-
Liczba zawartości
37614 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
nigdy -
Wygrane w rankingu
246
Zawartość dodana przez KopalniaWiedzy.pl
-
U biedniejszych emocje silniej wpływają na zdrowie
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Psychologia
Czy związek emocje-stan zdrowia obowiązuje tylko w "rozpieszczonych" krajach Pierwszego Świata, a w krajach biedniejszych bardziej liczą się czynniki istotne dla przetrwania? Okazuje się, że uczucia wpływają na dobrostan ludzi z całego świata, a niski dochód wręcz nasila oddziaływanie pozytywnych stanów ducha na zdrowie. Zespół prof. Sarah Pressman przeanalizował próbę 150 tys. ludzi ze 142 państw. Warto przypomnieć, że wcześniejsze studia dotyczyły państw uprzemysłowionych. Zastanawialiśmy się, czy fakt, że emocje oddziałują na nasze zdrowie, nie wynika przypadkiem z tego, że możemy sobie pozwolić na taki luksus. Chcieliśmy ocenić wpływ emocji na zdrowie w miejscach, gdzie ludzie walczą z głodem, bezdomnością i poważnymi zagrożeniami, a więc czynnikami, które wydają się istotniejszymi korelatami dobrostanu. Psycholodzy zauważyli, że związek między pozytywnymi emocjami (radością, miłością, szczęściem) a zdrowiem był silniejszy w państwach z niższym PKB. U obywateli Malawi, gdzie produkt krajowy brutto wynosił 900 dol. na człowieka, emocje o znaku dodatnim oddziaływały na dobrostan mocniej niż w przypadku Amerykanów, u których PKB per capita sięgał 49800 dol. Wrogi Amerykanin z nadciśnieniem może zażyć leki. Malawijczyk nie. Medyczne interwencje osłabiają wpływ emocji na zdrowie. Pressman i inni wzięli pod uwagę dane z sondażu Instytutu Gallupa. Sprawdzano, czy dzień przed badaniem ankietowani odczuwali radość, miłość, szczęście, zgryzotę, smutek, stres, nudę, depresję lub gniew. Pod uwagę wzięto też zdrowie fizyczne, stopień zaspokojenia potrzeb i bezpieczeństwo. W przypadku tego ostatniego sprawdzano, czy jednostki bez obaw wybrałyby się gdzieś nocą, czy też zostały napadnięte i okradzione. -
Entomolog Phil Kaufman z University of Florida ostrzega, że tegorocznego lata Florydę może czekać inwazja olbrzymich komarów. Owady z gatunku Psorophora ciliata już w ubiegłym roku były bardzo dokuczliwe. Tym razem może być gorzej. Nie byłoby to zaskoczeniem, biorąc pod uwagę ich liczbę z ubiegłego roku - mówi Kaufman. Psorophora ciliata jest kilkukrotnie większy od innych komarów. To agresywny gatunek, a jego ugryzienie jest wyjątkowo bolesne. Owad naturalnie występuje na wschodzie Ameryki Północnej. Samice składają jaja w ziemi, w pobliżu rzek i strumieni. Mogą one całymi latami czekać na pojawienie się dogodnych warunków, czyli powodzi. Wówczas zaczynają się lęgnąć młode. Już larwy budzą przerażenie. To wszystkożerne stworzenia, która żywią się nie tylko, jak ma to miejsce w przypadku innych gatunków komarów, materią roślinną, ale polują też na larwy komarów, pożerają również kijanki. Natomiast dorosłe osobniki przyciągają uwagę swoimi rozmiarami i wyglądem - biało-czarny wzór na ciele powoduje, że przypominają inwazyjnego azjatyckiego komara tygrysiego. Na szczęście są też i dobre wiadomości. Psorophora ciliata rzadko przenoszą choroby, więc ich ugryzienie jest bezpieczne dla ludzi i zwierząt. Ponadto jak dotychczas nie znaleziono dowodu, by ludzka działalność wpływała na ich populację.
-
Firma Patriot prawdpodobnie wycofuje się z rynku dysków SSD. Stał się on zbyt konkurencyjny. Obecnie działają na nim dziesiątki przedsiębiorstw. Jako, że zdecydowana większość z nich nie produkuje samodzielnie kontrolerów czy układów NAND, jedynym sposobem na konkurowanie pomiędzy sobą jest obniżanie cen. Na rynku SSD największe szanse mają zatem ci producenci, którzy albo samodzielnie produkują podzespoły, albo też mają silną markę. Patriot to firma, która może pochwalić się znaną marką na rynku pamięci komputerowych. Jednak nie udało się jej powtórzyć tego sukcesu na rynku SSD. O wycofywaniu się Patriota z rynku dysków może świadczyć zarówno zniknięcie z firmowej witryny niemal wszystkich SSD z wyjątkiem SATA II Torqx, jak i fakt, że Newegg informuje o wyprzedaniu wszystkich dysków tej firmy, a na stronach Bestbuy pozostał jeden model. Największy wybór jest w serwisie Amazon.
-
FDA zezwoliła na wykorzystanie polimerowego implantu, którym zastąpiono 75% czaszki anonimowego mężczyzny. Zabieg miał miejsce 18 lutego, jednak dopiero teraz poinformowano o nim opinię publiczną. Twórcą implanu jest firma Oxford Performance Materials z Connecticut, która wykorzystuje drukarkę 3D i opracowany przez siebie polimer do tworzenia kości. W 2000 roku OPM nabyła firmę PEKK, która pracowała nad biokompatybilnym polimerem. Przez kolejne lata materiał udoskonalano, a teraz uznano, że jest gotowy do wszczepienia go pacjentowi. Nowy polimer jest biokompatybilny, jego właściwości mechaniczne są takie jak ludzkich kości, a sam materiał jest przezroczysty dla promieni X i innych, dzięki czemu nie przeszkadza w diagnostyce obrazowej. Uzyskanie akceptacji FDA dla materiału i techniki odtwarzania kości daje nadzieję wielu ludziom. Zdaniem OPM w samych tylko Stanach Zjednoczonych nowa technika może pomóc około 500 osobom - od robotników budowlanych, którzy ulegli wypadkom w pracy, po rannych żołnierzy.
-
Podczas prac na stanowisku Wadi Takarkori na Saharze archeolodzy znaleźli 20 szkieletów z epoki kamiennej. Wszystkie znajdowały się wewnątrz lub w pobliżu schroniska skalnego. Ich wiek oceniono na 8-4,2 tys. lat. To musiało być miejsce pamięci. Ludzie utrzymywali je latami i pochowali tam wiele pokoleń - opowiada Mary Anne Tafuri z Uniwersytetu w Cambridge. W schronisku natrafiono na 15 szkieletów kobiet i dzieci. W pobliskich tumulusach w późniejszym okresie pochowano 5 mężczyzn i nastolatków. Tafuri i Savino di Lernia prowadzili wykopaliska w południowo-zachodniej Libii w latach 2003-2006. Poza ludzkimi szkieletami odkryto kości zwierząt oraz naczynia ze śladami najstarszego znanego fermentowanego nabiału z Afryki. Radiodatowanie ujawniło, że większość szczątków ze schroniska pogrzebano 7300-5600 lat temu. Pochówki tumulusowe zaczęto konstruować ok. 4,5 tys. lat temu, gdy rejon stał się suchszy. Potwierdzają to rysunki naskalne, w których wymagające większej ilości wody krowy zostały zastąpione kozami. Gdy porównano skład izotopowy szkliwa i okolic starożytnego cmentarzyska, w oczy rzuciły się podobieństwa. Oznacza to, że zmarli musieli mieszkać w pobliżu schroniska.
