Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

ex nihilo

Users
  • Content Count

    1810
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    79

Everything posted by ex nihilo

  1. Motylki, ekoterrotyści, wróżbici z koziej duszy... czyli nie jest źle, nie trza psuć... Nie jestem ani z "tej" organizacji, ani z innej, w ogóle swołocz dzika jestem i przez cały swój żywot niezorganizowana. Opps, sorki, przez jakiś czas byłem (za przeproszeniem) członkiem Polskiego Towarzystwa Entomologicznego, i PZW kiedyś też, więcej grzechów nie pamiętam. A czterdzieści lat temu... Może nawet dokładnie 40, bo gdzieś w połowie lat 70., leciałem z Kołobrzegu do Katowic (Pyrzowice). W połowie drogi samolot robił skręt, widoczność była doskonała - zobaczyłem wtedy olbrzymią brązową kopułę, przykrywającą teren od mniej więcej Gliwic do Nowej Huty... Był to koniec lipca, okres urlopów, część fabryk pracowała na pół gwizdka, lato, nie było palenia w kotłowniach i piecach. Łatwo sobie wyograzić jak to musiało wyglądać w zimie. Często jeździłem pociągiem z Katowic do Gliwic - mogłem cały czas mieć oczy zamknięte, a i tak z dokładnością do kilometra wiedziałem, gdzie akurat jestem - po smrodzie, każdy kilometr śmierdział inaczej. Widziałeś wtedy zniszczone lasy w Sudetach? I Puszczę Jodłową, z której zostały gołe patyki? Kwaśne deszcze. Ja to widziałem, i fotki też robiłem, nie dla jakichś ekoterrorystów, a dla Istytutu Badawczego Leśnictwa. Widziałeś, niejawne wtedy, mapy zanieczyszczenia wód?... I tak dalej. Nie tylko u nas tak było, nie lepiej było w Zagłębiu Ruhry, czy innych ośrodkach przemysłowych (Lille itd.). To nie zniknęło. Przeniosło się do Azji, w skali x10, albo i 30. I "to" ciągle robi się większe, chociaż stąd, od nas, tego nie widać, dostajemy takie czy inne g. ładnie opakowane w błyszczący plastik. Plastik? Miliony ton w Wielkiej Plamie na Pacyfiku i miliony wszędzie indziej, też w naszych lasach i nie tylko w lasach, wszędzie. Widziałeś te fotki ptaka z ponad 200 plastikowymi śmieciami w bebechach? Jeśli nie, to spróbuję znaleźć i tu wrzucę. To już nie tylko ośrodki przemysłowe, to jest wszędzie. I do tego 7 miliardów chomików sapiących, które chcą żyć tak, jak pół miliarda w USA, Zachodniej Europie czy w Emiratach. I to już, natychmiast, bo widzą to w internecie. Motylki. To był tylko taki przykład. Jak z tego co wyżej napisałem wynikać może, moje obserwacje tych motylków i innego robactwa też, nie są takie całkiem amatorskie - przez prawie 10 lat w czasach dawniejszych zajmowałem się tym zawodowo. Suszy, takiej prawdziwej, w moich okolicach nie ma, jest sucho. ale wilgoci i dla zielska, i dla robali i reszty wystarcza, tylko ślimaki mają problem. Tutaj, na wsi, mieszkam ponad dziewięć lat. I jest coraz gorzej. Jak tu przyjechałem jeszcze aż tak źle z robalami nie było. Dzisiaj wieczorem siedziałem na zewnątrz, o tej porze roku i przy takiej pogodzie pod lampą powinno się kłębić. A co było? Jedna mucha, dwa złotooki, trochę owocówek i kika sztuk innego drobiazgu. I to wszystko. Reszta wyniszczona. Wokół kilkaset kilometrów kwadratowych przemysłowych sadów, głównie jabłonie. Coraz więcej. W sezonie ok. 40 oprysków. Część to nawożenie dolistne i takie inne, ale 10-20, w zależności od warunków w danym roku, to trucizny. Do