Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Astroboy

Dieta by Bastard

Recommended Posts

Wystarczy przetrzymać dłużej mocz aby odkryć, że ciemnieje. Przyczyną tego jest odzyskiwanie wody z moczu. Skoro woda może to i wiele innych substancji też.

Oczywiście nie ma to takiej siły aby doszło do wytrącania i krystalizacji mocznika :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ale obserwacje "z natury" są takie nienaukowe, poza tym pewnie nie napisali o tym w necie. ;)

Pierwsze czego uczył nas na survivalu pewien dziarski staruszek, to oszczędzanie wody przez wstrzymywanie moczu i unikanie wysiłku i gorąca.

Odwodnienie jest dopuszczalne tylko do poziomu utraty potliwości, potem robi się nieciekawie.

Tabletki solne i manierka z wodą to najważniejsza rzecz w plenerze. :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja to pamiętam z lekcji biologii w podstawówce, obserwacje tylko to potwierdziły.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak się składa Bastard, że obserwacja jest ostateczną instancją, która falsyfikuje nawet najbardziej błyskotliwą teorię. ;)

 

Przypadkowo znalezione:

http://vumag.pl/pielegnacja/nasiona-chia-superzywnosc-czy-supermarketing/e59scf?utm_source=redakcja&utm_medium=sg&utm_campaign=styl_zycia&utm_content=nasiona_chia

Co o tym sądzicie?

Edited by Astroboy

Share this post


Link to post
Share on other sites
Pierwsze czego uczył nas na survivalu pewien dziarski staruszek, to oszczędzanie wody przez wstrzymywanie moczu

 

 

Ciekawy jestem Waszego zdania w tej mierze. Według mnie zasypany górnik przetrwał ponad 6 dni mimo tego, że pił własny mocz.

Podobnie rozbitkowie na morzu ginęli z pragnienia odwadniając się na skutek picia morskiej wody.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Alojzy_Piontek

Edited by Jajcenty

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z podrzuconego przez Astroboya linku:

 

Uwaga: po podgrzaniu cenne kwasy tłuszczowe zamieniają się w złowrogie tłuszcze trans.
To ja czegoś nie wiem czy ktoś coś pokręcił? Wydawało mi się, że tłuszcze trans powstają podczas utwardzania olejów roślinnych, a podczas podgrzewania dochodzi do utleniania ich, co jest podobno równie szkodliwe, ale mylenie pojęć mnie drażni. Ciekawi mnie też brak kalorii w kontekście oleistości... tłuszcz to tłuszcz, czasem lepszy czasem gorszy, ale zawsze mniej więcej tak samo kaloryczny.

O samych nasionkach nic więcej nie powiem. Bastard na pewno pochwali się wiedzą :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Inne kawałki internetu mówią o blisko 500kcal na 100g tych nasionek. 

Inna sprawa:

– siemię lniane ma 20% więcej Omega 3 niż szałwia hiszpańska
– szałwia hiszpańska ma 50% więcej błonnika niż siemię lniane
– siemię lniane ma ok. 100 razy więcej lignanów niż  jakakolwiek inna roślina na naszej planecie!

(źródło: http://www.akademiawitalnosci.pl/siemie-lniane-vs-chia-nasiona-chia-szalwia-hiszpanska/)

 

Coś piszą też, że siemię jest tańsze, ale nie chciało mi się szukać cen żadnego z tych... i tak raczej nie zacznę tego jeść.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciekawy jestem Waszego zdania w tej mierze. Według mnie zasypany górnik przetrwał ponad 6 dni mimo tego, że pił własny mocz.

Podobnie rozbitkowie na morzu ginęli z pragnienia odwadniając się na skutek picia morskiej wody.

http://pl.wikipedia.org/wiki/Alojzy_Piontek

Wszystko zależy od ilości soli w wodzie (Morze Bałtyckie lub Morze Martwe), stanu metabolicznego (z 1 g tłuszczu można wyprodukować 1,1 g wody, dlatego zwierzęta pustynne i hibernanty są tłuste) i stopnia odwodnienia.

Jeśli górnik czy rozbitek są jeszcze w niezłym stanie, picie jeszcze niezagęszczonego moczu lub niewielkich ilości wody morskiej jest ok.

Im więcej jednak soli wprowadzamy, tym więcej wody potrzeba do zachowania osmolarności krwi.

Dlatego do odrobiny wody morskiej rozbitek powinien dodawać wodę odparowaną z niej, a górnik powinien zlizywać wilgoć lub znaleźć jakieś jej źródło, nie oddychać za szybko i chronić się przed wysoką temperaturą.

