-
Liczba zawartości
37614 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
nigdy -
Wygrane w rankingu
246
Zawartość dodana przez KopalniaWiedzy.pl
-
Pracownicy Luwru protestują przeciwko gangom kieszonkowców
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Ciekawostki
Goście, którzy postanowili zwiedzić Luwr 10 kwietnia br., musieli być rozczarowani, natknąwszy się na zamknięte drzwi. Kierownictwo najpopularniejszego muzeum świata nie miało jednak wyboru, bo pracownicy zorganizowali protest przeciwko kieszonkowcom. Kradzieże stają się tu coraz bardziej zuchwałe. Gangi ochoczo rekrutują członków i urastają w siłę, napadając w galeriach zarówno na zwiedzających, jak i na obsługę. W oświadczeniu dla mediów władze Luwru przyznały, że kieszonkowcy stają się coraz większym problemem, mimo że w zeszłym roku przedsięwzięto różne środki ostrożności. Zacieśniono np. współpracę z policją oraz wprowadzono czasowe zakazy wstępu dla zidentyfikowanych złodziei. W 2012 r. muzeum wysłało nawet oficjalną skargę do prokuratora krajowego. Przedstawiciel jednego ze związków zawodowych podkreślił, że pracownicy obawiają się zorganizowanych gangów, w których niejednokrotnie działają nieletni (przypomnijmy, że mogą oni zwiedzać za darmo). Obelgi i zastraszanie stały się nową normą, czasem dochodzi też do naruszenia nietykalności cielesnej. Luwr ma zacząć działać w czwartek (11 kwietnia). W przeszłości strajki blokowały już działalność placówki. W 2001 r. protestowano np. przeciwko godzinom pracy. -
Tajemnicza struktura z dna Jeziora Tyberiadzkiego
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Humanistyka
Na dnie Jeziora Tyberiadzkiego na głębokości około 10 metrów (218,5-219,5 metrów poniżej poziomu morza) znaleziono dziwną kamienną strukturę. Archeolodzy nie wiedzą, do czego służyła ani ile ma lat. Stożek o wysokości 10 i średnicy 70 m zbudowano z nieociosanych bazaltowych kamieni i głazów. Szacuje się, że waga konstrukcji sięga 60 tys. ton. Podobne kopce występują w innych rejonach globu. Czasem wykorzystywano je do oznaczania miejsca pochówku. Stożek odkryto w 2003 r. podczas badania sonarem południowo-zachodniej części jeziora. Później stanowiskiem zajmowali się nurkowie, którzy ustalili, że kopiec utworzono z głazów o długości nawet 1 metra. Jak napisano w International Journal of Nautical Archaeology, nie dało się zauważyć oczywistego schematu konstrukcyjnego ani wytyczających granice ścian. Kamienie nie noszą śladów ciosania czy rzeźbienia. Archeolodzy sądzą, że kopiec to konstrukcja pierwotnie lądowa, która została zalana przez wzbierające jezioro. By stwierdzić, do czego służyła i czy był to np. kurhan, trzeba przeprowadzić wykopaliska skoncentrowane na pozyskaniu artefaktów. Dodatkowo umożliwią one datowanie. Bazując na pobliskich megalitycznych fenomenach (np. stanowisku Khirbet Beteiha, które składa się z 3 koncentrycznie ułożonych kamiennych kręgów), specjaliści podejrzewają, że kopiec ma ponad 4 tys. lat. Niewykluczone, że budowa została zlecona przez przywódców z Khirbet Kerak, największego miasta regionu w 3. tysiącleciu p.n.e. Naukowcy podkreślają, że bez względu na pochodzenie, kierujący przedsięwzięciem musieli być uzdolnionymi planistami i ekonomistami. Poza tym budowa wymagała dużych nakładów pracy i zorganizowanej społeczności. -
Szwedzka firma Sol Voltaics opracowała wypełniony nanokablami atrament, który może zwiększyć wydajność paneli słonecznych o 25%, a przy tym nie powoduje znaczącego wzrostu kosztów urządzeń. Co więcej, może prowadzić do obniżenia kosztów całej instalacji, gdyż bardziej efektywne panele oznaczają, że trzeba będzie mniej ich kupić i instalować. Atrament powstał dzięki dwóm odkryciom dokonanym na Uniwersytecie w Lund. Zespół profesora Larsa Samuelsona dowiódł, że nanokable zwiększają efektywność paneli słonecznych i opracował nową metodę produkcji. Od dawna poszukiwane są tanie metody wytwarzania nanokabli. Obecnie produkuje się je za pomocą procesu wsadowego z użyciem podłoża, na którym rosną. To metoda zbyt kosztowna, by mogła zostać zastosowana na szeroką skalę. Zespół Samuelsona opracował zatem technologię, w której nie używa się podłoża. Produkcja odbywa się w piecu o kształcie walca i rozpoczyna się od odparowania złota, którego nanocząstki tworzą areozol. Złoto służy jako katalizator reakcji, w której biorą udział jeszcze dwa gazy. W procesie aerotaksji powstają nanokable z arsenku galu. Ich produkcja przebiega od 200 do 1000 razy szybciej niż z użyciem podłoża. Kontrolując temperaturę i czas trwania reakcji można kontrolować rozmiary nanokabli. Profesor Brian Korgel z University of Texas mówi, że technikę aerotaksji można potencjalnie przeskalować do procesu ciągłego. Podczas innego eksperymentu zespół Samuelsona wykazał, że nanokable uzyskane za pomocą aerotaksji zwiększyły wydajność paneli z fosforku indu o 13,8%. Sol Voltaics chce w najbliższej przyszłości udowodnić, że podobne wyniki można uzyskać także w ogniwach krzemowych. Szef firmy szacuje, że atrament z nanokablami zwiększy koszty produkcji paneli o 1-2% na każdy wat. Obecnie koszt ten wynosi poniżej 75 centów na wat. Na metr kwadratowy paneli potrzeba zaledwie 1 grama nanokabli - twierdzi.
-
Po ustaniu funkcji jajników, np. w wyniku menopauzy, stosuje się hormonalną terapię zastępczą. Efekty uboczne powodują jednak, że naukowcy próbują zastąpić rozwiązanie farmakologiczne czymś bezpieczniejszym. Ostatnio zespół Emmanuela Opary z Wake Forest University przetestował zamykanie komórek jajników w wielowarstwowych kapsułkach z kwasu alginowego (jest on składnikiem ścian komórkowych wielu alg i trawy morskiej). Amerykanie wyizolowali od 21-dniowych szczurów komórki ziarniste i tekalne. Później wdrożono 3 schematy enkapsulacji: jeden testowy i dwa kontrolne. W pierwszym z nich kohodowano kapsułki zawierające albo tylko komórki ziarniste, albo wyłącznie tekalne. W drugim w mikrokapsułce zamykano oba rodzaje komórek, a w trzecim uciekano się do mikrokapsułek wielowarstwowych z komórkami ziarnistymi i tekalnymi (dzięki takiej strukturze starano się oddać budowę pęcherzykową jajników). Funkcje endokrynne i żywotność komórek oceniano przez 30 dni. Komórki utrzymały się przy życiu. Okazało się też, że w odpowiedzi na stymulację 2 hormonami przysadkowymi - folikulotropiną (FSH) i lutropiną (LH) - te z wielowarstwowych kapsułek wydzielały więcej 17-β-estradiolu (E2). Co istotne, były w stanie podtrzymać te wyższe stężenia. Opara i inni zauważyli ponadto, że dochodziło do sekrecji inhibiny oraz aktywiny (peptydy te biorą udział w regulacji cyklu miesiączkowego).