-
Należąca do Google'a Motorola Mobility zwolni 1200 pracowników. W sierpniu ubiegłego roku pracę straciło juz 4000 osób. W rozesłanym pracownikom mailu poinformowano, że koszty są zbyt wysokie, operujemy na rynkach, gdzie nie jesteśmy konkurencyjni i tracimy pieniądze. Zwolnienia obejmą pracowników w USA, Chinach i Indiach. W grudniu ubiegłego roku Google poinformowało, że Motorola zatrudnia 11 113 osób. Zwolnienia obejmą zatem ponad 10% pracowników. Od czasu przejęcia Motorola Mobility przez Google'a firma wykazuje stratę operacyjną. W trzecim kwartale ubiegłego roku sięgała ona ponad 500 milionów dolarów, a w czwartym kwartale - ponad 350 milionów USD. Firma traci też rynek smartfonów i tabletów. Google już wcześniej obiecał, że nie będzie traktował Motoroli w sposób uprzywilejowany względem innych producentów korzystających z Androida. Ostatnio jednak pojawiły się informacje, że wyszukiwarkowy gigant obawia się coraz silniejszej pozycji Samsunga na rynku Androida i może użyć Motoroli, by temu przeciwdziałać.
-
Wkrótce w Journal of Selected Areas in Communications ukaże się artykuł, którego autorzy - naukowcy z Georgia Institute of Technology (Gatech) - opiszą teoretyczny model grafenowej anteny zdolnej do przesyłania danych z prędkością do 100 terabitów na sekundę. Elektrony w grafenie poruszają się niezwykle szybko, a naukowcy uważają, że możliwe jest wykorzystanie plazmonów pojawiających się na powierzchni, do nadawnia i odbierania sygnałów o częstotliwości liczonej w terahercach. Zdaniem uczonych z Gatechu grafenowa antena może być zbudowana z pasków o szerokości od 10 do 100 nanometrów i długości 1 mikrometra. Takie urządzenie bez problemu zmieściłoby się np. wewnątrz telefonu komórkowego. Z obliczeń wynika, że gdyby dwie tego typu anteny byłu oddalone od siebie na odległości 1 metra, mogłyby przesyłać pomiędzy sobą dane z prędkością 10 Tb/s. Zbliżenie anten na odkegłość kilku centymetrów spowodowałoby zwiększenie transferu danych do 100 Tb/s. Użytkownicy telefonów komórkowych czy tabletów mogliby zatem błyskawicznie wymieniać olbrzymie ilości danych. Oczywiście do wykorzystania możliwości takiej anteny nie wystarczy wbudowanie jej w urządzenie przenośne. Konieczne byłoby zastosowanie tez nowych podzespołów zdolnych do przetworzenia i przechowania takiej ilości danych w samym urządzeniu. Wąskim gardłem całego systemu byłby też punkt, w którym grafenowa antena jest fizycznie połączona z elektroniką zbudowaną z innych materiałów. Ponadto, nawet jeśli grafenowa antena powstanie, wciąż pozostaje problem masowej produkcji tego typu urządzeń.
-
Kofeina z nektaru poprawia pszczelą pamięć nagrody
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
Rośliny - np. kawowiec i cytrusy - częstują pszczoły nektarem z dodatkiem kofeiny. Ponieważ alkaloid poprawia pamięć owadów, w ten sposób zwiększa się prawdopodobieństwo, że wrócą one do kwiatów tego samego rodzaju i zbierając pokarm, pomogą gospodarzowi w rozprowadzaniu pyłku. Gdy podczas eksperymentów naukowcy z Uniwersytetu w Newcastle upon Tyne karmili pszczoły roztworem cukru z kofeiną, prawdopodobieństwo zapamiętania przez nie zapachu było 3-krotnie wyższe niż w grupie pojonej wyłącznie wodą z sacharozą. Zapamiętanie cech kwiatów jest dla pszczół trudne ze względu na szybkie tempo przemieszczania się z kwiatka na kwiatek. Odkryliśmy, że kofeina pomaga owadom zapamiętać lokalizację roślin - opowiada dr Geraldine Wright. Pszczoły, które żerowały na kofeinowym nektarze, są pokryte pyłkiem z kofeiną. Ponieważ by zdobyć więcej nektaru, szukają one innych kawowych roślin, sprzyja to skutecznemu zapylaniu. W ramach studium akademicy stwierdzili, że nektar przedstawicieli rodzajów Coffea i Citrus często zawiera niewielkie ilości kofeiny. Poza robustą i arabiką, alkaloid wykryto w kwiatach grejpfrutów, cytryn, pomelo i pomarańczy. Kofeina spełnia u roślin funkcję obronną i dla wielu owadów, m.in. dla pszczół, jest gorzka, dlatego zdziwiło nas, że znaleźliśmy ją w nektarze. Co istotne, alkaloid występuje w na tyle niskich stężeniach, że nie oddziałuje na smak, ale na zachowanie już tak - wyjaśnia prof. Phil Stevenson z Królewskich Ogrodów Botanicznych w Kew. Wpływ kofeiny na pamięć był zauważalny zarówno po upływie doby, jak i 3 dni. W porównaniu do grupy sacharozowej, po 24 godzinach zapach kwiatów pamiętało 3-krotnie więcej owadów kofeinowych. Po 72 h zwierzęta nagrodzone alkaloidem nadal wypadały 2-krotnie lepiej. -
Naukowcy z Hiszpanii i Australii donoszą o odkryciu pierwszego biomateriału, który zabija bakterie tylko i wyłącznie dzięki swym właściwościom fizycznym. Materiałem tym pokryte są skrzydła cykad. Uczeni zauważyli na ich powierzchni liczne tępo zakończone szpikulce, które rozrywają przynajmniej niektóre z lądujących nań bakterii. Szpikulce nie przebijają bakterii, a działają raczej jak tępe gwoździe na napełniony wodą balon. Gdy taki balon wyląduje na powierzchni pokrytej gwoździami, są one zbyt tępe, by go przebić. Jednak pod wpływem grawitacji balon będzie wciskał się pomiędzy gwoździe, co z czasem spowoduje przerwanie jego powierzchni. Taki sam mechanizm prowadzi do rozerwania błon komórkowych bakterii znajdujących się na powierzchni skrzydeł cykad. Przynajmniej w przypadku tych bakterii, których błony komórkowe są wystarczająco elastyczne. Naukowcy, chcąc sprawdzić czy dobrze rozumieją ten mechanizm, prowadzili testy, podczas których poddawali bakterie działaniu mikrofal. Pozwalało to na manipulowanie sztywnością ich błon komórkowych. Następnie umieszczali bakterie na skrzydłach. Tam, gdzie błony były bardziej elastyczne, dochodziło do ich rozerwania. Sztywne błony pozostały nienaruszone. To pierwszy przypadek biomateriału, który dzięki odpowiedniemu kształtowi potrafi zabić bakterie.
