-
Liczba zawartości
37614 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
nigdy -
Wygrane w rankingu
246
Zawartość dodana przez KopalniaWiedzy.pl
-
Autonomiczna podróż z San Francisco do Nowego Jorku
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Technologia
W USA zakończyła się licząca 5500 kilometrów podróż autonomicznego samochodu. Już teraz wiadomo, że tego typu pojazdy są lepsze od ludzi w co najmniej jednym aspekcie. Przestrzegają ograniczeń prędkości. Wspomniany pojazd to Audi Q5 wyposażony przez firmę Delphi Corp. w radar, kamery i czujniki laserowe. Samochód podróżował pomiędzy San Francisco a Nowym Jorkiem. Przez 99% czasu jechał całkowicie samodzielnie. W tym czasie ani razu nie przekroczył dopuszczalnej prędkości, czym zdenerwował kilku innych użytkowników drogi. Kierowca, który nadzorował pracę samochodu, musiał dwukrotnie interweniować. Pierwszy raz gdy pojazd natrafił na fragment ruchu wahadłowego wokół miejsca budowy i po raz drugi, gdy samochód nie chciał samodzielnie zjechać na zatłoczony lewy pas by ominąć radiowóz, który zablokował prawy pas. Pojazd miał też niewielkie kłopoty z utrzymaniem odpowiedniej odległości, gdy obok znajdowała się ciężarówka z chwiejącą się przyczepą. Jeff Owens, odpowiedzialny w Delphi za sprawy technologiczne, jest bardzo zadowolony z wyników eksperymentu. Spodziewaliśmy się, że przez większość czasu samochód będzie jechal samodzielnie. Jednak samodzielna podróż przez 99% czasu to miła niespodzianka. Wszystkie urządzenia działały bez zarzutu - mówi. W czasie testu zebrano niemal 3 terabajty danych, które teraz będą szczegółowo analizowane. Specjaliści już wiedzą, że będą musieli poprawić system rozpoznający linie wyznaczające pasy ruchu. W czasie podróży samochód natrafił bowiem na szerokie białe linie, wąskie żółte, na linie oznaczone dodatkowo światłami odblaskowymi i odbojnikami, na świeżo naniesione oznaczenia oraz na takie, które były już starte i słabo widoczne. Wykorzystane kamery były też częściowo oślepiane przez jasne słońce oraz słabiej sprawowały się w deszczu. Zawsze jednak dodatkowych informacji dostarczał świetnie działający radar. Radził on sobie nawet na metalowych mostach, gdzie spodziewano się zakłóceń jego pracy. Mamy już bardzo zaawansowaną technologię. Wkrótce jej wykorzystanie pozwoli na znaczne zmniejszenie liczby wypadków - mówi Owens. « powrót do artykułu -
Przez dym papierosowy bakterie stają się bardziej agresywne
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Medycyna
Specjaliści ze Szkoły Medycyny Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego zademonstrowali, że wystawione na działanie dymu papierosowego metycylinooporne gronkowce złociste (ang. methicillin-resistant Staphylococcus aureus, MRSA) stają się jeszcze bardziej oporne na działania układu immunologicznego. [Dotąd] wiedzieliśmy, że palenie papierosów uszkadza ludzkie komórki oddechowe i odpornościowe, teraz wykazaliśmy, że palenie może także zestresować inwazyjne bakterie i sprawdzić, że będą bardziej agresywne - opowiada prof. Laura E. Cortty Alexander. Zespół Crotty Alexander zainfekował makrofagi MRSA. Część bakterii hodowano w zwykłych warunkach, a część z ekstraktem dymu papierosowego. Okazało się, że zdolność wychwytywania MRSA przez makrofagi była taka sama, jednak trudniej im było uśmiercić gronkowce wystawione na działanie wyciągu. Próbując ustalić czemu, Amerykanie oceniali podatność bakterii na poszczególne mechanizmy stosowane przez makrofagi. W ten sposób zauważyli, że już wewnątrz komórek odpornościowych MRSA potraktowane ekstraktem z dymu papierosowego były bardziej oporne na próby uśmiercania przez reaktywne formy tlenu (RFT) oraz peptydy antydrobnoustrojowe. Co istotne, efekt był zależny od dawki: z im większą ilością wyciągu MRSA się zetknęły, tym bardziej oporne się stały. Autorzy studium stwierdzili, że MRSA wystawione na działanie ekstraktu z dymu lepiej przywierały i skuteczniej atakowały ludzkie komórki z hodowli. W modelu mysim wykazywały zaś większą przeżywalność i wywoływały zapalenia płuc z wyższym wskaźnikiem umieralności. Dane sugerują, że dym papierosowy wzmacnia MRSA, zmieniając ich ściany komórkowe w taki sposób, że lepiej radzą sobie z odpieraniem peptydów antydrobnoustrojowych i innych naładowanych cząstek. « powrót do artykułu -
Google udostępnił interesujące rozszerzenie dla desktopowej wersji Chrome'a. Dzięki niemu użytkownicy systemów Windows, OSX czy Linux mogą korzystać z aplikacji napisanych dla Androida. Nowe rozszerzenie uruchamia środowisko Arc. Zawiera ono m.in. Google Play Services, dzięki czemu możliwe jest korzystanie ze wspomnianych aplikacji. Oczywiście programy dla smartfonów nie będą działały identycznie na pecetach. Nie skorzystamy z kamer, żyroskopów czy czujników zbliżeniowych. Obecna wersja rozszerzenia jest edycją testową, nie zawiera Play Store, zatem użytkownicy chcący korzystać z programów dla Androida będą musieli samodzielnie dodawać pliki .APK. Ponadto niektóre aplikacje w ogóle nie współpracują z nowym rozszerzeniem. Nie wiadomo, kiedy Google opublikuje jego ostateczną wersję. « powrót do artykułu
-
Microsoft ogłosił, że udostępni aplikację Office Lens dla iPhone'a i Androida. Office Lens to program typu OCR. Pozwala on na wykonanie fotografii tekstu i zamianie jej na plik tekstowy. Dzięki niej smartfon zmienia się w skaner. Plik można przechowywać w formacie Worda, PowerPointa lub PDF, a jego tekst można edytować. Microsoft coraz częściej oferuje międzyplatformowe rozwiązania na rynku mobilnym. Jego Windows Phone ma minimalny udział w rynku, zatem koncern szuka innych sposobów by na nim zaistnieć. Jednym z nich jest udostępnienie czy to pakietu MS Office czy to jego poszczególnych składowych i narzędzi użytkownikom innych platform niż Windows. « powrót do artykułu
-
