-
Liczba zawartości
37611 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
nigdy -
Wygrane w rankingu
246
Zawartość dodana przez KopalniaWiedzy.pl
-
Starożytni Egipcjanie naprawdę wykorzystywali meteoryty
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Humanistyka
Badacze z The Open University (OU) i Uniwersytetu w Manchesterze ostatecznie potwierdzili, że starożytni Egipcjanie wykorzystywali żelazo z meteorytów do produkcji symbolicznych akcesoriów. Brytyjscy archeolodzy bazowali na koralikach, odkopanych w 1911 r. na cmentarzu niedaleko Gerzeh. Datowanie wskazało, że powstały one w 3350-3600 r. p.n.e. Ponieważ wykonano je z żelaza bogatego w nikiel, założono, że surowiec pozyskano z meteorytów. W latach 80. pojawiły się jednak głosy, że wczesne przykłady wykorzystania żelaza z całego świata należy raczej uznać za pierwsze próby przetapiania na własną rękę, a nie za "recykling" obiektów spadających z nieba. By rozstrzygnąć tę kwestię raz na zawsze, naukowcy zajęli się koralikami z nekropolii koło Gerzeh. Na co dzień są one przechowywane w Muzeum Manchesterskim, teraz zajęli się nimi specjaliści z Wydziału Materiałoznawstwa miejscowego uniwersytetu oraz OU. Artefakty oglądano pod mikroskopem elektronowym i badano za pomocą skanera rentgenowskiego (x-ray CT). Przez powolne chłodzenie podczas podróży przez kosmos meteoryty mają unikatową sygnaturę mikrostrukturalną i chemiczną. Ciekawie było zobaczyć tę cechę w materiałach z egipskich artefaktów - podkreśla prof. Philip Withers z Uniwersytetu w Manchesterze. Badając starożytne materiały za pomocą współczesnych technologii, można nie tylko lepiej poznać meteoryty, ale i stwierdzić, co myśleli o nich przedstawiciele dawnych kultur. Żelazo z meteorytów wpływało zarówno na postrzeganie tego metalu przez Egipcjan, jak i na podejmowanie pierwszych prób metalurgicznych. Dziś żelazo jest postrzegane przez pryzmat użyteczności. Dla starożytnych Egipcjan był to jednak rzadki i piękny materiał, który spadając z nieba, musiał mieć pewne właściwości magiczne/religijne. Nic zatem dziwnego, że wykonywano z niego małe dzieła sztuki i dewocjonalia. Ze względu na przypisywaną wartość, żelazne artefakty umieszczano w grobowcach - wyjaśnia egiptolog dr Joyce Tyldesley. -
Uczeni stworzyli nowy rodzaj soczewek, które w niespotykany dotychczas sposób zaginają i skupiają promienie ultrafioletowe. Umożliwiają one tworzenie unoszących się w powietrzu trójwymiarowych obrazów trójwymiarowych obiektów. Eksperci twierdzą, że nowe soczewki udoskonalą fotolitografię, pozwolą na rozwinięcie technik manipulowania w nanoskali czy przyczynią się do powstania doskonalszych technologii obrazowania trójwymiarowego. Tradycyjne soczewki tworzą dwuwymiarowy obraz trójwymiarowych obiektów. Nasze płaskie soczewki są w stanie tworzyć wierne trójwymiarowe obrazy trójwymiarowych obiektów - mówi jeden z badaczy, Ting Xu. Nowe soczewki zostały zbudowane z metamateriałów posiadających ujemny współczynnik załamania (indeks refrakcyjny). O możliwości skonstruowania takich soczewek spekulował już w 1967 roku rosyjski fizyk Wiktor Weselago. Do ich powstania konieczne są jednak metamateriały. Ale to nie wszystko. Metamateriał posiadający ujemny indeks refrakcyjny dla UV powstał dopiero niedawno, gdyż wymaga on istnienia struktur wielkości 10 nanometrów. Dopiero teraz rozwój technologiczny pozwolił na jego skonstruowanie. Co ciekawe, autorzy soczewek zapewniają, że są one bardzo proste w budowie. Nie wymagają tworzenia złożonych wzorców w skali nano. Są zbudowane z naprzemiennie ułożonych nanometrowej grubości warstw srebra i dwutlenku tytanu. Co więcej, ujemny współczynnik załamania jest obecny niezależnie od kąta padania światła. To bardzo ważne, gdyż metamateriały charakteryzujące się ujemnym indeksem refrakcyjnym w przypadku podczerwieni i światła widzialnego mają tę wadę, że światło musi padać na nie z konkretnego kierunku, a to oznacza, że ich praktyczne wykorzystanie jest trudne. Wykazanie, że soczewki Weselago działają w UV to pierwsza tego typu demonstracja poza zakresem mikrofal. Uczeni nie wykluczają, że dzięki użyciu innych materiałów uda się skonstruować soczewki działające podobnie w przypadku innych długości światła, w tym światła widzialnego i podczerwieni.
-
Awatar uwalnia schizofreników od omamów słuchowych
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Psychologia
Terapia awatarami pomaga chorym ze schizofrenią ograniczyć częstość występowania i nasilenie omamów głosowych. Naukowcy z Uniwersyteckiego College'u Londyńskiego (UCL) utrzymują, że taka forma leczenia jest skuteczniejsza od podejścia farmakologicznego. W pilotażowym studium uwzględniono 16 chorych. Po siedmiu półgodzinnych sesjach u wszystkich nastąpiła poprawa. U trzech osób, które zmagały się z głosami od, odpowiednio, 16, 13 i 3,5 roku, omamy zniknęły całkowicie. Awatary nie odnoszą się bezpośrednio do omamów, a mimo to zwiększają ogólną skuteczność terapii. Chory sam tworzy awatar, wybierając twarz i głos bytu, który do nich przemawia. Później system synchronizuje ruchy warg postaci z mową psychiatry, dzięki czemu specjalista może interweniować w czasie rzeczywistym. Psychiatra zachęca pacjentów, żeby przeciwstawiali się głosom i stopniowo uczy ich przejmowania kontroli nad omamami. Choć pacjenci przestają z awatarem jak z prawdziwym człowiekiem - w końcu sami go stworzyli - wiedzą, że on ich nie skrzywdzi (w odróżnieniu od głosów, które grożą śmiercią lub urazem samym chorym i/lub ich rodzinom). W rezultacie nabywają pewności siebie i odwagi, by skonfrontować się zarówno z awatarem, jak i prześladowcą [z własnej głowy] - wyjaśnia twórca terapii prof. Julian Leff. Nagrywaliśmy sesje na MP3, dlatego pacjenci mieli terapeutę w zasięgu ręki za każdym razem, gdy głosy próbowały nimi zawładnąć. Odkryliśmy, że dzięki takiej metodzie ludziom łatwiej było stwierdzić, że głosy są tworami ich własnych umysłów, co z kolei wzmacniało kontrolę nad omamami. W lipcu rozpocznie się rekrutacja ochotników do badań na szerszą skalę. Obecnie trwają szkolenia terapeutów i pozostałych członków zespołu. Z pierwszymi wynikami studium będzie się można prawdopodobnie zapoznać pod koniec 2015 r. Psychiatrzy z UCL zachwycają się prostotą i tempem działania terapii awatarowej. Ponieważ nie jest ona związana z żadnym nowym lekiem, można ją testować bezpośrednio na pacjentach. Jeśli wyniki prób okażą się zachęcające, sądzimy, że byłoby warto sprawdzić, jak podstawowa strategia sprawdzi się przy innych zaburzeniach psychicznych - podsumowuje Ted Bianco z Wellcome Trust. -
W amerykańskim Narodowym Instytucie Standardów i Technologii (NIST) powstał najbardziej dokładny zegar świata. Zegar może wykazać niedokładność rzędu 1 sekundy raz na 31 miliardów lat. Urządzenie wykorzystuje laser i lustra, które pozwalają na złapanie atomów w pułapkę. Atomy muszą być nieruchome, by uniknąć jakiejkolwiek interferencji, która zakłóca pracę innych zegarów atomowych. Następnie pułapka jest wypełniana atomami iterbu. Później drugi laser mierzy drgania tych właśnie atomów. Zbudowanie najdokładniejszego zegara świata rodzi problem z... określeniem jego dokładności. Aby temu zaradzić uczeni z NIST stworzyli drugi taki zegar i uruchomili oba, by sprawdzić, czy identycznie odmierzają one jednostki czasu. Okazało się, że tak. Jednym z pierwszych zadań, które zostanie postawione przed nowym urządzeniem będzie pomiar grawitacyjnego przesunięcia ku czerwieni, czyli zjawiska polegającego na tym, że światło w polu grawitacyjnym traci energię, a zatem zwiększa się długość fali. Uczeni twierdzą, że dzięki nowemu zegarowi możliwe będzie zmierzenie wysokości nad poziomem morza z dokładnością do 1 cm.