-
Przechodzenie na odnawialne źródła energii, takie jak energia wiatrowa czy słoneczna, wiąże się z koniecznością zastosowania na szeroką skalę systemów przechowywania energii. Słońce i wiatr nie dostarczają jej przecież w sposób ciągły. Tymczasem systemy energetyczne nie są wyposażone w odpowiednie urządzenia. Na przykład w Stanach Zjednoczonych infrastruktura energetyczna może przechowywać mniej niż 1% wyprodukowanej energii. Obecnie jedynie około 3% energii jest produkowane w USA ze źródeł odnawialnych, jednak zainteresowanie nimi rośnie. Dlatego też naukowcy z Uniwersytetu Stanforda przeprowadzili symulację, w której USA pozyskują ze źródeł odnawialnych 80% zużywanej energii, w związku z czym muszą wyposażyć infrastrukturę energetyczną w urządzenia do jej przechowywania. Uczeni chcieli w ten sposób sprawdzić, jaki będzie stosunek ilości energii zużytej do wyprodukowania takich urządzeń do ilości energii, jaką urządzenia takie będą w stanie przechowywać. O ile wiemy, to pierwsze w historii badanie, którego celem była ocena energetycznych kosztów zastosowania na masową skalę urządzeń do przechowywania energii - mówi profesor Sally Benson, współautor badań. Najbardziej znaną metodą przechowywania energii w skali całych sieci energetycznych jest budowa elektrowni szczytowo-pompowych. To zamknięte tamą zbiorniki, do których woda pompowana jest w czasie niskiego poboru energii. Nadmiarowa energia z sieci jest wówczas używana do napełnienia zbiornika, a gdy nadchodzi szczyt i rośnie zużycie energii, woda jest spuszczana przez turbiny, które produkują energię. Profesor Benson wraz z doktorem Charlesem Barnhartem porównali energetyczny bilans elektrowni szczytowo-pomopowych z pięcioma najbardziej obiecującymi technologiami budowy akumulatorów: kwasowo-ołowiowych, litowo-jonowych, sodowo-siarkowych, wanadowych akumulatorów przepływowych i cynkowo-bromowych. Pierwszym krokiem było obliczenie ilości energii potrzebnej do stworzenia urządzenia. Wzięliśmy pod uwagę całość wydatków energetycznych, od wydobycia surowców, takich jak lit czy ołów, poprzez samą produkcję, aż po wydatki energetyczne związane z jego zainstalowaniem w miejscu docelowym. Badania ujawniły, że całkowity bilans energetyczny - zatem koszt produkcji w porównaniu z ilością przechowywanej energii - produkcji każdego z akumulatorów był wyższy od kosztu budowy elektrowni szczytowo-pompowej. Takie rozwiązanie podpowiada też intuicja. Akumulatory są zbudowane z metali, czasem rzadkich, do których wydobycia i oczyszczenia trzeba zużyć dużo energii. Elektrownia szczytowo-pompowa składa się z powietrza, wody i brudu. To po prostu dziura w ziemi i betonowa zapora - mówi Barnhart. Po ocenie kosztów budowy uczeni przystąpili do szacowania kosztów utrzymania urządzenia czy struktury przez 30 lat. Urządzenie do przechowywania energii powinno wytrzymać kilkadziesiąt lat. W przeciwnym razie trzeba będzie znowu wydobywać materiały, budować urządzenia i transportować. A to wszystko wymaga energii. Zatem im dłużej takie urządzenie pracuje, tym mniej energii kosztuje w jednostce czasu - dodaje Barnhart. Podczas obliczeń uczeni wykorzystali stworzoną przez siebie matematyczną formułę ESOI (Energy Stored On Investment). Obliczenia wykazały, że wskaźnik ESOI dla elektrowni szczytowo-pompowej wynosi 210. To oznacza, że w założonym przez nich przedziale czasowym 30 lat elektrownia przechowa 210 razy więcej energii niż wydatkowano na jej budowę i utrzymanie. Wszystkie akumulatory spisały się znacznie gorzej. Najlepsze z nich, urządzenia litowo-jonowe, mogły pochwalić się wskaźnikiem ESOI wynoszącym 10. Najgorszy wynik - ESOI 2 - osiągnęły akumulatory kwasowo-ołowiowe. To, zdaniem uczonych, już teraz wyklucza te urządzenia z roli przyszłych zbiorników na energię.
-
Zmiany neurochemiczne, które leżą u podłoża ludzkich emocji i zachowań społecznych, pozostają w dużej mierze nieznane. Ostatnio jednak naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles (UCLA) odnieśli na tym polu spory sukces, mierząc uwalnianie neuroprzekaźnika hipokretyny i stwierdzając, że jej poziom rośnie, gdy jesteśmy szczęśliwi, a spada, gdy odczuwamy smutek. Odkrycia zespołu sugerują, że wzrost stężenia tego peptydu może podwyższać zarówno nastrój, jak i czujność. Oznacza to, że w przyszłości dałoby się w ten sposób leczyć choroby psychiczne związane z nieprawidłową chemią mózgu, a więc np. depresję. Amerykanie pokusili się też o pomiar wydzielania hormonu koncentrującego melaninę (ang. melanin concentrating hormone, MCH). Ustalili, że jego stężenie było minimalne w stanie czuwania i rosło w czasie snu. Wygląda więc na to, że MCH odgrywa pewną rolę w wywoływaniu senności. W sierpniu 2000 r. ukazały się wyniki innych badań ekipy Jerome'a Siegla. Naukowcy zademonstrowali wtedy, że w porównaniu do zdrowych osób, ludzie z narkolepsją (niekontrolowanym zapadaniem w sen) mają o 95% mniej neuronów hipokretynowych. Ponieważ narkolepsji często towarzyszy depresja, laboratorium Siegla zaczęło się przyglądać związkom tej ostatniej z hipokretyną. W ramach najnowszego studium dane nt. hipokretyny i MCH pozyskiwano bezpośrednio z mózgów 8 pacjentów, hospitalizowanych w Centrum Medycznym Ronalda Reagana UCLA z powodu trudnej do opanowania epilepsji. Ochotnikom wszczepiano elektrody. Jak tłumaczy dr Itzah Fried, miały one pomóc w ustaleniu, gdzie znajdują się ogniska padaczkowe. Za zgodą chorych przy okazji mierzono uwalnianie hipokretyny i MCH (wykorzystano specjalną błonę, która przypominała membranę stosowaną w dializie, oraz superczuły test radioimmunologiczny). Co 15 min odnotowywano aktywność pacjentów, którzy oglądali telewizję, rozmawiali z rodziną i personelem medycznym, jedli, byli poddawani różnym procedurom czy budzili się. Równolegle - w takich samych odstępach czasu - zbierano próbki z mikrodializy. Co godzinę badani wypełniali kwestionariusze dot. nastroju i nastawienia. Amerykanie zauważyli, że ogólnie poziom hipokretyny nie zależał od podniecenia, ale ulegał podwyższeniu przy okazji pozytywnych emocji, gniewu, kontaktów społecznych i w stanie czuwania. Poziom MCH był maksymalny na początku snu, a minimalny w czasie interakcji społecznych. Siegel podkreśla, że obecnie różne firmy farmaceutyczne pracują nad antagonistami hipokretyny. Związki te miałyby znaleźć zastosowanie w lekach nasennych. Wszystko wskazuje jednak na to, że oddziaływałyby również na nastrój. W przeszłości laboratorium Siegla wykazało, że hipokretyna odgrywa ważną rolę w dążeniu do przyjemności, nie wpływa zaś na zachowania unikowe.