Gen łysienia można odziedziczyć również po matce, ludzie mają tyle samo włosów co szympansy, a przeciętna osoba traci codziennie około kilkudziesięciu włosów – poznaj kilka fascynujących faktów na temat ludzkiego owłosienia. Mamy tyle samo włosów co szympansy Czy pomyślelibyście, że ludzie posiadają taką sama ilość włosów jak szympansy? Choć na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy, niemal całe nasze ciało, z wyjątkiem ust, powiek, podeszew stóp i wewnętrznej strony dłoni, pokryte jest delikatnym meszkiem. Różnica między nami a szympansami polega jedynie na tym, że włosy tych zwierząt są dłuższe, grubsze i przez to bardziej widoczne. Łysienie typu męskiego dotyka także kobiety Mogłoby się wydawać, że łysienie typu męskiego (jak sama nazwa wskazuje) jest dolegliwością doświadczaną wyłącznie przez mężczyzn. Okazuje się jednak, że problem ten stosunkowo często dotyka również przedstawicielki płci pięknej. Łysienie zazwyczaj doświadczane jest przez kobiety w okresie menopauzy. Łysienie można odziedziczyć po matce Większość ludzi jest świadomych faktu, że wypadanie włosów to dolegliwość genetyczna. Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę z tego, że gen łysienia bardzo często przekazywany jest także kobietom. Można go zatem odziedziczyć zarówno od ojca, jak i matki. Kobiety mogą mieć brody Dolegliwość objawiająca się nadmiernym owłosieniem twarzy i ciała nosi nazwę hirsutyzm. Rozwój tej przypadłości związany z podwyższonym poziomem androgenu, czyli męskiego hormonu płciowego. Nadmierne owłosienie ciała jest problemem dotykającym zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Włosy ciągle wypadają Wypadanie włosów jest całkowicie naturalnym procesem. Szacuje się, że każda osoba traci około 50 - 100 włosów dziennie. Każdy z nich przechodzi fazę wzrostu (mogącą trwać od 2 do 6 lat), a następnie fazę spoczynku, podczas której włos obumiera i wypada. W jego miejscu wyrasta natomiast kolejny. Broda rośnie bardzo szybko Męski zarost rośnie o wiele szybciej niż włosy na głowie. Szacuje się, że przeciętny mężczyzna poświęca na golenie łącznie 5 miesięcy swojego życia. Niegolona broda może osiągnąć długość nawet 9 metrów. Najpowszechniejszym kolorem włosów jest czarny Przyglądając się naszemu społeczeństwu, mogłoby się wydawać, że posiadanie kruczoczarnych włosów jest przywilejem jedynie nielicznych. Należy jednak pamiętać, że jaśniejsze owłosienie jest rzadkością w większości rejonów świata. Wystarczy pomyśleć o Afryce, Azji, Ameryce Południowej lub południowych rejonach Europy. « powrót do artykułu
-
Roślina jak wilkołak - rozmnaża się tylko przy pełni
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
Mieniące się w świetle księżyca w pełni krople słodkiej cieczy wabią do żeńskich kwiatów przęśli Ephedra foeminea nocnych zapylaczy, np. ćmy. Zachwycona pokazem świetlnym Catarina Rydin z Uniwersytetu w Sztokholmie podkreśla, że roślina nie dysponuje innymi środkami przyciągania owadów. Nie pachnie ani nie ma jaskrawobiałych kwiatów, które nocą dobrze odcinałyby się od tła. Rydin prowadziła badania ze swoją doktorantką Kristiną Bolinder. Panie chciały sprawdzić, jak rozmnażają się dwa europejskie gatunki z rodzaju przęśl (Ephedra): przęśl dwukłosowa, zwana też ostrą (E. distachya) oraz E. foeminea. Po krótkim czasie Bolinder była już tak zaznajomiona z wiatropylną przęślą dwukłosową, że wg schematu jej zapylania mogła zaplanować podróże do Grecji. E. foeminea okazała się jednak nieprzewidywalna. Myliłyśmy się właściwie co roku - opowiada Rydin. Mentorka i studentka jechały na miejsce tylko po to, by stwierdzić, że nie ma ani śladu kropli. Zawsze musiały czekać... W lipcu 2014 r. sytuacja się powtórzyła. Rydin poczytała o owadach nawigujących w oparciu o światło księżyca. Obejrzała też zdjęcia z 2012 r., z jedynej wyprawy, kiedy badaczkom udało się zjawić o czasie. Mimo że zauważyła jasne światło pełni i nawet rozmawiała o tym z Bolinder, chwila olśnienia nadeszła dopiero w czasie wspólnej kolacji. Przejrzawszy stare wzmianki, zarówno z własnych podróży, jak i literatury naukowej do 1910 r. wstecz, badaczki zauważyły, że E. foeminea zawsze wydziela krople podczas pełni. Najbliższa pełnia miała być dosłownie za parę dni, bo 12 lipca, by się więc ostatecznie upewnić, Szwedki zaczekały i voilà - miały niezbity dowód. Pojawił się księżyc, a krzaczki rozbłysły licznymi "diamencikami". Autorki artykułu z pisma Biology Letters podkreślają, że nawet gdy kwiaty żeńskie dojrzeją wcześniej, kroplę wydzielają dopiero w czasie pełni. Co więcej, nawet gdy któryś kwiat nie zdąży dojrzeć, roślina i tak sprawia, że na jego powierzchni pojawia się wabik. Wiatropylna przęśl dwukłosowa jest niezależna od faz Księżyca; krople pojawiają się z grubsza o tej samej porze roku. Szwedki uważają, że E. foeminea jest w stanie wykryć małe zmiany w intensywności światła. Wybiera pełnię z dwóch względów: nie tylko nasz satelita wydaje się wtedy najjaśniejszy, ale i jego światło jest najdłużej widoczne. Tylko w czasie pełni owady mają księżyc przez całą noc, by wykorzystać go do nawigacji. Mechanizm ten jest pomysłowy, ale i przysparza E. foeminea kłopotów. By pojawiły się zakłócenia, wystarczą chmury lub zanieczyszczenie światłem pochodzenia antropogenicznego. Niewykluczone, że właśnie z tego powodu E. foeminea rośnie dalej od osad ludzkich niż przęśl dwukłosowa. « powrót do artykułu -
Na Queen's University w Belfaście powstał specjalny system uwalniania zapachów perfum. Powoduje on, że im bardziej się pocimy, tym intensywniej pachną użyte przez nas perfumy. Naukowcy z Quenn's University Ionic Liquid Laboratories (QUILL) zamknęli zapach perfum w cieczy jonowej. Sama ciecz nie ma zapachu, jednak pod wpływem wilgoci (np. potu) uwalnia ona coraz więcej zapachu. Co więcej płyn jonowy przyciąga, wiąże i w ten sposób „unieszkodliwia” tiole, a to one odpowiadają za nieprzyjemny zapach potu. Nowa technika może cieszyć się dużym zainteresowaniem ze strony przemysłu kosmetycznego. Badacze z QUILL już współpracują z jedną z firm kosmetycznych. „To bardzo interesujące osiągnięcie, które wykorzystuje nowo odkryte systemy cieczy jonowych do uwalniania substancji w sposób kontrolowany. Ta technika może być wykorzystana nie tyko w perfumach i kremach, ale również w innych dziedzinach nauki, jak chociażby tam, gdzie zależy nam na powolnym uwalnianiu konkretnych substancji” - mówi doktor Nimal Gunaratne, główny autor badań. « powrót do artykułu
-
