Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

venator

Users
  • Content Count

    35
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    4

Everything posted by venator

  1. Ps 3 Wkradł się błąd bo pisałem z pamięci. Wg. rekonstrukcji Luterbachera ostatnia dekada XVII w była jednak mocno zimna , zwłaszcza zima 1695 r. była niewiele cieplejsza niż ta 1708/09. To lata poprzedzający "wielki mróz" były raczej ciepłe po 1701 r. np. rok 1706 był cieplejszy średnio niż 1984 r. Oczywiście należy zaznaczyć, że te rekonstrukcje mogą być obarczone dużym błędem (raczej zawyżają temp.)
  2. Pogorszenie się jakości życia mieszkańców Europy na przestrzeni ostatniego tysiąclecia dobrze tłumaczy zjawisko pułapki maltuzjańskiej, której podstawą jest statyczna teoria zasobów. Słowem, jakikolwiek wzrost produktywności powodował wzrost populacji ale nie przekładał się na podniesienie stopy życiowej. A wprost przeciwnie. Wyrwanie się z pułapki maltuzjańskiej paradoksalnie następowało jednak w okresach największych ochłodzeń: minimów Maundera, Daltona, po części i Wolfa, na które przypadają kolejne etapy rewolucji industrialnej. Weźmy konkretny przykład: Flandria, Brabancja, Holandia. Pod koniec średniowiecza nastąpiło przesunięcie centralnego ośrodka gospodarczego w Europie na teren dzisiejszej Belgii i Holandii. W 1350 r. Brugia liczyła aż 90 tyś mieszkańców, Gandawa 57 tyś. Te duże i bogate miasta (+Ypres) potrzebowały mnóstwo surowca, nie tylko do produkcji ale też i ogrzewania domów, w ochładzającym się przecież klimacie. Podstawowy i w zasadzie jedyny surowiec do wytwarzania energii cieplnej to było drewno. Postępujące uprzemysłowienie, zwłaszcza wzrost produkcji żelaza powstającego w bardzo mało wydajnym energetycznie procesie, zużycie drzewa do budowy gotyckich budowli, powodował wylesianie. Zjawisko to dotknęło szczególnie trzy wyżej wymienione kraje.Do 1600 r. wytrzebiono tam prawie wszystkie lasy. A palić trzeba było. Sięgnięto więc po pierwsze paliwo kopalne - torf (niby jest odnawialny ale można to pominąć, przyrost jest niezwykle wolny). Takie zachowanie świetnie tłumaczy stworzona przez Juliana Simon'a teoria zasobu ostatecznego. W przypadku kończącego się zasobu, ludzkość dzięki swojej inteligencji, jest w stanie zastąpić go innym lub go wytworzyć. Jedynym ograniczeniem jest zasób ostateczny czyli "moc obliczeniowa" ludzkiego mózgu. Skończy się kreatywność ludzkiego mózgu to skończą się zasoby. I żadna epoka lodowcowa w tym nie przeszkodzi. Dotychczas się sprawdza. A przecież wchodzi jeszcze sztuczna inteligencja... Holendrzy na torfie, który był źródłem taniej energii cieplnej zbudowali swoją potęgę gospodarczą. Oczywiście znaczenie miał też ich "zmysł" handlowy, kalwińska pochwała bogacenia się (oprocentowane pożyczki), czy też położenie geograficzne, a także napływ kapitału po 1580 r. z niespokojnych Niderlandów południowych. Dodać też można użycie wiatraków do pozyskania energii mechanicznej. Ale to właśnie tania energia cieplna pchnęła Holandię na podium najbogatszego kraju świata w XVII w. Najpopularniejszym w XVII w. "surowcem" był cukier, a ze stu cukrowni w Europie, aż połowa istniała w Holandii. Produkowano na skalę przemysłową sól, pozyskiwaną w salinach, do których ogrzewania służył torf. Dzięki temu do większej ilości klientów można było eksportować solone śledzie, mięso, nabiał. Produkowano rury gliniane, kafle piecowe, barwiono płótna, wytwarzano szkło, mydło. Importowano