-
Rozwiązanie liczącej sobie niemal 90 lat zagadki pozwoli na dalsze udoskonalanie urządzeń elektronicznych. Uczonym udało się określić pochodzenie tzw. szumu różowego zwanego też szumem 1/f. Szum ten, czyli zakłócenia sygnału, odkryto po raz pierwszy w 1925 roku w lampach elektronowych. Z czasem okazało się, że jest on obecny praktycznie wszędzie. Szum różowy wpływa np. na poziom szumu fazowego w radarach czy telefonach komórkowych, dlatego też od dziesiątków lat trwają badania mające na celu znalezienie jego żródła. Naukowcy zastanawiali się czy powstaje on na powierzchni czy też wewnątrz przewodników elektrycznych. Teraz grupa profesora Alexandra A. Baladina z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Riverside, w skład której wchodzili uczeni z UC Riverside, Rensselaer Polytechnic Institute oraz Instytutu Fizyczno-Technicznego im. Joffego Rosyjskiej Akademii Nauk odkryli źródło szumu 1/f. Podczas swoich badań uczeni wykorzystali wielowarstwowe próbki grafenu, których grubość wahała się od 15 do 1 warstwy atomów. Kluczem do sukcesu był fakt, że, w przeciwieństwie do warstw metali czy półprzewodników, grubość wielowarstwowego grafenu może być w sposób ciągły i jednolity zmniejszana aż do warstwy jednoatomowej. Dzięki wielowarstwowemu grafenowi mogliśmy zatem osiągnąć to, czego w ubiegłym wieku nie mogli osiągnąć badacze posługujący się metalem. Bezpośrednio zbadaliśmy pochodzenie szumu 1/f - mówi Balandin. Uczony dodał, że wcześniej nie było możliwe badanie metali o grubości mniejszej niż 8 nanometrów. Dzięki grafenowi możliwe było zbadanie powierzchni o grubości 0,35 nanometra i stopniowe zwiększanie jej grubości. W ten sposób uczeni dowiedli, że do grubości około 7 warstw atomowych, czyli do około 2,5 nanometra, dominuje szum różowy z powierzchni. W grubszych przewodnikach dominuje szum pochodzących z ich wnętrza. Badania te są istotne nie tylko dla wiedzy jako takiej. Pozwolą nam na dalszą miniaturyzację elektroniki. Obecnie wykorzystywane technologie są już zminiaturyzowane do tego stopnia, że wiele podzespołów elektronicznych składa się z samej tylko powierzchni. Nasze badania wykraczają zatem daleko poza grafen - cieszy się Balandin.
-
Rosyjscy naukowcy twierdzą, że w Jeziorze Wostok na Antarktydzie znaleźli nieznany dotychczas typ bakterii. Jak poinformował Siergiej Bułat z Instytutu Fizyki Nuklearnej, jej kod genetyczny nie przypomina innych organizmów. Po wykluczeniu wszelkich możliwych zanieczyszczeń doszliśmy do wniosku, że mamy do czynienia z DNA, które nie odpowiada żadnemu innemu. Mamy do czynienia z nieznaną i niesklasyfikowaną jeszcze formą życia - powiedział Bułat. Jezioro Wostok to największe jezioro Antarktyki. Przez co najmniej milion lat było ono odizolowane od świata zewnętrznego wielokilometrową warstwą lodu. Rosjanie, mimo protestów naukowców z innych krajów, dowiercili się do niego w 2012 roku. DNA znalezionego mikroorganizmu jest tak wyjątkowe, że nie są znani żadni przodkowie wspomnianej bakterii. Niczego podobnego dotychczas nie znaleziono. Jeśli znaleźlibyśmy tę bakterię na Marsie, to z pewnością mówionoby, iż znaleziono tam życie. Ale to ziemska bakteria - dodał Bułat. Odkrycie Rosjan, jeśli się potwierdzi, może wzmocnić teorię o istnieniu życia na księżycu Saturna Encladusie i Jowisza Europie. Część naukowców ma nadzieję, że pod lodem pokrywającym te księżyce może istnieć woda w stanie ciekłym, a w niej życie.
-
Pingwinom w chłodnym płaszczu niestraszne są już mrozy
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
Pingwinom cesarskim (Aptenodytes forsteri), które żyją w rejonach Ziemi, gdzie temperatura może spadać do -40°C, pomaga nie tylko warstwa tłuszczu. Ponieważ powierzchnia ich piór jest chłodniejsza od otoczenia, konwekcja swobodna pozwala im odzyskać trochę ciepła z powietrza. Niewiele, ale jednak. W czerwcu 2008 r. naukowcy z Instytutu Bioróżnorodności, Zdrowia Zwierząt i Medycyny Porównawczej Uniwersytetu w Glasgow oraz Uniwersytetu w Strasburgu prowadzili badania termograficzne kolonii lęgowej pingwinów z Ziemi Adeli, a konkretnie Archipelagu Géologie (66°40' S, 140°01' E). Choć średnia temperatura powietrza wynosiła -17,6°C, to temperatury głowy, klatki piersiowej i grzbietu sięgały, odpowiednio, zaledwie -18,8, -21,8 oraz -23,2°C. Ogólnie przy czystym niebie wskutek chłodzenia radiacyjnego większa część zewnętrznej powierzchni ciała ptaków była zimniejsza od powietrza. Cieplejsze od powietrza okazały się tylko oczy, dzioby i stopy. Korzystając z symulacji komputerowej bilansu energetycznego poszczególnych części ciała, naukowcy odkryli, że dzięki zimnemu płaszczowi na drodze konwekcji swobodnej A. forsteri odzyskują nieco ciepła z cyrkulującego wokół nich powietrza. Mimo że ciepło z "recyklingu" raczej nie dociera do powierzchni skóry, ogranicza straty związane z promieniowaniem termicznym. Jak widać, by zminimalizować utratę ciepła, pingwiny cesarskie wykorzystują wielorakie anatomiczne, fizjologiczne i behawioralne przystosowania - opowiada dr Dominic McCafferty. Wszystko wskazuje na to, że na temperaturę piór silniej wpływa temperatura nieboskłonu niż powietrza [a wiadomo, że ta pierwsza może być nawet o ponad 20 stopni niższa]. Podobne zjawisko obserwujemy podczas parkowania zimną nocą na dworze. Zazwyczaj szron osadza się na przedniej szybie i dachu, ale nie po bokach, które nie będąc skierowanie w niebo, wypromieniowują ciepło do otoczenia o relatywnie wyższej temperaturze. Nikt jednak nie przypuszczał, że na podobnej zasadzie "działają" stałocieplne zwierzęta... -