Jednak 6 dni to nie jest bardzo długo i pijąc własny mocz i zlizując skroploną parę wodną można przetrwać nawet 10 dni, zakładając dobry stan wyjściowy i niezbyt wysoką temperaturę.

Mówi się, że zupełnie bez wody można przetrwać 3 doby, w temperaturze ok. 20 stopni Celsjusza, a potem pojawiają się halucynacje, choć jeszcze 2-3 doby nie zagrażają życiu, to zwykle ludzie świrują od zaburzonej pracy mózgu. :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

 

 

Jednak 6 dni to nie jest bardzo długo i pijąc własny mocz i zlizując skroploną parę wodną można przetrwać nawet 10 dni

 

Jaka strategia zapewnia dłuższe przetrwanie? Ja obstawiam (podobnie jak dziarski staruszek) wstrzymywanie się. Oczywiście fajnie jest mieć jakiekolwiek źródło wilgoci np w postaci kondensacji pary w worku foliowym, ale nawet wtedy odrobina czystej wody daje lepszy efekt fizjologiczny niż ta sama woda wymieszana z moczem. Tak mi się wydaje.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Gdybym miał ultimatum:

-powstrzymywałbym się z mikcją, aż do bólu nerek,

-ograniczyłbym pocenie się i szybkie oddychanie,

-żadnego jedzenia,

-znalezienie źródła jakiejkolwiek wilgoci (zwierzęta, rośliny, skroplona para wodna, własny mocz),

-przygotowałbym się mentalnie na bezruch, cierpienie i możliwe omamy zmysłowe.

 

Co roku przez tydzień-półtora chodzę po którychś górach polskich lub czeskich, z dala od szlaków i ludzi.

Kilka lat temu zdarzyło mi się pobłądzić i na ok. półliterku wody w manierce, liściach rozchodnika górskiego i szczawiu (tylko żułem dla wody, potasu i litu, a miąższ wypluwałem) i kilkunastu tabletkach glukozowo-solnych przeszedłem ~90 km w 5 dni (w dzień odpoczywałem, szedłem nocą).

Trafiłem na dwa zbiorniki ze stojącą wodą, ale nie odważyłem się napić (biegunka bakteryjna by mnie dobiła na bank).

Na szczęście, kiedy już ponad 2 doby byłem bez wody i przestałem się pocić, a żołądek zwinął mi się w bolesny węzeł, spadł deszcz i to był najlepszy płyn jaki piłem w życiu. :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Co do odwodnienia i picia różnych rzeczy to czytałem (nie pytajcie o szczegóły bo dawno to było) o pewnej starożytnej armii (w okolicach Egiptu) która pobłądziła na pustyni. Znalezione współcześnie szczątki "opowiedziały" że część żołnierzy zabiła współtowarzyszy aby wypić ich krew. Ta część umarła najszybciej po tych zamordowanych oczywiście.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja znowu czytałem o Indianach Północnoamerykańskich, którzy zgubili drogę w blizzardzie i chodzili po stepie kilka tygodni.

Wody mieli dosyć ze śniegu, ale po zjedzeniu swoich psów przymierali głodem.

Przeźyli dzięki otwieraniu żył na nadgarstku i piciu własnej krwi, podobno. :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dziś byłem zmuszony podjechać komunikacją miejską i powiem wam, że wrażenia zmysłowe są nieciekawe...

A teraz mały wykładzik na temat pochodzenia zapachu:

przy normalnej temperaturze (komfort termiczny - dawniej około 15-18st. C - dziś powyżej 20 - tak się biały człowiek zdegenerował w kilka pokoleń!) człowiek przez parowanie oddaje do otoczenia około 30% wytwarzanego ciepła z czego 10% przez parowanie płucne. U człowieka występują dwa rodzaje pocenia: pocenie nieodczuwalne (bezwonne) - skóra jest sucha, bo woda w małych ilościach bez udziału gruczołów potowych z naczyń krwionośnych przenika na powierzchnię skóry i paruje. To praktycznie czysta woda i takiego potu wydziela się 1-4 litrów na dobę.

Przy hipertermii spowodowanej pracą mięśni lub przy zbyt wysokiej temperaturze powietrza, przy zaburzeniach gospodarki hormonalnej występuje pocenie odczuwalne - skóra wyraźnie wilgotna. Nie jet to już czysta woda, bo około 2% (głównie sól kuchenna neutralna zapachowo), ale i smrodliwe substancje:

z gruczołów merokrynowych: anion chlorkowy, siarczany, fosforany amoniak kationy Na, K, a z organicznych: aminokwasy, mocznik i kwas moczowy, kreatynina i cholina,

z gruczołów apoktynowych: żelazo, białka, węglowodany i sterole.