-
Wysłanie ludzi na Marsa, chociaż technicznie możliwe, wiąże się z ogromnymi kosztami i kolosalnym ryzykiem. Dość wspomnieć, że długotrwałe przebywanie w przestrzeni kosmicznej wiąże się np. z możliwością utraty wzroku czy masy kostnej. Obecnie NASA ocenia, że podróż na Czerwoną Planetę i z powrotem trwałaby ponad 4 lata, a sam koszt wystrzelenia pojzdu z ludźmi na pokładzie przekroczyłby 12 miliardów dolarów. To cena za wyniesienie olbrzymiej ilości paliwa koniecznego na zrealizowanie podróży. Współczesne paliwa rakietowe praktycznie uniemożliwiają wysłanie ludzi daleko poza Ziemię - mówi profesor aeronautyki i astronautyki John Slough z University of Washington. Dlatego też wraz ze swoim zespołem pracuje nad silnikiem wykorzystującym syntezę jądrową jako źródło energii. Slough i jego grupa z firmy MSNW znaleźli się wśród niewielkiej liczby zespołów, które otrzymały dofinansowanie w ramach drugiego etapu prowadzonego przez NASA Innovative Advanced Concepts Program. Do pierwszego etapu zaakceptowano jedynie 15 z ponad 700 zgłoszonych projektów. Grupa Slougha juz przygotowała symulacje i opublikowała dokument, w którym szacują, że jeśli wykorzystane zostaną silniki używające syntezy jądrowej, to dotarcie do Marsa mogłyby trwać 30-90 dni. A to oznacza, że byłyby tańsze i mniej ryzykowne. Eksperci z MSNW przetestowali w laboratorium każdy element swojej koncepcji i testy wypadły korzystnie. Teraz trzeba będzie połączyć różne testy w jeden końcowy eksperyment i sprawdzić, jak działa cały proces. W laboratorium MSNW powstała plazma, która jest zamknięta we własnym polu magnetycznym. Synteza termojądrowa rozpoczyna się, gdy plazma zostaje skompresowana pod wysokim ciśnieniem za pomocą pola magnetycznego. Jak już wspomniano, eksperymentalnie dowiedziono, że to możliwe. Silnik działający dzięki syntezie termojądrowej potrzebowałby niewielkich ilości paliwa. Paliwo o objętości niewielkiego ziarenka piasku dostarczyłoby wówczas tyle energii, co galon tradycyjnego paliwa. Silnik, który miałby zasilać pojazd z ludźmi na pokładzie, miałby składać się z dużych metalowych pierścieni, które implodowałyby wokół plazmy pod wpływem potężnego pola magnetycznego. Wskutek implozji pierścienie tworzyłyby miniaturową kapsułę, w której plazma byłaby kompresowana. To rozpoczynałoby proces syntezy termojądrowej. Pozyskana w ten sposób energia byłaby na tyle duża, że doszłoby do szybkiego rozgrzania i jonizacji metalu, który byłby wyrzucany z olbrzymią prędkością z dysz silnika. Cały proces byłby powtarzany mniej więcej co minutę. Cały proces udało się przeprowadzić doświadczalnie w uniwersyteckim Laboratorium Dynamiki Plazmy, a podczas wspomnianej konferencji uczestnikom pokazano aluminiowy pierścień. Myślę, że wszyscy byli zadowoleni widząc na własne oczy mechanizm, którego używamy do kompresji plazmy. Mamy nadzieję, że świat zainteresuje się faktem, iż wykorzystanie syntezy jądrowej nie jest odległe o 40 lat i nie musi to kosztować 2 miliardów dolarów - mówi Slough. Uczony ma nadzieję, że jeszcze przed jesienią bieżącego roku uda się połączyć wszystkie elementy i zaprezentować działający mechanizm. Laboratorium, w którym prowadzone są eksperymenty, jest całe wypełnione kondensatorami. Zostały one podłączone do olbrzymiego magnesu, wewnątrz którego znajduje się komora, w której przeprowadzana jest synteza termojądrowa. Wystarczy nacisnąć przycisk, by kondensatory w mgnieniu oka dostarczyły prąd o natężeniu miliona amperów. Cała konstrukcja jest bardzo prosta. Wszystko, co umieszczasz w przestrzeni kosmicznej, musi działać w jak najprostszy sposób. Naszą technologię można skalować na coś użytecznego w kosmosie - mówi Slough. Koncepcja Fusion Driven Rocket (FDR) zakłada kompresowanie pierścieni litu lub aluminium wokół deuterowo-trytowych kapsułek paliwowych. W wyniku powstałej reakcji masa napędzająca pojazd jest wyrzucana z prędkością 30 kilometrów na sekundę. Do rozpoczęcia reakcji potrzebne jest 200 kW energii elektrycznej. Tyle można pozyskać z paneli słonecznych wielkości tych używanych przez Międzynarodową Stację Kosmiczną. Przez pierwsze trzy dni po wystrzeleniu pojazd z silnikiem termojądrowym będzie przyspieszał, uzyskując w końcu prędkość przelotową. Ostatnie trzy dni podróży zostaną wykorzystane na hamowanie pojazdu. Pojazd FDR ma ważyć 150 ton, z czego około 50 ton będzie można przeznaczyć na ładunek, czyli ludzi, żywność i wyposażenie. Zespół Slougha twierdzi, że prototypowy FDR może powstać już za 18 miesięcy, a pojazd gotowy do podróży zobaczymy najpóźniej w 2020 roku. Jeśli jednak NASA zdecyduje się na przeznaczenie większych funduszy, prace mogą ulec przyspieszeniu.
-
Jak donoszą naukowcy z Jilin University, peptyd RVPSL z białka jaja kurzego znacząco obniża ciśnienie krwi. Podczas eksperymentów wykazano, że skutecznością dorównuje niskim dawkom popularnego leku kaptoprylu. W pierwszym etapie studium Chińczycy podawali RVPSL szczurom z nadciśnieniem, teraz planują eksperymenty na ludziach. Peptyd białka jaja kurzego może się przydać w profilaktyce lub leczeniu nadciśnienia. Nasze wyniki potwierdzają [...] wcześniejsze doniesienia w tej dziedzinie - podkreśla szef zespołu dr Zhipeng Yu, który przemawiał ostatnio przed audytorium na dorocznej konferencji Amerykańskiego Stowarzyszenia Chemicznego w Nowym Orleanie. Wg niego, podobnie jak kaptopryl, RVPSL hamuje działanie konwertazy angiotensyny (ACE), przez co zmniejsza się stężenie angiotensyny II. Ponieważ działanie tej ostatniej polega m.in. na wywołaniu silnego skurczu mięśniówki drobnych naczyń, dochodzi do spadku ciśnienia. Zespół z Jilin University ujawnił, że aplikując 50 mg RVPSL, można uzyskać taki sam efekt, jak po zaordynowaniu 10 mg kaptoprylu. Analizy pokazały, że RVPSL nie rozpada się pod wpływem obróbki termicznej, dlatego jedzenie jajek może np. wspomagać leczenie nadciśnienia.