W przypadku sów ryzyko wystąpienia cukrzycy, zespołu metabolicznego i sarkopenii jest wyższe niż dla skowronków. Dzieje się tak nawet przy porównywalnej ilości snu. Aktywność w późniejszych godzinach nocnych często wiąże się, wg autorów publikacji z Journal of Clinical Endocrinology & Metabolism, z utratą snu, kiepską jego jakością i jedzeniem o niewłaściwych porach. Ostatecznie może to prowadzić do zmian metabolicznych. Bez względu na tryb życia, ludzie aktywni o późniejszych porach są bardziej zagrożeni rozwojem problemów zdrowotnych, np. cukrzycy lub zmniejszonej masy mięśniowej, niż osoby, które wstają rano [i wcześniej się kładą]. Może to być spowodowane przez tendencję sów do gorszej jakości snu, a także niezdrowe zachowania, takie jak palenie i jedzenie w nocy [...] - wyjaśnia dr Nan Hee Kim z Korea University College of Medicine. Naukowcy przyjrzeli się zwyczajom dot. snu i metabolizmowi 1620 uczestników Korean Genome Epidemiology Study (KoGES). Mieli oni od 47 do 59 lat i wypełniali kwestionariusze nt. cyklu snu i czuwania, jakości snu, a także stylu życia, w tym aktywności fizycznej. By ocenić stan zdrowia metabolicznego, pobrano im krew. Za pomocą tomografii komputerowej określano ilość tłuszczu wisceralnego. Przeprowadzono też densytometrię kostną. W oparciu o dane z kwestionariuszy 480 osób przypisano do chronotypu porannego, a 95 do chronotypu wieczornego. Cykl snu i czuwania pozostałych przełączał się między tymi typami. Okazało się, że choć ludzie z wieczornego chronotypu byli generalnie młodsi, zawartość tłuszczu w ich organizmie i poziom trójglicerydów we krwi były wyższe. Sowy z większym prawdopodobieństwem cierpiały też na sarkopenię. Mężczyźni z chronotypem wieczornym częściej mieli cukrzycę bądź sarkopenię, a kobiety więcej tłuszczu brzusznego i wyższe ryzyko zespołu metabolicznego. « powrót do artykułu
-
W Nature opublikowana badania dotyczące zmian w bioróżnorodności na przestrzeni ostatnich 500 lat. Dowiadujemy się z niego, że do roku 2005 zmiany w użytkowani ziemi doprowadziły średnio do 14% spadku liczby gatunków w lokalnych ekosystemach. Większość tego spadku miała miejsce w ciągu ostatnich 100 latach. Jednak, zdaniem naukowców, niekorzystne trendy można, przynajmniej częściowo, odwrócić. By jednak zapobiec dalszemu spadkowi bioróżnorodności konieczne jest podjęcie działań na skalę globalną. Działań, których celem byłaby walka z globalnym ociepleniem i zwrócenie szczególnej uwagi na tereny o największej bioróżnorodności. Wspomniane badania zostały przeprowadzone przez brytyjskie Muzeum Historii Naturalnej, ONZ-owski Environment Programme World Conservation Monitoring Centre (UNEP-WCMC) i brytyjskie uniwersytety. Naukowcy zebrali dane z ponad 70 krajów i wzięli pod uwagę 26 593 gatunki. Zauważyli, że średnio w skali globalnej doszło do 14% spadku bioróżnorodności w lokalnych ekosystemach. Niektóre z ekosystemów pozostały nietknięte, a w innych, w tym w ekosystemach Europy Zachodniej, spadek bioróżnorodności wyniósł 20-30 procent. W tym miejscu dochodzimy do niebezpiecznego poziomu utraty gatunków. Specjaliści uważają, że utrata 20% oznacza przekroczenie punktu, poza którym zagrożone są zasoby żywności czy możliwość radzenia sobie przez ekosystem z epidemiami. Gdy spada bioróżnorodność zwiększa się prawdopodobieństwo wybuchu epidemii wśród roślin uprawnych. Możemy oczywiście częściej stosować różne środki ochrony roślin i wydawać pieniądze na redukowanie ryzyka, jednak w ten sposób marnujemy zasoby na coś, co wcześniej natura zapewniała za darmo - mówi Andy Purvis, ekspert ds. bioróżnorodności. Specjaliści postanowili też sprawdzić różne scenariusze na przyszłość. W tym celu użyli czterech modeli opracowanych przez IPCC, w których proponowane są działania mające na celu zapobieżenie dalszemu ocieplaniu się klimatu. Analizy nie wypadły w większości pomyślnie. Jeśli ludzkość nie podejmie zdecydowanych działań, grozi nam dalszy spadek bioróżnorodności. Oszacowano go na 3,4%. Najbardziej dotknięte będą najuboższe i najbardziej obecnie bioróżnorodne obszary planety. Jeśli nic nie zrobimy, to do roku 2100 liczba gatunków w lokalnych ekosystemach zmniejszy się o niemal 3,5%. Jeśli jednak podejmiemy odpowiednie działania to do końca bieżącego wieku możemy naprawić to, co zepsuliśmy przez ostatnie 50 lat - mówi Purvis. « powrót do artykułu
-
W dużym dole na odpadki w Tulln an der Donau w Dolnej Austrii archeolodzy odkopali kompletny szkielet wielbłąda. Znalezisko datuje się na wojnę austriacko-turecką (koniec XVII w.). Wykopaliska przeprowadzono przed budową centrum handlowego. Odkryto duże części średniowiecznego i wczesnonowożytnego miasta. Pewien zespół budynków zidentyfikowano jako wspominaną w źródłach historycznych tawernę Auf der Rossmühle z okolic dużego placu targowego. Szkielet dużego zwierzęcia znaleziono w związanej z tą parcelą piwnicy. Początkowo sądzono, że to duży koń bądź krowa, później jednak Alfred Galik stwierdził z całą pewnością, że to wielbłąd. Datowane od czasów rzymskich kości wielbłądów były znajdowane w Europie, ale kompletny szkielet na terenie centralnej Europy należy uznać za unikat. Choć większości materiału z dołu z odpadkami jeszcze w pełni nie przeanalizowano, metalowe znaleziska pozwoliły zawęzić okres, z którego mógł pochodzić szkielet. Monetę (Rechenpfennig) z wizerunkiem króla Ludwika XIV wybito między 1643 a 1715 r., zaś ołowiana buteleczka z teriakiem z wiedeńskiej Apteki pod Złotą Koroną (Apotheke zur Goldenen Krone) pochodzi z circa 1628/1665 r. Charakterystyczne cechy szkieletu smukłego samca wskazują, że nie był on zwierzęciem jucznym, ale cennym okazem do jazdy. Analizy anatomiczne i morfometryczne sugerowały, że był on hybrydą. Potwierdziły to badania starożytnego DNA (ang. ancient DNA, aDNA), które wykazały, że matka była dromaderem, a ojciec baktrianem. Takie krzyżowanie nie było w owych czasach niczym niezwykłym. Hybrydami łatwiej się zajmować, poza tym były one bardziej wytrzymałe i większe od rodziców. Nadawały się one szczególnie do służby wojskowej - podkreśla Galik. « powrót do artykułu
-
Wielki Zderzacz Hadronów wkrótce rozpocznie pracę
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Astronomia i fizyka
Specjalistom z CERN udało się naprawić obwód, który doprowadził do krótkiego spięcia w diodzie jednego z magnesów Wielkiego Zderzacza Hadronów. Eksperci, po zlokalizowaniu miejsca, w którym wystąpił problem, i dokonaniu precyzyjnych pomiarów, zdecydowali się na stopienie fragmentu metalu. Następnie na kilka milisekund podali tam prąd o natężeniu 400 amperów, co doprowadziło do dezintegracji uszkodzonego fragmentu. Kolejne pomiary wykazały, że spięcie już się nie pojawia. Obecnie prowadzone są testy kwalifikujące naprawiony fragment do ponownej pracy. Gdy zostaną one zakończone specjaliści przeprowadzą ostatnie działania mające na celu odbiór akceleratora gotowego do pracy. LHC powinien ponownie ruszyć w ciągu najbliższych dni. « powrót do artykułu -