drewno, którym nie trzeba było ogrzewać mieszkań, bo do tego był torf, a można było zużyć je do budowy statków. Dzięki czemu uzyskiwano wyższy "zwrot z inwestycji". Palony torf topił smołę, służył do obróbki termicznej elementów metalowych. Wszystko do budowy statków i okrętów. W Holandii w XVII w. aż 60% ludności mieszkało już w miastach (myśmy to osiągnęli w PRL), dochód pkb per capita był dwa razy wyższy niż w sąsiednich, zamożnych przecież, krajach. To było wyrywanie się z pułapki maltuzjańskiej bo wzrost liczby ludności nie przekładał się na zubożenie populacji. A to dzięki kreatywności. Oczywiście nadal żyło tam dużo biedoty, a na tle współczesnej Zachodniej Europy to dochód ówczesnych Holendrów był jednak niski. Ale zjawisko zaistniało. Nie przeszkodził w tym MEL. Wprost przeciwnie, na zasadzie "potrzeba matką wynalazków", ochłodzenie było zapewne impulsem do poszukiwania nowej drogi. W Rzeczpospolitej sytuacja była zgoła odmienna ale tu również nie widział bym drastycznie złego wpływu klimatu na pogorszenie się sytuacji ludności . Przyczyną była anachroniczna struktura gospodarcza. Ale o tym może oddzielnie bo i tak wyszedł elaborat. PS. To nie było też tak, że MEL to było wieczne zimno, lodowce i niedźwiedzie. Bywały wręcz dekady względnie ciepłe. Jak np. lata 1690-1708 gdy średnie temp. były takie jak w okresie 1950-1985 r. Oczywiście ten ciepły okres zakończył się "fajerwerkami" - zimą tysiąclecia 1708/1709 zwaną "wielkim mrozem". Ps 2. Poza tym klimatycznie MEL sięgał do 1900 r kiedy epoka przemysłowa trwałą w najlepsze i nawet w krajach tak zacofanych jak Rosja carska następował wzrost stopy życiowej postępujący ze wzrostem liczby ludności.
  3. Co do podkreślonej części zdania to pokrywałoby się z teorią pułapki maltuzjańskiej. Ale jeśli chodzi o pozostałą część zdania to można być mocno sceptycznym aby klimat mial aż taki negatywny wpływ. Raczej wprost przeciwnie. « powrót do artykułu
  4. W zdrowym ciele zdrowy duch... Ojciec polskiej medycyny, Wojciech Oczko, miał grubo ponad 400 lat temu takie o to spostrzeżenia: Ruch zastąpi prawie każdy lek, podczas gdy żaden lek nie zastąpi ruchu @krzysztof B7QkDkW BMI jest dobrym wyznacznikiem tylko i wyłącznie w "globalnej"statystyce. WHR już dużo lepiej. Dlatego przy pomiarach ciała najlepszy będzie centymetr krawiecki.
  5. Powtarzam jeszcze raz - przewaga Chin polega na posiadaniu woli politycznej co zapewnia przede wszystkim stabilizacje. Wielkim dramatem NASA jest uwikłanie się w polityczne rozgrywki i zależność od polityków ograniczonych horyzontem wyborczym. Wystarczy prześledzić historie ich programu kosmicznego. Dalekosiężne były tylko dwa - Apollo i STS. Przy czym co do STS to porwano się na skomplikowany projekt z ograniczonymi, decyzją polityczną, środkami. Druga odsłona dramatu NASA to drenaż mózgów przez prywatny sektor kosmiczny. Zdolni pasjonaci idą teraz do SpaceX i innych prywatnych firm a nie biurokratycznego molocha. Taki prosty przykład z brzegu - technologia termicznych silników nuklearnych jest w NASA znana i teoretycznie oraz w pewnym stopniu praktycznie przebadana. Taki silnik umożliwiłby skrócenie podróży na Marsa nawet o połowę i uniezależniłby loty od koniunkcji planet. NASA na badania nad tym silnikiem przeznacza..7 mln $ rocznie. Teoretycznie coś ma się ruszyć w 2022 r. a bez rewolucji w napędach nie bardzo sobie wyobrażam załogową eksplorację naszego Układu. Sam Musk byłby takimi silnikami zainteresowany gdyby rząd zbudował naziemne stanowisko testowe. A jest wola polityczna? Być może taki kop w d...by się Amerykanom przydał. Takim kopem dla Jankesów był nie lot Gagarina a Titowa. 