Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Najtrudniej odejść... wierzącym?

Recommended Posts

Wydawać by się mogło, że osoby religijne, wierzące w życie po śmierci, łatwiej godzą się z odejściem z naszego świata i rzadziej decydują się na tzw. uporczywą terapię. Nic bardziej mylnego! Studium przeprowadzone przez badaczy z Dana-Faber Cancer Institute wykazało, że właśnie osoby przywiązujące ogomną wagę do religii najchętniej korzystają z wszelkich dostępnych metod mogących przedłużyć ich życie.

Badanie objęło 345 pacjentów chorych na różnego rodzaju nowotwory w bardzo zaawansowanym stadium rozwoju. Każda z osób otrzymała specjalną ankietę, w której mogła wypowiedzieć się na temat swoich poglądów na temat religii. Z kwestionariuszy tych wynika, że około 30% uczestników studium to osoby, dla których religia jest "najważniejszą rzeczą, która utrzymuje cię w pionie".

Dalsze losy pacjentów oraz podejmowane przez nich decyzje mogą być dla niektórych zaskakujące. Okazuje się bowiem, że osoby deklarujące najbardziej żarliwą wiarę ponadtrzykrotnie częściej żądały wykonywania wszelkich zabiegów, które mogłyby przedłużyć życie, nawet jeśli miałyby one pogorszyć jakość ostatnich chwil życia. Pacjenci z tej grupy znacznie rzadziej wypełniali także deklaracje zakazujące podejmowania akcji resuscytacyjnej.

Podjęcie decyzji o podtrzymywaniu życia za wszelką cenę jest obarczone wieloma konsekwencjami. Pacjenci są narażeni na wyraźnie większy stres, ich ciała także cierpią bardziej ze względu na stosowanie inwazyjnych metod leczenia. Co więcej, osoby takie mają znacznie mniejszą szansę na zakończenie życia w miejscu, które one same uznają za komfortowe. Mimo to, z nieznanych przyczyn, najbardziej religijni pacjenci decydowali się na ten krok wyjątkowo często.

Dlaczego osoby wierzące tak rzadko podejmują decyzję o rezygnacji z resuscytacji? Nie udało się tego ustalić jednoznacznie. Jest to jednak zaskakujące, gdyż wcześniejsze badania wyraźnie sugerowały, że wiara, niezależnie od wyznawanej religii, pomaga przetrwać chorobę w lepszej kondycji psychicznej. Wygląda więc na to, że do pełnego wyjaśnienia tej zagadki konieczne będą dalsze badania.

O wynikach studium poinformowało czasopismo Journal of the American Medical Association.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie bardzo widze zwiazek. Wydaje mi sie, ze osoby wierzace ufaja w to, ze moga zostac mimo wszystko uzdrowione i dlatego tez "trzymaja sie zycia".

Smierc nie jest dla nich celem samym w sobie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

generalnie zależy w co się wierzy, jeśli się wierzy że się pójdzie do nieba i będzi eultraszczęśliwym to nie widzę racjonalnych powodów do trzymania się tego padołu za wszelką cenę

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeśli badania brały pod uwagę Chrześcijan to wszystko jest dla mnie oczywiste. Chrześcijanin nie może zgodzić się sam na śmierć, powinien walczyć o życie, inaczej milcząco przyjmuje, że chce umrzeć (tak jakby popełnić samobójstwo) - a to nie wróży mu niebiańskiego życia po śmierci.

 

PS. Pierwszy post, więc witam wszystkich na forum i gratuluję dobrych newsów autorom! ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Może właśnie dlatego, że są wierzący, boją się życia pozagrobowego. Religie przecież bardzo mocno straszą sądami ostatecznymi itp.

Gdy człowiekowi mało życia zostało, to przypomina sobie dawne czasy i widocznie uświadamia sobie, że nie był taki święty za życia.  ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

To nie jest zgoda na śmierć, ale zaniechanie przedłużania agonii. Nie przez podanie jakiejś piguły śmierci - eutanazję, lecz przez naturalne zejście z tego padołu.

Skoro ktoś bezgranicznie ufa Bogu, to po co chce to przedłużać? Przypominam, że chodzi o pacjentów którzy mają definitywny wyrok i nie mają szans na cudowne wyzdrowienie.

Może wszystkiemu winna jest wiara w siłę grzechu i braku odkupienia ? Wierzący za wszelką cenę chcą mieć jeszcze trochę czasu żeby uporać się ze swoimi demonami, komuś przebaczyć, kogoś przeprosić, zrobić rachunek sumienia. Niewierni się tym nie przejmują i nic już ich tu nie trzyma. Jaki inny jest sens przedłużania męczarni ?

