Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Search the Community

Showing results for tags ' NASA'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Nasza społeczność
    • Sprawy administracyjne i inne
    • Luźne gatki
  • Komentarze do wiadomości
    • Medycyna
    • Technologia
    • Psychologia
    • Zdrowie i uroda
    • Bezpieczeństwo IT
    • Nauki przyrodnicze
    • Astronomia i fizyka
    • Humanistyka
    • Ciekawostki
  • Artykuły
    • Artykuły
  • Inne
    • Wywiady
    • Książki

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


Adres URL


Skype


ICQ


Jabber


MSN


AIM


Yahoo


Lokalizacja


Zainteresowania

Found 46 results

  1. Za miesiąc, 20 lipca, wystartuje kolejna misja na Marsa. Tym razem NASA chce umieścić na powierzchni Czerwonej Planety łazik Perseverance. Zadaniem pojazdu będzie poszukiwanie śladów życia w Kraterze Jezero oraz przetestowanie kluczowych technologii, które zostaną wykorzystane podczas przyszłych robotycznych oraz załogowych misji marsjańskich. Jednocześnie Perseverance pobierze próbki gruntu i skał, które zostaną przywiezione na Ziemię w ramach kolejnych misji. Pięćdziesiąt jeden lat temu NASA kończyła przygotowania do pierwszej załogowej misji na Księżyc. Obecnie stoimy w przededniu kolejnego ważnego momentu eksploracji kosmosu: zebrania próbek na Marsie, stwierdził szef NASA, Jim Bridenstine. Misja Mars 2020 została zaplanowana w grudniu 2012 roku. Od początku zakładano, że wystartuje ona latem 2020 roku. Na razie wszystko wskazuje na to, że misja odbędzie się zgodnie z planem. Biorąc pod uwagę pozycje Ziemi i Marsa, okienko startowe do misji na Czerwoną Planetę otwiera się co 26 miesięcy. Jeśli Perseverance nie wystartuje w planowanym terminie, trzeba będzie czekać do września 2022 roku. Takie opóźnienie poważnie zaburzyłoby realizację długoterminowych planów realizowanych przez NASA w ramach Mars Exploration Program. Każda z marsjańskich misji obarczona jest sporym ryzykiem. W przypadku Mars 2020 największym problemem jest posadowienie łazika Perseverance na powierzchni. Jest to bowiem najcięższy ładunek, jaki kiedykolwiek próbowano umieścić na Marsie. Inżynierowie NASA musieli opracować nowe procedury testowe, by sprawdzić, czy zaprojektowane przez nich spadochrony spełnią stawiane przed nimi zadanie. Innym poważnym wyzwaniem technicznym było stworzenie i przetestowanie Sample Caching System, najbardziej złożonego i czystego mechanizmu zbierania próbek kiedykolwiek wysłanego w kosmos. Jako, że ostateczne przygotowanie do misji Mars 2020 przypadły na szczególny moment, pandemię koronawirusa, zespół  postanowił uhonorować walczących z nią medyków medyków. Do obudowy łazika przymocowano specjalną plakietkę. Na aluminiowej płytce o wymiarach 8x13 centymetrów widzimy Ziemię wspartą na eskulapie, symbolu medycyny. Zaznaczono też trajektorię lotu misji Mars 2020 na Marsa. Chcieliśmy uhonorować tych, którzy postawili dobro innych nad swoim dobrem osobistym. Mamy nadzieję, że gdy przyszłe generacje polecą na Marsa i napotkają na nasz łazik, plakietka przypomni im, że w 2020 roku na Ziemi byli tacy ludzie, mówi Matt Wallace, zastepca dyrektora projektu Perseverance. Nowy marsjański łazik poszuka śladów życia, będzie badał klimat i geologię Marsa, przygotuje grunt pod przyszłe misje i zbierze oraz przechowa próbki gruntu. Już teraz NASA i Europejska Agencja Kosmiczna zastanawiają się nad przyszłymi misjami, które odbiorą te próbki od Perseverance i przywiozą je na Ziemię do dalszej analizy. Okienko startowe dla misji Mars 2020 będzie otwarte od 20 lipca do 11 sierpnia. Niezależnie od tego, kiedy misja wystartuje, lądowanie przewidziane jest na 18 lutego 2021 roku. Wyznaczenie ścisłej daty lądowania pozwoli lepiej zrozumieć warunki panujące w miejscu lądowania oraz odpowiednio dostosować pracę satelitów krążących na orbicie Marsa, których zadaniem będzie pomoc w komunikacji pomiędzy lądującą misją Mars 2020 a Ziemią. « powrót do artykułu
  2. W elektronice konsumenckiej kropki kwantowe wykorzystywane są np. w telewizorach, gdzie znacząco poprawiają odwzorowanie kolorów. Używa się ich, gdy telewizory LCD wymagają tylnego podświetlenia. Standardowo do podświetlenia używa się białych LED-ów, a kolory uzyskuje dzięki filtrom. Zanim pojawiły się kropki kwantowe znaczna część światła nie docierała do ekranu, była blokowana przez filtry. Zastosowanie kropek kwantowych w LCD wszystko zmieniło. Obecnie telewizory QD LCD wykorzystują niebieskie LED-y jako źródło światła, a kropki kwantowe, dzięki efektom kwantowym, zmieniają to światło w czerwone i zielone. Do filtrów docierają wówczas wyłącznie trzy składowe kolorów – czerwony, zielony i niebieski – a nie całe spektrum światła białego, to znacznie mniej światła jest blokowane i marnowane dzięki czemu otrzymujemy jaśniejsze, bardziej nasycone i lepiej odwzorowane kolory. Okazuje się, że ta sama technologia może być przydatna przy uprawie roślin. Wykazują one bowiem preferencje odnośnie kolorów światła. Wiemy na przykład, że nie absorbują zbyt dużo światła zielonego. Odbijają je, dlatego wydają się zielone. Niedawne badania wykazały, że różne rośliny są dostosowane do różnych długości fali światła. W Holandii niektórzy plantatorzy już od dłuższego czasu eksperymentują i uprawiają pomidory pod światłem w kolorze fuksji, róże ponoć lubią bardziej białe światło, a papryka żółte. W 2016 roku Hunter McDaniel i jego koledzy z UbiQD zaczęli zastanawiać się nad wykorzystaniem kropek kwantowych w hodowli roślin. Biorąc bowiem pod uwagę fakt, że kropki kwantowe pozwalają na bardzo precyzyjne dobranie długości fali światła oraz fakt, że światło nie jest blokowane, więc i nie mamy tutaj dużych strat energii, takie rozwiązanie mogłoby się sprawdzić. Wcześniej McDaniel był badaczem w Los Alamos National Laboratory. Pracował tam właśnie nad kropkami kwantowymi i tam zdał sobie sprawę, że toksyczny kadm, wykorzystywany w kropkach, można zastąpić siarczkiem miedziowo-indowym. W 2014 roku założył UbiQD by skomercjalizować opracowaną przez siebie technologie. Na początku naukowiec wyobrażał sobie kilka pól zastosowania dla nowych kropek kwantowych. I wtedy wpadliśmy na pomysł wykorzystania ich w rolnictwie. Ten rynek ma gigantyczny potencjał. Może on wchłonąć nawet ponad miliard metrów kwadratowych powierzchni kropek kwantowych rocznie. Przedstawiciele UbiQD postanowili produkować długie płachty zawierające kropki kwantowe, które byłyby podwieszane pod dachami szklarni i zmieniałyby spektrum wpadającego światła słonecznego. Pierwsze takie płachty dawały światło pomarańczowe o długości fali około 600 nm. Badacze testowali je na badawczych uprawach sałaty na University of Arizona. Z czasem zaczęto prowadzić testy na większą skalę. Inne płachty, dające inne kolory światła, sprawdzano w Nowym Meksyku na pomidorach, ogórkach i ziołach, w Holandii badano wpływ światła z kropek kwantowych na uprawy truskawek i pomidorów, w Kolorado do testów wybrano konopie przemysłowe, w Kalifornii i Oregonie konopie indyjskie, a w Kanadzie ogórki i pomidory. UbiQD nawiązała tez współpracę w firmą Nanosys, która od 2013 roku produkuje kropki kwantowe w ilościach przemysłowych na potrzeby producentów telewizorów. Niedawno UbiQD rozpoczęła komercyjną sprzedaż swoich płacht z kropkami kwantowymi. Mogą je kupić producenci z Azji, Europy i USA. Obecnie na skalę przemysłową produkowane są jedynie płachty dające światło pomarańczowe, jednak trwają badania nad innymi kolorami. UbiQD otrzymała też kilka grantów od NASA. Za te pieniądze ma stworzyć produkt do użycia w warunkach kosmicznych. Tego typu płachta powinna blokować szkodliwe dla roślin promieniowanie ultrafioletowe i zamieniać je w światło o takiej długości, by rośliny mogły przeprowadzać fotosyntezę. « powrót do artykułu