Aby "żywcem nie zgnić" wraz z potem organizm wydziela również bakterio i grzybostatyki. Największą z nich grupę stanowią salicylany, tłuszcze, tłuszczopodobne powlekające całą powierzchnię skóry, jony metali, ciała keronowe, protony i niewielkie ilości wody utlenionej i ozonu. Substancje te zakwaszają odczyn skóry, hamują rozwój flory przejściowej odpowiedzialnej za nieprzyjemny zapach.

Z wyjątkiem konia i człowieka gruczoły potowe rosmieszczone są nie na całym ciele, a strefowo głównie w połączeniu z gruczołami zapachowymi odpowiedzialnymi za wydzielanie hormonów socjalnych - feromonów.

Aha, antyperspiranty są wybitnie rskotwórcze, dzięki aluminium i parabenom aplikowanym pod pachę, gdzie są świetnie wchłaniane do organizmu. :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

@Bastard

hm..jak już tak o tym poceniu to. jaki ma wpływ sauna? (tzn. pocenie się w saunie) Pozytywny czy raczej negatywny?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Samo pocenie w saunie to utrata wody i zakwaszenie powierzchni skóry.

Jeśli masz zdrowe serce to dobrze jest schłodzić ją pod chłodnym tuszem i kilkakrotnie czynności powtórzyć.

Korzystanie z sauny (suchej czy parowej) w przedziale temperatur 60-110 stopni Celsjusza, jest po prostu stresorem, na który nasze ciało reaguje zależnie od bardzo wielu innych czynników, dla jednych będzie pobudzającym ciało doświadczeniem, dla innych osłabiającą męką. :)

 

Jeśli intensywnie trenujemy kilka razy w tygodniu, to jedna sesja sauny tygodniowo, może przyspieszyć regenerację, ale sama w sobie sauna, jakaś magiczna nie jest.

Dla kobiet które robią peelingi (mechaniczne czy enzymatyczne), korzystają z mnóstwa kosmetyków, solarium i ogólnie "naukowo" dbają o ciało, forsowne pocenie się jest korzystne, bo normalizuje czynności skóry (największego naszego narządu) nadszarpnięte przez te zabiegi.

Moim zdaniem pocenie się u zdrowego człowieka jest obojętne, jeśli tylko uzupełnimy wodę, na pewno nie jest jakieś magiczne i nie ma żadnego sensu w tym, żeby "wypocić się kilka rady w tygodniu dla zdrowia", chyba, że mierzymy stopniem wydzielania potu intensywność wysiłku sportowego, wtedy tak. :)

EDIT:

Po treningu sauna sucha 100 stopni 3x4 minuty.

Ale wcześniej na siłowni sprzeczka o to, które białko lepsze i co to jest jego wartość biologiczna.

Podpowiedziałem, że poziom cholesterolu/fosforu organicznego w 100g produktu zwierzęcego to uproszczona, ale bardzo dobra miara jego wartości biologicznej na dietach niskowęglowodanowych, przy czym korelacja jest w przybliżeniu wprost proporcjonalna: im niższy poziom cholesterolu, tym niższa wartość biologiczna pokarmu. W/g tego kryterium najwyższą wartość biologiczną ma szpik kostny (3000), w dalszej kolejności mózg cielęcy (2800), podroby..., a mięso przeciętnie ma mizerną wartość biologiczną, bo poniżej 100mg/100g, a kawior jest praktycznie "niejadalny". ;)

Naturalnie nikt nie zrozumiał, w głowach nadal króluje ilość w gramach i kalorie. :)

Sama mieszanka dowolnych aminokwasów nawet uważana za "wzorzec aminokwasowy białka" podawana w formie tabletek, czy innej formie oczyszczonego białka jest niewiele warta (ma niską wartość biologiczną), tak jak olej kokosowy - czysty chemicznie olej nadaje się do baku diesla, a nie dla organizmu. Tak samo jest z żelatyną - skład aminokwasowy identyczny z kolagenem. Żelatyna jako oczyszczony zbiór aminokwasów jest do "D" , a kolagen - ten sam zbiór aminkowasów z "dodatkami" jest super. A z kolagenu pokarmowego w organizmie bez żadnego dodatku endogennego z wyjątkiem energii, powstanie każde białko organiczne, a nie tylko kolagen, dlatego "wymiana białek w organizmie" nie ma nic do rzeczy!Każde białko pokarmowe jest trawione do "zbioru aminokwasów", z którego później nie odtwarzane jest to samo białko - czyli albumina z albuminy, kolagen z kolagenu itd, bo gdy ma się np: katar to sporo aminokwasów z kolagenu, czy albuminy znajdzie się w immunoglobulinach, a jeśli się dużo ćwiczy fizycznie, to i aktyna, czy inna mioglobina też powstanie - z kolagenu, czy albuminy.