Od wielu lat naukowcy ostrzegają, że jedzenie nadmiernych ilości soli naraża nas na ryzyko ataku serca czy udaru. Teraz zdobyli dowody, że sól może powodować też choroby autoimmunologiczne. Immunolog David Hafler z Yale School of Medicine zauważył, że osoby, które jedzą dużo fast foodów mają więcej komórek TH17. Te komórki układu odpornościowego pomagają nam walczyć z mikroorganizami, ale są też związane z pojawianiem się m.in. nieswoistych zapaleń jelit, stwardnienia rozsianego i łuszczycy. TH17 dojrzewają z niewyspecjalizowanych limfocytów T i mogą być dla nas korzystne lub szkodliwe. Dlatego też Hafler postanowił sprawdzić, czy sól - której jest bardzo dużo w fast foodach - ma wpływ na obecność TH17. Wraz ze swoim zespołem potraktował kolonie niewyspecjalizowanych komórek T chlorkiem sodu. Rezultaty przeszły jego najśmielsze oczekiwania. Prawdopodobnie były to jedne z najbardziej dramatycznych wyników, jakie uzyskałem w swojej karierze naukowej - mówi Hafler. Okazało się, że po podaniu komórkom T takiej ilości soli, jaka występowałaby u zwierząt na diecie z dużą zawartością soli, spowodowało 10-krotny przyrost TH17 w porówaniu z normalnym poziomem soli. Co więcej komórki te zaczęły produkować molekuły powodujące reakcję zapalną, co wskazywało, iż mamy do czynienia ze szkodliwą ich odmianą. Chcąc potwierdzić swoje spostrzeżenia uczeni przeprowadzili badania na myszach. Najpierw tak zmodyfikowali zwierzęta, by były podatne na podobne do stwardnienia rozsianego zapalenie mózgu i rdzenia kręgowego. Choroba ta jest podsycana przez szkodliwe TH17. Następnie część myszy żywiono dietą zawierającą tyle soli ile typowa dieta Zachodu, a część pozostawała na diecie ubogiej w sól. Badania wykazały, że w pierwszej grupie zapalenie mózgu i rdzenia wystąpiło wcześniej i miało ostrzejszy przebieg. Niezależnie od grupy Haflera podobne wyniki uzyskali biolog Aviv Regev z Broad Institute w Cambridge, immunolog Vijay Kuchroo z Harvard Medical School i ich koledzy. Przez 3 dni śledzili aktywność genów dojrzewającej TH17 i odkryli szlak, który bierze udział w jej dojrzewaniu. Jednym z najważniejszych genów jest SGK1, który pomaga komórkom w zarządzaniu poziomem sodu. Badania na kulturach komórek T wykazały, że obecność soli powoduje, że specjalizacja TH17 jest przeprowadzana za pośrednictwem SGK1. Genetyk Judy Cho z Yale School of Medicine, która nie brała udziału w badaniach zauważa, że w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat notuje się coraz więcej przypadków stwardnienia rozsianego i cukrzycy typu 1. Rozprzestrzenianie się tych chorób zbiega się w czasie ze znacznym zwiększeniem spożycia soli.
-
Podwyższony poziom dobrego cholesterolu nie daje szans tętniakom
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Medycyna
Podwyższony poziom dobrego cholesterolu (HDL) w osoczu blokuje rozwój tętniaków aorty brzusznej. Zespół z St George's, University of London prowadził badania na myszach. Zauważono, że podniesienie poziomu HDL w części brzusznej aorty nie tylko zmniejszało wielkość już istniejących tętniaków, ale i w ogóle zapobiegało ich powstawaniu. Choć Brytyjczycy podkreślają, że trzeba kolejnych studiów, by zrozumieć mechanizm tego zjawiska, badania wskazują, że wzrost poziomu HDL indukuje proces autofagii. Poza tym zmienia on sygnały przesyłane między komórkami aorty, co z kolei zmniejsza aktywność ERK1/2 (ang. extracellular-signal-regulated kinase 1 and 2) - regulowanych sygnałem zewnątrzkomórkowym kinaz 1 i 2. Skądinąd wiadomo, że ERK1/2 są częścią kaskady prowadzącej do ekspresji genów procesu namnażania. Podczas badań na modelu mysim akademicy koncentrowali się na tętnicy nadnerczowej oraz na rejonie podnerkowym, gdzie u ludzi często tworzą się tętniaki. Ponieważ można wydzielić podklasy HDL, dr G.W. Cockerill podkreśla, że analizując powstawanie tętniaków, należy uwzględniać nie tylko reakcję samej aorty, ale i wpływ budowy cząsteczek dobrego cholesterolu. Naukowcy snują plany, że pacjentom z grup podwyższonego ryzyka można by zapobiegawczo podwyższać poziom HDL. Jak dotąd wiadomo, że bardziej zagrożeni tętniakami aorty brzusznej (t.a.b.) są mężczyźni. T.a.b. współwystępują z przepuklinami brzusznymi i jest to prawdopodobnie wywołane patologicznymi zmianami w tkance łącznej. Z literatury przedmiotu wynika, że częstość t.a.b. wzrasta u palaczy i pacjentów z chorobą obturacyjną (w ich płucach zauważono spadek ilości elastyny, białka tkanki łącznej, przy jednoczesnym wzroście elastazy). -
Międzynarodowy zespół astronomów pracujących pod kierunkiem profesora Grzegorza Pietrzyńskiego z Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego dokonał najdokładniejszych w historii pomiarów odległości dzielącej nas od Wielkiego Obłoku Magellana. Jestem niezwykle podekscytowany, gdyż astronomowie od setek lat próbowali dokładnie zmierzyć odległość do Wielkiego Obłoku Magellana i było to bardzo trudne zadanie. Teraz rozwiązaliśmy ten problem i określiliśmy ją z dokładnością do około 2 procent - powiedział Wolfgang Gieren z chilijskiego Universidad de Concepción. W literaturze można spotkać około 500 różnych pomiarów, a najbardziej wiarygodne z nich określają tę odległość z dokładnością około 10%. Poprawienie dokładności pomiarów będzie miało wpływ na naszą znajomość stałej Hubble'a, czyli prędkości rozszerzania się wszechświata, a co za tym idzie, pozwoli nam na lepsze poznanie ciemnej energii, która napędza rozszerzający się wszechświat. Odległość do Wielkiego Obłoku Magellana jest astronomicznym odpowiednikiem metra z Sevres. Astronomowie mierzą wszechświat poprzez określenie odległości do pobliskich obiektów, które są później wykorzystywane jako odnośniki do dokonywania kolejnych pomiarów. Grupa Pietrzyńskiego, wykorzystując gwiazdy podwójne obliczyła, że odległość pomiędzy Ziemią a Wielkim Obłokiem Magellana wynosi 162 980 lat świetlnych. Pomiary były możliwe dzięki temu, że gwiazdy podwójne krążą wokół siebie i okresowo się przesłaniają, co powoduje wyraźne spadki ich jasności. Badając zmiany jasności i prędkość gwiazd można określić ich wielkość, masę i zdobyć wiele informacji na temat ich orbit. Łącząc te dane z informacjami o jasności i kolorze możliwe jest określenie odległości. Taka metoda pomiaru używana jest od dawna. Jednak dotychczas stosowano ją do gorących gwiazd, w przypadku których konieczne było przyjęcie wielu różnych założeń, co dawało mniej dokładne wyniki. Polscy naukowcy i ich koledzy, jak pierwsi zastosowali ją do ośmiu rzadko występujących układów gwiazd podwójnych. Układów, w których obie gwiazdy są chłodnymi gigantami. Niższa temperatura gwiazd pozwoliła na przeprowadzenie dokładnejszych pomiarów. Należy zaznaczyć, że przedstawiony pomiar jest w pełni empiryczny i nie wymaga żadnych dodatkowych założeń. Ogromna prostota metody pozwala na bardzo dokładne oszacowanie precyzji wyznaczenia odległości, co jest niemożliwe w przypadku innych technik używanych do pomiaru odległości do pobliskich galaktyk - wyjaśnia profesor Pietrzyński. Prace grupy Pietrzyńskiego pozwalają na określenie stałej Hubble'a z dokładnością do 3%. Jednak naukowcy nie powiedzieli ostatniego słowa. Projekt Araucaria, w ramach którego pracują, będzie kontynuowany i specjaliści mają nadzieję, że w przyszłości wyznaczą odległość do Wielkiego Obłoku Magellana z dokładnością około 1%.