16 dni po tym jak Gus Grissom wykonał swój skok balistyczny i przy wodowaniu o mało co nie utonął, Sowieci wysłali Titowa na orbitę na cały dzień. Latał Titow nad głowami Amerykanów, chyba ze trzy razy. Spekulowano, że mógł bomby wodorowe przecież zrzucać. Może chiński Titow, który np. wyciągnąłby wypłowiałą od słońca, amerykańską flagę z księżycowego regolitu, spowodowałby ten sam efekt? Szok, przerażenie i ..mobilizacje. Co do Trumpa to jego sensowny pomysł , to skasowanie do 2028 r. programu ISS, który kosztował USA 87 mld $, a teraz rocznie kosztuje 3-4 mld $ rocznie i przeznaczenie tej kasy na Księżyc. Sensowne bo ISS to wieczne tkwienie w studni grawitacyjnej Ziemi. Nawet badań nad sztucznym ciążeniem nie robią Był projekt centryfugi, którą mieli zamontować na ISS, z malutkim habitacikiem sypialnianym. Ciążenie jakieś 0,5 g i wpływ takiego ciążenia na ciało śpiącego cżłowieka. Ciach i kasy na program nie było. Był projekt wywołania ciążenia takiego jak na Marsie (chyba ok 0,35 g) i wpływ tego ciążenia na myszy. W końcu to ssaki. Ciach i kasy na program nie było. Nie były zbyt kosztowne. To po co ta stacja? Żeby orbitowała? Gdy Amerykanie realizowali program Gemini to nie pot aby dwóch astronautów sobie polatało na orbicie a po to aby przetestować technologie niezbędne w locie na Księżyc. A teraz gdzie jest ten cel?
  6. To ten rozpęd jest naprawdę potężny . Chiny były w 2018 r nr 1 jeśli o liczbę startów - wynosiła ona 39 vs 31 amerykańskich. Ale jeśli chodzi o wyniesiony ładunek użyteczny to USA wyprawiło w przestrzeń kosmiczną jednak aż 2 x większą masę. Także przewaga USA jest nadal znacząca a jeśli chodzi o eksploracje US to prymat jest niepodważalny. Chiny mają jednak w pewnej materii bardzo dużą przewagę - jest nią wola polityczna i systematyczność. Możemy się z tego śmiać bo to przaśne i prl-owskie ale tam nadal realizuje się plany 5-letnie co zapewnia dużą stabilność . Konsekwentnie i bez pospiechu realizują swoje plany. Specjaliści twierdzą, że załogowe lądowanie na Księżycu to plan 2030-34. I nie będzie to kopia Apollo a raczej program mający pokazać, że Chiny też potrafią - lądowanie na biegunie, ewentualnie na "ciemnej" stronie (choć to nie będzie chyba łatwe), pierwsza kobieta na Księżycu, dłuższy pobyt na powierzchni (max w programie Apollo to 72 h). Przepraszam, że post pod postem. Uważam, że jednak nie doceniasz wkładu programu Apollo w naukę i rozwój technologi. Z mało rozwiniętych technologii wyciśnięto wówczas naprawdę dużo a sam program, który o mało co a nie zakończył się fiaskiem, był przykładem olbrzymiej determinacji sporej grupy ludzi. Za bardzo wówczas nie dało się więcej zrobić. Wszystko to było pionierskie.
  7. Proszę zwrócić uwagę na nieprzypadkowe miejsce lądowania. Krater Von Karmana. Najlepszym uczniem von Karmana i jego protegowanym był Qian Xuesen, Pomimo olbrzymich zasług dla amerykańskiego programu kosmicznego, był współtwórcą JPL, autorem koncepcji wahadłowców (jego teoretyczna praca była podstawą programu Dynasoar), po nagonce antykomunistycznej Xuesen został z USA wydalony w 1955 r. Po powrocie do Chin został ojcem chińskiego programu kosmicznego. Taki chiński Korolow. Miejsce lądowania to ewidentna aluzja do USA, może zaproszenie do nowego "wyścigu"?
