznie tylko te wrodzone (niedokrwienie rąk i nóg, nietolerancja zimna, zaczynam marznąć już ok. +15 bez Słońca - jak świeci, to ok. 7-10, ale za to +40 w cieniu to pełny napęd; do tego ciśnienie często na poziomie minimum; trafia się częstoskurcz). No i chudość od urodzenia. Od ponad 40 lat 54+/-2 na wadze (wzrost 180). Wyniki badań ok., cukier i inne takie zawsze w normie, goi się wszystko błyskawicznie, chociaż jedyne odkażania i opatrunki to porządne wyssanie krwi (jeśli miejsce na to pozwala, a jeśli nie, to tylko wyrzucenie paprochów i wyciśnięcie krwi ile się da). Sraczki i inne takie przyjemności... a co to jest? Nawet w dziwnych krajach i miejscach, gdzie wszyscy s... dalej niż ich wzrok sięgał. No może raz na 2-3 lata złapie na parę godzin, jak coś do flaka się przyklei (np. skórka od pomidora). Martwy ciąg - 120 bezproblemowo, więcej nie sprawdzałem (ten wynik wyszedł przypadkowo, na betonowym słupku), jak na takiego chudzielca po 60. to chyba nienajgorzej. ... ... ... bo jeszcze parę ciekawostek by się znalazło Hmm... czyli gdybym żył zdrowo, to do tych 150 Afordancji bym dociągnął? A może już dawno nie żyję... zombie podobno na innych zasadach działają niż żywi
  12. Sam taksony wpakowałeś... Przy okazji: ten ktoś, który pierniczył, to (podobno) niejaki Albert E., ksywka mc2 (podobno), bo nie sprawdzałem, a z tymi cytatami różnie bywa.
  13. To nie tylko czysto formalne czepienie się było Bardziej o sam mechanizm mi chodziło - po tych miliardach lat ewolucji ogólna pula genetycznie utrwalonych i przekazywanych możliwości przystosowawczych na pewno jest bardzo duża, do tego mogą dojść jakieś nowe, jednak np. gatunek (bez sporów o definicję) może wykorzystać tylko niewielką ich część. Co z tego, że w talii będzie (nawet) komplet kart, jeśli w rozdaniu mamy tylko pięć, które w danej rozgrywce mogą okazać się całkiem nieprzydatne. Z tymi pszczołami? Może tak, może nie... przewidzenie skutku jest równie trudne, jak prognoza pogody na 03.01.2016 na południowo-wschodniej szkieletczyźnie, chociaż można przyjąć, że bardziej prawdopodobny będzie niezły zapiździel, jak to w kieleckim bywa, niż +30 i lekki wiatr z południa
  14. Aż tak paskudnie tego nie widzę, szczególnie w tym, co mnie interesuje. Zresztą mało mnie te wszystkie ogólnoludzkie (też w nauce) sprawy obchodzą, interesują mnie wyniki. A wracając do "wydaje się": patrząc z mojego, ściślackiego głównie, punktu obserwacyjnego - im więcej u autora pewności, tym zwykle u mnie więcej wątpliwości.
  15. Bywa gorzej, kiedy do rozpoznania czlowieka potrzebny jest zwykle albo bardzo długi czas znajomości, albo silne skojarzenie z miejscem, przedmiotem itp. Jedna z wielu moich "przygód": bawię się m.in. numizmatyką. Jak mieszkałem jeszcze w WAW często w niedzielę bywałem na jednym z bazarków, gdzie swoją budkę ze strociami miał X. Przeglądałem co ma, zwykle trochę pogadaliśmy o blaszkach i papierkach, parę rzeczy od niego kupiłem. W jeden z dni tygodnia chodziłem do klubu kolekcjonerskiego, gdzie siadałem przy stoliku najczęściej z Y i Z. Dwie godziny gadania, grzebania w klaserkach itd. Byliśmy oczywiście na "ty", często podwoziłem Y do domu, bo mieszkał niedaleko mnie. Po mniej więcej roku mojego bywania w tym klubie, zobaczyłem u Y klaserek z monetami, które widziałem u X na bazarku. "Kupiłeś całość?"... no i możecie sobie wyobrazić reakcję Y, kiedy okazało się, że przez cały rok nie wiedziałem, że X i Y to ten sam ludź! Natomiast monety "obu" poznawałem bezbłędnie, zresztą wiele z nich i teraz, po ok. 20 latach był poznał Wtedy okazało się, że XY przez pomyłkę wziął do klubu klaserek "bazarowy" - gdyby nie to cholera wie jak długo jeszcze dla mnie X i Y to by były dwa ludzie Nie jest to przy tym klasyczna prozopagnozja - każda twarz jest dla mnie inna, ale brakuje identyfikacji "a to ten" (rzadziej "ta", jeśli "ta" jest fajna, chociaż i w tym przypadku bywają zabawne sytuacje). Ogólnie pamięć mam dobrą, do rozmów często dosłownie magnetofonową; przedmioty, nawet takie, które przez chwilę widziałem potrafię nierzadko rozpoznać po latach; sytuacje często mogę odtworzyć jak na filmie; w miejca, w których kiedyś byłem, i to przez chwilę, trafiam nierzadko po 10 czy 20 latach bez map, nawigacji i innych takich... Ale twarze, nazwiska, też niepowiązane ciagi cyfr, liczb, liter (np. numery telefonów, numery rejestracyjne)... Czasem wiem, że kogoś już widziałem, ale kompletnie nie kojarzę kto i gdzie. Jeśli dostanę informację "gdzie", to zwykle jakby ktoś film mi puścił, już wiem kto i co, ale nazwiska nadal sobie nie przypomnę W sumie mnie to raczej bawi niż wkurza, chociaż powoduje różne dosyć dziwne sytuacje i przygody. Uff... ale klawiaturę wymęczyłem