tego hektolitrami lany randap. I koszenie wszystkiego, co tylko na parę centymetrów od ziemi odrośnie. Podobnie przy domach - lotniska z betonowych kostek (zlewanych randapem) i trzycentymetrowej trawki + trochę iglaków i kwiatków, najczęściej egzotyka, niejadalna dla naszych robali. Od czasu, jak tu przyjechałem, wycięte zostało jakieś 70-80 % starych drzew. Na opał, albo po prostu "abo tak", bo stare drzewa niemodne, a piły spalinowe tanie. Gdzie indziej jest podobnie. Wszystkie uprawy są do oporu zlewane chemią, a każdy chwastek to wróg. Wokół domu ma być ślicznie i plastikowo. Zwierzęta? W mojej wsi (ponad 500 mieszkańców) są trzy krowy, średnio 2-3 świnie, jeden koń, trochę kur (niewiele), no i mój cap. + trochę psów i kotów. Ja i tak mam nieźle, bo za mną jest duży (ze 2 ha) "nieużytek", który cudem niemal (bo to własność KK), jako nieużytek się ostał. Trochę jest koszony i to wszystko. Ogromne stare lipy, sporo krzaczorów, zielsko jakie się chce, teren od suchego do bajorek. Ale te 2 ha to za mało, żeby robactwo tam żyć mogło. Pustynia, albo i gorzej (mam porównanie ). Jak przyjechałem były tu nietoperze... Nie ma ich już od jakichś 3-4 lat. Nie miały co żreć. I tak dalej. I nie tylko tu. Czy to już katastrofa? Hmm... Dziki i sarny (i reszta oprócz kun) w mieście. Nie są tam z własnej woli, to wygnańcy, którym zniszczono środowisko. Wystarczy porównać zdjęcia lotnicze i satelitarne okolic miast (nie tylko tych największych) sprzed 20 lat i teraz, i będzie dokładnie widać o co chodzi. Te zwierzęta w mieście nie mają żadnych szans przetrwania, może kilka w większych parkach. Reszta tak czy inaczej zginie. I tak dalej, i tak dalej, itp., itd. Może komuś taki świat się podoba, szczególnie, kiedy nie miał okazji poznać innego, bo za późno się urodził, i taki techno-plastikowy świat jest jego naturalnym środowiskiem. Mnie wkoorvia, i to na tyle, że od jakiegoś czasu straciłem chęć na jeżdżenie gdziekolwiek - u nas i nie tylko. A kiedyś dosłownie dnia na tyłku usiedzieć nie mogłem, i na szczęście siedzieć nie musiałem. Ale to inna sprawa, bo to nie katastrofa, przynajmniej w skali nie tylko mojej. Ale czy taki świat przetrwa? Czy w tym pędzie do rozwoju i postępu (a może raczej rozboju i podstępu) nie została już przekroczona granica, poza którą "funkcja świata" musi stać się skrajnie niestabilna? Na szczęście do wykitowania dużo mi nie zostało, to co licytowałem zostało już ugrane, teraz od dłuższego czasu jadę na nadróbkach. I, też na szczęście nie mam dzieci, nie chciałem ich mieć od czasu, kiedy poznałem wykresy demograficzne i zobaczyłem to, co widziałem 40 lat temu (chociaż to nie była jedyna przyczyna)... Teraz twierdzę, że się nie myliłem. A jak będzie dalej - okaże się. Mam nadzieję, że jednak byłem i jestem prorokiem z koziej doopy... ale to tylko nadzieja, bo to co obserwuję, i co narasta w postępie geometrycznym, tej nadziei potwierdzać ni cholery nie chce.
  2. Sławko: Normalka, krzywa Gaussa No i znowu krzywa Gaussa. I dobrze, bo delta Diraca byłaby silnym hamulcem
  3. Nie stoimy - pełzniemy do przodu, coraz szybciej... Edycja: A może już nie pełzniemy... może już lecimy, w dół, na mordę... W tym roku widziałem tylko kilka motyli - jednego cytrynka i parę pokrzywników. Nie mieszkam w centrum WAWy, mieszkam na wsi.
