Skocz do zawartości
Forum Kopalni Wiedzy

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów ' NASA' .



Więcej opcji wyszukiwania

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Nasza społeczność
    • Sprawy administracyjne i inne
    • Luźne gatki
  • Komentarze do wiadomości
    • Medycyna
    • Technologia
    • Psychologia
    • Zdrowie i uroda
    • Bezpieczeństwo IT
    • Nauki przyrodnicze
    • Astronomia i fizyka
    • Humanistyka
    • Ciekawostki
  • Artykuły
    • Artykuły
  • Inne
    • Wywiady
    • Książki

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Skype


ICQ


Jabber


MSN


AIM


Yahoo


Lokalizacja


Zainteresowania

Znaleziono 11 wyników

  1. Specjalistom z Jet Propulsion Laboratory (JPL) wciąż nie udało się nawiązać kontaktu z marsjańskim łazikiem Opportunity. Szanse, że urządzenie, które od kilkunastu lat pracuje na Marsie, ponownie podejmie swoje zadania, są coraz mniejsze. W czerwcu 2018 nad znaczną częścią Marsa rozszalała się potężna burza piaskowa. Promienie słoneczne przestały padać na panele słoneczne Opportunity. Jako, że łazik nie pozyskiwał energii, NASA zdecydowała się wprowadzić go w stan hibernacji, by zaoszczędzić energię. Od tamtej pory JPL wysłało do Opportunity ponad 600 komend w nadziei, że łazik ponownie ruszy. Eksperci liczyli na to, że sezonowe wiatry, które wieją pomiędzy listopadem a styczniem, oczyszczą z piasku panele słoneczne łazika, umożliwiając ponowne naładowanie jego baterii. Niestety, dotychczas to się nie udało. Koniec sezonu wiatrów może być końcem łazika. Jeśli jednak tak się stanie, to nie mógłbym wyobrazić sobie lepszego sposobu na ten koniec... misja, przewidziana na 90 dni kończy się po 15 latach, a jej kres przynosi jedna z najpotężniejszych od lat burz piaskowych, mówi Steven Squyres, główny naukowiec misji z Cornell University. Mamy jeszcze tydzień. Kończy nam się czas, stwierdza John Callas, menedżer misji z JPL. Bliźniak Opportunity, łazik Spirit, zamilkł w marcu 2010 roku. Obecne próby uruchomienia Opportunity trwają już niemal tak długo, co próby uruchomienia Spirita. Dlatego można się spodziewać, że NASA pozostały ostatnie dni prób nawiązania kontaktu. Inżynierowie mogą jeszcze wydać polecenie przełączenia komunikacji łazika na tylną antenę. Jeśli to nie wypali, to nie wiem, co potem, przyznaje Callas. Jeszcze przed zamknięciem rządu USA planowano zebranie, podczas którego miała zapaść decyzja, czy po sezonie wiatrów będą kontynuowane próby nawiązania kontaktu. Jako, że rząd został tymczasowo otwarty, wkrótce możemy poznać ostateczną decyzję. Jeśli nawet to koniec misji Opportunity, to łazik zyskał sobie miejsce w historii. Miał pracować przez 90 dni, przetrwał ponad 5000. Przejechał 45 kilometrów, często jadąc tyłem z powodu przegrzewającego się układu sterowania. Łazik wylądował w 2004 roku na równinie Meridiani Planum. Szybko odkrył minerały bogate w siarkę, które w przeszłości prawdopodobnie były dnem laguny. Przesłane przez łazik dane wskazują, że na Marsie okresowo istniały jeziora. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że Czerwona Planeta mogła podtrzymywać życie znacznie dłużej, niż wcześniej sądzono. W 9. roku misji Opportunity przeprowadził pierwsze obserwacje gliny liczącej sobie ponad 4 miliardy lat. Przed trzema dniami NASA rozpoczęła serię prób nawiązania kontaktu z łazikiem. Inżynierowie będą wysyłali komendy, uwzględniając trzy scenariusze: pierwszy, że główna antena łazika została uszkodzona, drugi, mówiący o uszkodzeniu głównej i pomocniczej anteny oraz trzeci, zgodnie z którym doszło do awarii zegara łazika. Specjaliści mają nadzieję, że uda się skontaktować z anteną zapasową i zresetować zegar. « powrót do artykułu