-
Zespół z Uniwersytetu Alberty wykazał, że szczekuszki Ochotona collaris chętniej żerują na roślinach, na których wcześniej pożywiały się gąsienice Gynaephora groenlandica. Jak widać, wspólny (kulinarny) cel nie musi nasilać konkurencji. Kanadyjczycy sugerują kilka możliwych wyjaśnień tego zjawiska. Wg nich, bogate w fosfor odchody żerujących gąsienic użyźniają ubogą glebę jukońskiej tundry, przez co odrastające fragmenty roślin zawierają więcej składników odżywczych. Niewykluczone też, że podgryzanie zmienia skład chemiczny roślin, bo zniechęcając gąsienice, uszkodzone okazy zaczynają wytwarzać więcej toksyn. Ssaki nie zjadają jednak roślin od razu, tylko robią z nich zapasy na zimę, a podczas przechowywania toksyny mogą zapobiegać rozkładowi innych produktów ze spiżarki. Zanim szczekuszki zabiorą się do "nastawionych" na odstraszanie roślin, trucizny zdążą się zapewne rozłożyć. Trzecia hipoteza jest taka, że O. collaris nie przeszkadza obecność gąsienic, bo obgryzają one tylko niewielką część liści. Autorzy artykułu z pisma Biology Letters cieszą się, że gąsienice G. groenlandica ułatwiają szczekuszkom przetrwanie. Biolodzy sądzą, że przez zmianę górskiego klimatu w ostatnich latach obserwuje się fluktuacje liczebności populacji O. collaris. Na Jukonie zimy są o 5-7 stopni cieplejsze, przez co pokrywa śnieżna znacznie się kurczy, a nawet zanika. Szczekuszki nie hibernują, dlatego bardzo potrzebują izolacyjnej warstwy białego puchu. Mimo że na zaleganie śniegu nie da się wpłynąć, ssaki na pewno dobrze wyjdą na podążaniu za gąsienicami. David Hik chce sprawdzić latem, jak zawierające fosfor odchody gąsienic są absorbowane przez glebę i rośliny. Zespół spróbuje także określić dystrybucję gąsienic G. groenlandica na różnych łąkach regionu. Później rozkład zostanie porównany z populacjami szczekuszek.
-
Dziewiątego maja 2011 r. nasi zachodni sąsiedzi przeprowadzili pierwszy spis ludności od zjednoczenia w 1990 r. i okazało się, że w Niemczech mieszka o 1,5 mln mniej osób niż dotąd sądzono. Z obecnych danych federalnego biura statystycznego Destatis wynika, że liczebność populacji sięga ok. 80,2 mln; 92,3% (74 mln) stanowią obywatele Niemiec, a 7,7% (nieco poniżej 6,2 mln) obywatele innych państw. Gdy wyniki spisu sprzed 2 lat porównano z międzycenzusowymi uaktualnieniami, okazało się, że w odniesieniu do rdzennych Niemców statystycy pomylili się nieznacznie (o –0,6% lub inaczej mówiąc o –428.000 osób), zaś w przypadku ludności napływowej błąd był o wiele większy, bo prawie 15-procentowy (-14,9%/-1,1 mln). Szczegóły zostaną ujawnione na konferencji prasowej szefa Destatisu Rodericha Egelera. Z liczbami można się również zapoznać na witrynie internetowej projektu. Warto przypomnieć, że poprzedni cenzus przeprowadzano w Republice Federalnej Niemiec w 1987 r., a w NRD w 1981 r.
-
Amerykański Departament Rolnictwa poinformował o znalezieniu na farmie w Oregonie eksperymentalnych niezatwierdzonych ziaren genetycznie modyfikowanej pszenicy. Nad odmianą tą pracowało przed laty Monstanto, ale w 2004 roku firma zrezygnowała z projektu i zakończyła wszelkie próby polowe. Po raz pierwszy mamy do czynienia z sytuacją, w której niezatwierdzona genetycznie modyfikowana roślina uprawna trafia do użytku. Przypadek ten dowodzi, że procedury stosowane przez firmy biotechnologiczne są zawodne. Incydent już doprowadził do zawirowań na rynku. Japonia odwołała duże zamówienie na pszenicę z USA. Może to przynieść amerykańskim farmerom poważne straty, gdyż USA wysyłają każdego roku do Kraju Kwitnącej Wiśni pszenicę o wartości 8 miliardów dolarów. Pojawiły się też obawy, że wspomniana odmiana pszenicy została wymieszana z tradycyjnymi ziarnami. Problem jednak w tym, że nie istnieje żaden wiarygodny komercyjnie dostępny test, który pozwoliłby rolnikowi na zidentyfikowanie roślin GMO. Wielu ludzi jest zaniepokojonych. Nie możemy mieć pewności, czy do podobnych przypadków nie doszło na innych polach. Nie wiemy tego - mówi Mike Flowers z Oregon State University. Z kolei Bob Zemetra, również z OSU, stwierdza, że nie można w łatwy sposób wytłumaczyć pojawienie się zmodyfikowanego ziarna wiele lat po zaprzestaniu testów polowych. Uczony mówi, że mało prawdopodobne jest, by doszło do zapylenia, gdyż roślina ze zmodyfikowanymi genami to ozimina, a Monstanto modyfikowało odmiany wiosenne. Zemetra, który przed 10 laty brał udział w testach prowadzonych przez Monsanto mówi, że ziarna, których używano w próbach polowych miały być po ich zakończeniu palone, zakopywane w ziemi lub zwracane do Monsanto. "Mieli bardzo rygorystyczny protokół" - dodaje. Ponadto osoby biorące udział w testach musiały przez kolejne dwa lata po ich zakończeniu sprawdzać, czy nie doszło w okolicy do ponownego wzrostu roślin GMO. Już w 2008 roku GAO [odpowiednik NIK-u - red.] informował, że w latach 2003-2007 doszło do 712 naruszeń przepisów dotyczących postępowania z roślinami GMO, a w 98 przypadkach naruszenia mogły doprowadzić do pojawienia sie nieautoryzowanych ziaren. Urząd skrytykował też Departament Rolnictwa za brak odpowiedniego nadzoru nad obszarami sąsiadującymmi z regionami uprawy GMO. Departament, z braku własnych zasobów, polega na dobrowolnym nadzorze sprawowanym przez firmy biotechnologiczne. Jim Shroyer z Kansas State University przypuszcza, że pszenica GMO jest od lat uprawiana w Oregonie. Jego zdaniem w czasach, gdy Monstanto prowadziło badania, doszło do przypadkowego wymieszania ziaren GMO z ziarnami konwencjonalnymi i od tamtej pory rolnicy nieświadomie uprawiają zmodyfikowane rośliny.