  3. Rozpoczęła się historyczna misja kapsuły załogowej Crew Dragon. Start odbył się zgodnie z planem. Równie udane były poszczególne etapy lotu. Najpierw odrzucony został pierwszy stopień rakiety, który z powodzeniem wylądował na pokładzie oczekującej nań na Atlantyku platformy. Niedługo później doszło do oddzielenia się kapsuły załogowej od drugiego stopni rakiety. Do oddzielenia się pierwszego stopnia rakiety doszło 2 minuty 36 sekund po starcie. Osiem sekund później pracę rozpoczął silnik drugiego stopnia. W tym czasie pierwszy stopień opadał w kierunku Ziemi i 8 minut 52 sekundy po starcie na krótko uruchomił silniki hamujące. Pół minuty później zobaczyliśmy, że pierwszy stopień z powodzeniem wylądował na platformie. Wiadomość ta wyraźnie ucieszyła załogę Crew Dragona. W 12. minucie po starcie kapsuła załogowa oddzieliła się od drugiego stopnia rakiety i rozpoczęła samodzielną podróż w kierunku Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Podróż ta potrwa 19 godzin. Kolejny ważny etap podróży nastąpił 49 minut i 6 sekund po starcie, gdy po sprawdzeniu silników manewrowych zostały one uruchomione, by dopasować orbitę Dragona do orbity Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Za dziewięć godzin rozpocznie się cała seria manewrów, dzięki którym w ciągu kolejnych 6 godzin Dragon zbliży się do MSK. Jutro około godziny 15:02 czasu polskiego kapsuła zbliży się do 400-metrowej strefy bezpieczeństwa wokół Stacji. Aby w nią wlecieć musi uzyskać zgodę z kontroli misji. Jeśli zgoda taka zostanie wydana, około 10 minut później kapsuła podleci do Waypoint Zero znajdującego się 400 metrów pod ISS. Minie kolejnych 25 minut zanim kapsuła znajdzie się w Waypoint 1 w odległości 220 metrów i rozpocznie dopasowywanie swojej pozycji do modułu dokującego stacji. Stanie się to około godziny 15:37 czasu polskiego. Mniej więcej o godzinie 16:13 załoga powinna dostać ostateczną zgodę na dokowanie. Pięć minut później Dragon powinien znaleźć się w Waypoint 2, punkcie znajdującym się zaledwie 20 metrów od stacji. Tam poczeka przez 5 minut. O godzinie 16:28 kapsuła powinna zadokować do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Przeprowadzenie udanego startu oznacza, że po raz pierwszy od 9 lat z terenu USA wystartowała załogowa misja kosmiczna. Oznacza też ponowne odzyskanie przez USA zdolności do samodzielnej organizacji załogowych lotów kosmicznych. To niezwykle ważny moment dla całego przemysłu kosmicznego, gdyż po raz pierwszy w historii prywatna firma wyniosła ludzi w kosmos we własnym pojeździe i przy użyciu własnej rakiety. Sukces misji oznacza, że SpaceX uzyska licencję na kosmiczne loty załogowe. To z kolei doda jej wiarygodności i firma Muska będzie mogła liczyć na kolejne zlecenia zarówno ze strony NASA, prywatnego przemysłu kosmicznego i – co bardzo prawdopodobne – agencji kosmicznych innych państw. Przemysł kosmiczny wchodzi w zupełnie nową fazę rozwoju. Tym bardziej, że na przyszły rok zapowiadany jest lot konkurencji SpaceX, czyli kapsuły Starliner firmy Boeing. Zatem od przyszłego roku możemy mieć na rynku dwie prywatne firmy oferujące załogowe loty kosmiczne. Najbardziej stracić może na tym rosyjski Roskosmos, który obecnie nie tylko wozi astronautów NASA, ale z jego usług korzystają też inne państwa. NASA z pewnością przestanie korzystać z usług Roskosmosu w takim zakresie jak obecnie, a biorąc pod uwagę fakt, że SpaceX ma zamiar zaoferować swoje usługi znacznie taniej, można spodziewać się, że Roskosmos straci wielu klientów. To zaś powinno wymusić na Rosji zreformowanie swojej agencji kosmicznej. Przypominamy, że teraz każdy może spróbować swoich sił na symulatorze dokowania Dragona do ISS. « powrót do artykułu
  4. Warunki pogodowe uniemożliwiły przeprowadzenie historycznego załogowego startu kapsuły Crew Dragon. Pogoda pokrzyżowała plany NASA i SpaceX. Start przełożono na sobotę, 30 maja, na godzinę 21.22 czasu polskiego. Za obsługę meteorologiczną Centrum Kennedy'ego, skąd miał odbyć się start, odpowiada U.S. Air Force 45th Weather Squadron. Na dobę przed startem wojskowi meteorolodzy informowali, że prawdopodobieństwo pojawienia się pogody odpowiedniej do startu wynosi 60%. Na kilka godzin przed startem prawdopodobieństwo to obniżono do 50%. Głównymi problemami, jaki mogły uniemożliwić starty mogły być opady, pojawienie się chmur typu cumulonimbus incus oraz pojawienie się cumulusów. W chwili obecnej nie wiemy, który z tych czynników uniemożliwił start. Obecnie meteorolodzy informują, że 30 maja prawdopodobieństwo odpowiedniej pogody wynosi 60%. Zagrożenia są podobne jak przy odwołanym starcie. W swoim komunikacie wśród zagrożeń wojskowi meteorolodzy wymieniają tzw. „anvil cloud rule” oraz „cumulus cloud rule”. NASA posługuje się niezwykle wyśrubowanymi standardami bezpieczeństwa. Dowiadujemy się z nich, że „anvil cloud rule” to zasada określająca warunki startu w przypadku pojawienia się chmur cumulonimbus incus. Fragment chmury, który najbardziej martwi NASA to górna lodowa część przyczepiona do cumulonimbusa. Takie chmury powstają, gdy ciepłe powietrze unosi się znad ziemi. Na wysokości 12-18 kilometrów powstaje chmura w kształcie kowadła. Im wyższa całość, tym gwałtowniejsze burze mają w niej miejsce. Charakterystyczny kształt chmury bierze się stąd, że uderza ona o stratosferę i się spłaszcza. Powstaje rodzaj czapy, który blokuje dalszy przepływ ciepłego powietrza, przez co chmura się rozprzestrzenia, przybierając charakterystyczny kształt. W chmurze takiej dochodzi do gwałtownych burz, silnych wiatrów, są tam też obecne kryształy lodu. Już sam pojazd lecący przez taką chmurę wywołuje wyładowania elektryczne. NASA zabrania lotu przez tego typu chmurę. Ponadto nie wolno startować (zatem start trzeba opóźnić lub odwołać) jeśli: – w ciągu 30 minut przed startem w chmurze takiej w odległości 10 mil morskich (18,5 km) od stanowiska startowego pojawiła się błyskawica, – błyskawica pojawiła się w odległości 9 kilometrów w ciągu ostatnich 3 godzin przed startem. Zakazany jest też start, jeśli pojazd miałby przelecieć: – przez nieprzezroczystą górną warstwę cumulonimbusa incusa, która oddzieliła się od chmury macierzystej w ciągu ostatnich 3 godzin przed startem, – przez nieprzezroczystą górną warstwę cumulonimbusa incusa, która oddzieliła się od chmury macierzystej, a w której – już po oddzieleniu się – na cztery godziny przed startem pojawiła się błyskawica, – w odległości 10 mil morskich (18,5 km) od nieprzezroczystej oddzielonej górnej warstwy, w sytuacji, gdy w ciągu 30 minut przed startem w warstwie oddzielonej lub w chmurze macierzystej pojawiła się błyskawica, – w odległości 5 mil morskich (9 km) od nieprzezroczystej oddzielonej górnej warstwy, jeśli w ciągu 3 godzin przed startem pojawiła się błyskawica w warstwie oddzielonej lub w chmurze macierzystej, chyba, że napięcie prądu elektrycznego w chmurze w ciągu 15 minut przed startem nie przekracza osobno określonej górnej granicy. Z kolei „cumulus cloud rule” zabrania startu, jeśli w odległości 10 mil morskich pojawiły się chmury typu cumulus, których górna część znajduje się na wysokości, gdzie panują temperatury -20 stopni Celsjusza lub gdy takie chmury znajdują się w odległości 5 mil morskich, a ich górna warstwa a temperaturę poniżej -10 stopni Celsjusza. Zabroniony jest też lot przez cumulusy, których górna warstwa ma temperaturę niższą niż +5 stopni Celsjusza. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy z chmur takich nie pada i gdy w ciągu ostatnich 15 minut napięcie elektryczne w chmurach utrzymywało się na wyznaczonym poziomie. Gdy w końcu misja Demo-2 się powiedzie, będzie to historyczne wydarzenie. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy prywatny pojazd kosmiczny zawiezie ludzi na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Ponadto będzie to pierwszy od 9 lat załogowy start z terenu USA. To zaś oznacza, że wkrótce NASA będzie mogła wysyłać swoich astronautów korzystając z usług amerykańskiej firmy. Nie będzie więc płaciła Roskosmosowi, a zacznie płacić, znacznie mniej, krajowej firmie, co przyczyni się do dalszego rozwoju prywatnego przemysłu kosmicznego. To tym bardziej ważne, że do SpaceX w najbliższym czasie zaczną dołączać kolejne firmy, które będą wysyłały ludzi w przestrzeń kosmiczną. Jest to również niezwykle waży moment dla SpaceX. Firma uzyska licencję na załogowe loty kosmiczne i znacznie zyska na wiarygodności. To zaś oznacza, że będzie miała kolejnych klientów, którzy będą zlecali jej wysyłkę w przestrzeń kosmiczną swoich satelitów i ładunków innego typu, a w niedalekiej przyszłości również i astronautów. « powrót do artykułu