 

PS. Witamy na forum

Share this post


Link to post
Share on other sites

Walka ze śmiercią i nie zgadzanie sie na jej przyjście to chyba głębsze zagadnienie bo przecież wydaje sie kupe pieniędzy na przedłużanie życia nicieniom i muszkom owocowym w nadzieii że uda się przedłużyć życie człowiekowi a wilu pragnie pozostawić coś po sobie żeby o nich pamiętano (utwór, pomnik, itp.) sama medycyna jest rozwijana żeby przedłużać życie (np. techniki reanimacyjne) więc myśle że oprucz samobujców każdy jakoś walczy ze śmiercią a wierzący poprostu bardzo wysoko cenią sobie jego wartość  ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wbrew pozorom to chcemy żyć jak najdłużej na ziemi.

Mamy ku temu kilka bardzo dziwnych powodów. Wiemy jak tu jest, ile zostało nam w przybliżeniu czasu do końca. Chyba każdy chciałby żyć wiecznie nie?;) ale myśl o wiecznym życiu gdzieś u Boga jest jakaś taka straszna. Przez nieskończoność czasu mielibyśmy sie cieszyć?

Boimy sie tych rzeczy bo cokolwiek robimy i myslimy, przyrównujemy do naszego teraźniejszego świata. Nie potrafimy sobie nawet wyobrazić nieskończonego życia. Z jednej strony pomyślimy że to będzie nuda i co my tam będziemy robić, ale z drugiej strony chcielibyśmy tutaj na ziemi żyć cały czas, bo przecież fajnie jest;)

 

Ja tłumacze sobie to tak, że śmierć to tylko przejscie dalej:)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zatem albo religia wcale nie daje pociechy przed śmiercią… Albo po prostu najbardziej religijne osoby to osoby najbardziej bojące się śmierci (i nadal im ona nie daje wsparcia).

Dalej idące wnioski zachowam dla siebie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jakie dalej idące wnioski? Że religia to forma grupy wsparcia dla ludzi bojących się własnej śmiertelności ? ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeśli badania brały pod uwagę Chrześcijan to wszystko jest dla mnie oczywiste. Chrześcijanin nie może zgodzić się sam na śmierć, powinien walczyć o życie, inaczej milcząco przyjmuje, że chce umrzeć (tak jakby popełnić samobójstwo) - a to nie wróży mu niebiańskiego życia po śmierci.

Nie zgodzę się. Watykan wielokrotnie mówił wprost, że przerywanie uporczywej terapii NIE jest eutanazją i jest dozwolone.

 

A tak w ogóle, to witam na forum ;) I 3GroszoWtykacza - dwóch "debiutantów" przy jednej notce to rzadkość - nie ma jak włożenie kija w mrowisko :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

ale, co by nie mówić na przestrzeni wieków kościół pozwolił sobie ubarwić i diabła, i piekło, i całe życie pozagrobowe.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nasuwa mi się jeszcze jedna myśl, która mogłaby wyjaśniać takie a nie inne wyniki.

 

Pacjentów badano o stosunek do religii dopiero wtedy, gdy byli bliscy śmierci. Można to więc interpretować w ten sposób, że ci, który najbardziej bali się umrzeć (a więc ci, którzy chcieliby być podtrzymywani za wszelką cenę przy życiu), uciekali się do religii jako wsparcia psychicznego, bo to dawało im poczucie, że koniec ziemskiego życia nie jest końcem istnienia. Stąd tak wielu bardzo wierzących (bo jakoś nie wierzę, żeby w typowej grupie ludzi "z ulicy" znalazło się aż 30% osób uważających religię za najwazniejszą rzecz) i stąd to nastawienie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moja babcia typowy "mocher" umiera na raka i nie chce za wszelka cene sie leczyc. Jest to sprzeczne z wnioskami plynacymi z artykulu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Statystyka ma to do siebie, że jest jak bikini: pokazuje wiele, ale ukrywa to, co nas najbardziej interesuje ;) Po prostu w takich badaniach nie da się uwzględnić każdego przypadku.

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Pacjentów badano o stosunek do religii dopiero wtedy..."

o o o bardzo rozsądne i przekonujące,może tak właśnie jest,dyszka :-*

Share this post


Link to post
Share on other sites
Nie zgodzę się. Watykan wielokrotnie mówił wprost, że przerywanie uporczywej terapii NIE jest eutanazją i jest dozwolone.

Watykan i wiara to chyba jednak dwie różne sprawy.

Wiele rzeczy mówi Watykan i na wiele tematów wierni mają inne zdanie niż Watykan. Wystarczy tylko wspomnieć o antykoncepcji.