-
Bazując na ilości wydzielanych feromonów płciowych, samice motyli Bicyclus anynana potrafią wyczuć, czy samiec urodził się w wyniku kojarzenia krewniaczego (tzw. inbredu). Wsobne samce płodzą często mniej potomstwa, dotąd biolodzy nie mieli jednak pojęcia, skąd samice wiedzą, że należy ich unikać. Najnowsze studium biologów z Uniwersytetu w Cambridge wykazało, że wytwarzają one znacznie mniej feromonów płciowych, przez co potencjalne partnerki nie są nimi zainteresowane. Co ciekawe, chów wsobny często silnie wpływa na cechy wykorzystywane przez samce do wabienia płci przeciwnej, dlatego samice mogą na nich polegać, rozpoznając ofiary kojarzenia krewniaczego. Dla przykładu, wsobny samiec zeberki dysponuje węższym repertuarem pieśni, a spłodzony w wyniku inbredu gupik wykształca mniej wyraziste wzorce ubarwienia. Wykazano także, że podczas zalotów wsobne samce pewnego gatunku świerszczy generują mniej sygnałów akustycznych - wyjaśnia Erik van Bergen, który rozpoczął swoje badania jeszcze w Lejdzie. Dla samic rusałek B. anynana wystrzeganie się samców z kojarzenia krewniaczego jest szczególnie istotne, bo u ok. połowy stwierdza się niepłodność. Jeśli więc samica będzie spółkować z takim samcem, złoży jajeczka, z których nic się nie wylęgnie. Podczas studium doprowadzono do spółkowania sióstr z braćmi. Urodzone potem samce testowano pod kątem ilości wytwarzanych feromonów. Ogólną kondycję oceniano na podstawie wydajności lotu. Okazało się, że w porównaniu do zwykłych samców, samce z inbredu były mniej sprawne fizyczne, produkowały też mniej feromonów. W ramach eksperymentu genitalia samców pokryto fluorescencyjnym proszkiem (dla samców z inbredu i zwykłych wybrano różne kolory). U części samic czułki pomalowano lakierem, co uniemożliwiało wykrycie feromonu płciowego. Po podświetleniu ultrafioletem zliczano, jakie samce były częściej wybierane przez które samice. Okazało się, że samice z pomalowanymi czułkami równie często kopulowały z normalnymi i wsobnymi samcami. Sugeruje to, że niższy sukces reprodukcyjny samców z chowu wsobnego to pokłosie spadku produkcji feromonów, a nie ogólnej formy.
-
W Journal of Wildlife Management opublikowano artykuł, w którym grupa naukowców twierdzi, że każdego roku należy odstrzelić połowę jeleni żyjących w Wielkiej Brytanii. Ma to być konieczne ze względu na ochronę lasów i ptaków. Uczeni z University of East Anglia szacują populację jeleni na 1,5 miliona osobników. To najwięcej od ostatniej epoki lodowcowej. Zwierzęta nie mają naturalnych wrogów, więc rozmnażają się w niekontrolowany sposób. W przeszłości na Wyspach żyły wilki, jednak zostały wytępione przez człowieka. Problem znany jest od dawna i od lat specjaliści proponują reintrodukcję wilków, które mogłyby kontrolować nadmiernie rozrastającą się populację jeleni. Już w 1999 roku doktor Martyn Gorman, zoolog z Aberdeen University i wiceprzewodniczący UK Mammal Society proponował reintrodukcję wilka w Szkocji, co miało powstrzymać rozrastanie się tamtejszej populacji jeleni. Wprowadzenie planu w życie uniemożliwili hodowcy owiec. Propozycje reintrodukcji padają od lat i od lat są torpedowane. Tymczasem jelenie coraz bardziej dewastują przyrodę kraju, zagrażają populacjom ptaków, są przyczyną coraz większej liczby wypadków drogowych. Stąd też propozycja uczonych, by co roku odstrzelić 750 000 jeleni. Zaniepokojenie projektem wyraziło Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals (RSPCA), które zauważa, że wdrożenie w życie takiego planu wymaga poważnych podstaw naukowych. Ponadto nie wiadomo, co należałoby zrobić z tak olbrzymią liczbą zabitych zwierząt. Rynek dziczyzny jest bardzo ograniczony, a pojawienie się na nim dużej ilości mięsa z pewnością spotka się z oporem ze strony farmerów żyjących ze sprzedaży mięsa zwierząt hodowlanych. W Wielkiej Brytanii żyje obecnie 6 gatunków jeleni, z czego 4 zostały wprowadzone przez człowieka od czasu normańskiej inwazji. Najnowszy z nich to chiński jelonek błotny, który zaczął żyć na wolności w latach 20. ubiegłego wieku. Dotychczasowe strategie kontroli liczby jeleni zawiodły, a zalecany wcześniej odstrzał 20-30 procent zwierząt nie zdał egzaminu. RSPCA zwraca uwagę, że odstrzał powinien być dopuszalny jedynie wtedy, gdy uczeni wykażą, iż nie istnieje żadne inne dostępne rozwiązanie.
-
Chrome, Firefox oraz Internet Explorer zostały pokonane już w pierwszym dniu odbywających się właśnie zawodów Pwn2Own. Mają one miejsce co roku przy okazji konferencji CanSecWest. Atak na IE oraz Firefoksa przeprowadził Chaouki Bekrar, prezes i szef ds. badawczych firmy VUPEN. Przełamanie zabezpieczeń IE było trudniejsze, gdyż przeglądarka korzysta z piaskownicy (sandbox), czyli przeznaczonego tylko dla siebie obszaru pamięci, odizolowanego wirtualnym firewallem od reszty systemu. Bekrar ominął piaskownicę i przełamał zabezpieczenia Windows - ASLR (Address Space Layout Randomization) i DEP (Data Execution Prevention). Pierwsza z nich to technologia, która w przypadkowy sposób umieszcza dane w pamięci. Jako, że nie mają one na stałe przypisanego miejsca, atakujący nie wie, w którym obszarze pamięci znajdują się interesujące go informacje. Z kolei DEP ma za zadanie uniemożliwić wykonanie kodu w tych obszarach pamięci, które nie są przeznaczone do jego wykonania. Bekrar pokonał najpierw ASLR, a następnie DEP i wyszedł poza piaskownicę. Co więcej, nie doprowadził przy tym do awarii przeglądarki. To pozwoliło mu na wykonanie dowolnego kodu w systemie. Atakujący dowiódł tego uruchamiając kalkulator. Atak na Firefoksa był łatwiejszy, gdyż nie korzysta on z piaskownicy. Po przełamaniu zabezpieczeń przeglądarki przedstawiciel VUPEN ominął ASLR i DEP. Udało mu się to dzięki nieznanemu błędowi w Windows. VUPEN przekaże szczegóły dziury Microsoftowi. Zabezpieczenia Chrome'a zostały przełamane przez specjalistów z MWR Labs. Najpierw pokonali oni piaskownicę, następnie wykorzystali błąd w jądrze Windows 7 do zwiększenia swoich uprawnień i wykonania komend poza piaskownicą. Poza wykonaniem kodu byli oni w stanie odczytać zawartość pamięci oraz zawartość niektórych bibliotek.