-
Kanadyjscy uczeni dostarczyli jednych z najmocniejszych dowodów na to, że dinozaury potrafiły pływacć. Gady te istniały na Ziemi przez 160 milionów lat, a ich badanie ciągle odsłania nowe tajemnice ewolucji. Teraz paleontolog Scott Persons z University of Alberta, który wraz z międzynarodowym zespołem ekspertów badał niezwykłe skamieniałe ślady w Państwie Środka, doszedł do wniosku, że zostały one wykonane przez pływającego dinozaura. Zdaniem Kanadyjczyka, serię śladów pazurów pozostawił dinozaur, który płynął rzeką, a czubki jego łap dotykały dna. Ślady rozciągnięte są na przestrzeni 15 metrów. Zdaniem uczonych to dowód, że zwierzę płynęło dzięki skoordynowanym ruchom kończyn. Persons uważa, że dinozaurem tym było mięsożerne zwierzę poruszające się na dwóch łapach. Teraz chce się on zająć szczegółowymi badaniami nad wykorzystaną przez zwierzę techniką pływania. Uczony ma nadzieję, że zdobędzie w ten sposób nowe informacje na temat ewolucji. Persons zwraca uwagę, że badania nad dinozaurami poszerzają naszą wiedzę o świecie współczesnym. Chcesz wiedzieć, dlaczego twój pies czy zwierzęta hodowlane widzą niewiele kolorów? Dzieje się tak dlatego, że wczesne ssaki poświęciły czopki na rzecz pręcików, by lepiej widzieć w ciemności i unikać dinozaurów. Chcesz wiedzieć, dlaczego sukces odniosły rośliny okrytonasienne? Dlatego, że ewoluowały pod presją ze strony roślinożernych dinozaurów - wyjaśnia.
-
Zapach olejku rozmarynowego poprawia u zdrowych dorosłych pamięć prospektywną, dotyczącą czegoś, co ma być wykonane w przyszłości. Chcieliśmy rozwinąć wątek z naszych wcześniejszych badań. Wskazywały one, że olejek rozmarynowy poprawia pamięć długotrwałą oraz umiejętność cichego rachowania w głowie. Podczas ostatniego studium skupiliśmy się na pamięci prospektywnej [...] - opowiada dr Mark Moss z Northumbria University. Sześćdziesięciu sześciu ochotników wylosowano do jednego z 2 pomieszczeń. W pokoju testowym na 5 min przed początkiem eksperymentu włączano rozpylacz do aromaterapii. W pokoju kontrolnym nie manipulowano neutralnym zapachem. Psycholodzy chowali m.in. różne przedmioty i prosili o ich odnalezienie pod koniec sesji, zalecali też, by w konkretnym momencie przekazać im jakiś obiekt. Gdy ktoś nie wykonał danego zadania, wykorzystywano podpowiedzi o różnym stopniu zaawansowania. Im bardziej trzeba było ochotnikowi pomagać, tym mniej punktów uzyskiwał. Wolontariusze wypełniali kwestionariusze nastroju. Dodatkowo Moss i Jemma McCready sprawdzali, czy zmiany w wykonaniu i humorze, które pojawiały się po wejściu do pokoju testowego, można było powiązać ze stężeniem cyneolu we krwi (cyneol, zwany też eukaliptolem, należy do grupy terpenów; występuje w olejkach eterycznych nie tylko rozmarynu, ale i piołunu czy eukaliptusa). Brytyjczycy zauważyli, że osoby z pomieszczenia aromatyzowanego rozmarynem wypadały lepiej od kolegów i koleżanek z pokoju kontrolnego. Skuteczniej zapamiętywały zdarzenia i konieczność skończenia zadania o wyznaczonej porze. Nie odnotowaliśmy związku między nastrojem a pamięcią. To sugeruje, że zmiany w czujności nie wpływały na osiągane wyniki - podkreśla McCready. Ponieważ w osoczu członków grupy testowej występowało znacznie więcej cyneolu, można wysnuć wniosek, że zapach robił swoje dzięki oddziaływaniom fitofarmakologicznym. Psycholodzy mają nadzieję, że rozmarynowy olejek eteryczny uda się kiedyś wykorzystać w terapii pacjentów z zaburzeniami pamięci.
-
Koalicja FairSearch Europe, w skład której wchodzą m.in. Microsoft, Oracle i Nokia, złożyła w Komisji Europejskiej skargę przeciwko Google'owi. Dotyczy ona systemu Android. Skarżący się twierdzą, że wyszukiwarkowy gigant chce wykorzystać Androida do zmonopolizowania rynku mobilnego, a dowodem na to jest sposób, w jaki instalowane są usługi Google'a. Producenci smartfonów korzystający z Androida i innych aplikacji Google'a mają obowiązek instalować te aplikacje w specjalnych miejscach na pulpicie. Komisja Europejska musi zdecydować teraz, czy podejmie śledztwo w tej sprawie. To nie pierwsza skarga na postępowanie Google'a. W listopadzie 2010 roku UE rozpoczęła formalne śledztwo w sprawie praktyk biznesowych Google'a na rynku wyszukiwarek. KE uznała, że Google preferuje swoje własne usługi w wynikach wyszukiwania i nakazała firmie zmienić swoje postępowanie. Podobne śledztwo w USA zostało umorzone, gdyż tamtejsze urzędy nie dopatrzyły się w postępowaniu koncernu Page'a i Brina niczego niewłaściwego.
-
W Zurychu powstały stanowiska drive-in dla rowerzystów. Velokrafi, bo tak je nazwano, składają się z blatu i stacji dokującej z drewna. Cykliści mogą się przy nich zatrzymać i coś zjeść, nie zsiadając ze swojego pojazdu. Tymczasowo Velokrafi zmonopolizowała Kafejka Ratuszowa (Rathaus Café) z nadbrzeżnej promenady. Drive-in ustawiono tu na tarasie. Pomijając widoki, dodatkowym wabikiem jest rozdawana za darmo kawa. Velokrafi są częścią miejskiego programu rozbudowy infrastruktury komunikacyjnej Stadtverkehr 2025.