-
Heather i Adam Barringerowie przygotowują się do porodu, przy którym będą asystować delfiny. Termin wyznaczono dopiero na lipiec, ale para już teraz udała się do Instytutu Syriusza w Pohoa na Hawajach. Próbując nawiązać więź ze stadem, Amerykanie spędzają sporo czasu w wodzie. Wg Heather, nawet gdyby poród nie odbył się ostatecznie w basenie, nie da się przecenić uspokajającego i wzmacniającego wpływu tych ssaków zarówno na matkę, jak i dziecko. Poród na lądzie byłby przyjmowany przez położną na farmie Instytutu w Akaka Falls. Na witrynie Instytutu można przeczytać, że porody z delfinami są praktykowane od wielu lat (w czasach nowożytnych organizowano je podobno na Hawajach czy w Morzu Czarnym).
-
Dane zdobyte podczas misji Mars Science Laboratory (MSL), który zabrał na Marsa łazik Curiosity, potwierdziły, że jednym z wielkich wyzwań stojących przed specjalistami przygotowującymi załogową misję na Marsa będzie ochronienie ludzi przed promieniowaniem. Curiosity został wyposażony w Radiation Assessment Detector (RAD). To pierwsze w historii urządzenie, które mierzyło poziom promieniowania kosmicznego wewnątrz pojazdu lecącego na Czerwoną Palnetę. Dzięki tym pomiarom naukowcy zdobędą wiedzę niezbędną do zaprojektowania osłon pojazdu, który będzie wiózł ludzi. Jeszcze za naszego życia naród nasz wyśle astronautów na asteroidę i Marsa, pracujemy zatem nad każdym szczegółem, by bezpiecznie dotarli oni w nieznane i wrócili do domu - mówi William Gerstenmaier, odpowiedzialny w NASA za misje załogowe. Każdego dnia na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej zdobywamy wiedzę dotyczącą możliwości zaadaptowania się człowieka do przebywania w przestrzeni kosmicznej. Zbudowanie pojazdu Orion i rakiety Space Launch System, które zabiorą nas i ochronią w dalekiej przestrzeni kosmicznej, pozwoli na poszerzenie wiedzy i zmniejszenie ryzyka dla naszych odkrywców. Obecny na Curiosity instrument RAD dostarcza nam niezwykle ważnych danych, których potrzebujemy by ludzie, podobnie jak łazik, dokonali niezwykłych rzeczy na Czerwonej Planecie. Dane z RAD wskazują, że podróż na Marsa, jeśli będzie trwała tak długo jak podróż MSL, narazi astronautów na promieniowanie większe niż limity dopuszczalne przez NASA. W głębokiej przestrzeni kosmicznej ludzie narażeni będą na dwa rodzaje niebezpiecznego promieniowania. Jedno to promieniowanie kosmiczne (GCR) pochodzące z wybuchów supernowych i innych wysokoenergetycznych wydarzeń mających miejsce poza Układem Słonecznym. Drugi to wysokoenergetyczne cząstki pochodzące ze Słońca (SEP), emitowane przez flary i koronalne wyrzuty masy. Oddziaływanie promieniowania jonizującego na organizmy żywe mierzy się w siwertach (Sv). Zakumulowana na przestrzeni życia dawka 1 Sv wiąże się z pięcioprocentowym wzrostem ryzyka zachorowania na śmiertelną formę nowotworu. Normy NASA przewidują, że najwyższym akceptowalym limitem ekspozycji astronautów pracujących na niskiej orbicie Ziemi jest dawka, która zwiększa ryzyko zachorowania na nowotwór o 3%. Dla porównania, średnia roczna dawka promieniowania kosmicznego na poziomie morza wynosi ok, 0,5 mSv. Na terenie USA średnia roczna ekspozycja na promieniowanie jonizujące ze wszystkich źródeł to 6 mSv. Podczas tomografii komputerowej jamy brzusznej pacjent przyjmuje dawkę ok. 9 mSv. Normy Amerykańskiego Departamentu Energii mówią, że pracownik zatrudniony przy materiałach radioaktywnych nie może być narażony na działanie większej dawki niż 80 mSv rocznie. Po 6 miesiącach przebywania na ISS astronauta otrzymuje średnio 100 mSv promieniowania jonizującego. Tymczasem instrument RAD zanotował, że podczas 6-miesięcznej podróży MSL na Marsa dawka, jaką otrzymałby człowiek, wyniosłaby 500 mSV. To tak, jakby człowiek co 5-6 dni był poddawany tomografii komputerowej całego ciała - wyjaśnia Cary Zeitlin, naukowiec z Southwest Research Institute i główny autor artykułu na temat danych z RAD. Należy tutaj wspomnieć, że jedynie 3% promieniowania zanotowanego przez RAD stanowiło promieniowanie SEP, gdyż Słońce znajdowało się w spokojnej fazie cyklu. Ponadto ochrona przed SEP, które ma stosunkowo niską energię, jest znacznie łatwiejsza niż przed GCR. Ten drugi rodzaj promieniowania charakteryzuje się tak wysokimi energiami, że nie jest ono zatrzymywane przez typowe osłony współczesnych pojazdów kosmicznych. Pojazd w pewnym stopniu chroni przed cząsteczkami o niższej energii, ale inne mogą bez przeszkód go przenikać lub rozpadać się na jeszcze inne cząsteczki - wyjaśnia Donald M. Hassler, odpowiedzialny za instrument RAD.