Dalej mówienie że przerywanie uporczywej terapii nie jest eutanazją i jest dozwolone nie oznacza że walka ze śmiercią jest zła. Walka z chorobą jest także przez Watykan uznawana za powinność każdego wiernego. Stosunek Watykanu do eutanazji jest chyba znany i jasny. Ateiści mają do eutanazji stosunek znacznie bardziej liberalny.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Watykan i wiara to chyba jednak dwie różne sprawy.

Jasne, że tak. Odnosiłem się do tej wypowiedzi:

"Jeśli badania brały pod uwagę Chrześcijan to wszystko jest dla mnie oczywiste. Chrześcijanin nie może zgodzić się sam na śmierć, powinien walczyć o życie, inaczej milcząco przyjmuje, że chce umrzeć (tak jakby popełnić samobójstwo) - a to nie wróży mu niebiańskiego życia po śmierci."

I stąd nieporozumienie - przepraszam za brak cytatu.

 

Dalej mówienie że przerywanie uporczywej terapii nie jest eutanazją i jest dozwolone nie oznacza że walka ze śmiercią jest zła. Walka z chorobą jest także przez Watykan uznawana za powinność każdego wiernego.

Zgadzam się, choć sami wierni mają bardzo różne podejście do uporczywej terapii. O ile dobrze mi wiadomo, w kwestii podtrzymywania przy życiu Watykan pozostawia wiernym wolną rękę - lekarze mogą zadecydować o odłączeniu od respiratora i nie będzie to grzechem, ale mogą też decydować o utrzymaniu przy aparaturze.

Stosunek Watykanu do eutanazji jest chyba znany i jasny.

No, nie wiem. Moim zadniem nie jest ani powszechnie znany (o czym świadczą takie wypowiedzi, jak ta zacytowana przeze mnie), ani jasny. Co chwilę słyszy się bowiem, że przerywanie agonii osób leżących od wielu lat w stanie śmierci klinicznej jest uznawane przez KRK za eutanazję, co dla wielu osób (pal licho moją opinię, mówię o ogóle społeczeństwa) jest uznawane za sprzeczność.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Temat jest ciekawy.

Osobiście mało mi zależy na życiu tu na Ziemi a tym mniej mi zależy im bardziej czuję się wyzwolony od religii.

Życie jest spokojniejsze, bez stresów o grzechy, wystarcza mi bycie dobrym człowiekiem, zwłaszcza dla potrzebujących.

 

Ks. prof. Tischner umierając stwierdził, że cierpienie nie uszlachetnia -to cierpienie które tak bardzo jest lansowane przez kościół katolicki. Matka Teresa z Kalkuty pod koniec swojego życia przyznawała, że ma chwile zwątpienia w Boga.

 

Czy nie jest tak, że wierzący czują się opuszczeni wręcz zaskoczeni samotnością w śmierci a nieprzygotowani na taką niespodziankę chcą po prostu oddalić ten strach poprzez pozostanie tu na ziemi?

 

Niewierzący wie że nic nie ma po śmierci i ten fakt może bezlitosny ale nie zaskakujący?

Share this post


Link to post
Share on other sites

oprócz tego że po wyjściu z "okresu magicznego" żecie nie ma sensu,zero wartości-możnaby robić cokolwiek,ale jeśli wszystko jest jednakowo złe i dobre(gdzie znaleźć podporę dla sądów etycznych?w widzimisię?w zaprogramowanych w nas przyjemnościach?w słowach?) to po co coś robić i wstawać rano?

Share this post


Link to post
Share on other sites

A dlaczego nie ma sensu? A życie to nie wartość?

Odczuwanie przyjemności z pomagania innym czy np. robienia prezentów nie ma przyporządkowania do religii. To przykład bardzo trywialny ale tak właśnie jest z wieloma aspektami życia. Co dzień ludzie na całym świecie zmagają się z różnymi problemami i przeciwnościami, co dzień próbują zmienić swoje lub innych życie i znajdują w tym jakąś wartość. Czy do oceny, czy coś jest dobre lub złe potrzebny jest jakiś szaman, który to powie?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jestem wierzący i myślę, że bardziej chodzi tu o wiarę w moc Boga. Ludzie wierzący starają się jak najdłużej żyć bo liczą na to, że Bóg im pomoże. Jeśli lekarz mówi, że daje nam do wyboru: 10 procent szans na normalne życie po zabiegu je ratującym a 90 procent na bycie warzywkiem, lub nie zrobienie zabiegu i parę tygodni, życia to "ateista" mówi sobie za małe szanse, a wierzący pokłada nadzieję, że Bóg mu pomoże.