-
Gdy człowiek nie przeszkadza, rafy lepiej sobie radzą
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
Rafy koralowe mogą przetrwać wzrost temperatury czy chemii oceanów. Pod warunkiem jednak, że ludzie im w tym nie przeszkadzają. Gdy rośnie temperatura wody lub zmienia się np. jej kwasowośc, koralowce blakną. Przestają dostarczać składniki odżywcze żyjącym w symbiozie z nimi algom. Giną algi, a koralowce tracą swoje bogate ubarwienie. Gdy w 1998 roku doszło do niezwykle dużego wzrostu temperatury światowych oceanów, koralowce zaczęły masowo blaknąć, a obszar występowania raf koralowych zmniejszył się aż o 16%. Na zanikanie były szczególnie narażone izolowane kolonie, gdyż nie mogły one liczyć na to, że odrodzą się dzięki zarodkom z pobliskich, nienaruszonych raf. Morgan Pratchett z australijskiego James Cook University oraz James Gilmour z University of Western Australia i ich koledzy postanowili sprawdzić, jak radzą sobie izolowane rafy Scotta położone na morzu Timor. W 1998 roku uległo zniszczeniu od 70 do 90 procent tych raf, a produkcja zarodków spadła w nich o 94%. Wyniki badań zaskoczyły naukowców. W ciągu zaledwie 12 lat zasięg raf zwiększył się z 9% pierwotnego obszaru występowania do aż 44%. Nikt nie przypuszczał, że ten ekosystem tak szybko się odrodzi. Jak się okazało, izolacja raf ma również pozytywną stronę. Ich oddalenie od ludzi oznacza bowiem, że żyją w mniej zanieczyszczonym środowisku, w którym ponadto pojawia się mniej łodzi rybackich. Ogólnie rzecz biorąc izolacja jest prawdopodobnie zjawiskiem korzystnym, gdyż większość raf doświadcza tak olbrzymiej presji ze strony człowieka, że niewykluczone, iż w przyszłości przetrwają tylko te, które są izolowane - mówi Pratchett. Zdaniem Gilmoura kluczem do sukcesu rafy jest duża przeżywalność zarodków, możliwa dzięki bardzo czystym wodom. Ponadto bogato występujące roślinożerne ryby zjadają algi konkurujące z tymi, które żyją w symbiozie z rafą, co dodatkowo pomaga w jej odradzaniu się. Specjaliści uważają, że uzyskanie przez Australijczyków wyniki można przenieść na inne rafy. Wskazują one bowiem, że jeśli ograniczymy zanieczyszczenia i połów ryb, rafy będą miały większe szanse na przetrwanie. -
Co roku nad rzeką Loretojako odbywa się Olimpiada Amazońska. Przedstawiciele okolicznych plemion testują swoje zdolności przetrwania w trudnych warunkach. Kobiety i mężczyźni nie rzucają młotem ani nie skaczą w dal, ale ścinają drzewa, ścigają się w kanu, a także strzelają z własnoręcznie wykonanego łuku czy dmuchawki. Frekwencja jest duża, bo nawet 500-osobowa. Pod względem zaawansowania technologicznego wydarzenie pozostaje daleko w tyle za naszymi igrzyskami, uczestnicy muszą się za to wykazać nie lada odwagą; ponieważ nie ma tu basenu, trzeba się np. zanurzyć w mętnej wodzie z piraniami, krokodylami i anakondami. Zespoły z dwudziestu kilku wiosek walczą o nagrodę pieniężną (równowartość prawie 5 tys. złotych), ale przedstawiciele starszyzn plemiennych, którzy często sami biorą udział w zawodach, podkreślają, że głównym celem jest podtrzymanie tradycji.
-
TESS poszuka pobliskich skalistych egzoplanet
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Astronomia i fizyka
TESS (Transiting Exoplanet Survey Satelite) będzie pierwszą w historii pozaziemską misją skoncentrowaną na poszukiwaniu pobliskich niewielkich skalistych planet pozasłonecznych. Ma ona stanowić uzupełnienie kosmicznego Teleskopu Keplera. Kepler odnalazł ponad 100 egzoplanet oraz tysiące potencjalnych planet. Teleskop zagląda 3000 lat świetlnych w głąb kosmosu. Nie znalazł jeszcze żadnej pozasłonecznej skalistej planety w pobliżu Ziemi, jednak analizy statystyczne pokazują, że takie obiekty istnieją. Zadaniem TESS, którego misja rozpocznie się w 2017 roku, będzie ich odnalezienie. Satelita nie będzie zaglądał daleko w przestrzeń kosmiczną. Wykorzysta za to sieć szerokokątnych aparatów, dzięki którym ma obserwować dwa miliony najjaśniejszych i najbliższych nam gwiazd. Podobnie jak Kepler będzie szukał spadków ich jasności, wskazujących na obecność planety. Jednak TESS skupi się przede wszystkim na niewielkich skalistych planetach, a jednym z celów misji będzie poszukiwanie tych obiektów, które znajdują się w biosferze swojej gwaizdy. Natalie Batalha, astrofizyk pracująca przy misji Keplera mówi, że wczesne dane z Keplera wskazują, że TESS nie będzie musiał daleko szukać, by odkryć światy podobne do naszego. Jeśli one tam są, a Kepler wskaże nam, że powinny być, to TESS je znajdzie. Najbardziej ekscytujące rezultaty osiągniemy dzięki połączeniu trzech urządzeń - Keplera, TESS i Teleskopu Kosmicznego Jamesa Webba. Naukowcy spodziewają się, że dzięki danym z Keplera już w ciągu pierwszych dwóch lat pracy TESS znajdzie około 1000 egzoplanet. Gdy już natrafimy na niewielką skalistą planetę w biosferze jej gwiazdy, możliwe będzie wykorzystanie Teleskopu Webba do rozpoczęcia badań jej atmosfery w poszukiwaniu śladów życia. Czas przekonać się, jak wygląda reszta domów w naszym sąsiedztwie. Kepler i TESS przybliżają nas do poznania naszych sąsiadów - mówi Batalha. -
Poziom bilirubiny w surowicy pozwala określić ryzyko raka płuc
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Medycyna