  2. Za kilka dni, w poniedziałek 26 listopada, na Marsie wyląduje kolejna misja. Na Czerwoną Planetę trafi trójnożny robot geologiczny wysłany tam w ramach misji InSight. To pierwsze amerykańskie urządzenie, które ląduje na Marsie od czasu łazika Curiosity z 2012 roku i pierwsze urządzenie badawcze wyspecjalizowane w badaniu tego, co znajduje się pod powierzchnią Marsa. Lądowanie robota zostanie przeprowadzone podobnie, jak lądowanie innych urządzeń posadowionych dotychczas na powierzchni Marsa. Tutaj jednak podobieństwa się kończą. Gdy tylko specjaliści z centrum kontroli lotu w Kalifornii dojdą do wniosku, że miejsce lądowania jest bezpieczne – wystarczająco płaskie i pozbawione kamieni – mierzące 1,8 metra długości ramię robota zdejmie i ustawi na powierzchni Marsa dwa urządzenia naukowe. Dotychczas nikt nie próbował takiej operacji na powierzchni innej planety. Pierwsze z urządzeń wykona w powierzchni Marsa dziurę o głębokości 5 metrów. Zostanie użyty do tego specjalny gwóźdź z czujnikami temperatury, który pozwoli ocenić temperaturę wewnętrzną planety. Jeśli projekt się uda, będzie to najgłębszy otwór wykonany przez człowieka na innym ciele niebieskim. Dotychczas rekordowo głęboką dziurę wykonali astronauci, którzy wwiercili się na głębokość 2,5 metra pod powierzchnię Księżyca. Drugi z eksperymentów to specjalny sejsmometr, którego zadaniem jest rejestrowanie ruchów skorupy Marsa. Misja InSight nie będzie poszukiwała śladów życia. Nie została wyposażona w żadne odpowiednie czujniki. Jej celem są badania geologiczne Czerwonej Planety. Najpierw jednak misja InSight musi wylądować na Marsie, a to nie jest proste. Spośród wszystkich misji marsjańskich podjętych przez ludzkość sukcesem zakończyło się około 50%. Największy odsetek udanych misji ma za sobą NASA, która jako jedyna doprowadziła do udanego lądowania urządzenia i przeprowadzenia misji na powierzchni Czerwonej Planety. Jednak, jako że każde lądowanie jest inne, nawet doświadczona agencja kosmiczna nie może z góry stwierdzić, że misja się uda. Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. To, że robiliśmy to już wcześniej nie znaczy, że się nie denerwujemy, stwierdził Tom Hoffman, odpowiedzialny za misję InSight. Podmuch wiatru może wprowadzić zmienić położenie lądującego pojazdu, mogą poplątać się linki spadochronu, już na powierzchni Marsa może przydarzyć się burza piaskowa, która uniemożliwi generowanie energii z paneli słonecznych. Może dojść do zablokowania którejś z nóg robota lub jego automatycznego ramienia. InSight wejdzie w atmosferę Marsa z prędkością 19 800 km/h. Później wszystko będzie zależało od silników hamujących i spadochronu. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wyląduje na dużej równinie Elysium Planitia. Samo urządzenie jest niewysokie. Jego górny pokład będzie znajdował się zaledwie metr nad powierzchnią planety, a po rozłożeniu okrągłych paneli słonecznych zajmie ono tyle miejsca co duży samochód. Przy okazji misji InSight wysłano też miniaturowe satelity CubeSat, które przelecą nad Marsem i wejdą na orbitę okołosłoneczną. Po lądowaniu minie co najmniej 10 tygodni zanim wszystkie instrumenty naukowe rozpoczną pracę. I kolejnych kilka tygodni zanim na Marsie rozpoczną się wiercenia. Misję zaplanowano na 1 marsjański rok. To odpowiednich 2 lat na Ziemi. « powrót do artykułu