To zabawne, że aklohol, sacharozę buraczaną, nawet ziarno łuszczone wszyscy uważają się za "puste kalorie", ale oleju, czy żelatyny, masła klarowanego czy samych aminokwasów rozpuszczonych w wodzie z dodatkiem chlorku sodu (białko białka jaja) już nie. To ta sama zasada - NISKA WARTOŚĆ BIOLOGICZNA, a nie "puste kalorie..." - nic prócz energii.

Nie da się jeszcze przetłumaczyć, że na LC białko eojada się z żółtek czy podrobów, a nie z kazeiny czy serwatki, bo to tylko aminokwasy i woda, a w białku powinny być puryny, pirymidyny, kreatyna, karnozyna, kwasy organiczne, inozytol i wiele, wiele innych ciał czynnych, myślę, że części nauka jeszcze nie zna...

Edited by Bastard

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak mi wpadło:

http://biol-chem.uwb.edu.pl/IP/POL/BIOLOGIA/pdf/otylosc2006.pdf

"Na ich typowy rozkład tygodniowych zajęć składa się polowanie prowadzone w ciągu 3-4, zwykle nienastępujących po sobie dni. Oddzielone są one okresami odpoczynku, niebędącymi jednak czasem zupełnego braku aktywności.

W wielu kulturach są one bowiem wypełnione, na przykład całonocnymi wyczerpującym rytualnymi tańcami, mającymi zapewnić powodzenie w zbliżających się łowach. W ciągu przeciętnego polowania myśliwi przemierzają dzienny dystans wynoszący 14-19 km

(Sahlins 1968). Kobiety zaś zajmują się zbieractwem prowadzonym co drugi bądź co trzeci dzień. Są one również obarczone noszeniem najmłodszego potomstwa. Na rękach matek w pierwszych dwóch latach życia dzieci przenoszone są na średni dystans 1500 km (Lee 1979).

Wysoka aktywność fizyczna naszych paleolitycznych przodków nie byłaby możliwa bez wielu niezwykłych adaptacji charakteryzujących ludzkie ciało, odgrywających szczególną rolę w trakcie długotrwałego wysiłku fizycznego. W czasie marszu bądź truchtania ludzki organizm jest pod względem energetycznym równie wydajny jak czworonogi (Carrier 1984, Bramble i in. 2004).

 

Dlatego też mało które zwierzę potrafi nam dorównać w biegu liczącym dziesiątki kilometrów, szczególnie jeśli odbywa się on w promieniach palącego słońca.

 

Przy wysokiej temperaturze otoczenia zasadniczym wyzwaniem dla każdego poruszającego się zwierzęcia jest przede wszystkim pozbywanie się nadmiaru ciepła. W tym względzie ludzki organizm wydaje się być bezkonkurencyjny."

Share this post


Link to post
Share on other sites

W porządku.

Choć ja optuję za marszobiegiem i truchtem raczej, ale to niuanse bez wielkiego znaczenia.

Prywatnie uważam, że podczas raźnego marszu nasz specyficzny mięsień pośladkowy wielki jest w pełni aktywowany, a by zagonić zwierzę kopytne nie trzeba za nim biec, wystarczy go nękać. :)

https://www.facebook.com/Centrum.Synergia/posts/924325267592262:0

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzisiaj na spacerze koleżanka mówiła, że oczyszcza się z toksyn. :)

Tak z rękawa powiedziałem, że podstawowymi narządami do usuwania zbędnych pometabolicznych "toksyn" są płuca, nerki, wątroba i skóra, że o prostnicy nie wspomnę, a z "toksyn" najwięcej się produkuje CO2.

Ale organizm sam sobie doskonale radzi z oczyszczaniem, tylko nie trzeba mu przeszkadzać. ;)

Oczywiście są też toksyny z którymi organizm sobie nie radzi, ale one przeważnie powodują skutek śmiertelny.

Dodałem jeszcze, że glutation reguluje stan potencjału komórki, transportuje aminokwasy i jest kofaktorem np: peroksydazy glutationowej.