A pogodzenie się ze śmiercią nie jest równoważne z zaniechaniem jakichkolwiek terapii.

 

 

Ks. prof. Tischner umierając stwierdził, że cierpienie nie uszlachetnia -to cierpienie które tak bardzo jest lansowane przez kościół katolicki. Matka Teresa z Kalkuty pod koniec swojego życia przyznawała, że ma chwile zwątpienia w Boga.

 

 

Myślę, że każdy wierzący ma chwile, że wątpi w istnienie Boga. Ja osobiście częściej wątpię niż wierzę, ale wiara mi pomaga i nie ważne czy to z psychologicznego punktu widzenia czy Bóg mi pomaga (oj chyba znowu zwątpiłem) ważne jest to, że jak przestanę wierzyć całkowicie to nawet efekt psychologiczny zniknie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Od czasów Oświecenia prognozuje się zaniknięcie religii, jednak religijność ludzka ma się dobrze. Jedynie około miliarda osób na świecie definiuje się jako osoby niereligijne. Doktor John Shaver z Otago's Religion Programme i jego zespół twierdzą, że znaleźli przyczynę, dla której religie nie zanikają tak szybko, jak to zapowiadano.
      Zdaniem nowozelandzkich uczonych jedną z najważniejszych przyczyn trwałości religii jest fakt, że osoby religijne mają większe rodziny, gdyż otrzymują więcej pomocy w wychowywaniu dzieci niż osoby niereligijne.
      Religijność w Nowej Zelandii zmniejsza się od dekad. My znaleźliśmy przyczynę, która równoważy ten trend spadkowy, a przyczyna ta ma związek z dynamiką współpracy przy wychowywaniu dzieci w społecznościach religijnych. Pomoc matkom to jedna z przyczyn sukcesu ewolucyjnego naszego gatunku. We współczesnym świecie matki otrzymują znacznie mniej pomocy, niż w przeszłości. Zaś mniej pomocy zmniejsza płodność. Jednak, jak się okazuje, religijne matki otrzymują więcej pomocy niż matki niereligijne, mówi Shaver.
      Na potrzeby badań przeanalizowano dane 12 980 osób, które wzięły udział w New Zealand Attitudes and Values Study (NZAVS). Badania te, prowadzone przez profesora Chrisa Sibleya z University of Auckland, zawierają dane od dużej próbki mieszkańców Nowej Zelandii. Połowa obywateli tego kraju deklaruje się jako osoby niewierzące.
      Shaver stwierdza: Odkryliśmy, że ludzie religijny mają więcej dzieci, a te osoby religijne, które akurat dzieci nie mają z większym prawdopodobieństwem pomagają w opiece nad dziećmi niż osoby niewierzące, które nie mają dzieci. Nasze badania wyjaśniają, dlaczego religijne nie znikają tak szybko, jak wielu przewidywało. Ludzie religijni mogą mieć więcej dzieci, gdyż otrzymują przy ich wychowywaniu więcej pomocy niż ludzie niewierzący. Mamy nadzieję, że uzyskane przez nas wyniki zwrócą uwagę na wpływ wiary na podstawowe procesy biologiczne i społeczne ludzi.
      Współautor badań, profesor Joseph Bulbulia zauważa, że wyniki takie są zgodne z wynikami wcześniejszych badań, które wskazywały, że osoby wierzące mogą liczyć na większą współpracę w grupie niż osoby niewierzące. Oczywiście pomoc przy wychowywaniu dzieci to tylko jeden z elementów, dla których religijne są trwałe, ale to ważny pierwszy krok w zrozumieniu fenomenu, który jest niezwykle istotny dla przewidywania struktury społecznej przyszłości, mówi uczony.
      Innym interesującym spostrzeżeniem jest stwierdzenie, że w porównaniu z Nowozelandczykami o europejskich korzeniach, Maorysi i mieszkańcy wysp Pacyfiku mają więcej dzieci, a Azjaci mniej. Maorysi i wyspiarze częściej bowiem opiekują się dziećmi, które nie są ich własnymi dziećmi, a Azjaci znacznie mniej angażują się we wspólną opiekę nad dziećmi. I znowu, w skali całego kraju, oznacza to, że płodność i współpraca w grupie są ze sobą skorelowane. I we wszystkich grupach etnicznych widoczny jest wpływ religii na wspólną opiekę nad dziećmi i płodność, dodaje Bulbulia.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Palenie marihuany na 3 godziny przed prowadzeniem samochodu 1,92 razy zwiększa ryzyko wypadku, zwłaszcza ze skutkiem śmiertelnym.