  16. Z tą "każdą ewentualnością" to chyba lekka przesada... tak o parę rzędów wielkości, oczywiście przy założeniu, że tych ewentualności jest skończona ilość
  17. W tym przypadku (np. pogoda) nie tyle ilość zmiennych ma znaczenie, co funkcja w której te zmienne siedzą. Dokładniej liniowość/nieliniowość tej (tych) funkcji. Najogólniej: funkcja liniowa reaguje na wyjściu (wynik) proporcjonalnie do zmiany wartości zmiennej na wejściu, czyli załóżmy, że wprowadzając na wejściu wartość 1,43242 dostaniesz wynik 2,86484, a w przypadku 1,43243 wynik 2,86486 (itd.), natomiast funkcja nieliniowa może być np. taka, że dla 1,43242 wynik będzie też 2,86484, ale już dla 1,43243 będziesz miał wynik np. -7,69350 (i bez "itd.", bo dla 1,43244 wynik może być 63984,45). Niektóre funkcje nieliniowe, m.in. te używane do symulacji zmian pogody, bywają bardzo czułe na minimalne nawet różnice zmiennych na wejściu. Co do mózgu, jego struktury itd. - to całkiem nie moja działka, natomiast obserwując działanie i własnego układu poddeklowego, i innych osobników, widzę w tym często silną nieliniowość: minimalna zmiana bodźca może spowodować całkowitą zmianę reakcji. Przypomina to często równowagę długopisu postawionego na baczność na kulce
  18. Niekoniecznie... te gwiazdy też mają swoje orbity i planeta może być przechwytywana. Taki układ prawdopodobnie by był niestabilny, ale jakiś czas to by mogło działać.
  19. Hmm... wyrzucasz jakieś 80% współczesnej fizyki, astrofizyki i kosmologii, 90+% humanistyki i innych takich, a ile biologii i okolic, policz sam, bo to Twoja działka Też bym chciał: "teza -> twardy dowód -> sprawa zamknięta", ale rzeczywistość (i to przede wszystkim nie ta wewnątrznaukowa) na taki luksus tylko niekiedy pozwala, raczej rzadko. A poza tym, "wydaje się" można sprawdzać - jak tego "wydaje się" nie ma, to i nie ma czego sprawdzać
  20. Albo taka właśnie jest natura rzeczy. Liniowość procesów (nawet pojedynczych) jest zwykle ograniczona do niewielkiego zakresu wartości zmiennych, a później robi się ciekawie Szczególnie, kiedy kilka procesów nakłada się na siebie.
  21. Dynamika nieliniowa Tutaj dosyć fajnie temat zrobiony: http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:im7lbjhKBr8J:http://www.waszczyk.pl/publikacje/2002/Wplyw_teorii_chaosu_2002.doc%2Bchaos+fizyka&oe=utf-8&channel=suggest&hl=pl&&ct=clnk
  22. Z Onetu, ale fajne: http://facet.onet.pl/warto-wiedziec/tyle-wody-znajduje-sie-na-ziemi/d6vp8
  23. Hmm...zakładając normalny rozkład wszystkich rozkładów normalnych, to i delta Diraca wśród nich trafić się może Podejrzewam, że gdyby dobrze poszukać, to w naturze (tej "żywej" - dlaczego "-", to później) coś by się znalazło, przynajmniej like. W nieżywej naturze trochę tego jest (ładunki itd.) Spotkałem... nawet kilka razy. Najciekawiej było, kiedy w Białowieskiej fociłem grzybstwo fajne między dwoma zwalonymi pniami. Usłyszałem trzaski, chrumkania i ciamkania... wystawiłem łeb, a z drugiej strony pnia, czyli ok. metr ode mnie, pokazał się ryj... Stara z kilkoma młodymi, które zdążyły już okrążyć pnie i mnie w środku. Popatrzyliśmy na siebie przez kilka sekund, i zgodnie, z pełnym spokojem, zabraliśmy się do swojej roboty - ja do focenia, ona do żarcia. To był jeden z ogonków krzywej. Środek jest taki, że widzi się najwyżej (jeśli w ogóle) chowające się w krzakach tyłki. Atak to też ogonek krzywej, ten drugi. Trochę to chyba bardziej skomplikowane. Trzebaby wziąć pod uwagę nie tylko krzywą dla samców, ale i dla samic. Wyjaśnienie może być wtedy czysto matematyczne. I czwarta by się przydała, od góry, bo bez niej może jebn*ć jak maszt w Gąbinie "Życie"? A może taki przepis na definicję ŻYCIA byłby skuteczny: 1. porzućcie logikę klasyczną 2. przejdźcie do rozmytej 3. dodajcie zbiorom ze 2-3 wymiary i... 4. może w miarę sensowną definicję dałoby się zmontować
×
×
  • Create New...