  5. Na około 1 godzinę i 15 minut przed startem pierwszej od 9 lat załogowej misji z terenu USA  na pokład kapsuły Dragon Crew weszli astronauci Robert Behnken i Douglas Hurley. Zostali przypięci pasami do swoich siedzisk, zamknięto pokrywę Crew Dragona i sprawdzono, czy jest szczelna. Start misji planowany jest na godzinę 22:33, a 45 minut wcześniej rozpocznie się ostateczna procedura. Będzie ona wyglądała następująco: – na 45 minut przed startem (t-45) dyrektor startu wyda zezwolenie na tankowanie, – na 42 minuty przed startem (t-42) zostanie wycofany wysięgnik, po którym załoga przeszła na pokład kapsuły, – t-37 uzbrojony zostanie system ucieczkowy Crew Dragona, który ma za zadanie odłączenie kapsuły od rakiety i bezpieczne lądowanie w razie wystąpienia problemów, – t-35 rozpocznie się tankowanie paliwa RP-1, wysoko rafinowanej nafty, - t-35 rozpoczyna się tankowanie LOX, ciekłego tlenu, do pierwszego stopnia rakiety, – t-16 rozpoczyna się tankowanie LOX do 2. stopnia rakiety, – t-7 Falcon 9 rozpoczna procedurę schładzania silników, – t-5 Crew Dragon przełączany jest na zasilanie wewnętrzne, – t-1 komputer sterujący lotem rozpoczyna procedurę ostatecznego sprawdzania podzespołów, – t-1 rozpoczyna się zwiększanie ciśnienia w zbiornikach paliwa, – t-0:45 dyrektor lotów wydaje zgodę na start, – t-0:03 rozpoczyna się sekwencja odpalania silników, – t-0:00 start Falcona 9. Na stronach NASA prowadzona jest transmisja na żywo z przygotowań. Niedawno SpaceX udostępniła symulator dokowania Crew Dragona do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Teraz każdy może spróbować swoich sił. « powrót do artykułu
  6. Naukowcy z Centrum Nauk Astrogeologicznych amerykańskiej Służby Geologicznej (USGS), NASA oraz Lunar and Planetary Institute opracowali nową mapę geologiczną Księżyca. Po raz pierwszy cała powierzchnia Srebrnego Globu została w pełni zmapowana i jednolicie sklasyfikowana. Zunifikowana Mapa Geologiczna Księżyca (Unified Geologic Map of the Moon) przyda się do planowania przyszłych misji. Wykorzystają ją także zapewne społeczność naukowa czy nauczyciele. Cyfrowa mapa jest dostępna online. Pokazuje geologię Księżyca w skali 1:5.000.000. Księżyc zawsze ludzi fascynował. Wiele osób zastanawia się, kiedy uda nam się tam wrócić. Wspaniale jest więc widzieć, że USGS stworzyło zasób, który może pomóc NASA w planowaniu misji - podkreśla dyrektor USGS, były astronauta Jim Reilly. By stworzyć mapę, wykorzystano dane z czasów misji Apollo oraz z ostatnich misji satelitarnych. Ekipa z USGS nie tylko skompilowała stare i nowe dane, ale i ujednoliciła opis stratygrafii Księżyca. Warto przypomnieć, że w 2013 r. przeprowadzono cyfrową renowację serii 6 map, stworzonych w latach 70. XX w. - Map I-703, Map I-1162, Map I-1062, Map I-948, Map I-1047 oraz Map I-1034. Posłużono się wtedy nowszymi danymi topograficznymi oraz mozaikami zdjęć; w ten sposób mapy dopasowywano m.in. do Unified Lunar Control Network 2005 (ULCN2005). Nie chodziło o reinterpretację oryginalnych relacji czy jednostek geologicznych, ale o przestrzenne dostosowanie, tak by zwiększyć kompatybilność z cyfrowymi zestawami danych. Jak podkreślono w relacji prasowej USGS, dane wysokościowe dla księżycowego regionu równikowego pochodzą z kamery stereoskopowej (Terrain Camera) japońskiej sondy kosmicznej SELENE (ang. SELenological and ENgineering Explorer). Topografię obu biegunów uzupełniono zaś dzięki danym z wysokościomierza laserowego sondy Lunar Reconnaissance Orbiter NASA. Nowa mapa to kulminacja trwającego dekadę projektu - podsumowuje Corey Fortezzo.   « powrót do artykułu
  7. Lądowanie na innych ciałach niebieskich niż Ziemia to bardzo trudne zadanie. Może być ono niebezpieczne dla samego lądującego pojazdu. Gazy wydobywające się z silników mogą skierować pył i fragmenty skał w stronę lądującego pojazdu i uszkodzić jego silniki, instrumenty naukowe czy zagrozić astronautom. Dotychczas udawało się przeprowadzać lądowania dlatego, że ludzie osadzali na Księżycu czy Marsie lekkie pojazdy. Nawet lądowniki Apollo były na tyle lekkie, że gazy z ich silników nie oddziaływały szczególnie mocno na podłoże. Jednak mamy coraz większe ambicje i skoro chcemy np. wrócić na Księżyc i zintensyfikować tam swoją obecność, będziemy potrzebowali znacznie większych rakiet niż obecnie. To zaś oznacza wykorzystanie potężniejszych silników i znacznie silniejszy strumień gazów, który będzie się z nich wydobywał. Pojazdy załogowe, które mają lądować na Srebrnym Globie w ramach programu Artemis będą miały masę od 2 do 4 razy większą, niż Apollo. Obliczenia przeprowadzone przez NASA wskazują, że podczas każdego lądowania mogą one prowadzić do przemieszczania nawet 470 ton materiału z powierzchni Księżyca. To olbrzymia ilość pyłu i skał unoszących się wokół pojazdu. W ramach prowadzonego programu NASA's Innovative Advanced Concepts (NIAC) amerykańska agencja kosmiczna finansuje nowatorski pomysł na zapewnienie bezpieczeństwa dużym lądującym pojazdom. Firma Masten Space System rozwija koncepcję o nazwie „Instant Landing Pads”. Zgodnie z tym pomysłem to sam pojazd kosmiczny w czasie podchodzenia do lądowania stworzy sobie bezpieczne lądowisko. Oczywiście można by się obejść bez tego. Można dokładnie wybierać miejsce lądowania tak, by pojazd wzbijał tam jak najmniej materiału oraz dobrze osłonić sam pojazd i jego poszczególne elementy. JEdnak takie działanie poważnie ograniczyłoby możliwość lądowania. Osłony sporo by ważyły, a miejsce wszelkich operacji trzeba by wybierać pod kątem miejsca do bezpiecznego lądowania. Konwencjonalne podejście do rozwiązania problemu, rozwijane np. w ramach projektu PISCES, zakłada wcześniejsze wysłanie na miejsce lżejszych pojazdów i wybudowanie – na przykład za pomocą robotów – lądowiska dla pojazdów cięższych. To jednak oznacza, że każda większa misja będzie musiała czekać miesiące lub lata na wybudowanie lądowiska. Nie wspominając już o kosztach takiego przedsięwzięcia. Masten wylicza, że koszt każdego takiego lądowiska to ponad 100 milionów dolarów. Firma proponuje rozwiązanie o nazwie FAST (in-Flight Alumina Spray Technique). Pomysł ma działać w następujący sposób: gdy pojazd znajdzie się o kilkaset metrów nad miejscem lądowania zawisa nad nim. Wówczas do wylotów silników dostarczane są aluminiowe pigułki, które opadają w dół i są częściowo roztapiane przez gorące gazy wydobywające się z silnika. Wiele z powierzchni, na których chcemy lądować, jest na tyle chłodnych, że takie częściowo roztopione aluminium ostygnie i stwardnieje w wyniku kontaktu z nimi. W ciągu około 15 sekund można w ten sposób pokryć powierzchnię 300 kilogramami aluminium, tworzyć ad hoc bezpieczne lądowisko. Lądujący pojazd co prawda je nieco uszkodzi, ale nie wybije krateru w powierzchni planety czy księżyca i nie zostanie narażony na kontakt z setkami ton pyłu i skał. Masten Space Systems ma wieloletnie doświadczenie z testowaniem silników rakietowych. Przez kolejnych 9 miesięcy będziemy sprawdzali, jak nasz pomysł może przysłużyć się programowi Artemis, mówi główny inżynier Mastena Matthew Kuhns. Cele programu NIAC są niezwykle ambitne i normalnie mija ponad 10 lat zanim opracowane w jego ramach technologie zostaną użyte. Jednak w tym wypadku korzystamy z już istniejących technologii, zatem myślę, że będziemy pracowali nieco szybciej, dodaje. Inżynierowie muszą m.in. zastanowić się, w jaki sposób trzeba przystosować silniki rakietowe do współpracy z FAST. Sam FAST wymaga użycia systemu do dostarczenia aluminiowych kapsułek do silników. Kuhns pytany, czy nie widzi problemu, że z czasem Księżyc może zostać usiany takimi lądowiskami, mówi, że dobrze by było, gdybyśmy rzeczywiście mieli taki problem. Taki scenariusz zakłada bowiem, że przeprowadzimy bardzo dużo misji na Księżyc, będziemy tam stale obecni i wykonamy wiele badań naukowych. Poza tym, w zależności od lokalizacji i materiału, lądowiska FAST mogą przysłużyć się nauce. Można je będzie np. wykorzystać jako powierzchnie odbijające światło lasera czy fale radiowe.   « powrót do artykułu