  4. Z tą definicją nauki sprawa nie jest taka prosta... Wrzucę cytat z Wiki ("nauka"): Koncepcja falsyfikowalności jako rozróżnienia nauki od nienauki napotyka na problemy w zakresie nauk humanistycznych, które nie bazują na metodologii, która może być uznana za łatwo wymierną matematycznie czy statystycznie, choć tradycyjna metoda naukowa przewiduje tutaj możliwość falsyfikacji w oparciu o zebrany materiał historyczny. Niemniej natura niektórych badań, np. w zakresie teorii poezji, powoduje, że nie mogą one być poddane jakiejkolwiek falsyfikacji. Podobne problemy występują też przy wielu teoriach psychologicznych i socjologicznych. Według jednych (np. pozytywistów logicznych) tego rodzaju wiedzy nie można zatem traktować jako nauki, tylko jako rodzaj próby w miarę systematycznego opisu zjawisk, które z natury nigdy nie poddadzą się pełnemu naukowemu opracowaniu. Inni jednak próbują uznawać tego rodzaju wiedzę za naukę ze względu na naturę jej tworzenia, która polega na badaniu, dyskutowaniu i publikowaniu otrzymanych wyników, jednak bez możliwości ich falsyfikacji, a co modniejsze ostatnio, także bez jakiejkolwiek weryfikacji merytorycznej (porównaj Sokal hoax). No i zajrzyj np. do hasła "teologia". A w odniesieniu do historii sprawa jeszcze się komplikuje, i to znacznie. Niezależnie od zabaw definicyjnych - biorąc pod uwagę naukę, jako ciągły proces poznawania i przekazywania wiedzy mniej czy bardziej naukowej, to nauka współczesna wywodzi się ze średniowiecznych europejskich (chrześcijańskich) uniwersytetów. Tylko w tym przypadku zachowana jest ciągłość tego procesu do tego, co współcześnie uznawane jest za naukę. * Tu nie ma o co się bić, po zastąpieniu logiki klasycznej logiką rozmytą (fuzzy logic) problem znika A z Ptolemeuszem? O to właśnie chodziło, że problem kto "to" zaczął jest sztuczny... w nauce ważne są wzorki, a nie takie czy inne pierdoły do nich dołączane. Chociaż fakt, że te pierdoły potrafią namieszać. Edycja: * - też zasady tej zabawy, którą współcześnie uznaje się za naukę, zostały sformułowane na uniwersytetach w chrześcijańskiej Europie.
  5. O tą naukę Ci chodzi? To w dużym stopniu sprawa definicji... Na średniowiecznych chrześcijańskich uniwersytetach nikt z Ptolemeusza nie robił św. Ptolemeusza, i teraz też nikt tego robić nie próbuje.
  6. Nie wiem dlaczego aż tak Cię to męczy i dręczy... bo mnie, jako bezbożnika z półwiecznym stażem, ani odrobinę Nikt przecież nie zmusza do naklejenia krzyżyka na klawiaturę, ani do paciorka przed wykładem. Co innego religia w podstawówce, ale na tym poziomie dowolna indoktrynacja (też np. ateistyczna) nie powinna raczej mieć znaczenia. Wzorki są dokładnie takie same dla Dawkinsa, ks. Hellera i mułły al-Quantuma... A interpretacje? To już powinien każdy dla siebie, niezależnie od tego, kto i co mu podpowiada. A poza tym, zawsze warto posłuchać myślących inaczej, oczywiście, kiedy mówią ciekawie. Jak wszyscy klepią to samo, to z nudów kitę odwalić można
  7. Też nie jestem fizykiem, chociaż niewiele do tego brakowało... przeszkodziła seria zdarzeń - dosyć dziwnych i przypadkowych Ale dzięki temu mogę sobie pozwolić na luz w myśleniu i dowolne herezje, co też ma zalety A co do zjawisk kwantowych - do nas też się odnoszą, a nawet wszechświata jako całości, tyle że są one na ogół daleko poza granicami błędu pomiaru.
  8. Przeciwnie - gdyby test Bella wykazał, że istnieje jakiś deterministyczny układ sterowania zachowaniem cząstek i nie ma tej EPRowej nielokalności, to właśnie wtedy bym uznał, że albo ze światem coś nie tego jest (np. jakaś bozia nim steruje), albo... cholera wie co "albo". W sumie świat jest w bardzo dużym stopniu realny: cząstka oddziałująca (np. zderzająca się z czymś, związana w atomie itd., itp.) ma nieźle określone właściwości. "Nierealność" dotyczy przede wszystkim cząstek swobodnych, których właściwości stopniowo "rozmywają się" - od stanu określonego (oddziaływanie) do stanu superpozycji (obojętnie jak rozumianej) wszystkich stanów możliwych dla danego rodzaju cząstek. Czyli Ty czy ja i nasze otoczenie jesteśmy obiektami niemal stuprocentowo realnymi, deterministycznymi i lokalnymi. A tak przy okazji można się zabawić i spróbować pozbyć się paradoksów. Oczywiście bedzie to wyjście poza porządną, twardą fizykę Założmy, że cząstki nie są jakimiś zanurzonymi w przestrzeni materialnymi obiektami, a są stanami (potencjałami, strukturami) samej przestrzeni, nieważne w tym momencie ilu wymiarowej. Cząstka swobodna byłaby rozmytym - zgodnie z ewolucją funkcji falowej - "glutem" wszystkich dostępnych właściwości (potencjałem), który w momencie oddziaływania zbierałby się do kupki (w t=0, ograniczenie do c w tym przypadku nie musi obowiązywać, cząstka nie przemieszcza się jako całość, a tylko lokalizuje) tworząc zdefiniowaną i zlokalizowaną strukturę, którą rejestrujemy jako cząstkę. Po zakończeniu oddziaływania struktura powracałaby do stanu potencjalu stopniowo się rozmywając. Cząstki splątane oddalając się od siebie nadal mogłyby pozostawać z sobą połączone splątaną właściwością. Byłby to jeden układ fizyczny, wewnątrz którego w momencie wyjścia ze splątania nie zachodziłby żaden przepływ energii, a jedynie cząstki "dzieliłyby się" wspólną superpozycją którejś (którychś) z potencjalnych możliwości, czyli mogłoby to zajść w t=0. Gupie? Pewnie tak, ale mnie taki obrazek bawi
  9. Ok., rozmowa bardzo fajna, dr Chwedeńczuk tłumaczy te sprawy w sposób faktycznie najprostszy z możliwych, ale ani z tej rozmowy, ani z całej 'kwantologii' nie wynika teza ogólna, że "świat nie jest realny!"