W porównaniu do palaczy z największymi poziomami bilirubiny, uzależnieni mężczyźni z niskim stężeniem barwnika żółciowego w surowicy znajdują się w grupie podwyższonego ryzyka wystąpienia i zgonu z powodu raka płuc. Naukowcy podejrzewali, że bilirubina działa w ten sposób, ale zaskoczył ich fakt, że związek był oczywisty wyłącznie u osób palących. Ma to ogromne znaczenie dla zdrowia publicznego, zważywszy, że 90% raków płuc występuje u palaczy - podkreśla dr Xifeng Wu z Wydziału Epidemiologii Uniwersytetu Teksańskiego w Houston. Na początku Amerykanie sporządzali profile metaboliczne surowicy 20 zdrowych osób, 20 ochotników z wczesnymi etapami niedrobnokomórkowego raka płuc (NRP) oraz 20 pacjentów z późnymi stadiami tej samej choroby. Gdy wytypowano 3 substancje, których ekspresja wyglądała inaczej w tych 3 dobranych pod względem wieku i płci grupach, skupiono się na 2 o wiele liczniejszych populacjach; w sumie uwzględniono 519 zdrowych ludzi i chorych z NRP. Bilirubina szybko okazała się najbardziej obiecującym markerem, dlatego Amerykanie przystąpili do analizowania przypadków z tajwańskiego studium prospektywnego (w ramach tego typu badań dane zbiera się na bieżąco od momentu zero). Bazując na populacji 435.985 osób, zespół Wu ustalił, że na 10.000 osobolat wskaźnik występowania raka płuc u ludzi ze stężeniami bilirubiny ≤ 0,68 mg/dL wynosił 7,02, podczas gdy w grupie z poziomem ≥ 1,12 mg/dL sięgał zaledwie 3,73 (osobolata określa się, mnożąc uśrednioną liczbę osób, które zetknęły się z danym czynnikiem lub zachorowały w czasie studium, przez czas trwania obserwacji). Okazało się, że u ochotników z najniższym poziomem barwnika żółciowego wskaźnik śmiertelności z powodu raka płuc wynosił 4,84, w porównaniu do 2,46 w grupie osób z najwyższym stężeniem. Wzrosty ryzyka zachorowania i śmierci z powodu raka płuc były jeszcze większe, kiedy uwzględniano nie tylko poziomy bilirubiny, ale i palenie. Jak podkreśla Wu, wpływ barwnika okazał się nieistotny statystycznie w grupie, która nigdy nie sięgnęła po tytoń oraz u kobiet. -
Świat akademicki jest coraz bardziej zaniepokojony rosnącym w siłę zjawiskiem pseudonaukowych pism specjalistycznych, które bezwzględnie korzystają z idei otwartego dostępu do badań naukowych. W sieci jak grzyby po deszczu mnożą się witryny, wyglądające jak strony profesjonalnych pism naukowych. Problem jednak w tym, że publikują dosłownie wszystko. Wystarczy, by autor publikacji im zapłacił. Większość ludzi nie orientuje się w świecie publikacji naukowych. Po samym tytule pisma nie rozpoznają, czy jest to prawdziwe, rzetelne wydawnictwo, czy też nie - mówi profesor Steven Goodman, dziekan Wydziału Medycyny Universytetu Stanforda i wydawca Clinical Trials. Jednak nie tylko przeciętna osoba ma z tym problemy. Oszustom udaje się też nabrać naukowców. Boleśnie przekonała się o tym grupa entomologów, którzy zostali zaproszeni do wzięcia udziału i wygłoszenia odczytu na konferencji Entomology-2013. Poniewczasie niektórzy z nich dowiedzieli się, że zostali oszukani. Owszem, konferencja była prawdziwa i wniesiona przez nich opłata dawała im miejsce na mównicy, jednak ta prawdziwa, prestiżowa i uznana w środowisku konferencja nosiła nazwę Entomology 2013, bez łącznika. Idea otwartego dostępu narodziła się około 10 lat temu i szybko zdobyła popularność. Najbardziej znanymi inicjatywami typu open access są Public Library of Sciences (PLoS) czy utrzymywana przez amerykańską Narodową Bibliotekę Medyczną baza danych PubMed. Tam trafiają wyselekcjonowane publikacje. Niestety pojawia się też coraz więcej witryn udających recenzowane, prestiżowe wydawnictwa, które publikują dosłownie wszystko. W świecie naukowym znana jest lista Beall'a. To prowadzony przez Jeffreya Beall'a, bibliotekarza z University of Colorado, spis podejrzanych wydawnictw. Beall nazywa je drapieżnymi magazynami open access. Jeszcze w 2010 roku na liście wymienionych było 20 wydawców. Obecnie jest ich ponad 300. Beall szacuje, że w sieci jest już około 4000 pseudonaukowych magazynów. To łatwe pieniądze, wymagające niewielkiego nakładu pracy, z bardzo niską barierą wejścia - stwierdza Beall. Wiele z tych pism nie publikuje nawet swojego cennika. Autorzy dowiadują się o opłatach wtedy, gdy chcą coś opublikować. Jeden z najbardziej znanych tego typu wydawców to Srinubabu Gedela, właściciel Omics Group. Należy do niego około 250 pseudonaukowych pism, a opłaty za publikację artykułu sięgają 2700 USD. Inny wydawca, Dove Press, informuje, że nie istnieją żadne limity co do liczby czy objętości tekstów, które mogą opublikować. Oczywiście wydawcy tego typu pism zapewniają, że artykuły przechodzą rygorystyczne procesy weryfikacji pod kątem naukowym. Jednak innego zdania są naukowcy, którzy otrzymują spam z takich wydawnictw. Mówią, że to zwykłe oferty biznesowe. Zbyt dobre, by mogły być prawdziwe. Paulino Martinez, lekarz z meksykańskiego miasta Celaya, opowiada, że w ubiegłym roku, na prośbę The Journal of Clinical Case Reports, napisał i wysłał dwa artykuły. Zostały one zaakceptowane do publikacji, a panu Martinezowi przysłano rachunek na 2900 dolarów. Lekarz był zaszokowany, gdyż nic nie wiedział o opłatach. Poprosił o wycofanie artykułów. Mimo to, artykuły opublikowano, a Martinez przez rok prowadził korespondencję z wydawnictwem, które w końcu zgodziło się na umorzenie jego "długu". Oszuści nabrali też Thomase Price'a, profesora endokrynologii reprodukcyjnej z Duke University School of Medicine. Otrzymał on zaproszenie do udziału w zespole redakcyjnym The Journal of Gynecology & Obstetrics. Zgodził się, gdyż zobaczył na witrynie pisma nazwisko znanego specjalisty ze swojej dziedziny i chciał wesprzeć ideę otwartego dostępu. Podejrzeń nabrał dopiero wówczas, gdy wydawca wielokrotnie prosił go o rekrutowanie autorów oraz chciał, by sam Price przysyłał teksty. Uczony mówi, że prawdziwe pisma naukowe nie muszą takich próśb rozsyłać, gdyż uczeni sami chętnie chcą w nich publikować,. Niestety mleko już się rozlało, a Price przez ponad 3 lata bezskutecznie domagał się, by jego nazwisko usunięto z listy redaktorów.