  8. NASA stworzyła grę, która nam zapewni rozrywkę, a naukowcom pomoże w stworzeniu mapy raf koralowych na całym świecie i w lepszym zrozumieniu tych ekosystemów. Gra NeMO-Net polega na identyfikowaniu i klasyfikowaniu korali na podstawie dostarczanych przez NASA obrazów 3D. Jednocześnie przemierzamy oceany na pokładzie własnej łodzi badawczej, Nautilus. Podwaliny pod grę położyli specjaliści z Ames Research Center, którzy w ciągu ostatnich kilkunastu lat stworzyli nowe instrumenty pozwalające zajrzeć pod powierzchnię oceanów i dostrzec tam więcej szczegółów niż kiedykolwiek przedtem. Wykorzystali przy tym techniki opracowane na potrzeby badań kosmosu. Stworzone dzięki temu podwodne kamery przeprowadzają obliczenia i korygują obraz, biorąc pod uwagę zaburzenia powodowane przez wodę. NASA wykorzystała te instrumenty podczas licznych misji naukowych u wybrzeży Portoryko, Guam, Samoa Amerykańskiego i wielu innych. Zbierali tam trójwymiarowe obrazy dna oceanicznego, koralowców, alg czy traw morskich. Jednak same obrazy to nie wszystko. Dlatego też NASA prosi ochotników o pomoc. Gra NeMO-Net wykorzystuje sieć neuronową o nazwie Neural Multi-Modal Observation and Training Network (NeMO-Net). Klasyfikacja korali, jakiej będą dokonywali gracze, zostanie wykorzystana przez tę sieć do stworzenia globalnej mapy raf koralowych. NeMO-Net wykorzystuje najpotężniejszą siłę na tej planecie. Nie jakaś szpanerską kamerę czy superkomputer, ale ludzi. Każdy, nawet uczeń pierwszej klasy podstawówki, może zagrać, posortować zdjęcia i pomóc nam w stworzeniu mapy jednego z najpiękniejszych ekosystemów na Ziemi, mówi Ved Chirayath, twórca sieci NeMO-Net. Podczas każdego z nurkowań w czasie gry, gracz będzie uczył się o różnych typach koralowców, klasyfikował je, a po powrocie na łódź badawczą, pozna swoją punktację, zdobędzie kolejne stopnie wtajemniczenia, będzie miał dostęp do edukacyjnych materiałów wideo. Obecnie NeMO-Net jest dostępna w sklepie Apple App. W najbliższym czasie ma się też pojawić jej wersja na Androida. « powrót do artykułu
  9. SpaceX została pierwszym komercyjnym partnerem NASA, z którym agencja podpisała kontrakt na dostarczanie ładunków w ramach projektu Lunar Gateway. Gateway to planowany następna Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Nowa stacja ma być umieszczona w pobliżu Księżyca. Podpisanie tego kontraktu to kolejny ważny krok na rzecz powrotu USA na Księżyc. Gateway to krytyczny element programu Artemis. Jednocześnie zaś włączamy komercyjnego partnera w prace w głębszych częściach kosmosu, przygotowujemy się wspólnie do powrotu na Księżyc i do misji na Marsa, powiedział szef NASA, Jim Bridenstine. NASA planuje liczne misje zaopatrzeniowe do Gateway. Za każdym razem pojazd dostawczy pozostanie przy stacji przez 6–12 miesięcy. Na misje takie przewidziano maksymalną kwotę 7 miliardów dolarów. Powrót na Księżyc i przygotowanie do eksploracji dalszych części Układu Słonecznego wymaga zorganizowania znaczących dostaw. Dzięki partnerstwu z NASA SpaceX od 2012 roku dostarcza zaopatrzenie na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Teraz mamy zaszczyt kontynuowania naszej współpracy poza orbitę okołoziemską i dostarczanie ładunków misji Artemis do Gateway, mówi prezes SpaceX Gwynne Shotwell. NASA ma w ciągu 4 najbliższych lat przeprowadzić załogowe lądowanie na Księżycu. To jednak tylko etap w eksploracji dalszych części kosmosu. Jego kluczowymi elementami są stacja Gateway, rakieta Space Launch System oraz pojazd załogowy Orion. Prace wokół Księżyca i na samej powierzchni Srebrnego Globu mają zapewnić niezbędne doświadczenie, które będzie przydatne podczas załogowej misji na Marsa. « powrót do artykułu
  10. NASA zaprezentowała całościową mapę powierzchni asteroidy Bennu. To kolaż zdjęć zgromadzonych w ramach misji OSIRIS-REx między 7 marca a 19 kwietnia 2019 r. By uzyskać mozaikę, wykorzystano aż 2155 zdjęć wykonanych przez PolyCam. Naukowcy z NASA chwalą się, że udało się uzyskać największą rozdzielczość (5 cm na piksel), z jaką kiedykolwiek całościowo zmapowano Bennu. OSIRIS-REx wykonywał ujęcia z odległości od 3,1 do 5 km od powierzchni asteroidy. Dzięki szczegółowemu widokowi Bennu NASA mogła wybrać miejsca pobrania próbek: główne, czyli Nightingale w kraterze w północnej części asteroidy, oraz zapasowe - Osprey. Mapę-mozaikę można ściągnąć w różnych rozmiarach w dwóch wersjach: z koordynatami i bez. « powrót do artykułu
  11. Misja WFIRST (Wide Field Infrared Survey Telescope), której historia rozpoczęła się od niezwykłego prezentu dla NASA od wywiadu, a której odwołania chciał prezydent Trump, przeszła krytyczną analizę programową i techniczną, co oznacza, że dostała oficjalną zgodę na budowę i testowanie niezbędnego sprzętu. Teleskop kosmiczny WFIRST będzie miał pole widzenia 100-krotnie większe niż Teleskop Kosmiczny Hubble'a, będzie w stanie rejestrować niezwykle słabe sygnały w podczerwieni, a jednocześnie tworzyć wielkie panoramy wszechświata. Posłuży do badania ciemnej energii, poszukiwania egzoplanet i uzyskania odpowiedzi na wiele pytań z dziedziny astrofizyki. WFIRST będzie połączeniem dwóch technologii. Jego podstawę stanowi teleskop klasy Hubble'a przekazany NASA przez US National Reconnaissance Office oraz, jak czytamy na stronach NASA, „lekcje wyniesione z prac na Teleskopem Kosmicznym Jamesa Webba". Teraz, gdy projekt dostał zielone światło, NASA rozpocznie budowę jednostek testowych i modeli, które posłużą do sprawdzenia, jak całość będzie sprawowała się w przestrzeni kosmicznej. Sam rozwój WFIRST ma kosztować 3,2 miliarda USD. Jeśli doliczymy do tego koszty pięcioletniej pracy w przestrzeni kosmicznej oraz związanych z tym prac naukowych, projekt ma nie przekroczyć 3,934 miliarda dolarów. Na razie WFIRST ma zapewnione finansowanie do września bieżącego roku. W propozycji budżetowej na przyszły rok znalazła się prośba o dalsze finansowanie projektu, jednak głównym elementem budżetu ma być dokończenie prac nad Teleskopem Kosmicznym Jamesa Webba i jego wystrzelenie w 2021 roku. NASA przyznaje w swojej informacji prasowej, że nie jest gotowa do rozpoczęcia szeroko zakrojonych prac nad kolejnym wielomiliardowym teleskopem, zanim Webb nie zostanie wystrzelony i umieszczony w przestrzeni kosmicznej. O tym, jak wielkie możliwości będzie miał WFIRST niech świadczy załączona grafika. Praca, jaką Teleskop Hubble'a wykonywał w ciągu 650 godzin, WFIRST wykona w 3 godziny. « powrót do artykułu
  12. SpaceX potwierdza, że do firmy dołączył William Gerstenmaier, były dyrektor NASA ds. załogowej eksploracji kosmosu. To bardzo ważne wydarzenie, gdyż Gerstenmaier odegrał niezwykle ważną rolę dla obecności człowieka w przestrzeni kosmicznej. W latach 2005–2019 odpowiadał on m.in. za projekty wahadłowców, Międzynarodowej Stacji Kosmicznej czy przygotowaniu epoki komercyjnych lotów załogowych. Był uznawany za najbardziej wpływowego człowieka jeśli chodzi o amerykański program lotów załogowych. Wcześniej w roku 1995 objął stanowisko Shuttle/Mir Program Operations Manager, a od 2000 roku był by zastępcą dyrektora, a następnie dyrektorem Programu Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Wayne Hale, były menedżer programu wahadłowców, a obecnie przewodniczący Komitetu Doradczego NASA ds. lotów załogowych mówi, że dołączenie Gerstenmaiera do SpaceX natychmiast dodaje tej firmie wiarygodności w kwestii bezpieczeństwa lotów. Bill jest powszechnie szanowany za dobrze ugruntowaną wiedzę techniczną i swoją przenikliwość. Znany jest z tego, że uważnie słucha, a swoje decyzje opiera na dogłębnej wiedzy. W lipcu 2019 roku obecny dyrektor NASA, Jim Bridenstine, zwolnił Gerstenmaiera z dotychczas zajmowanego stanowiska i mianował go specjalnym doradcą wicedyrektora NASA. Taka decyzja zaszokowała niektórych z partnerów NASA. Zaraz po tym, jak prasa podała, że Gerstenmaier został konsultantem SpaceX, gratulacje złożył mu dyrektora Roskosmosu, Dimitrij Rogozin. SpaceX zorganizuje swoją pierwszą misję załogową w czerwcu bieżącego roku. Gerstenmaier odegra kluczową rolę w uzyskaniu wszelkich pozwoleń i certyfikatów. Jego zatrudnienie będzie miało długotrwały wpływ na SpaceX. Niewiele osób ma w przemyśle kosmicznym takie wpływy i niewiele tak dobrze potrafi oraz rozumie, jak należy budować koalicje i na czym polega współpraca. Zatrudnienie takiej osoby będzie niezwykle pomocne w zorganizowaniu przyszłych misji załogowych na Księżyc i Marsa. « powrót do artykułu