No chyba, że "oczyszczanie z toksyn" polega na "neutralizowaniu" nadtlenków (bez których nie da się żyć!)... to zgoda. :)

Chyba nie spotkałem się ze zrozumieniem. :)

 

I na litość, mezenchyma, uczyli mnie dawno temu i to w szkole średniej, że mezenchyma to zarodkowa tkanka łączna z której powstają kości, chrzęści, mięśnie i cala tkanka łączna, u dorosłych form nie występuje. :)

Dla zainteresowanych jakiś podręcznik do bromatologii.

 

Gdyby kto chciał dokładnie naukowo się żywić, indywidualne zapotrzebowanie na białko określa się BARDZO PRECYZYJNIE na podstawie badania zawartości azotu polipeptydowego (AP) w surowicy krwi, a na węglowodany (jeśli mamy badanie AP)nadmiar - triglicerydy, niedobór - ciała ketonowe.

"NORMALNY, ZDROWY" człowiek nic nie musi sobie badać - wystarczy zachowanie proporcji BTW i obserwowanie własnego organizmu. ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dzisiaj o głodówce, "bo nie wiedzą co czynią":

Tym, co chcą głodować napiszę tak: w trakcie głodówki ważne jest, aby pić do woli najlepiej czystą wodę.

Sama głodówka zaś to nic innego jak przestawienie organizmu na skrajną dietę wysokotłuszczową, przypominającą metabolizmem LCHF w fazie katabolicznej, w której praktycznie prawie 100% energii organizm uzyskuje z tłuszczu zapasowego.

Ponieważ organizm ma zaledwie około 1600 kcal, czyli energii na 24godz. PPM odłożone w glukozie, a jest ona niezbędna w głodówce do podtrzymania cyklu Krebsa, czyli praktycznie zamieniana na szczawiooctan, więc organizm uruchamia mechanizmy głównie hormonalne, prowadzące do jej maksymalnej oszczędności, głównie przez wysoką produkcję trzustkowego glukagonu i przyhamowaniu tarczycy.

W normalnych warunkach na diecie wysokowęglowodanowej powstały z węglowodanów acetyl jest praktycznie zamieniany na tłuszcz energetyczny i odkładany w mitochondrium jako podręczny materiał do betaoksydacji.

 

I tak: wątroba w głodzie pozyskuje energię z aminokwasów, a oddaje w ciałach ketonowych, mięśnie dostają kwasy tłuszczowe i ciała ketonowe, a oddają aminokwasy:  egzogenne, które przerabiane są dla CUN w neuroprzekaźniki i endogenne dla wątroby na energię i glukoneogenezę, tkanka tłuszczowa nic nie dostaje,  a wyłącznie oddaje glicerol do glukoneogenezy i kwasy tłuszczowe do spalenia, serce dostaje ATP i ciała ketonowe, a mózg to samo co serce.

 

Idziemy dalej: niehormonalna regulacja głównych szlaków metabolicznych w głodówce: cykl Krebsa, oksydacja kwasów tłuszczowych i fosforylacja oksydacyjna regulowane są wyłącznie przez kontrolę oddechową, a dokładniej przez poziom kwasu węglowego we krwi. Im więcej kwasu, tym szybciej to działa, przy założeniu, że tlenu nie brakuje. To ważna uwaga!

Glukoneogeneza i glikoliza regulowane są allosterycznie, a cykl mocznikowy przez dostępność substratu.

Na tę regulację nakłada się regulacja hormonalna stresowa i tak: głównym regulatorem w głodzie jest glukagon wytwarzany przez komórki alfa trzustki. I tak: glukagon hamuje syntezę białka, tłuszczu i glikogenu, ale stymuluje glukoneogenezę! (bardzo ważne),  choć i za razem stymuluje degradację glikogenu, tłuszczu i białka. Adrenalina wzmaga działanie glukagonu.

Na to jeszcze nakłada się kontrola autonomicznego układu nerwowego, i stężeń cytozolowych niektórych regulatorów drobnocząsteczkowych, co komplikuje zagadnienie, ale przypuszczam, że napisałbym o tym zbyt "niezrozumiale", a przecież nie o to chodzi. A informacje te są zupełnie zbędne dla przeciętnego głodującego.