  3. Po 9 latach pracy Teleskop Kosmiczny Keplera zużył całe paliwo potrzebne mu do prowadzenia operacji w przestrzeni kosmicznej. NASA zdecydowała o zakończeniu pracy teleskopu i o pozostawieniu go na obecnej, bezpiecznej dla Ziemi orbicie. Kepler był pierwszą misją NASA przeznaczoną do poszukiwania planet pozasłonecznych. Jego odkrycia znacznie przekroczyły nasze oczekiwania i przetarły drogę dalszym poszukiwaniom życia w Układzie Słonecznym i poza nim, powiedział Thomas Zurbuchen, administrator Dyrektoriatu Misji Naukowych NASA. On nie tylko pokazał nam, ile planet jest poza Układem Słonecznym, ale zainicjował całkowicie nowe pole badań, które szturmem podbiło środowisko naukowe. Jego odkrycia rzuciły nowe światło na nasze miejsce we wszechświecie i pokazały, ile niezwykłych tajemnic i możliwości kryje się wśród gwiazd. Teleskop Keplera odkrył ponad 2800 planet. Najnowsza analiza przesłanych przezeń danych wskazuje, że od 20 do 50 procent widocznych gwiazd prawdopodobnie posiada w swojej ekosferze niewielkie skaliste planety o rozmiarach podobnych do rozmiarów Ziemi. To zaś oznacza, że istnieje bardzo dużo podobnych do Ziemi planet, na powierzchni których może znajdować się woda w stanie ciekłym. Dzięki Keplerowi dowiedzieliśmy się też, że najczęściej spotykanym typem planet są obiekty o wielkości pomiędzy rozmiarami Ziemi a Neptuna. W Układzie Słonecznym planety takie nie występują. Warto więc dowiedzieć się o nich więcej. Kepler odkrył również, że wiele układów planetarnych jest niezwykle gęsto upakowanych. Planety znajdują się w nich bardzo blisko siebie. Gdy przed 35 laty zaczęliśmy pracować nad misją Keplera nie znaliśmy ani jednej pozasłonecznej planety. Teraz wiemy, że planety są wszędzie. Kepler wyznaczył drogę, którą będą podążały kolejne pokolenia badające naszą galaktykę, powiedział William Borucki, jeden z głównych twórców misji Keplera. Teleskop Kosmiczny Keplera został wystrzelony 6 marca 2009 roku. Jego początkowym celem było ciągłe monitorowanie 150 000 gwiazd położonych w kierunku Gwiazdozbioru Łabędzia. Cztery lata po wystrzeleniu, gdy Kepler wykonał wszystkie stawiane przed nim zadania, teleskop zaczęły nękać awarie. Przed urządzeniem postawiono więc nowe cele. W ramach rozszerzonej misji K2 Kepler miał co trzy miesiące obserwować inny fragment nieba. W ten sposób teleskop przyjrzał się kolejnym ponad 500 000 gwiazdom. Dzięki niemu naukowcy lepiej zrozumieli zachowanie i właściwości gwiazd, co jest niezbędną wiedzą do badania planet je obiegających. Odesłanie teleskopu na emeryturę nie oznacza końca odkryć dokonywanych przez Keplera. Jestem podekscytowany tym, co dopiero odkryjemy dzięki analizie danych i przyszłym misjom opartym na osiągnięciach Keplera, mówi Jessie Dotson z Ames Research Center. Teleskop Keplera nadesłał tyle danych, że naukowcy spodziewają się, iż będą je analizowali i dokonywali odkryć przez kolejną dekadę lub dłużej. Gdy na Ziemię nadeszły pierwsze sygnały ostrzegające o wyczerpującym się paliwie, NASA uruchomiła pełną moc Keplera kończąc wszystkie zaplanowane projekty i pobrała z teleskopu wszystkie dane. « powrót do artykułu