Za miesiąc, 1 maja, specjaliści z Uniwersytetu Kalifornijskiego opublikują raport, z którego dowiemy się, że ponad 5% internautów korzystających z usług Google'a ma komputery zainfekowane adware'em. Z tej grupy na ponad 50% maszyn zainstalowane są co najmniej 2 różne fragmenty szkodliwego kodu. Adware to poważny problem dla użytkowników systemów Windows i Mac OS X. Cyberprzestępcy zarażają tym rodzajem kodu zarówno Internet Explorera, Firefoksa jak i Chrome'a. Adware jest często dołączone do innych programów. Google informuje, że od stycznia bieżącego roku otrzymało od użytkowników Chrome'a ponad 100 000 skarg na adware. Tego typu szkodliwy kod to najczęstsza przyczyna skarg internautów. Specjaliści z Uniwersytetu Kalifornijskiego odkryli 192 oszukańcze rozszerzenia dla Chrome'a. Ich głównym celem jest instalacja adware'u. Aż 14 milionów internautów zainstalowało te rozszerzenia. « powrót do artykułu
-
Karpieniec pustynny (Cyprinodon macularius) potrafi wstrzymać oddech nawet na 5 godzin. To odpowiedź gatunku na kurczenie się habitatu. Frank van Breukelen i Stanley D. Hillyard z Uniwersytetu Nevady w Las Vegas podkreślają, że zmiana metabolizmu C. macularius to przykład plastyczności fizjologicznej. W niedalekiej przeszłości Południowy Zachód USA był o wiele wilgotniejszy. Zaledwie 10 tys. lat temu Dolinę Śmierci pokrywało 100 m wody; zwano ją wtedy jeziorem Manley. Nazwa Mojave jest zresztą skróconą formą słowa Hamakhaave [endonimu z języka Indian Mohave], oznaczającego "przy wodzie". Kiedy wody się wycofały, karpieniec został odizolowany w swoich obecnych habitatach, z których gros stanowią gorące źródła. Zasadniczo ryba ta spędziła większość swojej historii ewolucyjnej w chłodniejszych wodach, aż trafiła do wód o temperaturze nawet 35°C - opowiada van Breukelen. Jeden z mechanizmów przystosowawczych polega na przełączaniu między korzystaniem z tlenu a obchodzeniem się bez niego. Podczas oddychania anaerobowego metabolizm karpieńca nasila się 15-krotnie, co nieco zaskakuje w środowisku ubogim w pożywienie. Mitchondria to główne miejsca wykorzystania tlenu w komórce. W wyniku oddychania komórkowego powstaje tu większość nośnika energii - ATP. Nasze dane pokazują, że ryba wyłącza mitochondria, by uniknąć produkcji reaktywnych form tlenu wskutek wysokiej temperatury. Stosowanie strategii metabolicznej, która jest 15-krotnie mniej wydajna, nie jest może ideałem, ale okoliczności komórkowe mogą tego wymagać. Amerykanie sądzą, że etanol powstający w wyniku metabolizmu beztlenowego w jeszcze większym stopniu zmniejsza zależność od tego pierwiastka. Sądzimy, że ryba wytwarza etanol, który sprzyja zamknięciu mitochondrialnych kanałów do transportu substratów. Zjawisko to dalej ogranicza wykorzystanie tlenu. « powrót do artykułu
-
Malowidło "Gęsi z Meidum", znalezione ponoć w 1871 r. w grobowcu zlokalizowanym w pobliżu piramidy Snofru w Meidum, jest XIX-wiecznym fałszerstwem. Dzieło nazywane przez niektórych egipską Mona Lizą może jednak skrywać autentyk sprzed kilku tysięcy lat. Dotąd sądzono, że Luigi Vassalli odkrył "Gęsi" w mastabie syna Snofru - Nefermaata - a konkretnie w kaplicy jego żony Atet. Malowidło znajduje się w zbiorach Muzeum Egipskiego w Kairze. Prof. Francesco Tiradritti z Università Kore di Enna badał malowidło przez wiele miesięcy. Włoch wykorzystał m.in. fotografie w wysokiej rozdzielczości. Wyniki jego dociekań ukażą się na dniach w Giornale dell'Arte i The Art Newspaper. Jedyną rzeczą, jaką, w mojej opinii, powinno się jeszcze zrobić, jest ustalenie, co było lub jest namalowane pod gęśmi. Należy się, oczywiście, posłużyć nieinwazyjnymi metodami badawczymi. Pierwszą wskazówką, jaka naprowadziła Tiradrittiego na trop fałszerstwa, była przynależność gatunkowa 2 uwiecznionych ptaków. Biorąc pod uwagę miejsca ich występowania, nie mogły raczej znaleźć się nad Egiptem. Mural przedstawia 6 ptaków, trzy zwrócone w lewo i trzy w prawo: dwie gęsi białoczelne (Anser albifrons), dwie gęsi zbożowe (Anser fabalis) i wreszcie dwie bernikle rdzawoszyje (Branta ruficollis). A. fabalis rozmnażają się w tundrze oraz tajdze i zimują na północy Hiszpanii, Grecji i Turcji, zaś B. ruficollis zamieszkują zachodnią Syberię i z rzadka zimują daleko na południu, tj. na egejskim wybrzeżu Grecji i Turcji. O ile sama przynależność gatunkowa ptaków może jeszcze nie być ostatecznym dowodem fałszerstwa, o tyle kolejne wskazówki wywołały już reakcję łańcuchową. Tiradritti stwierdził np., że w malowidle pojawiły się kolory niewykorzystywane przez starożytnych artystów. Niektóre barwy, zwłaszcza beżowy [...], są rzadkie w egipskiej sztuce. Nawet odcienie bardziej popularnych kolorów, np. pomarańczowego i czerwonego, nie są porównywalne do tych samych barw wykorzystanych w innych fragmentach malowidła z kaplicy Atet. Profesor zwraca też uwagę na sposób namalowania ptaków. Ich wielkość ma wyglądać na zbliżoną, co jest niezwykłe, bo starożytni Egipcjanie różnicowali rozmiary poszczególnych obiektów w zależności od znaczenia. Nie pasuje nawet wzór pęknięć (ten powstały w czasie zdejmowania ze ściany wyglądałby inaczej). "Gęsi z Meidum" zostały wykonane na innym malowidle, które zresztą częściowo wyziera spod spodu. Tło ["Gęsi"] namalowano niebieskoszarą farbą. W oryginale wykorzystano [zaś] bardziej kremowy odcień, nadal widoczny w części muralu, szczególnie w prawym górnym rogu i po prawej stronie [szyi] obu bernikli. Tiradritti sądzi, że autorem malowidła jest sam Vassalli, kurator z Egipskiego Muzeum Starożytności (z czasów, gdy znajdowało sie ono w Bulak), a także artysta, który studiował malarstwo w Accademia di Brera w Mediolanie. Choć to Vassallemu przypisywano znalezienie i usunięcie malowidła z kaplicy, nigdy nie opublikował on nawet słowa na ten temat. To bardzo dziwne, zważywszy, że bardzo lubił opowiadać o swoich egipskich odkryciach i zwykł wspominać o nich nawet po upływie wielu lat. Czemu Vassalli posunął się do fałszerstwa? Profesor dywaguje, że malowidło mogło być potrzebne w Muzeum Starożytności. Dopuszcza też możliwość, że Vassalli zrobił to dla żartu. Badając fragment malowidła w kaplicy Atet, Włoch natknął się na rysunki sępa i koszyka. Gdyby uznać je za hieroglify, kosz tłumaczyłoby się jako "G", a sępa jako "A". Litery te odpowiadają inicjałom drugiej żony Vassallego (G od Gigliati i A od Angiola). « powrót do artykułu