-
Wycinanie lasów deszczowych Brazylii sprawiło, że nasiona roślin stały się znacząco mniejsze i delikatniejsze. Wg naukowców, do zmian w ich morfologii doprowadził spadek liczebności dużych ptaków. Tylko one mają bowiem na tyle mocne dzioby, by żywić się bardziej "opancerzonymi" kąskami. Jak podkreśla Pedro Jordano ze Stacji Biologicznej Doñana w Sewilli, biolodzy byli zaskoczeni tym, że deforestacja prowadzi nie tylko do zaniku fauny, ale i szybkiej ewolucji różnych cech u roślin (warto zauważyć, że nasiona zmieniły się w ciągu zaledwie kilku pokoleń). Mata atlântica (las atlantycki) był kiedyś domem wielu różnych gatunków. Wszystko się jednak zmieniło, gdy w XIX wieku zaczęto tu uprawiać kawę i trzcinę cukrową. Szacuje się, że wycięto 88% pierwotnego lasu. Aby ocenić wpływ tego zjawiska na ekosystem, naukowcy zebrali w różnych punktach dżungli ponad 9 tys. nasion. Okazało się, że okazy z mocno przerzedzonego lasu były o wiele mniejsze od egzemplarzy pochodzących z nienaruszonych łat drzewostanu. Zastanawiając się nad przyczynami, autorzy artykułu z pisma Science przeanalizowali wpływ różnych czynników. Jordano i specjaliści z Uniwersytetu Stanowego Sao Paulo wykluczyli wpływ klimatu, żyzności gleby oraz ściółki i stwierdzili, że chodzi o wyeliminowanie dużych ptaków owocożernych. Kiedyś tukany i bławatniki rozprawiały się z owocami za pomocą swoich dużych dziobów, a nasiona były roznoszone po całej okolicy. Gdy powierzchnia lasu się skurczyła, ptaki te zniknęły, ustępując pola mniejszym gatunkom, np. drozdom. Rośliny poradziły sobie z tym, wytwarzając mniejsze owoce. Niestety, towarzyszyło temu zmniejszenie rozmiarów nasion, a to oznacza niższe prawdopodobieństwo kiełkowania (drobiazgi szybciej wysychają i są prędzej atakowane przez grzyby). Prof. Jordano dodaje, że modele klimatyczne przewidują, iż lasy deszczowe będą jeszcze gorętsze i suchsze, a dla nasion oznacza to dodatkowe utrudnienia. Naukowcy podejrzewają, że podobne zjawiska zachodzą w innych tropikalnych rejonach.
-
Prokuratura umorzyła śledztwo przeciwko osobom współpracującym z serwisem Napisy.org. Całe lata po głośnym zablokowaniu serwisu na podstawie opinii biegłych uznano, że nie doszło do popełnienia przestępstwa. Witryna napisy.org została zablokowana na polecenie prokuratury w 2007 roku. Śledztwo przez lata było zawieszone. Teraz prokuratorzy dostali opinię biegłych, z której dowiedzieli się, że tłumaczenie ze słuchu nie narusza praw autorskich. Śledztwo zostało umorzone. Jak powiedziała Gazecie Wyborczej Elżbieta Łowicka z Prokuratury Rejonowej w Zabrzu, powodem podjęcia decyzji o umorzeniu była nieświadomość bezprawności podjętych działań. Dystrybutorzy filmów, którzy zawiadomili prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez napisy.org nie złożyli zażalenia na jej decyzję.
-
Gwiazdy neutronowe to jedne z najbardziej gęstych obiektów w kosmosie. Gęstsze od nich są tylko czarne dziury. Cechą charakterystyczną gwiazd neutronowych jest ich szybki obrót wokół własnej osi. Obracają się w tempie od kilku razy na minutę do kilkuset na sekundę. Czasem obserwuje się nagłe zmiany tempa obrotu, gwiazda zaczyna obracać się nieco szybciej niż dotychczas. Teraz naukowcy z McGill University zaobserwowali odwrotne zjawisko. Jedna z gwiazd neutronowych nagle zaczęła obracać się wolniej. Wspomniana gwiazda do magnetar 1E 2259+586 położony w odległości 10 000 lat świetlnych od Ziemi w gwiazdozbiorze Kasjopei. Zespół z McGill obserwował go za pomocą teleskopu Swift, chcąc przyjrzeć się rotacji gwiazdy i zaobserwować eksplozję promieni X, które często mają miejsce na magnetarach. Dane mnie zaszokowały - gwiazda neutronowa nagle zwolniła. Tego typu gwiazdy nie powinny się tak zachowywać - mówi Rob Archibald. Gwiazda nie tylko spowolniła, ale zauważono wielki wzrost emisji promieni X. Podobny gwałtowny wzrost promieniowania X z 1E 2259+586 zaobserwowano w 2002 roku, wówczas jednak towarzyszyło mu zwykłe przyspieszenie ruchu obrotowego. Zaobserwowane właśnie spowolnienie ruchu obrotowego może pomóc w wyjaśnieniu budowy gwiazd neutronowych. Obecnie naukowcy nie potrafią wyjaśnić wewnętrznej struktury tych gwiazd, gdyż materia jest w nich tak gęsto upakowana, że nie można odtworzyć jej w laboratoriach. Uczeni sądzą, że gęstość materii we wnętrzach gwiazd neutronowych jest 10-krotnie większa niż w jądrze atomu. Centymetr sześcienny ich materii może ważyć około miliarda ton. Obecne teorie nie wyjaśniają, jak mogą być one zbudowane.
-
Dieta obfitująca w boczniaki, cebulę, bataty, goździki, oregano i cynamon może pomóc w zwalczeniu przewlekłego stanu zapalnego. Możliwości boczniaków były o wiele większe niż opieniek miodowych czy pieczarek - podkreśla prof. Gerald Muench z Uniwersytetu Zachodniego Sydney. Chcąc skonstruować leczniczą przeciwzapalną dietę, Australijczycy udali się do supermarketu i kupili 115 popularnych produktów: warzywa, owoce, grzyby, napoje, zioła i przyprawy. Później podgrzewali je przez 10 minut w mikrofalówce, a następnie miksowali z odrobiną wody. Ekstrakty mieszano z aktywowanymi mysimi makrofagami RAW 264.7 i mikroglejem N11. Miarą przeciwzapalnego działania próbki były poziomy tlenku azotu(II) oraz czynnika martwicy guza (TNF-α). Analizując wpływ ekstraktów na produkcję NO przez mikroglej, stwierdzono, że w przypadku 10 próbek (angielskiej herbaty śniadaniowej, skórki z limonki, boczniaków, opieńki miodowej, pieczarek, goździków, cynamonu, cebuli, oregano i batatów) wartości połowiczego maksymalnego stężenia hamującego (IC50) wynosiły mniej niż 0,5 mg/ml; IC50 to stężenie potrzebne do obniżenia poziomu danej substancji, tu tlenku azotu(II), o połowę. Najskuteczniejsze okazały się cebula, oregano i bataty, w przypadku których IC50 nie przekraczało 0,1 mg/ml. Gdy wszystkie te preparaty przetestowano na makrofagach, hamowały one wytwarzanie NO podobnie jak w mikrogleju. Australijczycy zauważyli, że angielska herbata śniadaniowa, boczniaki, cynamon, cebula i pieczarki hamowały również produkcję prozapalnego TNF-α; dla makrofagów IC50 było mniejsze niż 0,5 mg/ml. Nie spodziewaliśmy się, że grzyby okażą się produktami silnie przeciwzapalnymi - podkreśla Muench, dodając, eksperymenty doprowadziły do wyłonienia pokarmów z potencjałem. Im skuteczniejszy produkt, tym mniej trzeba go zjeść, by uzyskać istotne klinicznie rezultaty. Ponieważ produkty podgrzewano, oznacza to, że właściwości przeciwzapalne nie zanikają pod wpływem gotowania. Prof. przypuszcza, że by zaobserwować efekt, należałoby spożywać ok. 200 g superpokarmów dziennie. To wykonalne, ale precyzyjne wartości będzie można podać dopiero po zakończeniu testów.