I tak to wygląda mniej więcej, choć to zaledwie uogólnienie zagadnienia dotyczącego głodówki... :)

 

 

Posty na wegetarianizmie, to "zbawienie". Człowiek natychmiast podnosi komfort życia, wypala "śmieci" metaboliczne, wymusza poprawną proporcję między głównymi składnikami odżywczymi, czerpanymi z zapasu, czyli samoistnie się zdrowieje. No same superlatywy. A do tego jeszcze prawdopodobieństwo zachorowania na raka jest znacznie mniejsze niż u żywiących się standardowo - co jest oczywiste. O proszę takie doniesienie: http://news.bbc.co.uk/2/hi/health/8127215.stm

Należy tylko pilnować dokładnie białka, najlepiej spożytego w grochu, bobie, fasoli, orzechach. Tylko mężczyźni Wegetarianie powinni unikać nadmiernego spożywania soi.

To bardzo prosty i bardzo dobry sposób żywienia ten zbilansowany Wegetarianizm. Popieram, bo zdecydowanie jest lepszy niż przeciętna dieta typu zachodniego.

 

Jeszcze dla tych co myślą o głodowaniu i patrzeniu w Słońce, kiedy piszę "energia":

Zaczniemy od samiuśkiego początku, czyli końca.

Życie to prawo zachowania energii (upraszczając) - prawda?

Co daje energię organizmowi - utlenianie i różnica potencjałów (upraszczając) - prawda?

Jak może organizm magazynować energię dostępną natychmiast - w ATP, fosfokreatynie i około 30-tu? innych związkach wysokoenergetycznych? - prawda?

Ze spalenia glukozy (C6H1206) do CO2 i H2O organizm uzyskuje ponoć 30 cząsteczek ATP - prawda?

Jedna (z 10) w cyklu Krebsa (spalenie dwóch węgli = około 8 kcal/g) i aż 9 cząsteczek ATP (spalenie wodoru = około 35 kcal/g) w fosforylacji oksydacyjnej - przy jednym obrocie cyklu - PRAWDA?

A więc do spalenia sześciu węgli w warunkach tlenowych (cząstki glukozy) teoretycznie potrzeba trzech obrotów cyklu Krebsa. Jest tylko jeden problem! Z cząsteczki glukozy powastają dwie cząsteczki pirogronianu , a z jednego pirogronianu powstaje jedna grupa acetylowa.

"Utlenienie wchodzącego do cyklu Krebsa, a później na fosforylację fragmentu dwuwęglowego pochodzącego z betaoksydacji daje 10 cząsteczek ATP". Cytowany "fragment dwuwęglowy" z tłuszczu - to nic innego jak acetylo-CoA uzyskany z obcinania łańcucha kwasu tłuszczowego.

Pisałem, że 90% energii organizm uzyskuje ze spalenia grupy acetylowej (cykl Krebsa+fosforylacja oksydacyjna)

Czy silnik benzynowy jeździ na ropie naftowej? Nie, bo jeździ na benzynie - prawda?

Czy organizm chodzi na glukozie? Nie, bo energia pochodzi z acetylo-CoA - prawda?

Co spala się w benzynie, aby dać energię autu? - Węgiel i wodór łączący się z tlenem - prawda?

Co spala się w cząstce H3C2O, aby dać energię organizmowi? - to samo co w aucie - prawda?

Widzicie tu jakąś glukozę, tłuszcz, czy białko? NIE - prawda?

A więc kluczowym związkiem pozyskiwania energii w organizmie jest a-CoA, a właściwie utlenienie trzech wodorów i "półtora" węgla!?

 

Tak więc w głodzie i chłodzie, w zdrowiu i chorobie, substratem energetycznym dla mózgu ( u innych tkanek z wyjątkami*) nie jest białko, tłuszcz, cukier, a utlenienie tlenem atmosferycznym cząstki CH3, a źródłem zasilania energia wytworzona w tym procesie - czyli ATP.

 

* - wszystkie z wyjątkiem mózgowych mogą przez pewien okres zamieniać w stresie niedoborowym tlenu glukozę na kwas mlekowy (bo dzięki wiązaniu nadmiaru wolnych protonów powstałych w szlaku Krebsa...). Gdy dzieje się to pod wpływem fizjologicznego wysiłku fizycznego (bieg o intensywniści nieco powyżej betaoksydacji) - to samo zdrowie, gdy niedobór tlenu utrzymuje się w stanie spoczynku w jakiejś tkance (tkanka ma wybór albo zginąć, albo uwstecznić się ewolucyjnie) - uruchmia ona "geny chorobowe". :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bastard, wybacz jeśli pisałeś a przeoczyłem. Mógłbyś coś na temat picia:

- wody z kranu

- wody z butelek

- mleka

- soków owocowych :D

Ja np. uwielbiam mleko. Mogę nim popić praktycznie wszystko, łącznie z solonymi śledziami. Ale może to jednak jest niezdrowe. Pewnie woda najzdrowsza. No ale rad bym usłyszeć coś więcej na ten temat.