-
Najnowsze analizy dotyczące szczelinowania hydraulicznego i jakości wody pitnej sugerują, że szczelinowanie nie ma znaczącego wpływu na zanieczyszczenie wody metanem. Ich wyniki są sprzeczne z wnioskami, jakie wyciągnięto podczas głośnych badań z roku 2011 i 2013. Wówczas zbadano wodę z, odpowiednio, 60 i 141 domów. Stwierdzono, że im bliżej odwiertów wykorzystywanych podczas szczelinowania, tym większa ilość metanu w wodzie. Najnowsze badania również przeprowadzono w Pennsylvanii, ale zbadano 11 309 punktów poboru wody i stwierdzono, że poziom metanu w wodzie pitnej nie ma związku z lokalizacją odwiertów. Moim zdaniem ponad 10 000 punktów z danymi daje nam lepszy obraz niż wcześniej - mówi hydrogeolog Donald Siegel z nowojorskiego Syracuse University, który stał na czele grypy badawczej. Jej prace finansowała firma Chesapeake Energy Corp., właściciel wielu odwiertów, z których wydobywa się ropę i gaz. Firma dała uczonym dostęp do swojej bazy danych, a jest to największa na świecie tego typu kolekcja danych. W Pennsylvanii gaz łupkowy wydobywa się przede wszystkim z formacji Marcellus. To rozciągająca się na niemal 1000 kilometrów formacja o grubości do 270 metrów pochodząca ze środkowego dewonu. Jest ona jedną z pierwszych formacji, z których wydobywano gaz metodą szczelinowania. Dlatego też specjaliści badający kwestie związane ze szczelinowaniem hydraulicznym często przyglądają się właśnie temu, co dzieje się w okolicach formacji Marcellus. Szczelinowanie budzi liczne kontrowersje, a jedną z najgłośniejszych kwestii jest obecność metanu w wodzie pitnej. Co prawda rozpuszczony w wodzie gaz nie jest toksyczny i w wielu krajach, w tym w USA, nie istnieją sztywno określone normy określające maksymalne dopuszczalne stężenie. Jest to jednak marne pocieszenie dla mieszkańców, gdyż zbyt duże stężenie metanu grozi eksplozją. Autorzy obecnych badań uważają, że obecność metanu w wodzie nie ma związku z wydobyciem gazu łupkowego. Analizując udostępnione im dane nie znaleźli związku pomiędzy stężeniem metanu, a odległością od żadnego z 661 odwiertów. Naukowcy nie zaprzeczają, że lokalnie mogą występować problemy związane z nieprawidłowo wykonanymi pracami przy uszczelnianiu odwiertów, jednak nie jest to problem systemowy. Siegel uważa, że wcześniejsze badania były obarczone błędem polegającym na zbadaniu zbyt małej liczby ujęć wody i skupieniu się na tych miejscach, o których wiadomo, że występują w nich problemy. Robert Jackson, autor wcześniejszych badań, o których mówi Siegel, nie składa jednak broni. Jego zdaniem wybranie przez Siegela większej próby niekoniecznie pokazuje dokładniejszy obraz. Z dostępnych informacji nie wynika bowiem jednoznacznie, w którym miejscu były pobierane próbki wody. Czy badano wodę w miejscu ujęcia, wodę w domach (z której część metanu mogła się ulotnić) czy też wodę po przejściu przez filtry oczyszczające. Zwraca też uwagę, że próbki pobierano techniką „odwróconej butelki”. Wiele laboratoriów jej nie stosuje, gdyż wiadomo, że przy wysokich stężeniach metanu daje zafałszowane, zaniżone wyniki. Oni wykorzystali całą serię metod, które wprowadziły dużo zakłóceń do wyników - mówi Jackson. Uczony przypomina też, że w 2011 roku prosił Chesapeake Energy Corp. o dostęp do jej bazy danych i mu odmówiono. Naukowcy stojący po obu stronach barykady zgadzają się co do tego, że samo szczelinowanie prawdopodobnie nie prowadzi do migracji gazów. Problemem mogą być źle zabezpieczone odwierty. Kością niezgody jest określenie odsetka takich odwiertów. Siegel powołuje się na dane z 2014 roku, z których wynika, że w przypadku zaledwie 0,24% z tysięcy odwiertów w północno-wschodniej Pennsylvanii władze wystosowały do ich właścicieli pisma ostrzegające, że metan z odwiertów przedostaje się do wód gruntowych. Z kolei Anthony Ingraffea z Cornell University mówi, że oficjalne pisma to jedynie czubek góry lodowej. Z przeprowadzonych przezeń badań wynika bowiem, że aż w 9% odwiertów, jakie powstały od 2009 roku, istnieją nieszczelności. Z czasem sytuacja będzie się pogarszała, gdyż w starzejących się odwiertach będzie występowało coraz więcej pęknięć. To dopiero początek - mówi Ingraffea. Terry Engelder, geolog z Pennsylvania State university, jeden z pierwszych specjalistów, którzy zwrócili uwagę na potencjał ekonomiczny formacji Marcellus, mówi, że wiercenia i spory wokół nich mają co najmniej jedną niepodważalną wartość. O chemii wód gruntowych w północno-wschodniej Pennsylvanii wiadomo więcej, niż o jakichkolwiek wodach na świecie. Prowadzone są tam bardzo intensywne badania, nie tylko pod kątem występowania metanu. Mają one olbrzymią wartość. « powrót do artykułu
-
Historia depresji zwiększa ryzyko cukrzycy ciążowej (ang. Gestational Diabetes Mellitus, GDM) - twierdzą naukowcy z Loyola University Chicago Marcella Niehoff School of Nursing. By określić występowanie depresji u 135 ciężarnych, wykorzystano Edinburgh Postnatal Depression Screen (EPDS). Cukrzycę ciążową zdiagnozowano u 65 kobiet. Okazało się, że miały one historię depresji 3,79 razy częściej niż panie bez cukrzycy ciążowej. Poza tym istotne objawy depresji stwierdzono u 20% kobiet z cukrzycą ciążową i 13% ochotniczek bez cukrzycy. W obu grupach prognostykami depresji były lęk i postrzegany stres. Związki łączące depresję i cukrzycę są złożone. Początkowo klinicyści sądzili, że depresja u diabetyków to skutek realiów życia z przewlekłą chorobą. Współcześnie sugeruje się raczej, że depresja może poprzedzać początek cukrzycy typu 2. Dlatego też, jeśli depresja występuje przed ciążą, ważne, by przyglądać się rozwojowi sytuacji pod kątem wystąpienia GDM. Co ważne, depresja może się przyczyniać do złej samokontroli cukrzycy ciążowej i potencjalnie zwiększać ryzyko powikłań. Musimy nadal zgłębiać relacje cukrzycy i depresji, by pomóc w [...] poprawie opieki prenatalnej oraz rokowań matek i dzieci - podsumowuje dr Sue Penckofer. « powrót do artykułu