  4. NASA opublikowała zdjęcie dryfującej po Morzu Weddella góry lodowej, która ma niemal idealnie prostokątną powierzchnię i ostro opadające pionowe ściany. Zdjęcie wykonano w zeszłym tygodniu z samolotu badawczego agencji. Kształty góry sugerują, że niedawno wycieliła się z lodowca (w tym przypadku z antarktycznego lodowca Larsen C) i nie została jeszcze poddana działaniu żywiołów. W naukowej nomenklaturze takie góry lodowe nazywa się stołowymi. Kelly Brunt, glacjolog z NASA, opowiada, że proces ich formowania przypomina ułamanie zbyt długiego paznokcia. Trudno dokładnie powiedzieć, jak duża jest góra lodowa ze zdjęcia, ale eksperci sądzą, że ma ponad 1,6 km szerokości. « powrót do artykułu
  5. Jak poinformowała NASA, po raz pierwszy od 50 lat ktoś zrezygnował ze szkolenia dla astronautów. Tym razem jest to Robb Kulin, który wycofał się mniej więcej w połowie treningu odbywanego w Centrum Lotów Kosmicznych im. Lyndona B. Johnsona. Poprzednia rezygnacja miała miejsce w 1968 r.; chemik John Llewellyn należał do 6. grupy treningowej (drugiej, w której znaleźli się astronauci-naukowcy). Miało się ponoć okazać, że Llewellyn nie jest stworzony do lotów i nie czyni tak szybkich postępów, jak powinien. Rzeczniczka NASA Brandi Dean powiedziała, że decyzja Kulina wiąże się ze sprawami osobistymi i agencja nie może o nich opowiadać. Kulin należał do 12-osobowej grupy, wybranej poprzedniego lata spośród rekordowej liczby 18.300 aplikujących. Wcześniej 35-latek pracował jako wyższy rangą menedżer w firmie SpaceX. Podczas rekrutacji inżynier mechanik mówił, że ma nadzieję, że poleci kiedyś w kosmos statkiem, przy którego projektowaniu pomagał. W skład grupy Kulina wchodziło 7 mężczyzn i 5 kobiet w wieku 29-42 lat. To 22. grupa adeptów od czasu Mercury 7 (nazywanej też Original Seven lub Astronaut Group 1), czyli zespołu wybranego w kwietniu 1959 r. do lotów kosmicznych w ramach programu Mercury. « powrót do artykułu
  6. Z Przylądka Canaveral wystartowała Parker Sola Probe, pojazd, który ma wlecieć w atmosferę Słońca. Udany start odbył się o godzinie 9:31 czasu polskiego. Po czterech minutach lotu od rakiety Delta IV Heavy oddzielił się pierwszy stopień i uruchomił się główny silnik drugiego stopnia. Uruchomiono też silniki manewrowe, które ustawiły rakietę w odpowiedniej pozycji do przeprowadzenia kolejnych etapów lotu. Po udanym oddzieleniu trzeciego stopnia rakiety, tego, do którego zamocowana jest Parker Solar Probe, główny silnik trzeciego stopnia został odpalony na 80 sekund. W końcu do centrum kontroli nadeszła informacja o udanym oddzieleniu się PSP od trzeciego stopnia, po czym pojazd rozwinął panele słoneczne i przesłał dane, wskazujące, że wszystko przebiegło zgodnie z planem. Sonda będzie krążyła wokół naszej gwiazdy i zbierała na jej temat dane. Aby nie ulec potężnej grawitacji Słońca, które stanowi przecież 99,8% masy Układu Słonecznego, PSP musi osiągnąć prędkość nie mniejszą niż 85 000 km/h. Nie jest to łatwe zadanie, dlatego też pojazd aż siedmiokrotnie skorzysta z asysty grawitacyjnej Wenus. W końcu znajdzie się w rekordowo