Astroboy się pewnie wścieknie że nic nie ma o winie. Nie obchodzi mnie wino, szczerze mówiąc.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mleko jako bezjądrzasty przesącz surowiczy jest najlepszym "półproduktem" dla "niebieskookich" z wyjątkiem żółtek, szpiku, podrobów, wodnych wyciągów mięsnych i wieprzowiny z rusztu!

Ale półproduktem, trucizna w mleku i przetworach mlecznych tkwi dokładnie w tym samym miejscu, co np: w żółtkach jaj i samych jajach. U jednych mleko bardzo szkodzi, u drugich jest obojętne, a u niektórych jest korzystne, bo to zależy od proporcji GSO w diecie. Ale bezpieczniej jest mleka unikać, bo mleko jest dla cieląt, a śmietanka i żółtka dla osób, które znają się na rzeczy. :)

Już lepsze są ukwaszone produkty mleczne, kefir, kwaśne mleko, jogurty to głównie mało wartościowa kazeina. Szkoda pieniędzy na tak "rozcieńczone" białko.

Kazeinę opłaca się kupować od twarogu półtłustego wzwyż.

Ale na diecie wysokowęglowodanowej niskotłuszczowej na białku zwierzęcym jest do przyjęcia, pod warunkiem, że to mleko, a nie syf z kartonika. ;)

 

Soki owocowe (wyciskane lub jednodniowe ze szkła) to samo co do mleka, są ok na wysokowęglowodanówce bez niedoboru białka.

http://news.bbc.co.uk/2/hi/health/7219473.stm tu podają, że słodkie napoje (nie ma znaczenia skąd cukier) powodują GPP.

Czyli gościec przewlekły postępujący.

 

Nie rozumiem po co pić inne rzeczy niż woda, no chyba, że nic innego nie ma np. w tropiku. :)

Woda to najszlachetniejszy płyn na Ziemi, najlepsza z kranu, przegotowana i ostudzona, bo jak się chłopakom na uzdatniacze za dużo czegoś sypnie...

Jak lubimy gazowaną to owszem, ze szkła jest super, i nie bać się, że gazowana zaszkodzi, chyba, że mamy ostre wrzody.

Broń Boże wody z plastiku, nie tylko bisfenole, ale wszystkie plastyfikatory są rakotwórcze, a jak się tego nagromadzi i połączy z parabenami z antyperpirantów i niklem oraz kadmem z margarynek i olejów, to kaplica. :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bo smakują :D Dzięki za wyjaśnienia.

Tylko to przegotowanie mi nie pasuje. Brakuje smaku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

:D :D :D

Śryste Panie! Bastard - to ja już nie żyję!

Mliko żłopię od dzieciaka w strasznych ilościach - jakie się trafi, najchętniej z krowiego cycka, ale jak nie mam dostawy, to z flachy, kartoników i dowolnych innych pojemników, byle niegotowane, słodkie i w dowolnych stadiach kwaśnięcia. Dawniej litrami piłem herbatę (słodką jak cholera, dwie kopiaste na szklankę, inaczej do gęby nie wchodzi), teraz od paru lat rozpuszczalną kawę w takich samych ilościach, rozpuszczaną w niegotowanej wodzie (własna studnia, 12 m przepływowa, dolomit) słabą, ale tak samo słodką. Wodę tylko ze strumyka albo kałuży w lesie, jak surowych grzybów się nażrę i popić trzeba (żyjątka i liście odcedzam między zębami). Zeżeram wszystko co tłuste i słodkie, "czystego" mięsa nie lubię, polędwica czy (tfu!) kurze piersi, tylko jak muszę, np. u kogoś jestem, a z wlasnego wyboru wszelkie boczki (żrę jak tort), golonki, ochłapy i wnętrzności... szpik to największy przysmak, no może na równi z wędzoną słoniną. Jajka (robaczkowe, bo mam kilka swoich idiotek) w dużych ilościach. Zielsko i korzony, jak mi się zachce, zwykle surowe, bo gotowane gorzej wchodzi. Owoce różnie, ale węgierki (najlepiej już lekko przemrożone) i dzikie gruszki w ilościach hurtowych. Morwy działają na mnie jak narkotyk - odpadam od drzewa dopiero jak już ustać nie mogę... a kiedy tylko trochę się w żołądku uklepie i trochę wysika, apiat' pod drzewo. Dżemopodobne wynalazki - kilkadziesiąt słoików rocznie, tylko własna produkcja (owoce + cukier), te sklepowe to zwykle sama galareta, w dodatku za mało słodka (dawniej bywały ok.) Ciasta wszelkie i inne słodkości, suszone owoce, orzechy - ile się zmieści. I tak dalej... wszystko, co najbardziej niezdrowe (z papierochami włącznie, tylko alkohol w niewielkich ilościach). Żrę kiedy mi się zachce (śniadanie zwykle po 5-10 godzinach "życia"), raz na dobę, dwa razy, albo pięć czy siedem. A mogę i dwa, trzy dni nie żreć... głodu, takiego "skręcania żołądka", praktycznie nie odczuwam, to jest raczej informacja, że coś by się przydało na ruszt wrzucić, ale emocjonalnie neutralna, bez przykrości moge ją zignorować, po paru godzinach będzie następny sygnał, i tak do skutku. Po ok. dwóch dobach przychodzi "strzał" energii i mogłym chyba już nie jeść aż do zdechnięcia (nie sprawdzałem, max. pięć czy sześć dni, kiedy się odchudzałem przed komisją poborową) :)