  13. W wieku 101 lat zmarła Katherine Johnson, amerykańska matematyczka i obliczeniowiec pracująca dla NASA. Odpowiadała m.in. za wyznaczenie okien startowych i trajektorii lotów Programów Mercury i Apollo. NASA poinformowała o jej śmierci we wpisie na Twitterze. W 2015 r. została uhonorowana przez Baracka Obamę Prezydenckim Medalem Wolności. To między innymi wokół historii jej życia osnuto fabułę filmu pt. "Ukryte działania". Dramat biograficzny z 2016 r. był nominowany do Oscara w trzech kategoriach, ale ostatecznie nie zdobył ani jednej statuetki. Matka Johnson była nauczycielką, a ojciec drwalem, ogrodnikiem i mechanikiem pracującym w luksusowym kurorcie. Katherine była ich najmłodszym dzieckiem. Po liceum rozpoczęła naukę na Uniwersytecie Stanowym Wirginii Zachodniej (szkole historycznie przeznaczonej dla czarnoskórych osób). Ukończyła studia w wieku 18 lat (specjalność: matematyka i język francuski). W latach 1958-86 Johnson pracowała w NASA jako technolog lotnictwa i kosmonautyki. To ona obliczyła okna startowe i trajektorię lotu statku Alana Sheparda w 1. amerykańskiej misji załogowej Mercury-Redstone 3. To także ona przeprowadziła wyliczenia umożliwiające znalezienie miejsce lądowania kapsuły przy powrocie astronauty na Ziemię. W czasie pierwszego w historii amerykańskiego lotu orbitalnego (misja Mercury-Atlas 6 w 1962 r.), astronauta John Glenn 3-krotnie okrążył Ziemię. Co istotne, pilot poprosił, by nie kto inny, ale właśnie Katherine potwierdziła obliczenia przeprowadzone przez komputery. Siedem lat później Johnson brała udział w planowaniu pierwszego lotu załogowego na Księżyc (Apollo 11). Wiadomo również, że w 1970 r. przygotowane przez matematyczkę awaryjne karty nawigacyjne oraz doraźne mapy astronomiczne pomogły w bezpiecznym powrocie misji Apollo 13. W 2016 r. na jej cześć nazwano jeden z budynków w Langley Research Center. « powrót do artykułu
  14. Studenci z Politechniki Poznańskiej napisali program prognozujący z miesięcznym wyprzedzeniem, gdzie na Ziemi pojawi się zakwit sinic. I dzięki temu znaleźli się wśród zwycięzców konkursu NASA Space Apps Challenge. NASA Space Apps Challenge to międzynarodowy, interdyscyplinarny maraton pomysłów (hackathon) Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej Stanów Zjednoczonych (NASA). Uczestnicy, w ciągu 48 godzin, na podstawie danych udostępnionych przez NASA, muszą stworzyć projekt do jednego z kilkunastu zadań, wyznaczonych przez agencję. Zadania skupiały się wokół ochrony oceanów, Księżyca, planet czy przestrzeni kosmicznej. Nagrody przyznano pod koniec stycznia w sześciu kategoriach. Drużyna The Great Bloom Theory otrzymała tytuł światowego zwycięzcy w kategorii "Best use of science" (najlepsze wykorzystanie metody naukowej). Zespół z Politechniki Poznańskiej tworzą: Maciej Czyżewski, Kamil Piechowiak i Daniel Nowak. Program komputerowy, który studenci napisali w czasie trwania 48-godzinnego hackathonu, potrafi przewidzieć z miesięcznym wyprzedzeniem, w których miejscach na Ziemi pojawi się wykwit sinic. Rozwiązanie w założeniu pozwoli na tworzenie symulacji wpływu zmian w środowisku na zakwit - poinformowali przedstawiciele Politechniki Poznańskiej. Trafność prognozy sięga 92 proc. A przez to jest najlepszym dotychczas uzyskanym wynikiem. Program wykorzystuje uczenie maszynowe. Młodzi badacze opracowali swój algorytm bazując na danych z programu NASA MODIS-Aqua. W ramach tej inicjatywy satelity okrążają Ziemię raz na dzień lub dwa i mierzą widmo światła. Dzięki temu można chociażby dowiedzieć się, jakie jest stężenie chlorofilu w poszczególnych częściach oceanu. Studenci postanowili użyć tych danych, aby skonstruować algorytm prognozujący, gdzie taki zakwit pojaw się w przyszłości. Laureaci zostali zaproszeni do siedziby NASA, aby skonfrontować zwycięskie rozwiązanie z aktualnie istniejącym. Sinice należą do królestwa bakterii. Ponieważ organizmy te są samożywne - zdolne do tlenowej fotosyntezy i zawierają chlorofil - dawniej uważano je za rośliny. Zamieszkują zarówno morza i oceany, jak i wody słodkie - jeziora, stawy, baseny. Występują też w glebach, na korze drzew, czy na lodowcach. Sinice mogą tworzyć w zbiornikach wodnych zakwity. W wyniku takich zakwitów na wodzie powstawać może charakterystyczna piana czy kożuch z tych mikroorganizmów. A to blokuje rozwój morskiej faunie i florze. Sinice powodują bowiem zmętnienie wody i ograniczają jej przejrzystość. Gdy zakwit się skończy, a sinice obumrą i opadną na dno zbiornika, rozkładane są przez bakterie tlenowe. W tym procesie intensywnie zużywany jest tlen, którego po pewnym czasie zaczyna brakować innym żyjącym w otoczeniu organizmom. Gdy brakuje tlenu, rozkład kontynuowany jest przez bakterie beztlenowe, które uwalniają do środowiska szkodliwy dla organizmów siarkowodór. W ten sposób powstawać mogą w morzach martwe strefy – obszary o obniżonej ilości tlenu lub całkowite pustynie tlenowe, w których zamiera życie. « powrót do artykułu
  15. Inżynierowie z NASA próbują przywrócić normalny tryb pracy Voyagera 2. Przed ponad tygodniem w sondzie automatycznie włączył się tryb oszczędzania energii, w związku z czym Voyager wyłączył instrumenty naukowe. Pojazd utrzymuje jednak kontakt z Ziemią i wysyła dane telemetryczne. Problemy rozpoczęły się 25 stycznia, gdy Voyager 2 nie przeprowadził zaprogramowanego manewru obrotu o 360 stopni, który służy skalibrowaniu instrumentu badającego pole magnetyczne. Analiza danych wykazała, że brak tego manewru spowodował, iż jednocześnie włączone były dwa podzespoły zużywające sporo energii. Voyagery są zaprogramowane tak, by samodzielnie radzić sobie z wieloma różnymi niespodziewanymi sytuacjami. Zgodnie z zasadami, Voyager 2 wyłączył instrumenty naukowe, by nie przeciążać źródła energii. Trzy dni później, 28 stycznia, inżynierowie ręcznie wyłączyli jedno z urządzeń zużywających dużo energii. Na razie jednak nie odbierają danych naukowych z sondy. Obecnie trwa ocena wszystkich elementów Voyagera, dopiero po takim przeglądzie ma on wrócić do normalnej pracy. Voyager zasilany jest przez radioizotopowy generator termoelektryczny. Zamienia on ciepło powstające w wyniku rozpadu pierwiastków promieniotwórczych w energię elektryczną. Wskutek naturalnego rozpadu paliwa jest coraz mniej, dlatego też każdego roku generator jest w stanie dostarczyć Voyagerowi o około 4 waty mocy mniej. W ubiegłym roku inżynierowie byli zmuszeni wyłączyć podstawowy ogrzewacz instrumentu do badania promieniowania kosmicznego. Na razie instrument pracuje bez zakłóceń. Wszelkie dodatkowe prace związane z zarządzaniem Voyagerami wymagają sporo czasu. Voyager 2 znajduje się w odległości około 18,5 miliardów kilometrów do Ziemi. To około 17 godzin świetlnych. Zatem komendy wysyłane z Ziemi docierają do pojazdu po 17 godzinach i tyle samo trzeba czekać, by otrzymać potwierdzenie ich odebrania i wykonania. Jeszcze dalej, bo 22,2 miliarda kilometrów (20,5 godziny świetlnej) od Ziemi, znajduje się Voyager 1. « powrót do artykułu
  16. W czerwcu ubiegłego roku NASA obiecała, że otworzy Międzynarodową Stację Kosmiczną dla turystyki i innych przedsięwzięć komercyjnych. Teraz Agencja wybrała firmę Axiom Space z Houston, która wybuduje co najmniej jeden dodatkowy moduł mieszkalny dla ISS. Dotychczas NASA zakazywała komercyjnego wykorzystywania Stacji Kosmicznej i zabraniała astronautom przeprowadzania komercyjnych badań. Jednak w ostatnim czasie opracowano pięciopunktowy plan otwarcia MSK dla przedsięwzięć komercyjnych. Zmieniamy sposób, w jaki NASA współpracuje z przemysłem. Będzie to korzystne dla światowej gospodarki oraz rozwoju zaawansowanych metod eksploracji kosmosu. Rozpoczynamy współpracę podobną do tej, w wyniku której amerykańscy kosmonauci będą mogli startować na Stację z amerykańskiej ziemi za pomocą amerykańskich rakiet, oświadczył szef NASA, Jim Bridenstine. Plan udostępnienia Międzynarodowej Stacji Kosmicznej zakłada też udostępnienie zarówno zasobów stacji jak i samej załogi na potrzebny komercyjne, pozwolenie na prywatne misje z astronautami czy zachęcanie do korzystania ze Stacji i jej zasobów. Co więcej, NASA współpracuje też z różnymi przedsiębiorstwami w celu stworzenia komercyjnego huba na niskiej orbicie okołoziemskiej. Niewykluczone, że w jakimś stopniu kontrola nad niską orbitą zostanie przekazana w prywatne ręce. Taki hub miałby służyć przede wszystkim działaniom komercyjnym. « powrót do artykułu