małej odległości 6 milionów kilometrów od powierzchni naszej gwiazdy. Stanie się też najszybszym pojazdem w historii ludzkości. Jej prędkość wyniesie niemal 700 000 km/h. Obecnie rekord prędkości należy do sondy Juno, która poruszała się z prędkością 265 000 km/h względem Ziemi, natomiast najszybszym pojazdem względem Słońca była sonda Helios 2 pędząca z prędkością niemal 253 000 km/h. Parker Solar Probe to urządzenie rozmiarów małego samochodu. Jego celem jest atmosfera Słońca znajdująca się w odległości około 6,5 miliona kilometrów od powierzchni naszej gwiazdy. Głównym celem misji jest zbadanie, w jaki sposób w koronie Słońca przemieszcza się energia i ciepło oraz odpowiedź na pytanie, co przyspiesza wiatr słoneczny. Naukowcy wiążą z misją olbrzymie nadzieje, licząc, że zrewolucjonizuje ona rozumienie Słońca, Układu Słonecznego i Ziemi. Próbnik będzie musiał przetrwać temperatury dochodząc do 1370 stopni Celsjusza. Pomoże mu w tym gruba na 11,5 centymetra osłona termiczna (Thermal Protection System) z kompozytu węglowego. Jej celem jest ochrona czterech instrumentów naukowych, które będą badały pola magnetyczne, plazmę, wysokoenergetyczne cząstki oraz obrazowały wiatr słoneczny. Instrumenty mają pracować w temperaturze pokojowej. TPS składa się z dwóch paneli węglowego kompozytu, pomiędzy którymi umieszczono 11,5 centymetra węglowej pianki. Ta strona osłony, która będzie zwrócona w kierunku Słońca została pokryta specjalną białą warstwą odbijającą promieniowanie cieplne. Osłona o średnicy 2,5 metra waży zaledwie 72,5 kilograma. Musiała być ona lekka, by poruszająca się z olbrzymią prędkością sonda mogła wejść na odpowiednią orbitę wokół naszej gwiazdy Co interesujące, Parker Solar Probe jest pierwszym pojazdem kosmicznym NASA nazwanym na cześć żyjącej osoby. W ten sposób uhonorowano profesora astrofizyki Eugene'a Parkera z University of Chicago. Zwykle misje NASA zyskują nową, oficjalną nazwę, po starcie i certyfikacji. Tym razem jest inaczej. W uznaniu zasług profesora Parkera na polu fizyki Słońca oraz dla podkreślenia, jak bardzo misja jest związana z prowadzonymi przez niego badaniami, zdecydowano, że oficjalna nazwa zostanie nadana przed startem. Już na początku października sonda po raz pierwszy przeleci w pobliżu Wenus i trafi na orbitę wokół Słońca. Będzie to orbita o długości 150 dni. Jednak sonda będzie coraz bardziej zbliżała się do naszej gwiazdy. Podczas drugiego przelotu wokół Wenus (21 grudnia 2019) jej orbita wyniesie 130 dni. Po kilku latach, 2 listopada 2024 roku Parker Solar Probe spotka się z Wenus po raz siódmy i ostatni. Wtedy to sonda będzie okrążała Słońce w ciągu zaledwie 88 dni. Niedługo potem, 19 grudnia, podczas 22. peryhelium, Parker Solar Probe pierwszy raz zbliży się do Słońca na minimalną odległość.   « powrót do artykułu
  7. Stany Zjednoczone zapowiadają, że w latach 30. bieżącego wieku wyślą załogową misję na Marsa. Wielu ekspertów i prawodawców alarmuje jednak, że złe planowanie i brak funduszy mogą pokrzyżować te zamierzenia. Jakby tego tyło mało, prezydent Trump stwierdził, że Ameryka ponownie powinna wysłać człowieka na Księżyc i wybudować tam bazę, która zostanie wykorzystana podczas podróży na marsa i posłuży do testowania niezbędnych technologii. Taki projekt istniał już wcześniej, został jednak wstrzymany