-
Naukowcy z Uniwersytetu w Bolonii zidentyfikowali najstarszy kompletny zwój z Torą. Zwój stanowi część tutejszego księgozbioru, ale dotąd niewłaściwie go katalogowano. Jak wyjaśnia prof. Mauro Perani, zakładano, że Tora jest sporo młodsza (w 1889 r. jeden z pracowników biblioteki Leonello Modona orzekł, że pochodzi z XVII w.), ale ostatnie badania radiowęglowe wskazały, że rękopis powstał między 1155 a 1225 r. n.e. Na "zaawansowany" wiek wskazuje również czcionka wykorzystywana w tradycji babilońskiej. Poza tym w tekście zidentyfikowano znaki, których zgodnie z kodyfikacją Mojżesza Majmonidesa nie można było używać w kopiach sporządzanych po XII w. Po błędnej ocenie wieku zwój z jagnięcej skóry nazwano po prostu Zwojem nr 2 (Rotolo 2). Profesor Perani przekonuje, że cena przywróconego do łask dokumentu może sięgać nawet 1 mln euro. Pięcioksiąg zostanie obfotografowany, tak by specjaliści mogli korzystać z jego cyfrowej formy. Włoski hebraista zaczął wątpić w ekspertyzę Modony, gdy podczas prac nad nowym katalogiem w lutym br. po raz pierwszy rzucił okiem na zwój. Jego podejrzenia zostały potwierdzone przez datowanie radiowęglowe przeprowadzone na University of Illinois Urbana-Champaign oraz University of Salento. Perani ujawnił, że świetnie zachowany manuskrypt ma 36 m długości i 64 cm szerokości. Trafił on na uniwersytet z klasztoru dominikańskiego, najprawdopodobniej po rozwiązaniu zakonów na rozkaz Napoleona. Zwój nr 2 zdetronizował egzemplarz z końca XIII w. Kodeks Leningradzki z ok. 1008 r. jest co prawda starszy, ale nadano mu postać księgi. Wcześniej znajdowano Tory nawet z VII w., lecz niestety, zachowały się tylko ich fragmenty.
-
Od czterdziestu lat naukowcy badają interakcje pomiędzy wilkami a łosiami na Isle Royale, największej wyspie Jeziora Górnego. Teraz populacja tamtejszych wilków jest skrajnie zagrożona, ubiegłego lata nie urodziło się żadne szczenię. Na Isle Royale żyje już tylko 8 wilków. Wszystkie są ze sobą blisko spokrewnione, a zwierzęta te unikają rozmnażania się w kręgu bliskich krewnych. Taki sposób rozmnażania zwiększa bowiem ryzyko odziedziczenia wad genetycznych. Te już i tak są obecne w populacji. W 2009 roku opublikowano wyniki badań, z których wynika, że 58% wilków z Isle Royale cierpi na deformacje kręgosłupa. Mimo, iż nie przeszkadzały one zwierzętom w funkcjonowaniu, były bardzo rozpowszechnione. Teraz biolodzy zastanawiają się, co dalej z populacją z Isle Royale. Część naukowców uważa, że należy pozwolić obecnej populacji wymrzeć, a później sprowadzić na wyspę kolejne wilki, by kontrolowały łosie. Inni twierdzą, że już teraz należy wprowadzić wilki z zewnątrz, by zachować obecną populację. Obecność wilków jest konieczna dla zachowania ekosystemu wyspy. Zanim sprowadzono tam wilki, łosie pustoszyły miejscowe lasy. W latach 80. ubiegłego wieku, kiedy populacja wilka została zdziesiątkowana przez parwowirusa psiego, naukowcy przeprowadzili jedne z pierwszych w dziejach badań, które dostarczyły dowodów na istnienie lądowej kaskady troficznej i powiązali obecność wilków ze zdrowiem drzewostanu. Wykazali wówczas, że lasy są zdrowsze jeśli populacja wilka jest większa. Badania prowadzone na Isle Royale to wyjątkowe jedne z najstarszych na świecie eksperymentów dotyczących dynamiki łowca-ofiara, podczas których stworzono jedną z najlepszych baz danych na ten temat. Wyspa jest niewielka, migracja zwierząt praktycznie nie istnieje, jedynym wrogiem łosia jest wilk, a niemal jedynym pożywieniem wilka łoś. To stwarza idealne warunki do obserwacji bez ludzkiej interwencji. Uczeni mogli m.in. obserwować, jak w 1997 roku po lodzie na wyspę dostał się samotny wilk - nazwany później Starym Szarym Kolesiem - który nie tylko został nowym samcem alfa, ale wzbogacił miejscową pulę genetyczną. Badania wykazały obecność nowego chromosomu Y w populacji. Z czasem pierwotny chromosom Y zaniknął i w populacji pozostał tylko Y przybysza. Przybysz już nie żyje, ale jego geny przetrwały w populacji, a jeden z głównych badaczy uważa, że jego pojawienie pozwoliło na przetrwanie stada z Isle Royale przez kolejne 10-15 lat. Szansa, że na wyspę przejdzie kolejny wilk jest minimalna. Wcześniej lód łączący wyspę z lądem pojawiał się co 2-3 lata. Obecnie, wskutek zmiany klimatu, takie zjawisko jest obserwowane raz na dekadę. Dalszy los obecnej populacji zależy zatem od tego, czy ludzie podejmą interwencję.