  17. Rakieta SpaceX eksplodowała około 1,5 minuty po starcie, a kilka minut później kapsuła załogowa Crew Dragon bezpiecznie wylądowała na powierzchni oceanu. Test awaryjnego odseparowania się i ucieczki kapsuły przebiegł zgodnie z planem. Na razie możemy stwierdzić, że była to perfekcyjnie wykonana misja. Przebiegła najlepiej, jak mogłem sobie wyobrazić. To wynik poświęcenia i ciężkiej pracy jakie SpaceX i NASA włożyły, by osiągnąć cel, oświadczył Elon Musk, szef SpaceX. Podczas wczorajszego testu silniki rakiety nośnej przestały działać około 1,5 minuty po starcie, a w chwilę później rakieta eksplodowała. Jednak zanim  to nastąpiło kapsuła Dragon Crew z 2 manekinami na pokładzie zdążyła się od niej oddzielić, uruchomić własne silniki i szybko się oddalić. Osiem minut po starcie bezpiecznie osiadła za pomocą spadochronów na powierzchni Atlantyku w pobliżu Florydy. Test awaryjnego oddzielania kapsuły od rakiety i jej bezpiecznego lądowania to ostatnia z najważniejszych prób, jakie Crew Dragon musi przejść przed dopuszczeniem go do lotów załogowych. Wszystko wskazuje na to, że próba przebiegła zgodnie z planem. Oczywiście teraz eksperci z NASA i SpaceX będą analizowali wszelkie zarejestrowane dane, jednak można się spodziewać, że jeszcze w bieżącym roku będziemy świadkami pierwszego załogowego lodu Crew Dragon. « powrót do artykułu
  18. Administrator NASA, Jim Brindestine, na nowo rozpalił dyskusję o statusie Plutona. Przed 13 laty stracił on miano planety i został uznany planetą karłowatą. Szef NASA stwierdził, że powinien on być pełnoprawną planetą, gdyż posiada ocean pod powierzchnią, związki organiczne na powierzchni i własne księżyce. Dodał przy tym, że jeśli mielibyśmy na poważnie traktować wymóg, by za planety uznawać tylko te obiekty, które oczyściły swoją orbitę wokół Słońca, to powinniśmy obniżyć status wszystkich planet. To już drugi raz w ciągu ostatnich miesięcy, gdy Brindestine dopomina się o ponowne uznanie Plutona za planetę. Jestem tutaj, by Wam powiedzieć, że jako administrator NASA, sądzę, iż Pluton powinien być planetą, mówił do bijących mu brawo uczestników Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego. Niektórzy ludzie argumentują, że aby zostać uznanym za planetę trzeba oczyścić swoją orbitę wokół Słońca. Hm.. jeśli to jest definicja, której mamy używać, to powinniśmy obniżyć status obecnych planet. Musielibyśmy uznać je za planety karłowate, gdyż żadna z nich nie oczyściła swojej orbity, stwierdził. W 2006 roku Międzynarodowa Unia Astronomiczna (IAU), opracowała definicję planety, zgodnie z którą za planetę można uznać obiekt, który – między innymi – oczyścił sobie orbitę, a zatem jest największą siłą grawitacyjną działającą na orbicie. Oznaczało to natychmiastowe zdegradowanie Plutona, gdyż wpływ na niego wywiera sąsiedni Neptun, ponadto Pluton dzieli orbitę z gazami i obiektami z Pasa Kuipera. Wielu jednak nie pogodziło się ze zmianą statusu Plutona. Jedną z takich osób jest właśnie Brindestine. Już w sierpniu mówił on, że jego zdaniem Pluton jest planetą. Słowa szefa NASA znajdują potwierdzenie w ubiegłorocznych badaniach przeprowadzonych przez uczonych z University of Central Florida. Ich zdaniem niesłusznie stracił on status planety. Naukowcy ci przeanalizowali literaturę naukową z ostatnich 200 lat i zauważyli, że od roku 1802 ukazały się zaledwie 4 publikacje, których autorzy stwierdzali, że planetą może być jedynie obiekt, który oczyścił swoją orbitę. Co więcej, posługiwali się przy tym argumentami, które obecnie są uznawane za nieprawidłowe. IAU próbuje nam powiedzieć, że podstawowy obiekt badań planetarnych, planeta, powinna być definiowana według kryteriów, których żaden naukowiec nie używa w swojej pracy. I w ten sposób poza rodzinę planet wyrzuca drugą najbardziej złożoną i interesującą planetę w Układzie Słonecznym, stwierdza Philip Metzger z University of Central Florida. Mamy ponad 100 świeżych przykładów, w których specjaliści używają słowo 'planeta' w sposób niezgodny z definicją IAU, a czynią tak, gdyż to funkcjonalnie użyteczne. Ta definicja jest naciągana. IAU nie określa, co oznacza oczyszczenie orbity. Jeśli weźmiemy to dosłownie, to planety nie istnieją, gdyż żadna z nich nie oczyściła swojej orbity. « powrót do artykułu
  19. Kapsuły załogowe Boeinga i SpaceX z powodzeniem przeszły kluczowe testy wymagane przez NASA. Obie firmy są liderami przemysłu kosmicznego i pracują nad kapsułami, które już w najbliższym czasie mają zabrać amerykańskich astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. CST-100 Starliner produkcji Boeinga była testowany 4 listopada. Sprawdzno wówczas awaryjny system oddalania się kapsuły od rakiety nośnej, gdyby na stanowisku startowym doszło do awarii. Okazało się, że Starliner już w ciągu 5 sekund od oddzielania się od rakiety osiągnął prędkość ponad 1000 km/h, co daje astronautom dużą szansę na uniknięcie niebezpieczeństwa. Pomimo tego, że w czasie lądowania kapsuły otworzyły się tylko 2 z 3 spadochronów, to kapsuła bezpiecznie spoczęła na Ziemi, a test spełnił wymagania NASA. Jeśli zaś chodzi o SpaceX to 3 listopada zakończono serię 13 testów rozwijania spadochronów kapsuły Crew Dragon. Każdy z testów się udał i tym samym kapsuła z naddatkiem spełniła wymagania NASA mówiące o 10 udanych testach. Jeszcze na początku bieżącego roku wydawało się, że SpaceX będzie pierwszą w historii prywatną firmą, która wyśle astronautów w przestrzeń kosmiczną. Jednak w kwietniu doszło do eksplozji Crew Dragona na stanowisku startowym. Śledztwo wykazało, że przyczyną była nieszczelność jednego z zaworów. Kapsuła, która eksplodowała, jeszcze miesiąc wcześniej przeszła pierwszy test orbitalny i z powodzeniem zadokowała do Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Niedługo później, w maju, podczas testów Crew Dragona nie rozwinęły się spadochrony. Obecnie nie wyznaczono żadnej oficjalnej daty pierwszej misji załogowej z wykorzystaniem Crew Dragona. Jednak eksperci uważają, że już wkrótce taką datę poznamy. Boeing i SpaceX pracują dla NASA w ramach Commercial Crew Programe. W ramach podpisanych kontraktów rozwijają rakiety, systemy startowe i kapsuły załogowe. USA chcą odzyskać dzięki nim możliwość samodzielnego wysyłania astronautów w przestrzeń kosmiczną. Obecnie NASA płaci Rosji 85 milionów dolarów za każdego wysłanego astronautę. Kapsuły obu firm mogą pomieści do 7 astronautów. Każda z nich przeszkoliła już po 3 astronautów, którzy wezmą udział w dziewiczych lotach załogowych kapsuł. Loty takie mogą odbyć się już w 2020 roku. Pod warunkiem, że kolejne testy wypadną pomyślnie. Kolejny test Starlinera zaplanowano na 17 grudnia. Kapsuła poleci wówczas na Międzynarodową Stację Kosmiczną. To pierwszy z dwóch testów bezzałogowych, które muszą zostać przeprowadzone, zanim Boeing będzie mógł przeprowadzić test załogowy. « powrót do artykułu
  20. NASA poinformowała, że zanim na Księżyc trafią ludzie, wyśle tam misję, której celem będzie znalezienie źródeł wody dla astronautów. O misji VIPER (Volatiles Investigating Polar Exploration Rover) poinformowano w ostatni piątek, podczas Międzynarodowego Kongresu Astronautycznego. NASA chce, by łazik wylądował na Srebrnym Globie do grudnia 2022 roku. Misja VIPER miałaby potrwać 100 dni. W tym czasie łazik ma przejechać kilkanaście kilometrów poszukując śladów wody. Przeprowadzone przez niego badania pozwolą zdecydować, gdzie będą lądowli astronauci pracujący w ramach programu Artemis. VIPER zostanie wyposażony w cztery instrumeny do poszukiwania wody. Najważniejszy będzie Neutron Spectrometer System, który ma wykrywać wilgoć pod powierzchnią Srebrnego Globu. Następnie wiertło TRIDENT pobierze próbki, a dwa kolejne instrumenty je przeanalizują. VIPER będzie pobierał i analizował próbkiz różnych miejsc, co pozwoli stworzyć mapę obszaru, na którym z największym prawdopodobieństwem występuje woda. Woda na Księżycu będzie kluczowym elementem długotrwałej obecności ludzi na Srebrnym Globie. Potrzebna ona będzie nie tylko do picia, ale również do produkcji paliwa dla rakiet, które w przyszłości zawiozą człowieka na Marsa. Lód został znaleziony na południowym biegunie Księżyca już przed 10 laty. Tamten region jest więc przedmiotem szczególnego zainteresowania. Nie tylko zresztą NASA. We wrześniu Indie próbowały wysłać tam swój pierwszy księżycowy łazik. Niestety urządzenie rozbiło się podczas lądowania. « powrót do artykułu