  10. I tu jest pytanie, czy informacja w ogóle jest przekazywana... czy raczej jest to jeden układ fizyczny (niezależnie od odległości), który tej odległości "nie widzi". Coś w rodzaju ciągniętej z gęby gumy do żucia A możliwości istnienia dodatkowych wymiarów, jak to napisałeś, nierówności Bella nie negują, nie negują też możliwości przekazania przez nie informacji, a jedynie zaprzeczają istnieniu ukrytej w dowolnych wymiarach deterministycznej wiedzy o zachowaniu cząstek.
  11. Nie takie to proste... mąka jest nieprzeliczalna, ale jednostki miary tej mąki przeliczalne są, chociaż niekoniecznie w liczbach naturalnych (3,674762 kg). A jak ktoś bardzo się uprze, to i bezpośrednio mąkę przeliczyć może, bo ziarnista jest. Czyli... po cholerę to?
  12. "Liczba" jest przede wszystkim niewygodna, też jako "liczba sztuk", szczególnie w sytuacjach, kiedy żadna konkretna liczba nie jest podana. To takie grzebanie lewą ręką w prawym uchu... "Ilość" jest jednoznaczna w każdej sytuacji, a w języku (komunikacji) o to przecież głównie chodzi. Co do tego raczej sporu nie ma, reszta to były zabawy na zasadzie "no ale ugryźć gada warto spróbować"
  13. Od końca zacznę: a co to znaczy "po polsku"? O jaki formalny zapis Ci chodzi? Jak najbardziej może być liczba czegoś, czego nie ma - w sumie na tym właśnie polega matematyka. Liczby to obraz jakichś zależności, a co konkretnie sobie pod to podłożysz ("o czym mowa"), to już Twoja sprawa. To nie tyle "znaczenie potencjalne", co abstrakcyjny opis fragmentu rzeczywistości. "Pięć" tak naprawdę niewiele różni się od "cegła"
  14. Być może w językoznawstwie "pięć" nie znaczy nic, ale ilość (liczba?) językoznawców, to pewnie gdzieś w okolicach 0,01% populacji (w Polsce, bo gdzie indziej może być 0.00), czyli dla 99,99% populacji "pięć" oznacza "więcej niż cztery i mniej niż sześć" (nieważne czego) Hmm... masz jakieś konkretne liczby na poparcie tej tezy (ilość/liczba obliczeń)? I czy rachunek był ciagniony (haki w szkole, stres autorów i redaktorów itp., itd), czy netto, dla samych "obliczeń". Co do reszty pełna zgoda... -> pozbyć się tego cholerstwa!
  15. Tylko czy zaznaczanie policzalności/niepoliczalności jest w ogóle potrzebne? Co to daje? Szczególnie kiedy "to coś" nie jest jeszcze policzone albo wynik tego liczenia, jakaś konkretna liczba, nie jest podany (itd., bo podobnych sytuacji jest więcej).