przez administrację prezydenta Obamy, która wolała skupić się na samym Marsie. Jednak plany, jakie przed NASA stawia administracja Trumpa, mogą narazić i tak już niepewny los misji na Marsa. W 2009 roku niezależny panel ekspertów, zwany Augustine Commission, ostrzegł, że NASA dysponuje zbyt małym budżetem, by wysłać człowieka na Marsa. Agencja ma do dyspozycji około 18 miliardów dolarów rocznie. Zdaniem Augustine Commission zrealizowanie misji wymagałoby zwiększenia budżetu o 3 miliardy USD rocznie. Z kolei Narodowe Akademie Nauki stwierdziły, że przy obecnym budżecie NASA będzie mogła wysłać człowieka na Marsa dopiero około roku 2050. Chris Carberry, dyrektor wykonawczy Explore Mars, zeznał podczas przesłuchania przed Kongresem, że prywatni i międzynarodowi partnerzy mogą pomóc USA w obniżeniu kosztów. Oni chcą, byśmy przewodzili temu projektowi. Jednak martwi ich, że zmieniamy plany. Nie są pewni, w którym kierunku będziemy szli. Carberry dodaje, że eksperci stworzyli listę kilkunastu technologii, nad którymi należy rozpocząć prace jak najszybciej, by móc w ciągu najbliższych 20 lat wysłać ludzi na Marsa. Być może jednak uda się osiągnąć zakładane cele. Obie główne amerykańskie partie popierają projekt załogowej wyprawy na Marsa, a senator Ted Cruz, który przewodzi podkomisji ds. przestrzeni kosmicznej wyraził nadzieję, że przyszłoroczny budżet NASA zostanie przygotowany z myślą o długoterminowych celach, a nie o tylko o zapewnieniu agencji pieniędzy na najbliższy rok. « powrót do artykułu
  8. Pomiędzy SpaceX a Boeingiem toczy się zaciekła rywalizacja w przemyśle kosmicznym, a jednym z najważniejszych jej elementów są fundusze NASA. W 2014 roku obie firmy złożyły wnioski o finansowanie pojazdów załogowych, zdolnych do przewiezienia astronautów na Międzynarodową Stację Kosmiczną. Boeing poprosił o 50% więcej od SpaceX i pieniądze otrzymał. Obie firmy zapowiadały różne terminy realizacji zadania i obie przesuwały te terminy. Dotychczas jednak nie znaliśmy zdania samej NASA na temat perspektyw i postępów obu przedsiębiorstw. Dopiero teraz w nowym raporcie US Government Accountability Office (GAO) pojawiły się informacje wskazujące, jak NASA ocenia prace prowadzone przez obie firmy. Na podstawie dotychczasowych postępów i oceny ryzyk NASA uważa, że Boeing będzie gotowy do uzyskania certyfikatu pozwalającego na loty załogowe na ISS pomiędzy 1 maja 2013 a 30 sierpnia 2020. Dla SpaceX termin ten określono na pomiędzy 1 sierpnia 2019 a 30 listopada 2020. Analitycy NASA wyliczyli też średnią i stwierdzili, że proces certyfikacyjny Boeinga może mieć miejce w grudniu 2019 roku, a SpaceX w styczniu 2020. Jak widać, oba przedsiębiorstwa idą łeb w łeb, a niewielka przewaga Boeinga może wynikać z faktu, że firma ta współpracuje z NASA znacznie dłużej niż SpaceX, więc jest lepiej zaznajomiona z procedurami i całym procesem certyfikacyjnym. Głównym celem raportu przygotowanego przez GAO nie było jednak informowanie opinii publicznej o tym, jak NASA ocenia SpaceX i Boeinga, ale poinformowanie Kongresu, że NASA może nie być gotowa do wysyłania astronautów na ISS po listopadzie 2019 roku. To ostatni miesiąc, na który Agencja ma wykupione miejsca dla swoich astronautów na pokładzie rosyjskich Sojuzów. Co prawda NASA pracuje nad potencjalnymi rozwiązaniami, ale nie ma planu awaryjnego, by uzupełnić istniejącą lukę. Bez takiego planu NASA naraża na ryzyko osiągnięcia i cele związane w wykorzystywaniem przez Stany Zjednoczone Międzynarodowej Stacji Kosmicznej – czytamy w raporcie. Po przygotowaniu raportu można się spodziewać, że Kongres nakaże NASA przygotowanie takiego planu. Być może Agencja będzie musiała przedłużyć kontrakt z Roskosmosem. « powrót do artykułu