-
Michael Widenius, twórca popularnego opensource'owego systemu bazodanowego MySQL chce, by w ciągu pięciu lat zniknął on z powierzchni Ziemi. MySQL miałby zostać zastąpiony przez MariaDB, produkt Wideniusa. Twórcy MySQL od samego początku nie podobało się, że właścicielem systemu bazodanowego stało się Oracle. Nigdy nie sądziłem, że MySQL zostanie kupiony przez kogoś, kto nie będzie o niego dbał i odniesie większe korzyści ze zniszczenia go niż rozwijania. Nigdy nie rozważaliśmy takiej możliwości - mówi Widenius. Gdy sprzedawaliśmy go Sunowi zawarliśmy umowę, że system nie zostanie nigdy sprzedany Oracle'owi. Ale w najgorszych snach nie przypuszczaliśmy, że Sun zostanie kupiony przez Oracle'a - dodaje. W 2009 roku Widenius stworzył fork MySQL o nazwie MariaDB, a w 2012 założył MariaDB Foundation, która zarządza projektem. Fundacja połączyła się ze SkySQL, która zapewnia wsparcie od strony sprzedaży i marketingu. Na czele połączonej SkySQL stoi Patrik Sallner. Wierzy on, że projekt odniesie sukces. Z zamówionego niezależnego badania wynika, że około 50% obecnych użytkowników MySQL przejdzie na MariaDB w ciągu najbliższych dwóch lat. Klientami firmy są już m.in. Deutsche Telekom, Craiglist, Financial Times, Home Depot, francuska poczta i policja. Także Wikipedia, zachęcona ofertą bezpłatnego wsparcia technicznego, zaczęła korzystać z MariaDB.
-
Eksperci pracujący nad kontrolowaną fuzją termojądrową wiedzą, że aby ją przeprowadzić, muszą dysponować materiałem odpornym na działanie wysokich temperatur, z którego powstanie wnętrze reaktora. Materiałem takim jest wolfram, który ma najwyższą ze wszystkich metali temperaturę topnienia wynoszącą 3422 stopnie Celsjusza. Jednak jego poważną wadą jest kruchość ujawniająca się w ekstremalnych warunkach, a takie panują w reaktorach. Kruchy materiał, poddany rozciąganiu czy ściskaniu ulega uszkodzeniom. Niemieccy naukowcy z Instytutu Fizyki Plazmy Maksa Plancka (IPP) znaleźli rozwiązanie tego problemu. Wzmocnili wolfram włóknami wolframu. Za wzór posłużyła im wzmacniana ceramika. Kruchy węglik krzemu staje się pięciokrotnie bardziej wytrzymały po wzmocnieniu włóknami węglika krzemu. Johann Riesch i jego koledzy postanowili sprawdzić, czy podobna strategia będzie skuteczna w przypadku wolframu. Najpierw trzeba stworzyć odpowiedni materiał. Wolframową matrycę pokryli warstwą włókien, które zostały dostarczone przez firmę Osram i pierwotnie miały posłużyć do produkcji żarników w żarówkach. Włókna w ramach eksperymentów pokrywano różnymi materiałami, w tym tlenkiem erbu. Układano je następnie albo równolegle, albo przeplatano na kształt warkocza. Aby wypełnić szczeliny między włóknami opracowano, we współpray z brytyjską firmą Archer Technicoat, nową technikę produkcji wolframowych powierzchni. Zwykle elementy takie pozyskuje się poprzez spiekanie w wysokiej temperaturze i pod wysokim ciśnieniem proszku wolframowego. Nowa metoda jest znacznie bardziej delikatna. Polega ona na osadzaniu wolframu z fazy gazowej w niskich temperaturach. Już pierwsze testy wykazały, że tak przygotowany materiał jest trzykrotnie mniej kruchy niż wolfram bez włókien. Szczegółowe badania pokazały, że włókna spinają pęknięcia i rozprowadzają energię naprężeń po materiale. Co najważniejsze, właściwości wzmonionego materiału są zachowane po poddaniu go oddziaływaniu czynników, powodujących, że niewzmocniony wolfram staje się kruchy.
-
Czołowy lankijski meteorolog S.H. Kariyawasam musiał publicznie przeprosić za nazwanie cyklonu imieniem uwielbianego władcy z III w. n.e. Mahasen uderzył przed 2 tygodniami i zabił 18 osób ze Sri Lanki, Bangladeszu oraz Birmy. Syngalezi, którzy stanowią 81,9% całkowitej populacji kraju, oświadczyli, że przez użycie imienia w negatywnym kontekście zszargano nieposzlakowaną opinię króla. Wybór oburzył nie tylko mnichów, ale i byłego prezydenta Mahindę Rajapaksę. Warto dodać, że lista potencjalnych nazw powstała przed dekadą, a na jej kształt miało wpływ 8 państw z basenu Oceanu Indyjskiego. W liście do National Council for the Protection of Historical Irrigation Cultural Heritage szef Wydziału Meteorologicznego napisał, że wybór imienia nie był podyktowany względami politycznymi czy kulturowymi. To po prostu jedna z lankijskich propozycji [sprzed 10 lat].
-
Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles jako pierwsi zdobyli dowody, że bakterie spożyte z pokarmem wpływają na funkcjonowanie ludzkiego mózgu. Amerykanie wykazali, że u kobiet, które regularnie jadają jogurty z probiotykami, działanie mózgu jest inne zarówno w stanie spoczynku, jak i podczas wykonywania zadania polegającego na rozpoznaniu emocji. Wiele z nas ma w lodówce jogurt. Możemy go zjeść dla przyjemności, z powodu zawartego w nim wapnia albo z innych pobudek prozdrowotnych. [Dodatkowo] nasze wyniki sugerują, że pewne składowe jogurtu mogą zmieniać sposób reagowania mózgu na środowisko. Gdy zastanowimy się nad implikacjami tego studium, powiedzenie "jesteś tym, co jesz" nabiera nowego znaczenia - podkreśla prof. Kirsten Tillisch. Uczeni od dawna wiedzieli, że mózg wysyła sygnały do przewodu pokarmowego (dlatego zresztą stres wiąże się często z objawami żołądkowo-jelitowymi). Teraz udało się potwierdzić, że sygnały mogą również pokonywać odwrotną drogę z przewodu pokarmowego do mózgu. Warto dodać, że specjaliści już wcześniej podejrzewali, że tak jest, ale zebrane dowody pochodziły wyłącznie z badań na modelu zwierzęcym. W amerykańskim studium uwzględniono 36 kobiet w wieku od 18 do 55 lat. Panie podzielono na 3 grupy. Jedna przez miesiąc jadała dwa razy dziennie jogurt z mieszaniną kilku probiotyków, druga spożywała produkt bez probiotycznych bakterii, który wyglądał i smakował jak jogurt, a trzecia (kontrolna) nie dostała żadnego preparatu nabiałowego. Przed i po studium ochotniczki badano funkcjonalnym rezonansem magnetycznym (fMRI). Skanowanie przeprowadzano w stanie spoczynku i podczas łączenia twarzy rozgniewanych i przestraszonych z fizjonomiami wyrażającymi takie same emocje. Amerykanie wybrali zadanie do oceny zaangażowania poznawczych oraz afektywnych rejonów mózgu, bo badania na zwierzętach zademonstrowały, że zmiany w mikroflorze jelit wpływają na zachowania afektywne. W porównaniu do kobiet, które nie jadły probiotycznego jogurtu, podczas wykonywania zadania u przedstawicielek 1. grupy odnotowano zmniejszoną aktywność wyspy (obszaru przetwarzającego oraz integrującego wrażenia z wnętrza ciała) oraz kory czuciowo-somatycznej. Tillisch zauważyła również, że u pań jadających jogurty doszło do spadku zaangażowania sieci łączącej obszary związane z emocjami, procesami poznawczymi oraz czuciowymi. W pozostałych grupach aktywność utrzymywała się co najmniej na tym samym poziomie. W stanie spoczynku u kobiet z grupy probiotycznej występowało silniejsze połączenie między istotą szarą okołowodociągową a pełniącą ważne funkcje poznawcze korą przedczołową. U kobiet z grupy kontrolnej istota szara okołowodociągowa była silniej połączona z obszarami emocjonalnymi. U pań spożywających nieprobiotyczny nabiał uzyskano pośrednie rezultaty. Zespół był zaskoczony, że probiotyki nie wpływają wyłącznie na afekt, lecz oddziałują także na procesy przetwarzania czuciowego. Wiedzę, że sygnały wysyłane z przewodu pokarmowego do mózgu można modyfikować za pomocą diety, uda się zapewne wykorzystać w profilaktyce chorób neurologicznych czy psychicznych. Obecnie Kalifornijczycy próbują ustalić, jakie związki wydzielane przez bakterie uruchamiają sygnały wysyłane do mózgu. Poza tym rodzi się pytanie, czy serie antybiotykoterapii oddziałują także na mózg. Antybiotyki są intensywnie stosowane na oddziałach neonatologicznych i w terapii dziecięcych infekcji dróg oddechowych, należy więc ustalić, czy stłumienie prawidłowej mikroflory jelit nie ma przypadkiem długoterminowych konsekwencji w postaci zaburzenia rozwoju mózgu.