-
Najnowsze badanie na szczurach pokazało, że za pomocą genetyki da się wytłumaczyć większą bądź mniejszą chęć do rozpoczynania i kontynuowania aktywności fizycznej. Prof. Frank Booth z College'u Medycyny Weterynaryjnej University of Missouri wybiórczo krzyżował ze sobą gryzonie, uzyskując osobniki przejawiające ekstremalną aktywność lub skrajną nieruchawość. Wg Amerykanów, geny mogą odgrywać jakąś rolę i w ludzkiej motywacji do ćwiczeń. Niewykluczone, że właśnie poczyniono ważny krok w kierunku zidentyfikowania dodatkowych przyczyn ludzkiej otyłości [...]. Dobrze byłoby wiedzieć, że dana osoba jest genetycznie predysponowana do braku motywacji do ćwiczenia, ponieważ to mogłoby potencjalnie zwiększać ryzyko rozwoju nadmiernej wagi ciała. Booth i dr Michael Roberts trzymali szczury w klatkach z kołowrotkami i sprawdzali, jak dużo biegały przez 6 dni z własnej woli. Później krzyżowano ze sobą 26 biegaczy ze szczytu listy. Podobnie postąpiono z równoliczną grupą z dołu zestawienia. Proces powtarzano na 10 pokoleniach. Na końcu okazało się, że linia gimnastyczna biegała 10-krotnie więcej od leniwych zwierząt. W kolejnym etapie studium zliczano mitochondria w miocytach i określano skład ciała. Przeprowadzono też badania genetyczne (sekwencjonowanie RNA, RNA-Seq). Wykryliśmy drobne różnice w składzie ciała i liczbie mitochondriów. Najważniejsze okazały się odmienności genetyczne [...]. Po dokonaniu przeglądu ponad 17 tys. genów z pewnej części mózgu wskazano 36 kandydatów, którzy mogliby odpowiadać za motywację do aktywności fizycznej. W niedalekiej przyszłości panowie chcieliby określić funkcje poszczególnych genów.
-
Kanadyjska policja areszowała 20-latkę za... umieszczenie w internecie zdjęcia antypolicyjnego graffiti. Jennifer Pawluck zarzucono kryminalne napastowanie i zastraszanie wysokiego rangą oficera z Montrealu. Przestępstwo młodej kobiety polegało na tym, ze sfotografowała i opublikowała w serwisie Instagram zauważoną w mieście grafikę, na której przedstawiono komandora Iana Lafreniera z krwawiącą dziurą po kuli w głowie. Larenier to postać znana w Montrealu. Jest on szefem wydziału komunikacji miejscowej policji i często był pokazywany w mediach w czasie studenckich protestów. Pani Pawluck została zwolniona, ale ma obowiązek stawić się na wezwanie sądu. Wydano jej zakaz komunikowania się z Lafrenierem i zakaz zbliżania się na odległość mniejsza niż 1 kilometr do komendy policji w Montrealu. Eric Sutton, adwokat specjalizujący się w sprawach kryminalnych mówi, że oskarżenie będzie musiało udowodnić, że Lafrenier miał podstawy, by obawiać się o swoje bezpieczeństwo w związku z publikacją przez Pawluck zdjęcia. Myślę, że [aresztowanie Pawluck - red.] to rodzaj policyjnego oświadczenia, z którego dowiadujemy się, że nie będzie tolerowane nic, co jest przez policję postrzegane jako groźby pod jej adresem - stwierdził Sutton. Pawluck ma stawić się w sądzie 17 kwietnia.
-
Analiza 20-kg tarana z brązu z wiosłowego okrętu wojennego (tesseraria) sprzed 2 tys. lat rzuciła nieco światła na starożytną metodę wykonywania tego typu sprzętów. W badaniach z 2008-9 r. wzięli udział specjaliści z kilku instytucji. Pracowali pod kierunkiem doktora Nika Flemminga z Narodowego Centrum Oceanografii w Southampton. Brytyjski zespół skorzystał z okazji, by przyjrzeć się artefaktowi, nim przekazano go Muzeum Narodowemu w Trypolisie. Wyniki ich badań opublikowano w najnowszym numerze International Journal of Nautical Archaeology. Odlanie ze stopu czegoś, co ważyło ponad 20 kg, nie mogło być łatwe. By odkryć, jak tego dokonano, potrzebowaliśmy specjalistów, którzy przeanalizowaliby mieszaninę metali [...], wewnętrzną strukturę krystaliczną oraz rozkład bąbli powietrza. Ważnymi członkami ekipy byli też znawcy literatury klasycznej, poszukujący opisów podobnych obiektów. Taran znaleziono w 1964 r. w wodach Libii. Trzej brytyjscy nurkowie wyłowili go z głębokości 25 m przy dolinie (arab. wadi) Belgammel. Po zakończeniu egzotycznych wakacji artefakt pojechał z nimi do Wielkiej Brytanii, jednak panowie szybko się zorientowali, że to zabytek i sprawą zajęło się Fitzwilliam Museum z Cambridge. W pewnym sensie taran belgamelski utorował drogę późniejszym odkryciom u wybrzeży Izraela i w okolicach zachodniej Sycylii. Doktorzy Chris Hunt i Annita Antoniadou z Queen's University Belfast przeprowadzili radiodatowanie węglowe spalonego drzewa z wnętrza tarana. Okazało się, że obiekt powstał między 100 r. p.n.e. a 100 r. n.e. Do podobnych wniosków doszedł dr Jon Adams, archeolog z Uniwersytetu w Southampton, który zeskanował powierzchnię elementu konstrukcyjnego statku laserem i ujrzał bogato zdobiony trójząb i motywy ptasie (tworzące pętle szyje). Możliwe, że w początkowym okresie użytkowania taran przetapiano. Naukowcy nie wiedzą, ile razy, ale dywagują, że modyfikacje, np. kolejne porcje brązu, wprowadzano przy okazji remontów albo po przechwyceniu okrętu przez wroga. Ze względu na 64 cm długości ekipa uważa, że to krótszy z 2 taranów statku - proembolion. Służył on do miażdżenia wioseł przeciwnika, podczas gdy dłuższy drzewiec z poziomu wody miał przebijać burtę. Naukowcy przeprowadzili tomografię komputerową 3D. Animacją uzyskanych zdjęć zajmował się dr Richard Boardman z centrum m-VIS przy Uniwersytecie w Southampton. Kolejny etap projektu zrealizowali geochemicy z tej samej uczelni - prof. Ian Croudace oraz doktorzy Rex Taylor i Richard Pearce. Po przeanalizowaniu mikroodwiertów panowie określili skład stopu: 87% stanowiła miedź, 6% cyna, a 7% ołów (co ważne, proporcje zmieniały się w zależności od badanego punktu). Korzystając ze skaningowego mikroskopu elektronowego, naukowcy zauważyli, że podczas stygnięcia ołów utworzył między ziarnami stopu krople. Sugeruje to, że taran odlewano jako całość; grubsze fragmenty stygły wolniej, cieńsze szybciej, stąd różnice w zakresie struktury krystalicznej i liczby bąbli powietrznych. Cechy izotopowe ołowiu postanowiono wykorzystać jako sygnaturę złoża ołowiu. Początkowo wiedziano tylko tyle, że znajdowało się ono w okolicach Morza Śródziemnego, ale postęp w zakresie metod analitycznych pozwolił doprecyzować, że rudę wydobyto w rejonie Lawrio. Spektroskopia fluorescencji rentgenowskiej (μ-XRF) pokazała, że korozja uwolniła ze stopu miedź, sztucznie zawyżając zawartość cyny i ołowiu. Nigdy się nie dowiemy, czemu taran belgamelski spoczął na dnie morza koło Tobruku. Miała tam miejsce jakaś bitwa czy raczej doszło do utarczki z piratami? [...] Przez podgrzanie do wysokiej temperatury (fragmenty drewna w taranie są spalone) struktura krystaliczna materiału uległa zmianie. Sugeruje to, że na łodzi wybuchł pożar i zdestabilizowany proembolion spadł do wody. Niektóre kwestie na zawsze pozostaną tajemnicą - podsumowuje Flemming.