  21. Panel ekspertów złożony ze specjalistów z NASA i zewnętrznych instytucji zakończył przegląd założeń misji Lucy, pierwszej misji do planetoid trojańskich. Lucy Critical Design Review trwał od 15 do 18 października. W tym czasie eksperci zostali zapoznani ze wszelkimi szczegółami planowanej misji, w tym z budową pojazdu, jego wyposażeniem, szczegółami budowy, planowanych testów, systemów naziemnych, założeń naukowych misji itp. itd. Przegląd wypadł pomyślnie i eksperci dali zielone światło do kontynuowania misji. Tym samym misja Lucy wkroczyła w etap budowania odpowiedniego sprzętu. To bardzo ekscytujący moment, gdyż wykraczamy poza fazę planowania oraz projektowania i zaczynamy budować pojazd. W końcu staje się on rzeczywistością, mówi Hal Levison z Southwest Research Institute, główny naukowiec misji Lucy. Critical Design Review to ostatni etap planowania i projektowania. Jego celem jest zapewnienie, że wszystko przygotowano jak należy, a misja spełni stawiane przez nią cele, jest wsparta solidną wiedzą naukową, odpowiednimi analizami, dokumentacją i będzie przebiegała bezpieczne. Lusy będzie pierwszą misją do asteroid trojańskich. Zostanie wystrzelona w październiku 2021 rkou i w ciągu 12 lat odwiedzi siedem planetoid, jedną z pasa głównego – znajdującego się pomiędzy Marsem a Jowiszem – i sześć trojańczyków. Asteroidy trojańskie to pozostałości po formowaniu się planet. Są one uformowane w dwóch grupach znajdujących się na orbitach bardzo podobny do orbity Jowisza. Dotychczas nie odwiedził ich żaden wysłany z Ziemi pojazd. Od strony naukowej ze misję Lucy będzie odpowiedzialny Southwest Research Institute (SwRI) w Boulder w stanie Colorado. Pojazd zostanie zbudowany przez Lockheed Martin Space Systems, a zarządzanie całą misją, kwestie inżynieryjne oraz bezpieczeństwa spoczną na barkach specjalistów z Goddard Space Flight Center. Misje przygotowywane w ramach programu Discovery, takie jak Lucy, są stosunkowo tanie. Maksymalny koszt rozwoju każdej z nich określono na 450 milionów dolarów. Celem takich misji jest znalezienie kluczowych odpowiedzi na pytania dotyczące Układu Słonecznego. Są one zarządzane przez głównego badacza, który dobiera sobie zespół naukowców i inżynierów, a ich celem jest przygotowanie misji od początku do końca.   « powrót do artykułu
  22. David Burns z ASA Marshall Space Flight Center opublikował dokument opisujący koncepcję nowatorskiego silnika rakietowego działającego bez paliwa czyli bez wyrzucanej w jednym kierunku masy, która nadaje silnikowi ruch w kierunku przeciwnym. Urządzenie, nazwane przez niego 'silnikiem spiralnym' wykorzystuje zjawisko zmiany masy, do którego dochodzi przy prędkościach bliskich prędkości światła. Część specjalistów, którzy zapoznali się z koncepcją Burnsa, wyraża wątpliwość, czy zaprezentowany przez niego silnik w ogóle może działać, jednak inżynier nie przejmuje się tym zbytnio. Nie mam oporów przed opublikowaniem swojej koncepcji. Jeśli ktoś twierdzi, że to nie może działać, powiem, że mimo to warto się temu przyjrzeć. Żeby zrozumieć, jak ma działać silnik, możemy wyobrazić sobie pudełko, wewnątrz którego znajduje się umieszczony poziomo pręt, a na nim jest pierścień. Jeśli teraz sprężyna popchnie pierścień w jednym kierunku będzie się on ślizgał po pręcie, dotrze do ściany pudełka i się od niej odbije. Pudełko zostanie więc popchnięte i przesunie się nieco. Jednak pierścień podąża teraz w przeciwnym kierunku, dociera do przeciwnej ściany pudełka, od której znowu się odbija. Pudełko przesuwa się, wracając na poprzednią pozycję. W ten sposób pudełko, czyli nasz silnik, będzie bez końca przesuwało się raz w jedną, raz w przeciwną stronę. Jeśli jednak, jak zauważył Burns, pierścień będzie zmieniał masę i będzie ona znacznie większa gdy przesuwa się w jednym kierunku, niż gdy przesuwa się w drugim, wówczas pudełko będzie poruszało się w tym kierunku, w którym masa poruszającego się pierścienia jest większa. Prawa fizyki nie zabraniają zmiany masy. Z prac Einsteina wiemy, że im prędkość poruszającego się obiektu jest bliższa prędkości światła, tym większą ma on masę. Możemy więc zastosować w 'silniku spiralnym' akcelerator cząstek, w którym jony są w jednym kierunku przyspieszane, a w drugim spowalniane. Taki akcelerator miałby kształt helisy. Taki akcelerator musiałby mieć długość około 200 metrów i 12 metrów średnicy. Potrzebowałby też 165 megawatów do wygenerowania siły ciągu rzędu zaledwie 1 niutona. Biorąc to pod uwagę, silni mógłby osiągnąć znaczącą prędkość jedynie w środowisku, w którym nie występują opory. Jeśli będzie miał wystarczającą ilość czasu i mocy to może rozpędzić się do 99% prędkości światła, stwierdził Burns. Silniki bez paliwa nie są nowym pomysłem. Już pod koniec lat 70. amerykański wynalazca Robert Cook opatentował silnik, który miał zamieniać siłę odśrodkową w ruch liniowy. Z kolei na początku bieżącego wieku Brytyjczyk Roger Shawyer wysunął głośną koncepcję „niemożliwego” relatywistycznego silnika elektromagnetycznego EM Drive. Żadna koncepcji silnika bez paliwa dotychczas się nie sprawdziła. Fizycy zwracają uwagę, ze takie silniki łamią zasadę zachowania pędu. Martin Tajmar z Drezdeńskiego Uniwersytetu Technologicznego, który prowadził testy EM Drive uważa, że 'silnik spiralny' nie zadziała. Żaden z inercyjnych systemów napędowych, o ile mi wiadomo, nie działał w środowisku wolnym od oporów", mówi. Co prawda propozycja Burnsa wykorzystuje teorię względności, co nieco komplikuje analizę, jednak, jak stwierdza Tajmar "zawsze jest akcja i reakcja. Burns, który pracował na swoją koncepcją prywatnie, niezależnie od pracy w NASA, zauważa, że taki silnik byłby całkowicie nieefektywny. Jednak widzi możliwości pozyskania dodatkowej energii z promieniowania cieplnego i synchrotronowego emitowanego przez akcelerator. Ponadto uważa, że udałoby się zachować pęd w spinie przyspieszanych jonów. Wiem, że istnieje ryzyko, iż mój pomysł zostanie odesłany tam, gdzie jest EM Drive i zimna fuzja. Jednak trzeba być gotowym na to, że ktoś nas zawstydzi. Bardzo trudno jest wynaleźć coś całkowicie nowego, co będzie działało, dodaje. « powrót do artykułu
  23. Biuro Inspektora Generalnego NASA prowadzi śledztwo w sprawie... pierwszego domniemanego przestępstwa popełnionego w przestrzeni kosmicznej. Summer Worden żona astronautki Anne McClain oskarżyła ją, że podczas pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej zaglądała ona na konto bankowe Worden. Obie panie wzięły ślub w 2014 roku, a od roku 2018 są w separacji i toczą spór m.in. o opiekę nad synem Worden. McClain przyznaje, że zaglądała na konto, ale tylko po to, by upewnić się, że są na nim wystarczające środki na opiekę nad dzieckiem. Zresztą, jak mówi, wielokrotnie korzystając z tego samego hasła, sprawdzała stan konta będąc na Ziemi. Worden mówi, że nabrała podejrzeń, gdy zauważyła, iż McClain zna szczegóły na temat jej wydatków. Poprosiła wówczas bank o dane na temat komputerów, z których logowano się do konta i odkryła, że właścicielem jednego z nich jest NASA. Złożyła więc zawiadomienie do Federalnej Komisji Handlu, donosząc o nieupoważnionym dostępie do prywatnych informacji finansowych oraz kradzieży tożsamości. McClain nie zgadza się z tymi zarzutami. Na podstawie International Space Station Intergovernmental Agreement, traktatu podpisanego w styczniu 1998 roku przez 15 państw zaangażowanych w budowę Stacji, ustalono, że każdy partner utrzymuje jurysdykcję i kontrolę nad należącymi doń elementami stacji oraz personelem odpowiedniej narodowości. Jeśli zatem pani McClain, która jest obywatelką USA, popełniła przestępstwo wykorzystując do tego celu komputer należący do NASA, to będzie za nie sądzona