-
Otyłe matki posiadają zwykle otyłe dzieci. Jednak nowe badania sugerują, że ten cykl międzypokoleniowej otyłości może przerwać... operacja u matki. Jak się okazuje, wpływa ona na funkcjonowanie genów dziecka. Kanadyjscy badacze porównali dzieci otyłych kobiet z ich rodzeństwem urodzonym po przejściu przez matkę operacji bariatrycznej. Dowiedli w ten sposób, że dzieci urodzone po tym, jak matka schudła były chudsze od swojego starszego rodzeństwa. Były też obarczone mniejszym ryzykiem chorób serca i cukrzycy. Najbardziej zdumiewający był fakt, że u takich dzieci geny związane z problemami powodowanymi przez otyłość działały inaczej niż u ich starszego rodzeństwa. Sugeruje to, że dzieci urodzone po operacji matki mają większą szansę na utrzymanie zdrowia niż ich starsze rodzeństwo. Wpływ na geny oznacza wpływ na całe życie - mówi doktor Marie-Claude Vohl z Laval University. Wydaje się, że po operacji matki warunki w jej organizmie zmieniają się na tyle, że wpływają na funkcjonowanie genów dziecka w macicy. To równocześnie kolejny dowód na to, że środowisko zewnętrzne, w tym przypadku macica, wpływa na funkcjonowanie genów. A także dowód, że otyłość matki nie wpływa tylko na nią, ale również decyduje o całym życiu dziecka. Doktor John Kral z nowojorskiego SUNY Downstate Medical Center, który brał udział w kanadyjskich badaniach mówi, że uzyskane wyniki są bardzo logiczne. Otyła matka ma np. więcej cukrów we krwi, a zatem jest ich więcej w wodach owodniowych. Płody są marynowane i marynują się różnie, w zależności od wagi i zdrowia matki, mówi Kral. Doktor Frederic Guenard, który stał na czele zespołu badawczego, porównał ze sobą dzieci 20 kobiet, urodzone przed i po operacjach bariatrycznych. Średnio dzięki operacji każda z kobiet straciła około 45 kilogramów. Uczony sprawdził ponad 5600 genów u starszego i młodszego rodzeństwa. Odkrył znaczące różnice w aktywności genów odpowiedzialnych za metabolizm cukru i ryzyko chorób serca. Jednak dopiero kolejne lata pokażą, czy różnice te istotnie wpłyną na życie badanych dzieci.
-
Szybkie kamery i systemy śledzenia aktywności pozwoliły uczonym z Instytutu Cybernetyki Biologicznej Maksa Plancka na stwierdzenie, że oczy szczurów poruszają się w przeciwnych kierunkach zarówno w płaszczyźnie pionowej jak i poziomej. Każde z oczu porusza się inaczej, w zależności od ruchów głowy. Szczegółowa analiza pola widzenia oczu wykazała, że szczury nie składają obu obrazów w jeden, tak jak robi to człowiek. Co więcej, jedno z oczu bez przerwy obserwuje przestrzeń nad zwierzęciem. To wynik adaptacji do środowiska naturalnego, w którym olbrzymim zagrożeniem są drapieżne ptaki. Niemieccy naukowcy chcieli sprawdzić, w jaki sposób szczury, które podobnie jak inne zwierzęta, mają oczy umieszczone po obu stronach głowy, radzą sobie z dwiema przeciwstawnymi wymaganiami - z posiadaniem jak najszerszego pola widzenia z jednej strony oraz widzeniem głębi z drugiej. Przymocowali do głów zwierząt miniaturowe kamery, które rejestrowały ruchy oczu. Użyli też urządzenia precyzyjnie mierzącego pozycję głowy, co pozwoliło na bezustanne monitorowanie pola widzenia zwierząt. Ze zdziwieniem zauważyli, że pomimo iż szczury przetwarzają informacje wizualne w podobny sposób jak inne ssaki, to ich oczy poruszają się w zupełnie inny sposób. Gdy głowa jest pochylona, oczy przesuwają się do tyłu, od czubka nosa. Gdy szczur podnosi głowę, oczy patrzą do przodu zezując. Gdy zwierzę przekrzywia głowę w jedną stronę, oko znajdujące się niżej patrzy do góry, oko położone wyżej - w dół - mówi Jason Kerr, jeden z autorów badań. Oczy szczura działają zatem bardzo odmiennie od ludzkich. U ludzi niezgodność pomiędzy oczami rzędu 1 stopnia powoduje, że widzimy obraz podwójnie. U szczurów różnica pomiędzy oboma oczami dochodzi do 40 stopni w poziomie i do 60 stopni w pionie. Dzięki temu,niezależnie od ruchów głową, zwierzę może zawsze pilnować przestrzeni nad sobą.
-
Rokrocznie w krajach rozwijających się przez biegunkę umiera ponad milion dzieci. Można temu zaradzić, myjąc przed posiłkiem ręce. W Indiach je się palcami, co jeszcze bardziej zwiększa ryzyko zakażenia chorobotwórczymi bakteriami. Jak niestandardowo przypomnieć ludziom o higienie? Można np. ostemplować chleb. Dobrą okazją do przetestowania tego pomysłu było hinduistyczne święto mahakumbhamela. Wiedząc, że organizatorzy spodziewają się nawet 100 mln gości, producent mydła Lifebuoy połączył siły z agencją OglivyAction z Bombaju. Podgrzewaną pieczęcią oznakowano 2,5 mln placków roti. Przeczytawszy pytanie "Myłeś już ręce mydłem Lifebuoy?", ludzie często wstawali od talerza i wędrowali do prowizorycznej łazienki. Pomijając skuteczność, odbiorcom spodobała się też forma przekazu. O napisie dyskutowano, niektórzy sprawdzali, czy z drugiej strony roti także znajduje się jakaś niespodzianka.