-
Spożywanie dużych ilości czerwonego mięsa może prowadzić do chorób serca, mimo iż zawiera ono mało tłuszczu i cholesterolu. Specjaliści dowiedli, że odpowiedzialne za chorobę są bakterie z przewodu pokarmowego zmieniające jeden ze składników czerwonego mięsa w związek, który przyspiesza odkładanie się blaszek miażdżycowych w arteriach. Zdaniem współautora badań, doktora Stanleya Hazena z Cleveland Clinic, skład flory bakteryjnej jelit może być równie ważny, co właściwości diety. Bakterie tworzą z naszego pożywienia wiele różnych molekuł i molekuły te mogą mieć olbrzymi wpływ na procesy metaboliczne - stwierdził uczony. Hazen i jego zespół zwerbowali 77 ochotników. Przeprowadzone wraz z nimi badania miały dać odpowiedź na pytanie, dlaczego spożywanie czerwonego mięsa, nawet jeśli kontroluje się poziom tłuszczu i cholesterolu, jest związane ze zwiększonym ryzykem śmierci z powodu chorób serca. W badaniej grupie znajdowały się osoby jedzące mięso oraz 26 wegan i wegetarian. Badania wykazały, że spożywanie l-karnityny, która jest dość powszechna w mięśniach, prowadzi do zwiększenia poziomu tlenku trimetyloaminy we krwi (TMAO). Związek ten zmienia metabolizm cholesterolu i spowalnia jego usuwanie z arterii. Okazało się jednak, że nawet gdy weganom i wegetarianom podawano suplementy l-karnityny, w ich krwi tworzyło się mniej TMAO. Dopiero badania odchodów wyjaśniły tę zagadkę. Osoby jedzące mięso miały inną florę bakteryją niż pozostający na diecie bezmięsnej. Zdaniem Hazena, spożywanie mięsa prawdopodobnie wspomaga rozwój bakterii przetwarzających l-karnitynę w TMAO. Uczeni sprawdzili następnie poziom l-karnityny u niemal 2600 przypadkowych osób, którym wykonywano badania serca. Potwierdzili w ten sposób swoje przypuszczenia, gdyż sam wysoki poziom l-karnityny nie wiązał się z różnicą w ryzyku zapadnięcia na choroby serca. Dopiero wysoki poziom l-karnityny i TMAO zwiększały ryzyko. Ostateczne potwierdzenie zyskano, prowadząc badania na myszach. L-karnitynę podawano dwóm grupom zwierząt - jednej z normalną florą bakteryjną i drugiej, której jelita zostały oczyszczone z bakterii za pomocą antybiotyków. W pierwszej grupie ryzyko tworzenia się płytek miażdżycowych wzrosło dwukrotnie. W drugiej nie odnotowano żadnych zmian w tym zakresie. Wyniki powyższych badań są istotne nie tylko dla miłośników mięsa. Powinny je wziąć sobie do serca także i te osoby, które przyjmują suplementy z l-karnityny, które są reklamowane jako środki pomagające w utracie wagi, zwiększeniu wydajności organizmu i sił witalnych. Skuteczność takich suplementów nie została w żaden sposób udowodniona, a teraz wiadomo, że l-karnityna może zwiększać ryzyko chorób serca.
-
Prawdopodobnie już 21 maja Microsoft oficjalnie zdradzi szczegóły na temat następcy Xboksa 360. Znany bloger Paul Thurrot twierdzi, że pierwotnie konferencję zaplanowano na 24 kwietnia, ale przesunięto je na maj. Informacje o nowym Xboksie, którego nazwa kodowa brzmi Durango, krążą już od pewnego czasu. Podobno konsola będzie wymagała podłączenia do internetu. Nie wiadomo dokładnie, co to ma oznaczać. Być może bez podłączenia do sieci konsoli nie będzie można używać. Podobno samo urządzenie ma kosztować aż 500 USD. Taniej, bo 300 dolarów, zapłacą osoby, które kupią wersję wraz z subskrypcją usług Microsoftu. Niewykluczone też, że Microsoft przygotowuje różne wersje konsoli. Podobno, w końcu, nowa konsola ma trafić do sprzedaży w listopadzie bieżącego roku. Koncern z Redmond nie zdradza żadnych szczegółów i oficjalnie odmówił komentowania "spekulacji i plotek".
-
Alaskańska wioska Igiugig będzie pierwszą, która wypróbuje nowy typ elektrowni wiatrowej. W jej poliżu staną turibny wiatrowe według pomysłu profesora Johna Dabiriego, o którego koncepcji informowaliśmy przed niemal 2 laty. Od lat przemysł energii wiatrowej zwiększa turbiny, gdyż pozwala to zwiększyć wydajność i obniżyć koszty. Tymczasem profesor Dabiri uważa, że znacznie lepszym rozwiązaniem jest budowa niewielkich VAWT (vertical-axis wind turbines). Są one znacznie mniejsze niż tradycyjne turbiny, a cała tajemnica tkwi w starannym wyborze rozmieszczenia urządzeń. Dabiri otrzymał od Gordon and Betty Moore Foundation oraz Departamentu Obrony granty o łącznej wysokości 6 milionów dolarów. Dzięki temu jeszcze w bieżącym roku w okolicach wioski stanie 10 pierwszych turbin. Docelowo ma być ich 50-70 i mają zastąpić używane obecnie generatory prądu. Profesor Dabiri prowadzi też prace nad swoimi turbinami na farmie badawczej w Kalifornii. Turbulencje powietrza generowane przez tradycyjne turbiny powodują, że urządzenia szybciej się zużywają, a ponadto niekorzystnie wpływają na sąsiednie turbiny, zmniejszając produkcję tych, które ustawione są dalej na drodze wiatru. Dabiri wierzy, że zmiany w przepływie powietrza powodowane przez turbiny VAWT będą korzystnie wpływały na sąsiednie turbiny. Konieczne jest jednak ich bardzo precyzyjne rozmieszczenie. Wiatraki Dabiriego mają jedynie 10 metrów wysokości i generują 3-5 kW. Uczony twierdzi, że mniejsze konstrukcje są tańsze i łatwiejsze w produkcji, montażu i utrzymaniu. Generatory znajdują się na dole, a nie na samej górze, dzięki czemu są łatwiej dostepne. Ponadto zabijają mniej ptaków i generują znacznie mniejszy hałas. Instalacja w pobliżu Igiugig pozwoli na zweryfikowanie twierdzeń profesora. Technologia VAWT ma też i wady. Turbiny tego typu przez połowę czasu obracają się pod wiatr i nie generują wówczas energii, a dodatkowo się zużywają. Ponadto, jako że produkują mniej energii, trzeba instalować ich więcej. W końcu, przez ostatnie kilkadziesiąt lat udowodniono, że możliwe jest obniżanie kosztów przy już istniejących projektach turbin. To oznacza, że pomysłowi Dabiriego naprawdę trudno będzie wykazać zdecydowaną wyższość od dotychczasowych rozwiązań.