-
Ślady wielkiego ataku DDoS, w wyniku którego serwis GitHub był wyłączony przez ponad 5 dni, prowadzą do Chin. Do takiego wniosku doszli niezależnie od siebie specjaliści z dwóch organizacji. Celem ataku były dwie konkretne witryny – antycenzorska GreatFire.org oraz mirror chińskiego wydania The New York Timesa. Ucierpiała jednak cała sieć GitHuba. Eksperci ze szwedzkiej firmy Netresec przeanalizowali fragmenty kodu JavaScript, którymi cyberprzestępcy zarazili komputery biorące udział w ataku. Zauważyli, że kod najpierw został wstrzyknięty na serwery korzystające z narzędzi analitycznych chińskiego serwisu Baidu. Stamtąd trafił na komputery ofiar. Nie łączył się jednak z siecią Baidu, ale otrzymywał polecenia z innych serwerów. Atak pokazuje, jak aktywna i pasywna infrastruktura znana jako Wielki Chiński Firewall, może zostać wykorzystana do przeprowadzenia potężnego ataku DDoS. Wielki Firewall nie może być zatem postrzegany jedynie jako narzędzie do nadzorowania i cenzurowania ruchu w chińskim internecie, ale również jako platforma służąca do przeprowadzania ataków DDoS za pośrednictwem komputerów niewinnych ludzi, którzy odwiedzają chińskie witryny - stwierdzili eksperci z Netreseca. Zauważyli oni, że oprócz pakietów wysyłanych przez Baidu, których TTL wynosił 42, pojawiają się też pakiety o TTL 227, 228 oraz 229. Kolejnych dowodów dostarczyli specjaliści z GreatFire. Ich zdaniem taki sposób opisania ataku był możliwy tylko dzięki wykorzystaniu chińskiej sieci szkieletowej. W przygotowanym przez nich raporcie czytamy: Jeśli nawet to nie CAC (Cyberspace Administration of China) przeprowadziła atak, to są oni odpowiedzialni za to, co się dzieje w chińskim internecie i nie jest możliwe, by o ataku nie wiedzieli. Atak odbył się za zgodą CAC i Lu Weia, którzy zwiększyli siłę tego ataku. Wielki Firewall został przełączony z trybu pasywnego filtra w tryb aktywnej agresywnej infrastruktury. To przerażające działania, a wyniki tych działań wykraczają poza zwykłą kontrolę informacji. Jednym szybkim ruchem chińskie władze są w stanie przełączyć infrastrukturę z trybu cenzurowania internetu w Chinach na cenzurę ogólnoświatową. CAC może szybko i łatwo przeprowadzać podobne ataki, a ma zasoby techniczne i finansowe, by przeprowadzić atak DDoS na dowolną witrynę na świecie - czytamy w raporcie GreatFire. « powrót do artykułu
-
Wzrastające temperatury oceanów spowalniają rozwój rybich larw w okolicach równika. Biolodzy z Uniwersytetu Jamesa Cooka analizowali ryby schwytane na obszarze od subtropikalnych rejonów południowej Wielkiej Rafy Koralowej po północną Papuę-Nową Gwineę. Odkryliśmy, że tam, gdzie temperatury oceanu przekroczyły wartość ok. 29 stopni [...], tempo rozwoju larw spadało - wyjaśnia dr Ian McLeod. Australijczycy przypominają, że większość oceanicznych ryb przechodzi przez etap larwy żyjącej w otwartym oceanie (pelagialu), która jest bardziej narażona na ataki drapieżników. Co istotne, im dłużej to trwa, tym mniejsze prawdopodobieństwo przeżycia. Te populacje mogą być szczególnie podatne na skutki globalnego ocieplenia - podkreśla prof. Philip Munday. By przeanalizować historię wczesnego życia ryb, naukowcy przyglądali się ich otolitom, które podczas rozwoju tworzą przywodzące na myśl słoje drzew pierścienie. To przypomina czytanie dziennika. Możemy dowiedzieć się czegoś nt. tempa ich wzrostu, ile czasu im zajął, możemy wreszcie obliczyć rozmiary zwierząt w momencie osiedlenia na rafie - opowiada McLeod. Wielu ludzi z rejonów równikowych, np. Papui-Nowej Gwinei, polega na rybach jako głównym źródle białka, dlatego uzyskane wyniki budzą obawy o bezpieczeństwo tutejszych zasobów pokarmowych - podsumowuje prof. Geoffrey Jones. « powrót do artykułu
-
Syrop daktylowy wykazuje aktywność przeciwko wielu bakteriom, w tym gronkowcowi złocistemu (Staphylococcus aureus) czy pałeczkom okrężnicy (Escherichia coli). Badania in vitro zademonstrowały, że hamuje wzrost bakterii szybciej niż popularny miód manuka. Hajer Taleb z Cardiff Metropolitan University stwierdził, że syrop zawiera przeciwbakteryjne związki fenolowe, które tworzą się w czasie dojrzewania owoców. Sztuczny syrop, przygotowany z cukrów występujących w naturalnej wersji, ale niezawierający związków fenolowych, nie jest już tak skuteczny w hamowaniu wzrostu bakterii. Kiedy syrop zmieszano z różnymi patogenami, m.in. gronkowcami złocistymi, pałeczkami okrężnicy, enterokokami i pałeczkami ropy błękitnej (Pseudomonas aeruginosa), obserwowano zahamowanie ich wzrostu. Podobne ilości syropu daktylowego i miodu manuka były porównywalnie skuteczne, ale syrop działał szybciej, bo już po 6 godzinach. Choć syrop daktylowy jest spożywany w wielu krajach ze względu na przypisywane mu właściwości prozdrowotne, brytyjskie badanie jest pierwszym złożonym studium, które ma zidentyfikować i przeanalizować konkretne mechanizmy działania. Jak podkreśla dr Ara Kanekanian, mimo że wyniki z badań in vitro są zachęcające, na razie nie zaleca się stosowania syropu do leczenia ran. « powrót do artykułu
-
Orzechy ziemne uwzględnione w wysokotłuszczowym menu poprawiają poposiłkowy profil trójglicerydów i pomagają zachować prawidłową funkcję śródbłonka. To istotne, bo zazwyczaj po jedzeniu obfitującym w tłuszcz funkcja naczyń ulega upośledzeniu do czasu zniknięcia tłuszczu z krwiobiegu. Po obciążeniu wysokotłuszczowym posiłkiem zespół Xiaoran Liu z Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii oceniał szereg parametrów zdrowotnych. Piętnastu mężczyzn z nadwagą wypijało koktajl z 8,5 dag mielonych orzechów ziemnych albo równoważny pod względem energetyczności i zawartości makroskładników napój bez fistaszków. Po posiłku 5-krotnie określano profil lipidowy, a także poziom insuliny i glukozy. By ocenić działanie śródbłonka naczyniowego, przeprowadzano ocenę dylatacji tętnicy ramiennej w odpowiedzi na niedokrwienie (ang. flow-mediated dilatation, FMD). W porównaniu do pomiaru referencyjnego, posiłek kontrolny zmniejszał FMD nawet o 1,2%. Kiedy jednak w posiłku uwzględniono orzeszki ziemne, wartość FMD się nie zmieniała. Ustalenia są bardzo istotne, zważywszy że dysfunkcja śródbłonka odgrywa zasadniczą rolę w patogenezie miażdżycy. Wcześniejsze studia wykazały, że w przypadku osób, które jedzą orzechy ziemne więcej niż 2 razy w tygodniu, ryzyko choroby niedokrwiennej serca jest niższe. Nasze badanie sugeruje, że ochronny efekt może być częściowo wynikiem korzystnego wpływu fistaszków na stan tętnic. Ponieważ orzechy ziemne są kaloryczne, by uniknąć wzrostu wagi, warto coś nimi zastąpić. Amerykanie zalecają, by obrać na cel ubogie odżywczo pokarmy, które zawierają tłuszcze stałe. « powrót do artykułu