przez amerykański wymiar sprawiedliwości. Sprawę ułatwia tutaj fakt, że również i domniemana ofiara jest obywatelką USA. Co jednak, gdyby astronauta jednego kraju popełnił przestępstwo wobec obywatela innego kraju lub celowo uszkodzi element stacji należący do innego kraju? Również i taką sytuację przewidziano we wspomnianym traktacie. Stanowi on, że przestępca będzie podlegał jurysdykcji kraju, którego jest obywatelem. Jednak w takim przypadku najpierw odbywają się konsultacje pomiędzy oboma krajami – krajem sprawcy i krajem poszkodowanym. Następnie w ciągu 90 dni od tych konsultacji kraj poszkodowany ma prawo postawić zarzuty na gruncie własnego prawa sprawcy przestępstwa o ile albo zgodzi się na to kraj sprawcy, albo też kraj sprawcy nie da krajowi poszkodowanemu gwarancji, iż złoży do własnych odpowiednich organów dokumenty pozwalające na ściganie sprawcy. Sprawa przestępstw popełnionych na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej jest więc uregulowana odpowiednią umową międzynarodową. Znacznie trudniejsze mogą okazać się tego typu sprawy w momencie rozwoju turystyki kosmicznej. W tej chwili nie wiadomo, czyjej jurysdykcji powinien podlegać np. australijski turysta, który na pokładzie amerykańskiego pojazdu kosmicznego popełni przestępstwo przeciwko turyście japońskiemu. Niewykluczone, że w takim wypadku przestępca sądzony byłby na gruncie prawa państwa, pod którego jurysdykcją znajduje się pojazd kosmiczny. Jednak sprawy mogłyby się skomplikować, gdyby kraj sprawcy lub poszkodowanego oświadczył, że chce prowadzić proces. « powrót do artykułu
  24. Na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej zainstalowano drugi dok dla prywatnych pojazdów kosmicznych. Dotychczas na stacji istniał jeden International Docking Adapter (IDA) przystosowano do takich pojazdów. Teraz, dzięki zainstalowaniu IDA-3, można będzie jednocześnie obsłużyć dwa pojazdy SpaceX czy Boeinga. Zainstalowanie doku był naprawdę potrzebne, mówi Kirk Shireman, jeden z menedżerów odpowiedzialnych za Międzynarodową Stację Kosmiczną. Jeśli mamy na pokładzie czterech astronautów i jeden port dokujący, to wszyscy muszą czekać w kolejce, upchnąć się w pojeździe i odłączyć od ISS zanim następny pojazd będzie mógł zacumować. Nowy dok został zainstalowany przez Nicka Hague'a i Drew Morgana podczas 6,5-godzinnego spaceru kosmicznego. Expedition 60 to pierwsza misja obu astronautów. Dla Hague'a był to 3. spacer kosmiczny, a dla Morgana 1. Prace rozpoczęły się od umieszczenia przenośnej kamery bezprzewodowej w miejscu ich prowadzenia, dzięki czemu centrum kontroli mogło obserwować ich przebieg. Astronauci przeciągnęli kable zapewniające przesyłanie energii oraz danych, a także zainstalowali adapter do kontroli ciśnienia, łączący dok z resztą stacji. Rzecznik prasowy NASA, Gary Jordan, powiedział, że część prac związanych z okablowaniem wykonano już w roku 2016 podczas spacerów kosmicznych w ramach Expedition 46 i 48. Po zainstalowaniu kabli Morgan i Hague umocowali reflektory, które będą służyły pomocą przy dokowaniu. Prace przebiegły nadspodziewanie łatwo i ukończono je szybciej, niż zakładano. Centrum kontroli obawiało się, że kable, które przez kilka lat znajdowały się poza stacją, będą sztywne i „zapamiętały” swój kształt. Okazało się jednak, że łatwo je rozwinąć i astronauci nie napotkali na żadne przeszkody. Pierwszy International Docking Adapter (IDA-1) został wystrzelony w 2015 roku na pokładzie rakiety SpaceX. Rakieta eksplodowała wkrótce po starcie. IDA-2 poleciał na ISS w lipcu 2016 roku, a w sierpniu został zainstalowany. Pierwsze dokowanie przeprowadzono w marcu 2019 roku, gdy przyłączył się do niego Crew Dragon. « powrót do artykułu
  25. Misja Dragonfly będzie kolejną – czwartą – jaką NASA przygotuje w ramach programu New Frontiers. Koncepcja badań Tytana, największego księżyca Saturna, wygrała więc w propozycją przywiezienia próbek komety 67P/Churyumov-Gerasimenko. Misja, którą kieruje Elizabeth Turtle z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, wystartuje w 2026 roku. Będzie ona odmienna od innych przedsięwzięć związanych z robotyczną eksploracją Układu Słonecznego. Tytan jest inny niż jakiekolwiek miejsce w Układzie Słonecznym, więc i Dragonfly będzie inną misją, powiedział Thomas Zurbuchen, wiceadministrator NASA ds. badań naukowych. Tytan otoczony jest przez atmosferę składającą się głównie z azotu. Jest on większy od Merkurego, a naukowcy przypuszczają, że pod zamarzniętą skorupą znajduje się ocean. Księżyc był badany przez sondę Cassini, która w 2005 roku umieściła w atmosferze Tytana próbnik Huygens. Na powierzchni Tytana znajdują się skały, wyżyny i pustynie. Są one jednak zbudowane z lodu, a rzeki i oceany to płynny metan. Zarejestrowano tam też obecność molekuł organicznych. To niezwykle interesujące miejsce. Tytan może być kolebką dla jakiegoś rodzaju życia. Niezależnie od tego, czy życie się tam pojawiło, czy też nie, węglowodorowe rzeki i jeziora Tytana oraz węglowodorowy śnieg, czynią go jednym z najbardziej fascynujących obiektów w Układzie Słonecznym, mówi Lindy Elkins-Tanton z Arizona State University i główna badaczka misji Psyche. Jako, że Tytan jest tak zróżnicowany, umieszczenie próbnika w jednym miejscu nie da nam zbyt wielu informacji na temat procesów chemicznych zachodzących na księżycu. Stąd też pomysł misji Dragonfly – śmigłowca, który będzie latał nad Tytanem i pobierał próbki. Dragonfly będzie składał się z czterech ramion, z których każde zostanie wyposażone w dwa śmigła, jedno u dołu, drugie u góry. Dzięki gęstej atmosferze i słabej grawitacji 300-kilogramowy śmigłowiec wielkości samolotu, zasilany generatorem radioizotopowym, będzie mógł podróżować nad Tytanem pobierając co 16 ziemskich dni próbki i zużywając przy tym 38-krotnie mniej energii niż na Ziemi. Dragonfly przybędzie na Tytana w 2034 roku. W tym czasie na półkuli północnej będzie panowała długotrwała zima. Okolice bieguna północnego to miejsce występowania interesujących naukowców mórz metanowych. Jednak Dragonfly nie będzie mógł tam lądować ani komunikować się z Ziemią. Dlatego pojazd zajmie się badaniem okolic równika. Znajdujące się tam wielkie pustynie zawierają prawdopodobnie materiał opadający z całego księżyca. Dragonfly skupi się na poszukiwaniu kraterów uderzeniowych i wulkanów lodowych. Misja podstawowa Dragonfly potrwa 3 lata. W tym czasie pojazd przebędzie 175 kilometrów, a każdy z lotów będzie miał długość do 8 km. W końcu śmigłowiec dotrze do krateru Selk, który jest jego głównym celem. To 80-kilometrowy krater uderzeniowy. Dragonfly nie zostanie wyposażony w robotyczne ramię. Badania będzie prowadził emitując promieniowanie gamma, dzięki któremu rozróżni różne typy gruntu. Zostanie też wyposażony w wiertło, za pomocą którego pobierze próbki. Te trafią do tuby próżniowej, a stamtąd do spektrometru mas, który przeanalizuje ich skład. Taki system badań najbardziej niepokoił NASA. Obawiano się, że bogata w węglowodory atmosfera Tytana doprowadzi do jego zatkania. Potrzeba było dwóch lat badań, testowania nowych materiałów i architektury systemu, by rozwiać te wątpliwości. Dragonfly nie skupi się jedynie na powierzchni Tytana. Będzie też badał wnętrze księżyca i jego atmosferę. Podczas lotu będzie zbierał próbki atmosfery, a dzięki sejsmometrowi zarejestruje wibracje powodowane przez interakcje Tytana z Saturnem oraz wpływ grawitacji planety na uwięziony pod lodem ocean. Jeśli śmigłowiec nie ulegnie awarii, to nie można wykluczyć, że jego misja zostanie przedłużona. Zasilania wystarczy mu bowiem na 8 lat, a – jak pamiętamy z dotychczasowych misji – NASA często, gdy ma taką możliwość, wydłuża misje poza ich program podstawowy i próbuje osiągnąć dodatkowe cele Całkowity koszt misji zamknie się w kwocie 1 miliarda dolarów. Dragonfly – czyli New Frontiers 4 – to kolejne po New Horizons (misja do Plutona i obiektu 2014 MU69 w Pasie Kuipera), Juno (misja do Jowisza) i OSIRIS-REx (misja do asteroidy Bennu) – przedsięwzięcie w ramach programu New Frontiers. Jak poinformował Thomas Zurbuchen, w roku 2021 lub 2022 NASA rozpocznie przyjmowanie propozycji dla misji New Frontiers 5.   « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...