-
Manipulują jasnością, by lepiej się zakamuflować
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
Młode tułacze hawajskie (Ocypode ceratophthalmus) zmieniają jasność ubarwienia, by lepiej wtapiać się w tło. Porównując aparycję dzienną i nocną, czasem trudno zgadnąć, że to te same osobniki. Dr Martin Stevens z Uniwersytetu w Exeter prowadził badania we współpracy z biologami z Narodowego Uniwersytetu Singapuru. Kraby idealnie pasują do piasku, na którym żyją. W ten sposób chowają się przed drapieżnikami, takimi jak ptaki czy naczelne. Potrafią odzwierciedlać nawet kolor konkretnych ziaren z plaży [...]. Naukowcy wpadli na trop transformacji ubarwienia, przeglądając zdjęcia wykonane o różnych porach doby. Hipotezę badawczą przetestowano w laboratorium na krabach zebranych na singapurskim wybrzeżu. Obserwując zwierzęta przez 24 godziny, biolodzy zauważyli, że nocą O. ceratophthalmus były najciemniejsze, a najbardziej "rozświetlone" stawały się w okolicach południa. Po umieszczeniu w ciemnym akwarium kraby nie zmieniały wyglądu, ale były jaśniejsze, gdy ustawiało się je na białej powierzchni (zespół Stevensa porównywał wygląd na białych i czarnych płaszczyznach). Brytyjczyk uważa, że nie chodzi o prostą reakcję na oświetlenie otoczenia. Skorupiaki wydają się raczej koordynować naturalny rytm zmiany koloru w ciągu doby z odpowiedzią na barwę zamieszkiwanej powierzchni. Dr Stevens podkreśla, że gdyby kraby po prostu stawały się ciemniejsze w cieniu, np. po wejściu do norki, po opuszczeniu schronienia byłyby widoczne jak na dłoni. Co ciekawe, zmiana ubarwienia występuje wyłącznie u osobników młodocianych. Dorośli prawdopodobnie nie zmieniają swojego ubarwienia w aż takim stopniu, bo gdy krab dorasta, pancerz staje się gruby i wysycony pigmentem. Nie mam pewności, dlaczego się tak dzieje. -
Sędzia Lucy Koh, która prowadziła spór patentowy pomiędzy Samsungiem a Apple'em, będzie rozstrzygała kolejną niezwykle interesującą sprawę. Pani sędzia wydała zgodę na złożenie pozwu zbiorowego przeciwko firmom Intel, Apple, Google, Pixar, Adobe, Lucasfilm oraz Intuit. Koncerny podejrzane są o to, że umówiły się, iż nie będą podkupować sobie nawzajem pracowników. Zdaniem pani sędzi, przedstawione jej dowody są na tyle mocne, że uzasadniają zgodę na rozpoczęcie procesu. Koh nakazała prawnikom powodów, by dokonali takich zmian w złożonych przez siebie dokumentach, które umożliwiałyby rozpoczęcie pozwu zbiorowego. Gdy to zrobią, sędzia rozpocznie proces. Powodzi mają nadzieję, że do ich akcji dołączy się nawet 100 000 pracowników wymienionych firm. Pozew nie powinien być zaskoczeniem. Przedsiębiorstwa mogły się go spodziewać, gdyż od dłuższego czasu są podejrzewane o zawarcie umowy, która ograniczała przepływ pracowników. Departament Sprawiedliwości prowadził przeciwko nim śledztwo antymonopolowe i koncerny zawarły z nim ugodę. Teraz czeka je proces cywilny. Jeśli do procesu dojdzie, a firmy go przegrają, może on kosztować je fortunę. Dzięki nielegalnemu porozumieniu osiągnęły bowiem olbrzymie oszczędności, gdyż ograniczając zatrudnionym możliwość znalezienia pracy u konkurencji, nie musiały wydawać dodatkowych pieniędzy na podwyżki pensji mające na celu zatrzymanie cennych pracowników.
-
Windows XP ciągle nie chce odejść w niepamięć. Po ponad 11 latach od premiery do tego systemu wciąż należy niemal 39% rynku. Tymczasem eksperci ostrzegają, że przedsiębiorstwa, które nadal używają XP narażają się na poważnie niebezpieczeństwo. Równo za rok wygaśnie rozszerzony okres wsparcia dla Windows XP. Po 8 kwietnia 2014 roku Microsoft przestanie dostarczać poprawki bezpieczeństwa. Mimo to wiele firm nie wzięło sobie tego do serca. Tylko 42% przedsiębiorstw rozpoczęło migrację, mimo że Microsoft radzi, by na proces ten przeznaczyć 18-30 miesięcy - informuje firma Camwood. Jej pracownicy przeprowadzili ankiety wśród 250 szefów firm. Okazało się, że wiele przedsiębiorstw planuje wykorzystywać XP nawet po zakończeniu wsparcia. Prawdopodobnie najbardziej martwiącym faktem jest to, że niemal 20% osób odpowiedzialnych za decyzje dotyczące IT mówi, że będą korzystali z tego systemu po zakończeniu wsparcia. Narażą przez to swoją firmę na cyberataki, włamania i kradzieże - mówią przedstawiciele Camwooda. Z wnioskami Camwooda zgadzają się też inni eksperci. Ich zdaniem firmy, które jeszcze nie rozpoczęły migracji z XP na inny system, nie zdążą jej zakończyć przed upłynięciem okresu wsparcia.
-
Dotąd sądzono, że nos ma monopol na receptory węchowe. Czas jego hegemonii najwyraźniej się jednak kończy, o czym świadczą m.in. doniesienia doktora Petera Schieberlego z Uniwersytetu Technicznego w Monachium. Nasz zespół odkrył ostatnio, że receptory węchowe występują nie tylko w komórkach w nosie [w rzęskach neuronów węchowych], ale i w komórkach krwi. W nosie receptory te wykrywają substancje zwane odorantami i przekładają je na woń, którą na poziomie mózgu interpretujemy jako przyjemną bądź nie. Co ciekawe, naukowcy gromadzą coraz więcej dowodów, że takie same receptory występują w sercu, płucach i wielu innych narządach nieczuciowych. Gdy jemy, składniki pożywienia przenikają z żołądka do krwioobiegu. Czy to jednak oznacza, że np. serce potrafi "wywąchać", że właśnie spałaszowaliśmy stek? Na razie nie umiemy odpowiedzieć na to pytanie. Ekipa Schieberlego stwierdziła, że wyizolowane z próbek pierwotne komórki krwi (komórki macierzyste) są przyciągane do cząsteczek odorantów. W jednym z eksperymentów naukowcy posłużyli się komorą z wieloma zagłębieniami. Gdy na jednym z jej końców umieścili atraktant (wabiącą substancję zapachową), a na drugim komórki krwi, komórki zaczęły się przemieszczać w kierunku woni.