  8. @3grosze Takie dane znalazłem na stronie powstałej z inicjatywy Instytutu Żywienia i Żywności: https://ncez.pl/abc-zywienia-/zasady-zdrowego-zywienia/ryby-----zdrowe-czy-skazone-- Polska jest krajem o wciąż małym spożyciu ryb, wśród których nie dominują najbardziej zanieczyszczone gatunki dużych drapieżnych osobników. Z danych GUS-u wynika, że przeciętne miesięczne spożycie ryb i owoców morza na 1 osobę w Polsce w 2016 roku wynosiło 320 g miesięcznie, czyli ok. 80 g na tydzień. @Ergo sum Nie popełniłem błędu gdyż napisałem wyraźnie o szlachcie średniozamożnej, która stanowiła nie więcej jak 16% ogółu szlachty czyli z tych 10%. Te 8-10% było mocno zaś zawyżane przez Mazowsze gdzie szlachta łącznie z zagrodową stanowiła aż 23% ogółu społeczeństwa a na Podlasiu 20%. Jednak w Małopolsce czy Wielkopolsce bliższe było standardom europejskim i stanowiła nie więcej niż 4% a na Litwie tylko 1%. Szlachty bardzo bogatej ale nie magnackiej było chyba mniej nawet niż te 1%. W bogatym województwie kaliskim właścicieli ponad 20 wsi, a więc osób uchodzących za bardzo bogatych, było ledwie 25 (pod koniec XVI w.) Z tym, że zróżnicowanie regionalne było bardzo duże a wraz z upływem czasu następowała koncentracja własności szlacheckiej. Natomiast następne zdanie to zbyt daleko idące uogólnienie. Przypominam, że pod koniec zaborów wysokotowarowe rolnictwo z zaboru pruskiego należało do najbardziej wydajnych w Europie, a poziom życia nieporównanie wyższy niż jeszcze 100 lat wcześniej. W Rzeczpospolitej ten spadek poziomu życia rzeczywiście postępował ale został on wyhamowany po 1730 r. Był on jednak paradoksalnie związany ze wzrostem liczby ludności co stanowi dobry dowód na to, że ludność wówczas tkwiła w pułapce maltuzjańskiej. Zresztą nie tylko w Polsce. @ex nihilo Dzięki za wartościowe cytaty. Choć użyte w cytacie sformułowania "duże ilości' są mocno nieprecyzyjne. Szkoda, że nie ma procentowego określenia udziału ryb w diecie codziennej. Tak czy inaczej trzeba poczekać na publikacje badań bo w świetle tego co napisałeś wnioski są co najmniej dziwne.
  9. Wg. GUS przeciętne roczne spożycie ryb w Polsce na głowę mieszkańca w 2016 r. to było 3840 g. rocznie, 80 g na tydzień. Trochę ponad 11 g. na dzień. Licząc dla śledzia w oleju i dla przeciętnego mężczyzny o wadzę 70 kg, prowadzącego umiarkowany wysiłek fizyczny, wychodzi, że ryba stanowi nieco ponad 1% w dziennym bilansie kal. przeciętnego Polaka. Dla kobiet będzie to ciut więcej. Rzeczywiście mało ale.. dotyczy to przeciętnego mieszkańca naszego kraju, a moje dane dotyczyły średniozamożnej szlachty a to było raptem 0,7-1,5% ogółu społeczeństwa. Maksymalnie nieco ponad 100 tyś osób, w okresie największej liczebności kraju. Ogromną większość stanowili jednak chłopi i plebs. Źródła praktycznie nie wymieniają ryb w chłopskim jadłospisie. Chyba, że dysponujecie nowymi opracowaniami, które przedstawiają inny obraz. Wyjątkiem potwierdzającym regułę był plebs gdański, który spożywał głównie suszone dorsze i razowy chleb, zagryzał "śledziem i szprotką". Czyli żywił się najtańszym i najłatwiej w tamtych warunkach dostępnym pokarmem. Sam dwór królewski ani dwory magnackie nie były w żaden sposób reprezentatywne dla ogółu społeczeństwa. Ryb szerzej nie znano. Nie bez kozery zacytowałem tutaj Paska. Poprawa gospodarki rybnej nastąpiła w XVI wieku ale uległa załamaniu w okresie wielkich wojen 1648-67, zwłaszcza po Potopie. Mnóstwo stawów zostało rozbitych co skutkowało min. lokalnymi zabagnieniami. Spowodowało to lokalnym