-
Należąca do Ministerstwa Technologii Przemysłu i Informacji Chińska Akademia Badań Telekomunikacyjnych opublikowała dokument, w którym czytamy, że miejscowy przemysł urządzeń przenośnych jest coraz bardziej uzależniony od platformy Android. Chińczycy chcą zmniejszyć to uzależnienie i zwiększyć zainteresowanie Windows Phone, Tizenem i Firefox OS. Jak czytamy w urzędowym dokumencie, przedstawiciele przemysłu sądzą, że platforma Android będzie stopniowo traciła udziały. Obecnie należy doń ponad 80% rynku urządzeń przenośnych, co martwi władze w Pekinie. Tacy producenci jak ZTE i TCL już rozpoczęli współpracę z Mozillą i zapowiadają rozpoczęcie sprzedaży urządzeń z Firefox OS. Mają one trafić do Ameryki Południowej i Środkowej oraz do Europy Wschodniej. Inny producent, Huawei, współpracuje z Mozillą i Tizenem. Uzależnienie od Androida jest powodem zmartwień nie tylko chińskich firm. To problem także dla takich gigantów jak Samsung czy HTC. Samsung już podjął działania w kierunku dywersyfikacji swojej oferty - kupił MeeGo, bierze udział w pracach nad Tizenem. Jednak o ile Koreańczycy mogą sobie pozwolić na tego typu inwestycje, to mniejsi producenci nie mają wystarczających środków na własne prace rozwojowe. Dlatego też muszą wybierać pomiędzy już istniejącymi rozwiązaniami.
-
Pod wpływem hormonu stresu kijankom rozrasta się ogon
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
Hormony stresu przygotowują organizm do walki lub ucieczki. Naukowcy z University of Michigan wykazali także, że zmieniają kształt ciała rozwijających się zwierząt, aby łatwiej im było przetrwać ataki drapieżników. Podczas eksperymentów biolodzy zauważyli, że przedłużona ekspozycja na działanie hormonów stresu pozwoliła kijankom powiększyć ogon. To pierwsza klarowna demonstracja, że wytwarzany przez zwierzę hormon stresu wywołuje zmianę morfologiczną, [...], która sprzyja przeżyciu w obecności groźnych drapieżców - podkreśla prof. Robert Denver. Naukowcy od dawna zdawali sobie sprawę z faktu, że przekształcenia środowiska mogą skłonić rośliny i zwierzęta do zmiany morfologii i fizjologii, a także czasowania rozwoju. Kijanki potrafią np. przyspieszyć przemianę w żaby, gdy zbiornik wysycha albo jest w nim mało pożywienia. Od ponad 70 lat biolodzy rozwojowi i ekolodzy ewolucyjni mocno interesowali się tzw. plastycznością fenotypową, ale stosunkowo mało uwagi poświęcono mechanizmom, które odpowiadają za przełożenie sygnałów środowiskowych na funkcjonalną reakcję. Wiedzieliśmy np., że kijanki zmieniają kształt ciała w odpowiedzi na wzrost ryzyka upolowania, ale dotąd nikt nie wskazał, jaki podstawowy mechanizm leży u podłoża tego zjawiska. To właśnie novum uchwycone w naszym studium. Amerykanie prowadzili badania na kijankach żaby leśnej (Rana sylvatica). Część hodowano w izolowanych zbiornikach (mezosystemach) na terenie Rezerwatu Edwina S. George'a. Wewnątrz w małych klatkach umieszczano larwy ważek i karmiono je żywymi kijankami. Atakowane kijanki wydzielały feromon alarmowy. U kijanek, które na przestrzeni kilku dni wielokrotnie odbierały takie sygnały, stwierdzano podwyższony poziom kortykosteronu w całym organizmie (CORT). Kijanki hodowane w laboratorium wystawiano na oddziaływanie feromonu alarmowego, kortykosteronu albo związku hamującego syntezę hormonu stresu (metyraponu). Okazało się, że w porównaniu do grupy kontrolnej, u osobników traktowanych feromonem i kortykosteronem rozwijał się powiększony kosztem tułowia ogon. U kijanek stykających się z feromonem i metyraponem ogon był płytszy, a tułów dłuższy niż u zwierząt wystawianych na oddziaływanie wyłącznie feromonu. Kluczowym ustaleniem było spostrzeżenie, że można wyeliminować wpływ feromonu alarmowego na kształt ciała, hamując produkcję kortykosteronu. W mezosystemach kontakt z uwięzionymi larwami ważek początkowo (w okresie 4 godzin) powodował spadek poziomu CORT, jednak po 4 dniach poziom hormonu rósł. Oznacza to, że by umknąć drapieżnikom, kijanki najpierw hamują biosyntezę CORT i ograniczają ruch, zaś dłuższa ekspozycja prowadzi do wzrostu CORT i przystosowawczych zmian fenotypowych. Na pewnym etapie studium eksplanty ogonów kijanek umieszczano na szalkach Petriego z kortykosteronem. Na przestrzeni kilku dni zaobserwowano wzrost masy tkankowej. Działanie hormonu stresu było zaskakujące, bo u dorosłych kręgowców, włącznie z ludźmi, wydłużona ekspozycja na hormony stresu typowo hamuje wzrost tkanek. Gdy kijanki z normalnymi i przerośniętymi pod wpływem kontaktu z feromonem lub kortykosteronem ogonami umieszczono w zbiorniku ze swobodnie przemieszczającymi się larwami ważek, wskaźnik przeżywalności tych drugich był o wiele wyższy. -
Obecnie centrum Drogi Mlecznej to spokojne miejsce. Jednak niedawno, zaledwie 10 milionów lat temu, było ono prawdopodobnie źródłem kosmicznych fajerwerków. Do takiego wniosku doszły profesor Tamara Bogdanović z Georgia Institute of Technology (Gatech) i Kelly Holley-Bockelmann z Vanderbilt University. Tamara i ja byłyśmy na konferencji astronomicznej w Aspen w Kolorado, gdzie ogłoszono wyniki kilku nowych obserwacji. To był styczeń 2010 roku i z powodu burzy śnieżnej zamknięto lotnisko. Zdecydowałyśmy się wynająć samochód, by dostać się do Denver. Gdy tak jechałyśmy przez śnieżycę, zaczęłyśmy łączyć dane z konferencji i zdałyśmy sobie sprawę, że pojedyncze wydarzenie - zderzenie czarnych dziur, do którego doszło około 10 milionów lat temu - tłumaczy wszystkie nowe obserwacje - wspomina profesor Holley-Bockelmann. Najbardziej spektakularnym dowodem, że tego typu zdarzenie miało miejsce jest istnienie bąbli Fermiego. To gigantyczne bąble wysokoenergetycznego promieniowania, rozciągające się na odległość około 30 000 lat świetlnych powyżej i poniżej centrum Drogi Mlecznej. Są tak wielkie, że gdyby emitowały promieniowanie w świetle widzialnym, ich blask wypełniałby połowę nieboskłonu. Emitują jednak promienie X i gamma. O odkryciu tych struktur informowaliśmy w 2010 roku. Inną wskazówką jest fakt, że centrum galaktyki zawiera trzy najbardziej masywne gromady młodych gwiazd w naszej galaktyce. Gromady Arches, Quintuplet i