-
Eksperci z Lawrence Livermore National Laboratory opracowali nową technikę usuwania i przechowywania atmosferycznego CO2 przy jednoczesnym pozyskiwaniu wodoru oraz zwiększaniu zasadowości, co pozwoli na walkę z zakwaszaniem oceanów. W laboratorium zaprezentowano system, który w procesie elektrolizy wykorzystuje kwasowość wody morskiej do przyspieszenia procesu rozpuszczania minerału zawierającego krzemiany i jednoczesnego pozyskiwania wodoru oraz innych gazów. W wyniku działania systemu powstał roztwór, który miał znacząco wyższą koncentrację wodorotlenków niż roztwór pierwotny, a to z kolei powodowało, że lepiej absorbował atmosferyczny CO2. Uzyskane w ten sposób węglany i dwuwęglany mogą zostac użyte do zapobiegania zakwaszenia wód oceanicznych. Nie tylko znaleźliśmy sposób na usuwanie z atmosfery i przechowywanie CO2 przy jednoczesnym pozyskiwaniu H2, ale uważamy, że technika ta pozwoli chronić systemy morskie - mówi Greg Rau z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz. Atmosferyczny dwutlenek węgla jest w dużej mierze absorbowany przez oceany, w których powstaje następnie kwas węglowy, zwiększający kwasowość wód. To z kolei szkodzi wielu ekosystemom morskim. Niewykluczone, że do połowy bieżącego stulecia kwasowość oceanów zwiększy się o ponad 60% w stosunku do epoki przedindustrialnej. Alkaliczny roztwór, powstający w wyniku działania systemu zaprezentowanego przez LLNL mógłby zapobiegać zwiększaniu kwasowości oceanów. Taki system, zasilany odnawialną energią i wykorzystujący powszechnie występujące minerały oraz roztwory soli mógłby, w odpowiedniej skali, okazać się efektywnym wysoko wydajnym sposobem wyłapywania i przechwytywania atmosferycznego CO2. Mógłby też służyć do produkcji superekologicznego paliwa - mówi Rau. Uczony podkreśla, że nowy system ma znaczą przewagę nad innymi proponowanymi rozwiązaniami. Nie wymaga bowiem wcześniejszego zbierania CO2 z powietrza, gaz nie musi być przechowywany, nie trzeba też stosować specjalnych mechanicznych czy termicznych rozwiązań służących koncentracji CO2.
-
Naukowcy z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie dokonali rzeczy pozornie niemożliwej - splątali fotony, które nie istniały w tym samym czasie. Dowiedli w ten sposób słuszności teorii opracowanej w ubiegłym roku przez niemieckich uczonych z Friedrich-Alexander-Universität Erlangen-Nürnberg. Splątanie to jeden z najbardziej niezwykłych fenomenów natury. Polega ono na połączeniu stanów kwantowych dwóch cząsteczek, niezależnie od dzielącej je odległości. Zmiana stanu kwantowego jednej z nich prowadzi do zmiany stanu drugiej. Zjawisko to niejednokrotnie już obserwowano. Teraz jednak uczeni z Izraela udowodnili, że dotyczy ono cząsteczek, które były oddzielone przez czas, a nie tylko przestrzeń. Naukowcy najpierw wykorzystali laser do splątania pary fotonów P1 i P2. Zmierzyli następnie polaryzację P1 i natychmiast stworzyli splątaną parę P3 i P4. Później jednocześnie zmierzyli polaryzację P2 i P3 co doprowadziło do ich splątania. Na koniec zmierzyli polaryzację P4. Pomiar polaryzacji dokonany na P1 doprowadził do zniszczenia fotonu. Nie istniał on w momencie stworzenia fotonu P4, a mimo to pomiar P4 dowiódł, że był on splątany z P1. Zdaniem uczonych ich eksperyment dowodzi, że zjawiska kwantowe nie muszą zachodzić jednocześnie w świecie obserwowalnym. Prace Izraelczyków mogą mieć praktyczne zastosowania. Dzięki nim mogą powstać superbezpieczne sieci informatyczne, pozwalające na szyfrowaną komunikację pomiędzy miejscami, które nigdy bezpośrednio nie wysłały do siebie kluczy kryptograficznych. Być może przydadzą się też w pracach nad komputerem kwantowym.
-
Gdy obniża się nastrój, obniża się też neuroplastyczność
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Psychologia
Mózgi osób z depresją są mniej plastyczne. Jak tłumaczy Colleen Loo ze Szkoły Psychiatrii Uniwersytetu Nowej Południowej Walii, neuroplastyczność polega na powstawaniu nowych neuronów i rozgałęzianiu starych. Australijka podkreśla jednak, że to dwukierunkowe zjawisko: skoro coś może się rozrosnąć, może się i skurczyć. Pewne badania wskazywały, że pacjenci z depresją nie uczą się tak dobrze jak zdrowi, a co za tym idzie, gorzej wypadają w testach przypominania. Inne studia sugerowały, że ma to związek ze zmniejszaniem objętości pewnych obszarów mózgu. By odróżnić spadek neuroplastyczności od obniżonej motywacji, autorzy artykułu z pisma Neuropsychopharmacology zaplanowali ciekawy eksperyment. Zebrali grupę 23 pacjentów z epizodem ciężkiej depresji i również 23-osobową grupę kontrolną. W przypadku wszystkich ochotników wykorzystano tzw. metodę PAS (ang. Paired Associative Stimulation), która miała prowadzić do przejściowych zmian w działaniu kory ruchowej. Przed i po 13-min sesji PAS uciekano się do jednopulsowej przezczaszkowej stymulacji magnetycznej i mierzono amplitudę ruchowych potencjałów wywołanych (ang. motor evoked potential, MEP). Okazało się, że w porównaniu do chorych, u ludzi zdrowych amplituda MEPs w mięśniu dłoni znacząco wzrosła, co wskazywało na wzrost pobudliwości korowej. Funkcjonalne znaczenie tych zmian określano podczas pracy na komputerze. Ochotnicy musieli utrzymać strzałkę w obrębie okręgu za pomocą myszki. Stwierdziliśmy, że krzywa uczenia osób z depresją nie miała tak dobrego kształtu jak u ludzi zdrowych. Pocieszające jest to, że Loo zauważyła, że po miesiącu stosowania przezczaszkowej stymulacji prądem stałym (ang. transcranial direct current stimulation, tDCS) wyniki powtórzonych testów na neuroplastyczność mieściły się już w normie, a objawy depresji ustąpiły.