-
Niedźwiedzie polarne zagrażają ptakom morskim
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
W miarę, jak coraz bardziej ubywa pokrywy lodowej w Arktyce, niedźwiedzie polarne coraz częściej schodzą na ląd. Rezygnują z polowań na foki na pływającym lodzie. W niektórych regionach Norwegii i Grenlandii zauważono, że drapieżniki coraz częściej nachodzą obszary gniazdowania ptaków morskich, poszukując tam jaj i nieumiejących latać młodych. Zmiany te mogą stanowić poważne niebezpieczeństwo dla wielu gatunków ptactwa. Na łamach najnowszego Frontiers in Ecology and Evolution specjaliści opisują wyniki swoich 10-letnich badań nad reakcją łańcuchową wywołaną przez ocieplenie klimatu. Od lat obserwują, że – w miarę jak zmniejsza się pokrywa lodowa na Oceanie Arktycznym - niedźwiedzie coraz częściej pojawiają się w miejscach gniazdowania. Jouke Prop, ornitolog z holenderskiego Uniwersytetu w Groningen mówi, że w miejscu, gdzie prowadzi badania pierwszy niedźwiedź polarny zjawił się w 2004 roku. W ostatnich latach mamy zaś do czynienia z prawdziwą katastrofą. Prop obserwował jak w ciągu zaledwie 2 godzin niedźwiedzie zjadały ponad 200 jaj. W ubiegłym roku w badanym przez niego miejscu gniazdowania nie przeżyło żadne pisklę ani nie przetrwało żadne jajo. A gniazdują tam bernikle, edredony zwyczajne oraz mewy blade. Uczony alarmuje, że kilkadziesiąt niedźwiedzi polarnych ze Svalbardu regularnie żywi się jajami i pisklętami ptaków wodnych. Mimo, że to niewielki odsetek niedźwiedzi, to zagrożenie dla ptaków jest olbrzymie. Prop oblicza, że jeden głodny niedźwiedź może w ciągu 1,5 godziny zniszczyć 50 gniazd. Po posiłku śpi przez 12-16 godzin i znowu żeruje. Obserwacje Propa są zgodne z tym, co zauważył Borge Moe z Norweskiego Instytutu Badań Przyrodniczych. Alarmuje on, że na południowym Svalbardzie obserwuje się coraz więcej przypadków niedźwiedzi żerujących na ptasich gniazdach. Niedźwiedzie przybywają coraz wcześniej. Obecnie zjawiają się w połowie czerwca, jednak będą przychodziły wcześniej. To z kolei może zmusić ptaki do opuszczenia tradycyjnych lęgowisk. Andrew Derocher, biolog z University of Alberta specjalizujący się w badaniu niedźwiedzi polarnych, mówi, że badania dowodzą, iż zmiany w zachowaniu niedźwiedzi są bezpośrednio spowodowane zanikaniem lodu morskiego. Jego zdaniem ptaki morskie przetrwają i zmiany będą dla nich znacznie mniej bolesne niż dla niedźwiedzi. Derocher uważa, że populacja niedźwiedzi polarnych załamie się. Eksperci, którzy przez całą swoją karierę naukową badają konkretne miejsca gniazdowania są załamani pojawieniem się niedźwiedzi i niszczeniem kolonii lęgowych. Mają też dylemat. Czy powinni odganiać niedźwiedzie czy też nie mogą interweniować. Początkowo zauważyliśmy, że niedźwiedzie niszczą nasz obiekt badań. To był dla nas cios. Ale szybko zdaliśmy sobie sprawę, że niedźwiedzie stały się częścią naszych badań. Dziesięć lat temu nigdy bym nie przypuszczał, że dojdzie do czegoś takiego. Teraz trudno cokolwiek przewidywać. Za trzy-cztery lata nastąpi krytyczny moment dla ptaków i zobaczymy, jak one zareagują - mówi Prop. « powrót do artykułu -
Dotąd sądzono, że bielnik biały (Candida albicans) przemieszcza się przez krwiobieg oraz penetruje tkanki i niszczy komórki odpornościowe w wyniku zmiany kształtu z pojedynczych okrągłych komórek na filamenty złożone z ich ciągu. Teraz okazało się, że do śmierci makrofagów dochodzi przez pojawienie się glikoprotein na powierzchni komórki grzyba. To nie zmiana kształtu per se umożliwia grzybowi zabicie komórki odpornościowej - opowiada prof. Leah Cowen z Uniwersytetu w Toronto. Chodzi o to, że dodatek glikoprotein remodeluje powierzchnię komórek C. albicans. Badacze z laboratorium Cowen zauważyli, że bielnik może zabić komórki odpornościowe nawet po obumarciu. Kanadyjczycy pozwolili makrofagom sfagocytować grzyby. Po godzinie grzyby usunięto z komórek odpornościowych. Następnie nową grupę makrofagów wystawiono na oddziaływanie odzyskanych grzybów i grzybów niepoddawanych fagocytozie. Komórki grzybów, które nie zostały nigdy zinternalizowane przez makrofagi, nie były w stanie zabić świeżych komórek odpornościowych, lecz te, które odzyskano, robiły to bez większego problemu. Mając to na uwadze, naukowcy stwierdzili, że zmiana przekształcająca C. albicans w zabójcę musiała zajść na powierzchni (w martwych komórkach próżno szukać aktywnych procesów). Naukowcy posłużyli się enzymem Endo H, który usuwał cukry z glikoprotein komórek grzyba. Zabieg ten całkowicie zablokował zdolność grzyba do zabijania. « powrót do artykułu
-
Po rozbiciu przez pilota samolotu w Alpach znowu więcej mówi się o bezpieczeństwie lotów. Niektórzy eksperci mówią, że najwyższy czas na wypróbowanie pasażerskich samolotów bezzałogowych. Samoloty mogą latać samodzielnie. Obecnie w czasie lotu piloci spędzają średnio zaledwie 3 minuty na pilotowaniu samolotu. I wcale nie muszą tego robić - mówi Mary Cummings, były pilot Air Force, a obecnie profesor i dyrektor Humans and Autonomy Lab na Duke University. Profesor Cummings dodaje, że aż 80% wypadków lotniczych spowodowanych jest błędem człowieka. Uczona przypomina, że już w tej chwili na wyposażeniu amerykańskiego lotnictwa wojskowego są drony Global Hawk. To samoloty dorównujące wielkością Boeingowi 737, a dotychczasowe analizy wykazały, że drony te ulegają rzadziej wypadkom niż samoloty pilotowane przez ludzi. Mimo to nikt na poważnie nie rozważa wożenia ludzi samolotami bezzałogowymi. Sami pasażerowie nie są na to gotowi. Chcą, by maszyna była nadzorowana przez załogę. Dlatego też, jak uważa profesor John Hansman z MIT-u, bezzałogowe samoloty pasażerskie pojawią się prawdopodobnie dopiero za kilkadziesiąt lat. To nie kwestia techniczna. To problem związany z zaufaniem - mówi uczony. Potencjalne korzyści z takiego rozwiązania są jednak na tyle duże, że idea nie pójdzie w zapomnienie. Cummings twierdzi, że samo tylko przejście z dwóch pilotów na jednego pozwoli zaoszczędzić liniom lotniczym kolosalne kwoty w czasie eksploatacji pojedynczego samolotu. Gdy już idea jednego pilota zostanie wdrożona w praktyce, pasażerowie będą musieli przyzwyczaić się do myśli, że maszyna sama radzi sobie w powietrzu, gdyż musi być ona w stanie dolecieć do celu i wylądować w wypadku, gdyby pilot nie mógł tego zrobić. Będzie oczywiście istniało ryzyko, że autonomiczny samolot zostanie przejęty przez hakerów. Jednak ryzyko to można utrzymać na tak niskim poziomie, że gra będzie warta świeczki. Zdaniem profesora Todda Humphreysa z University of Texas, zagrożenie takie będzie mniejsze niż obecnie zagrożenie stwarzane przez porywaczy na pokładzie czy działania pilota. « powrót do artykułu