Central zawierają setki gwiazd znacznie większych od Słońca. Czarna dziura, która znajduje się w centrum Drogi Mlecznej ma masę około 4 miliony razy większą od Słońca, ale jej średnica wynosi zaledwie 40 sekund świetlnych. Jest więc jedynie 9-krotnie większa od naszej gwiazdy. Taki obiekt generuje bardzo silne pole grawitacyjne, więc astronomów niezwykle zaskoczyły gromady gwiazd znajdujące się w jego pobliżu. Co więcej, wszystko wskazuje na to, że gwiazdy powstały tam, gdzie się obecnie znajdują. A to możliwe było tylko wówczas, jeśli chmury pyłu i gazu z których się uformowały, były 10 000 razy bardziej gęste niż inne chmury w centrum galaktyki. Kolejny dowód to rozkład starych gwiazd. Modele teoretyczne przewidują, że im bliżej czarnej dziury, tym większe zagęszczenie starych gwiazd. Tymczasem w promieniu kilkunastu lat świetlnych od centrum Drogi Mlecznej starych gwiazd jest bardzo mało. Obie panie profesor, gdy stwierdziły, że musiało dojść do kolizji czarnej dziury z Drogi Mlecznej z niewielką czarną dziurą z małej galaktyki satelickiej, poprosiły kilku innych uczonych o stworzenie modelu teoretycznego i przetestowanie takiego scenariusza. Wspomniane wydarzenie miało początek około 13 miliardów lat temu, gdy jedna z niewielkich galaktyk zaczęła przemieszczać się w stronę centrum Drogi Mlecznej. W miarę zbliżania się do niego galaktyka - której własna czarna dziura miała masę około 10 000 Słońc - była pozbawiana stopniowo znacznej części swojej materii. W końcu została tylko jej czarna dziura z niewielką liczbą powiązanych grawitacyjnie gwiazd. Około 10 milionów lat temu doszło do połączenia obu czarnych dziur. Mniejsza czarna dziura krążyła wokół większej po coraz ciaśniejszej orbicie. Taki taniec trwał miliony lat. W jego wyniku gaz i pył znajdujący się w pobliżu centrum Drogi Mlecznej zostały popchnięte przez mniejszą czarną dziurę w stronę większej, co doprowadziło do uformowania się bąbli Fermiego. Potężne fale grawitacyjne, które powstały podczas "tańca" z łatwością mogły tak ścisnąć materię, że powstały chmury pyłu i gazu wystarczająco gęste, by narodziły się z nich młode gwiazdy sąsiadujące z centrum Drogim Mlecznej. Ponadto zawirowania tworzone przez obie czarne dziury były na tyle potężne, że mogły dosłownie wymieść stare gwiazdy znajdujące się w pobliżu czarnej dziury. Modele teoretyczne wykazały, że stare gwiazdy mogły zostać odrzucone od centrum z olbrzymią prędkością. Zdaniem obu pań profesor, grawitacja mniejszej czarnej dziury odrzuciła niemal 1000 starych gwiazd. Te gwiazdy wciąż powinny krążyć w naszej galaktyce w odległości około 10 000 lat świetlnych od swoich pierwotnych orbit - mówi Bogdanowić. Uczone uważają, że powinniśmy być w stanie odnaleźć i zidentyfikować te gwiazdy, gdyż będą się one poruszały znacznie szybciej niż gwiazdy, które nie mają za sobą tak dramatycznych doświadczeń.
-
Google ujawnia, że w ubiegłym roku otrzymało od FBI ponad 1000 wniosków o udzielenie informacji bez nakazu sądowego. Biuro wysyła do Google'a dokumenty zwane National Security Letter. Sprawa jest o tyle interesująca, że dotychczas żadna działająca w internecie firma nie informowała o otrzymanych NSL. National Security Letter, wykorzystywane przede wszystkim w śledztwach kryminalnych, są dopuszczane przez Electronic Communications Privacy Act. Na podstawie NSL Biuro może starać się o uzyskanie nazwiska, adresu, długości korzystania z usługi oraz bilingów subskrybenta usługi telekomunikacyjnej. Google podkreśla, że NSL nie pozwala FBI na uzyskanie takich danych jak np. numer IP, zawartość poczty elektronicznej, informacje o zapytaniach kierowanych do wyszukiwarki czy informacji o materiałach przeglądanych na YouTube. Z danych udostępnionych przez Google'a wynika, że w latach 2009-2012 otrzymywało co roku mniej niż 1000 NSL. Zwykle dotyczą one 1000-2000 użytkowników lub kont. W rekordowym 2010 roku FBI pytało o 2000-3000 użytkowników/kont. Google podało jedynie zakres, a nie dokładne liczby. FBI, Departament Sprawiedliwości i inne agendy twierdzą bowiem, że ujawnienie dokładnych liczb byłbo równoznaczne z ujawnieniem informacji o toczonych śledztwach.
-
Odkryto defekt monogenetyczny skutkujący cukrzycą typu 1.
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Medycyna
Szwajcarskie badania zidentyfikowały pojedynczą mutację, która może prowadzić do cukrzycy typu 1. i innych chorób autoimmunologicznych. W pewnym momencie dr Marc Donath ze Szpitala Uniwersyteckiego w Bazylei zorientował się, że w rodzinie świeżo zdiagnozowanego 26-letniego pacjenta cukrzyca typu 1. zdarza się niezwykle często. Przed mężczyzną tę samą chorobę stwierdzono u jego siostry, ojca i stryjecznego kuzyna. Kolejny krewny zapadł na inną chorobę autoimmunologiczną - wrzodziejące zapalenie jelita grubego. Wzorzec dziedziczenia wskazywał na dominującą mutację. Postanowiliśmy spróbować ją znaleźć. Po 4 latach Szwajcarom udało się stwierdzić, że chodzi o mutację w genie SIRT1 (SIRT1 reguluje metabolizm i zabezpiecza przed chorobami związanymi ze starzeniem). Chcąc stwierdzić, jak mutacja SIRT1 prowadzi do cukrzycy typu 1., zespół Donatha przeprowadził badania na zwierzęcym modelu tej choroby. Okazało się, że gdy w komórkach beta wysp trzustkowych zachodziła ekspresja wadliwego genu, powstawało więcej działających destrukcyjnie mediatorów. Gdy u myszy wyłączano prawidłowy gen SIRT1, stawały się bardziej podatne na cukrzycę (dochodziło do znacznego uszkodzenia wysp). Zespół sądzi, że upośledzenie i obumieranie komórek beta z mutacją aktywuje układ odpornościowy. Choć opisywana mutacja jest rzadka, dzięki niej odkryto wpływ szlaku SIRT1 na przeżywalność i działanie komórek beta. W ten sposób będzie można pomóc pacjentom z bardziej rozpowszechnionymi postaciami cukrzycy. Studium potwierdza przypuszczenia, że nieprawidłowe działanie komórek beta oddziałuje na rozwój cukrzycy typu 1. Blokowanie lub odwracanie wczesnych etapów ich dysfunkcji mogłoby zapobiec albo chociaż opóźnić początek choroby - podkreśla dr Patricia Kilian, dyrektor Programu Regeneracji Komórek Beta z JDRF, organizacji finansującej badania Donatha.