Dzisiejsze żarło: micha racuchów z kwiatami czarnego bzu (głęboki olej) mocno posypanych cukrem, ok. 0,5 kg truskawek (niemytych, bo mi się nie chciało) taplanych w cukrze, jajecznica z pięciu, na smalcu (dużo), tak +/- ćwiartka (ok. 150 g) wynalazku, który "chleb bałkański" się nazywa (niezły), pół litra płynu mlekopodobnego 3,2 z kartonu, 2 litry sików rozpuszczalnokawowych z dużą ilością cukru... Może jakoś po tym wszystkim dożyję do jutra (a właściwie to do dzisiaj, bo niedługo pobudka) :) A propos "dzisiaj": super będzie - trzydziestkę zapowiadają, a może i więcej pociągnie.

Do tego całkowicie rozregulowany rytm dobowy, a właściwie jego brak. Śpię w najróżniejszych porach, krócej lub dłużej, a bywa, że wcale (max. było 60 h., myślałem że po tym będę spał min. 12, ale obudziłem się po godzinie, całkowicie wyspany). W zimie często np. 3+3, albo np. 4+2x25', albo jak pies - nie mam nic lepszego do roboty, to parę minut kimki. Ale potrafię i 12, a niekiedy i więcej jednym ciurkiem. W lecie różnie, zależy od pogody - od 0 do 8, w różnych kombinacjach.

+ życie na adrenalinie, jak jej zbyt długo nie ma, to dostaję k..wicy. I trochę innych takich spraw (np. dziwne treningi, sprawdzanie granic możliwości organizmu, itd., itp). W sumie maksymalnie niezdrowy sposób życia, przynajmniej wg wszelkich norm.  

I ciągle jeszcze (chyba) żyję.

Mam 61 (licytowałem 40, czyli 21 to już nadróbki). Dolegliwości praktycznie tylko te wrodzone (niedokrwienie rąk i nóg, nietolerancja zimna, zaczynam marznąć już ok. +15 bez Słońca - jak świeci, to ok. 7-10, ale za to +40 w cieniu to pełny napęd; do tego ciśnienie często na poziomie minimum; trafia się częstoskurcz). No i chudość od urodzenia. Od ponad 40 lat 54+/-2 na wadze (wzrost 180). Wyniki badań ok., cukier i inne takie zawsze w normie, goi się wszystko błyskawicznie, chociaż jedyne odkażania i opatrunki to porządne wyssanie krwi (jeśli miejsce na to pozwala, a jeśli nie, to tylko wyrzucenie paprochów i wyciśnięcie krwi ile się da). Sraczki i inne takie przyjemności... a co to jest? Nawet w dziwnych krajach i miejscach, gdzie wszyscy s... dalej niż ich wzrok sięgał. No może raz na 2-3 lata złapie na parę godzin, jak coś do flaka się przyklei (np. skórka od pomidora).

Martwy ciąg - 120 bezproblemowo, więcej nie sprawdzałem (ten wynik wyszedł przypadkowo, na betonowym słupku), jak na takiego chudzielca po 60. to chyba nienajgorzej.

... ... ... bo jeszcze parę ciekawostek by się znalazło  ;)

Hmm... czyli gdybym żył zdrowo, to do tych 150 Afordancji bym dociągnął?  :) A może już dawno nie żyję... zombie podobno na innych zasadach działają niż żywi :D

Edited by ex nihilo

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...