  9. NASA po raz kolejny przekłada termin wystrzelenia Teleskopu Kosmicznego Jamesa Webba. Powołana przez NASA Independent Review Board, której celem jest ocena postępów przy pracy nad teleskopem, jednogłośnie opowiedziała się za wyznaczeniem nowej daty startu na 30 marca 2021 roku. W opracowanym raporcie IRB stwierdziła, że problemy techniczne, w tym ludzkie błędy, znacząco wpłynęły na kalendarz budowy teleskopu. NASA rozważała wystrzelenie JWST w maju 2020 roku, jednak z ogłoszeniem oficjalnej daty wstrzymywała się do czasu wydania oficjalnej opinii przez IRB. Kosz budowy urządzenia zwiększył się z 8 do 8,8 miliarda USD, a wraz z jego obsługą i utrzymaniem wyniesie co najmniej 9,66 miliarda dolarów. Oryginalny plan NASA zakładał, że Teleskop Jamesa Webba trafi w przestrzeń kosmiczną już w 2007 roku. Musimy wszystko dobrze zrobić na Ziemi, zanim wystrzelimy go w kosmos. I chciałem ponownie podkreślić, że Webb jest wart czekania, powiedział Thomas Zurbuchen z Dyrektoriatu Misji Naukowych. Budowa teleskopu okazała się znacznie trudniejszym przedsięwzięciem niż sądzono. Jeszcze do niedawna przewidywanym terminem startu był październik 2018 roku. We wrześniu ubiegłego roku ogłoszono jednak, że w wyniku problemów ze złożeniem podstawy termin startu zostanie przesunięty na wiosnę 2019 roku. Przed trzema miesiącami dowiedzieliśmy się, że start odbędzie się w maju 2020 roku, gdyż potrzebny jest dodatkowy czas by przetestować systemy teleskopu oraz poradzić sobie z pewnymi problemami, jak np. rozdarcia na osłonie chroniącej teleskop przed promieniami Słońca. Jednocześnie powołano do życia IRB, której celem była analiza postępów prac i doradztwo, co do terminu ich zakończenia. W ostatnim dniu maja IRB przesłała swój raport do NASA, a przed dwoma dniami NASA opublikowała swoją odpowiedź. W raporcie IRB czytamy, że 29-miesięczne opóźnienie pomiędzy październikiem 2018 a marcem 2021 wynika z pięciu czynników: ludzkich błędów, problemów niejako automatycznie wbudowanych w taki projekt, złożoność systemu, zbytni optymizm oraz brak doświadczenia w kluczowych obszarach, takich jak np. budowa osłony przed Słońcem. Wśród najważniejszych błędów popełnionych przez ludzi wymieniono m.in. umycie zaworów niewłaściwym rozpuszczalnikiem, błędy w uzwojeniu przetworników ciśnieniowych oraz niewłaściwe zainstalowanie elementów montażowych osłony słonecznej przed jej kluczowym testem. Wszystkie tego typu drobne błędy spowodowały opóźnienie o 1,5 roku i zwiększyły koszty o około 600 milionów dolarów, mówi przewodniczący IRB Tom Young. W raporcie IRB znalazły się 32 zalecenie dotyczące przyszłych prac nad JWST. NASA już uznała 30 z nich na słuszne, a 2 pozostałe nadal się analizowane. Najważniejsze jednak, że IRB nie zaleciła przerwania prac nad teleskopem. Jednak wzrost kosztów z 8 do 8,8 miliarda dolarów oznacza, że sięgnęły one maksymalnej granicy dopuszczonej przez Kongres. NASA będzie musiała poprosić Kongres o przyznanie dodatkowych środków. « powrót do artykułu