  16. "Pięć" ma znaczenie: więcej niż cztery, mniej niż sześć (zakładając naturalne) Ale nie tylko to: mogą być liczby rzeczywiste... itd.; jest np. liczba taka: NA = 6,022140857(74) x 1023 mol-1 i duża ilość (duża liczba???) jej podobnych... czyli dla "liczby" jest wystarczająca ilość (wystarczająca liczba???) zastosowań, żeby akurat od tego, moim zdaniem najmniej sensownego, "liczbę" wreszcie można było uwolnić. Zamiast "liczby litrów wody" wolę po prostu "ilość litrów wody" bo i tak oznacza to "ilość wody", tyle że w litrach liczoną... No i do tego granica między policzalnością, a niepoliczalnością, co właśnie przy tej "broni" jak szczurek z nory wylazło
  17. Dyskusja fajna, zaglądam co nowego... i za każdym razem w łeb wali mnie ta "liczba broni", masowych zabójstw zresztą też Po pierwsze: mam zasadnicze wątpliwości, czy broń to rzecz policzalna, raczej jest to pojecie ogólne, z natury rzeczy niepoliczalne. A po drugie: kiedy wreszcie zakończy się ten bezsens z "liczbą" (i tak dobrze, że nie "cyfrą") w znaczeniu "ile". Przyznam się bez bicia, że z pełną świadomosćią niezgodności z tym, co w szkołach pod dekiel mi wbijali, od zawsze używam tylko "ilości", "liczbę" zostawiając dla liczb prawdziwych.
  18. Raczej błąd przestanie być błędem
  19. Jest w tym jeden zasadniczy problem - zakładając, że Bogu chodziło o umieszczenie duszyczek w jakimś opakowaniu i sprawdzenie co z tym duchowo-materialnym układem będzie się działo dalej (->niebo / ->piekło), to zrobienie tak wielkiego wszechświata było trochę ryzykowne. Nawet gdyby Wszechświat ograniczał się do Układu Słonecznego, to i tak za dużo: walnie większa asteroida i wszystkie duszyczki hurtem do nieba lub piekła powędrują... a nie o to raczej w tym wszystkim chodzi. No chyba że podobne zdarzenia zostały w jakiś sposób przez Stwórcę wyeliminowane i nie ma co kombinować, jak z nadlatującą asteroidą się rozprawić, bo i tak w nas nie rąbnie
  20. Na Twe wezwanie... z nicości wyłażę Fakt, że to, co zaproponowałem, jest "obejściem" (podmiana powodu niemożliwości podniesienia), czekałem na protest, ale go nie było Można i bez obejścia: wszechmoc, to możliwość zrobienia wszystkiego, co się zachce. Czyli "chcę móc podnieść ten kamień (chociaż ciężki)" jest równoważne "chcę nie móc podnieść tego kamienia (bo za ciężki)" i to drugie chcenie będzie taką samą realizacją wszechmocy jak pierwsze, czyli wszechmocny może stworzyć kamień tak ciężki, że nie będzie mógł go podnieść, i żadnego paradoksu w tym nie ma - jak mu się zachce, to stworzy inny, jeszcze cięższy i go podniesie. Nie wiem czy podołam (wszechmocny nie jestem), ale zabawić się można: wszechwiedza jest efektem wszechmocy (chcę wiedzieć), podobnie jak wszechobecność (chcę być), i tak samo jak sama wszechmoc siłą tej wszechmocy może być w dowolny sposób ograniczana (chcę tego nie wiedzieć)... Gdyby wszechmocny nie miał mocy (odwracalnego lub nie, jak mu się zachce) ograniczania swojej wszechmocy (-> wszechwiedzy i wszechobecności), taki całkiem wszechmocny by nie był. No i nima (tu!) przestrzeni poza czasem Edycja: To samo, inaczej zapisane: znam wszystkie możliwe Twoje linie życia, teraz nie interesuje mnie, którą wybierzesz, ale jak mi się zachce, to sobie ją 'wyświetlę'. Edycja: Następne zdanie: " Inkarnacja Syna Bożego to jedyne wyjątkowe wydarzenie nie tylko w skali Ziemi, ale i wszechświata." Czyli... A co do tego: "Swoją drogą – czy tylko mnie denerwuje, że niezależnie od przekonań większość jest na tyle arogancka, że dyskredytuje przekonania innych? I że ci sami ludzie poświęcają czas albo na udowadnianie Biblii, albo jej tępienie itd., zamiast się zająć walką z arogancją?" Gdyby dało się to sprowadzić do arogancji, to może i fajnie by było, ale się nie da. Wiara (religie) to gigantyczny biznes i równie wielka władza. Gorzej, że nie da się wykluczyć i takiego wariantu, że wiedza stanie się niezrozumiała już nie dla 90% homików sapiących, a dla 99% i wtedy być może wiedza bedzie musiała zejść do podziemia (jeśli tam piekło jest, to może i ok., bo w piekle zimy chyba nie ma, no nie? ).
  21. Bezproblemowo Wystarczy ziarenko piasku w dowolnym punkcie, gdzie nie istnieje "podnieść" Żeby wygodniej było, ten kamień może być np. całym wszechświatem.
×
×
  • Create New...