-
Z im większą konkurencją ze strony innych samców musi się zmierzyć dany osobnik, tym bardziej rzucający w oczy się staje. Mężczyźni mogą więc zapuszczać brodę, by mężczyznom wydawać się bardziej dominujący, a przy okazji zyskać na atrakcyjności w oczach kobiet. Zespół dr. Cyrila Gruetera z Uniwersytetu Zachodniej Australii badał hipotezę, że w dużych, wielopoziomowych społecznościach samce naczelnych rozwinęły bardziej ostentacyjne ornamenty. Dotyczy to nosów u nosaczy, srebrzystobiałej sierści pawianów płaszczowych, czerwonej piersi dżelad czy wreszcie brody u ludzi. Autorzy publikacji z pisma Evolution and Human Behavior przekonują, że przynajmniej część wspomnianych cech zwiększa atrakcyjność seksualną samca. Powołują się np. na rezusy, u których do samców z ciemniejszymi twarzami w sezonie rozrodczym zbliża się więcej samic. Biolodzy sądzą jednak, że konkurencja między samcami to jeszcze silniejszy impuls do wyewoluowania rzucających się w oczy elementów wyglądu. Mężczyźni z brodą mogą być postrzegani jako bardziej agresywni i dominujący niż panowie bez owłosienia na twarzy. Mogą być także atrakcyjni dla kobiet, na które władza działa jak wabik. Zespół przyglądał się przypadkom 154 gatunków naczelnych z 45 rodzajów. Okazało się, że bardziej rzucające się w oczy cechy występują u samców gatunków tworzących wielopoziomowe społeczności, gdzie konflikt znajduje się na porządku dziennym, a rozpoznawalność poszczególnych osobników jest ograniczona. Wg biologów, krzykliwe atrybuty działają na korzyść samców żyjących w takich grupach, bo pomagają sygnalizować tożsamość, pozycję, dominację i atrakcyjność. Gatunki żyjące w mniejszych grupach nie polegają na takich cechach, gdyż rozpoznawalność osobników i częstsze kontakty pozwalają zwierzętom lepiej ocenić pozycję społeczną, siłę oraz jakość przeciwników. Gdy żyje się w małej grupie, gdzie każdy zna każdego przez ciągłe spotykanie się, nie ma potrzeby sygnalizowania jakości i konkurencyjności via ornamenty. W dużej grupie, gdzie osobniki są otoczone obcymi, potrzebujemy szybkiego i niezawodnego narzędzia do oceny czyjejś siły [...] i tu właśnie do gry wkraczają rozbudowane ozdobniki. W przypadku ludzi mogą to być fenotypowe dodatki w rodzaju ozdabiania ciała, biżuterii oraz obiektów wskazujących na prestiż - wyjaśnia Grueter. Grueter, dr Karen Isler z Uniwersytetu w Zurychu i dr Barnaby Dixson z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii przekonują, że popularność bród i wąsów wśród Brytyjczyków w latach 1842-1971 to wynik ograniczonej puli kobiet do poślubienia. Poza tym w XIX w. w Azji prowadzono działania wojenne, a w wielu kulturach Indii i Środkowego Wschodu owłosienie twarzy kojarzono z mądrością i władzą, stąd rozpowszechnienie bród, wąsów i bokobrodów wśród ówczesnych żołnierzy ze Zjednoczonego Królestwa. « powrót do artykułu
-
Sprawa czarnorynkowej giełdy Silk Road, na której można było kupić zarówno narkotyki jak i wynająć płatnego mordercę, przybrała niespodziewany obrót. Na ławie oskarżonych zasiedli agenci DEA (Drug Enforcement Agency) i Secret Service. Ross Ulbricht, założyciel Silk Road, został aresztowany w 2013 roku, a w lutym bieżącego roku sąd uznał go winnym prania brudnych pieniędzy, konspirowania w celu przemytu narkotyków oraz próby wynajęcia płatnego mordercy. To jednak nie koniec sprawy. Przed kilkoma dniami, 25 marca do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko agentowi DEA Carlowi Force. Mężczyzna jest oskarżony o to, że wyłudził od Ulbrichta bitcoiny wartości setek tysięcy dolarów. Force został przydzielony do sprawy Silk Road i miał działać na podziemnym forum pod zatwierdzonym przez przełożonych pseudonimem „Nob”. Jako „Nob” udawał przemytnika narkotyków. Agent założył jednak dwa dodatkowe konta, „French Maid” oraz „Death from Above”, które nie były zatwierdzone przez jego szefów. Force ukradł dużą liczbę bitcoinów. Zamiast przekazać te pieniądze agendzie rządowej, Force przesłał je na swoje prywatne konto - czytamy w akcie oskarżenia. Agent DEA nie działał jednak sam. Obok niego na ławie oskarżonych zasiadł Shaun Bridges z Secret Service. Również on był przydzielony do śledztwa. Wedle założeń śledztwa Force był głównym agentem odpowiedzialnym za kontakty z Ulbrichtem występującym pod pseudonimem „Dread Pirate Roberts”, a Bridges zajmował się informatyką śledczą. Obaj panowie stali się specjalistami od bitcoinów. Z aktu oskarżenia dowiadujemy się również, że Force nielegalnie wykorzystał swoje uprawnienia agenta federalnego do sprawdzenia firmy CoinMKT, która prowadzi giełdę bitcoinów. Force zainwestował na tej giełdzie ponad 100 000 USD. W pewnym momencie Ulbricht zorientował się, że został okradziony, skontaktował się z Force'em i poprosił go o zorganizowanie zabójstwa jednego ze swoich byłych partnerów, opisanego w akcie oskarżenia jako CG. Nie wiedział, że konto CG zostało przejęte przez organa ścigania. Wydaje się, że Force czuł się wyjątkowo pewnie i nie ukrywał zbytnio swoich działań. Gdy FBI sprawdziło jego konto bankowe okazało się, że pomiędzy kwietniem 2013 a majem 2014 trafiło tam co najmniej 757 000 dolarów. Force i Bridges zainwestowali też w firmy Quantum Investments i Engedi LLC. Force przekonał też Ulbrichta, że ma swoją wtyczkę w jednej z agend rządowych i wyłudzał od niego pieniądze na opłacenie tejże osoby. Force i Bridges są oskarżeni o defraudacje za pomocą sieci telekomunikacyjnych oraz pranie brudnych pieniędzy. Dodatkowo Force'a oskarżono o kradzież rządowej własności i konflikt interesów. « powrót do artykułu