  10. Wczoraj inżynierowie NASA wyprowadzili z hibernacji sondę New Horizons. Przez ostatnie pół roku pojazd znajdował się w trybie oszczędności energii, w którym jedynie raz w tygodniu wysyłał w kierunku Ziemi sygnał, potwierdzający, że wszystkie jego instrumenty działają. W tym czasie New Horizons leciał przez Pas Kuipera. Przed trzema laty New Horizons przysłał nam pierwsze zdjęcia Plutona. Teraz zbliża się do swojego kolejnego celu badawczego. Z końcem bieżącego roku, 31 grudnia, sonda zbliży się na najmniejszą odległość do obiektu MU69, zwanego też Ultima Thule. To skalisty obiekt długości około 30 kilometrów, oddalony od Ziemi o 6,4 miliarda kilometrów. Praktycznie nic o nim nie wiemy. Specjaliści nie są nawet pewni, czy jest to pojedynczy obiekt, czy dwie bliskie siebie skały. Jego olbrzymia odległość od Słońca powoduje, że od samych swoich początków Układu Słonecznego jest głęboko zamrożony. Naukowcy mają nadzieję, że zdradzi on nam wiele cennych informacji o formowaniu się Układu Słonecznego. Określenie Ultima Thule zostało użyte przez Wergiliusza w Georgikach. W średniowieczu termin ten oznaczał mityczną krainę na północy, która wyznaczała krańce znanego świata. « powrót do artykułu
  11. Na najbliższą sobotę, 5 maja, zaplanowano start kolejnej misji marsjańskiej NASA. Na Czerwoną Planetę poleci lądownik InSight. Ma on wystartować o godzinie 13:05 czasu polskiego z Bazy Sił Powietrznych Vandenberg w Kalifornii. InSight zostanie wyniesiony przez rakietę Atlas V. Początkowo planowano, że InSight wystartuje wiosną 2016 roku, jednak awarii uległ jeden z kluczowych instrumentów naukowych. W zaplanowanym okienku czasowym pozwalającym na lot nie Marsa nie udałoby się naprawić i przetestować instrumentu, zatem trzeba było czekać 26 miesięcy, aż otworzy się kolejne okienko. InSight będzie pierwszą misją, podczas której naukowcy zajrzą głęboko pod powierzchnię Marsa. Znajdujące się na łaziku niezwykle czułe instrumenty pozwolą na badanie trzęsień skorupy Marsa i przepływu ciepła w jej wnętrzu. InSight będzie tworzył mapę wnętrza Czerwonej Planety, co pozwoli lepiej zrozumieć jej historię, a tym samym historię innych planet skalistych, w tym Ziemi. InSight to już 12. misja w ramach prowadzonego przez NASA Discovery Program, którego celem jest zbadanie Układu Słonecznego. Za misję InSight odpowiada Jet Propulsion Laboratory. Biorą w niej udział, obok NASA i amerykańskich firm prywatnych, także francuska i niemieckie agencje kosmiczne i naukowe. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to łazik InSight wyląduje 26 listopada na Elysium Planitia nieco na północ marsjańskiego równika i przez co najmniej dwa lata będzie badał Marsa. Elysium Planitia to druga największa – po Tharsis – równina wulkaniczna Marsa. Na pokładzie łazika znajdują się dwa niezwykłe instrumenty. Pierwszy z nich to sejsmometr Seismic Experiment for Interior Structure (SEIS), który jest tak czuły, że rejestruje przesunięcia gruntu tak niewielkie jak średnica atomu. To właśnie jego awaria przyczyniła się do opóźnienia startu misji. Drugi zaś to Heat Flow and Physical Properties Package (HP3), który zostanie umieszczony 5 metrów w głębi powierzchni Marsa i będzie badał przepływ ciepła. « powrót do artykułu
×