pojawieniem się nieznanych wcześniej chorób takich jak malaria. Szlachta, średniozamożna oraz bogatsze warstwy oczywiście ryby jedli i je cenili. i nie były to tylko karaski. Jedzono karpie, szczupaki, pstrągi, łososi, liny, płocie, sumy i jesiotry. O dziwo nie jedzono śledzi. Masa a tym bardziej objętość pożywienia ma niewielkie znaczenie, chyba, że chcesz zapchać żołądek. W prawidłowej diecie podstawą jest bilans kaloryczny. Ten w okresie prosperity gospodarczej Korony w XVI w. a więc także i w czasach istnienia Krzyżaków był bardzo przyzwoity. Przeciętny chłop, mężczyzna, spożywał ok 3500 kcal dziennie. Obecna norma dla ciężko pracującego mężczyzny to ok. 4000 kcal ale biorąc pod uwagę znacznie mniejsze wymiary ciała XVI wiecznego chłopa to pewnie wyjdzie podobnie. Piramida żywieniowa była nieco zaburzona, występowała pewna nadpodaż węglowodanów pochodzenia roślinnego (głównie zboża), z niedoborem białek i tłuszczów odzwierzęcych. Z czasem wraz z regresem gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej, uległo to znacznemu pogorszeniu. Tak czy siak podstawowym dostawcą kalorii było zboże. Uległo to zmianie dopiero w 2.poł XVIII w. wraz z upowszechnianiem się ziemniaków. Mięso tłuste owszem. Ulubiona potrawą był kapłon, wykastrowany, utuczony, młody kogut. Ale ceniono też dziczyznę - nie ma zdrowszego, czerwonego mięsa. Ale znów mowa o zamożniejszej szlachcie. Przeciętny chłop jadał tak: "(chłopi -przyp.venator) ...prawie tylko nabiałami a polem żyją, sztuki mięsa rzadko widzi albo nigdy" (Jakub Haur) W świetle powyższego co napisałem, to jeśli zainteresowanie Krzyżaków rybami było takie jak pozostałej części stanu rycerskiego czyli dużo mniejsze niż spożycie mięsa czerwonego, drobiu to może tak po po prostu było - ryb jedli bardzo mało. Tak jak to wyszło w badaniach.
  10. Witam wszystkich. Mój pierwszy post. W zasadzie to nie powinno dziwić. Badania Andrzeja Wyczańskiego wskazują, że nawet w XVI wieku, gdy w skutek budowy nowych stawów hodowlanych wzrosło spożycie ryb, to było ono zaskakująco małe. Wyczański podaje tutaj liczby: w Rzeczpospolitej dla przeciętnego dworu średniozamożnej szlachty to było jakieś 5-6% dziennego spożycia kalorii, dla dworu królewskiego 15%. Może w tamtych czasach po prostu nie doceniano tego rodzaju pożywienia? W zasadzie nie jadano najwartościowszych tłustych ryb morskich. W zwyczajach kulinarnych Krzyżacy zanadto się raczej nie różnili od mieszkańców Korony czy Litwy. Sięgnę jeszcze w wolnym czasie po opracowania Kuchowicza, tam może być więcej na ten temat. Były oczywiście wyjątki. Królowa Jadwiga prawie nie jadła mięsa, za to chętnie spożywała ryby. Sprowadzano je nawet z zagranicy. Podobnie jak dla króla Zygmunta Augusta, który jadał mało popularne śledzie. A tak w drugiej połowie XVII .wieku o "popularności" ryb pisał J.Ch. Pasek, który miał oswojona wydrę Robaka: W drodze wielka była z nią wygoda, kiedy w post. Bo jak to u nas, osobliwie w tym kraju, przyjedziesz do miasteczka, spytasz: "Dostanie tu ryb kupić?" To się jeszcze dziwuje: "A skądci by się tu wzięły! I nie znamy ich". To jadąc gdziekolwiek mimo rzekę, staw, a wydra była, sieci nie trzeba. Zsiadszy trochę z woza: "Robak, hul! hul!" - to Robak poszedł, wyniósł, jakie ryby ta woda miała, jedne po drugiej, aż było dosyć. Jużem tam nie przebierał jako w domowym stawie; ale co przyniosła, to bierz, oprócz jednej żaby, bo i te często nosiła, gdyż - jakom już napisał - że ona tam nie brakowała osobami, ale co napadła, to wzięła.
×
×
  • Create New...