      Zespół profesora Marka Asbridge'a z Dalhousie University przeprowadził metaanalizę 9 badań obserwacyjnych, w przypadku których łączna liczebność prób poszkodowanych w wypadkach osób wynosiła 49.411. Naukowcy wyliczyli prawdopodobieństwo wypadku, gdy palenie marihuany potwierdziły badania toksykologiczne pełnej krwi (występował w niej psychoaktywny metabolit THC - 11-OH-THC) albo sam kierowca wspominał, że palił 3 godziny przez wypadkiem lub później, a jednocześnie wykluczono picie alkoholu i zażywanie narkotyków innych niż marihuana.
      Nie wiadomo, jaki dokładnie poziom THC (tetrahydrokannabinolu) upośledza umiejętności psychomotoryczne potrzebne do prowadzenia pojazdów mechanicznych, ponieważ w większości studiów (6) poprzestawano na wykryciu THC we krwi, a tylko w 3 ustalano stężenie głównej substancji psychoaktywnej konopi. Mimo że nie sprawdzaliśmy wpływu dawki na ryzyko i powagę wypadku, badanie kierowców, którzy zginęli, ujawniło większe ilości THC we krwi. Choć stopień upośledzenia zdolności prowadzenia samochodu może nie być tak duży jak przy upojeniu alkoholowym, to jednak się pojawia i wymaga reakcji służb zdrowia publicznego [oraz ustawodawców] - napisano w raporcie opublikowanym na łamach British Medical Journal.
      Wiele z badań oceniających wpływ konopi na zdolność kierowania samochodem prowadzi się w laboratorium, dlatego choć mają one wysoką trafność wewnętrzną (na zmienną zależną wpływa tylko zmienna niezależna), nie wiadomo, jak wyniki uzyskane na symulatorze mają się do stylu prowadzenia prawdziwego auta. Ich uczestnikami dość często są palacze marihuany z długim stażem, którzy wykonują zadania nie odzwierciedlające złożoności jazdy w naturalnych warunkach. Z tego powodu naukowcy skoncentrowali się na studiach obserwacyjnych.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco (UCSF) zidentyfikowali w zdrowej tkance prostaty mężczyzn z guzami gruczołu krokowego o niewielkim stopniu zaawansowania 184 geny, które pozwalają wyjaśnić, czemu aktywność fizyczna spowalnia chorobę i obniża ryzyko zgonu.
      Kalifornijczycy zbadali ok. 20 tys. genów zdrowej tkanki prostaty (pobrano ją od 70 pacjentów). Bazowali na wspólnych ustaleniach zespołu z UCSF i Harvardzkiej Szkoły Zdrowia Publicznego, że szybki marsz, ewentualnie bieganie przez 3 godziny w tygodniu lub więcej obniża ryzyko postępów choroby i zgonu po zdiagnozowaniu raka prostaty. Wiedząc, że się tak dzieje, pozostawało jeszcze odpowiedzieć na pytanie dlaczego. I tym właśnie zajęli się specjaliści pracujący pod przewodnictwem June Chan.
      Poziom ekspresji ok. 20 tys. genów zestawiano z wzorcem aktywności fizycznej, opisanym przez badanych w kwestionariuszu. Okazało się, że w porównaniu do osób, które ruszały się mniej, u mężczyzn ćwiczących intensywnie co najmniej 3 godziny w tygodniu zwiększała się ekspresja 109 genów, a spadała 75. Wśród zwiększających swoją aktywność znalazły się np. geny supresorowe BRCA1 i BRCA2 (kodowane przez nie białka biorą udział w naprawie uszkodzonego DNA) oraz odpowiadające za przebieg cyklu komórkowego.
      Analiza uzyskanych danych nadal trwa. Naukowcy sprawdzają, jakie szlaki ulegają wyłączeniu/stłumieniu pod wpływem ćwiczeń. W przyszłości Chan zamierza powtórzyć badania na większej próbie, w tym na mężczyznach, u których doszło do wznowy raka prostaty.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Jedzenie smażonych pokarmów nie wiąże się z podwyższonym ryzykiem choroby sercowo-naczyniowej czy przedwczesnego zgonu, jeśli używa się do tego oliwy lub oleju słonecznikowego - przekonują naukowcy z Autonomicznego Uniwersytetu w Madrycie.
      Hiszpanie podkreślają, że ich odkrycia nie odnoszą się do innych olejów ani tłuszczów pochodzenia zwierzęcego, np. słoniny. W ich słynącym ze zdrowej śródziemnomorskiej diety kraju używa się przede wszystkim dostępnych w dużych ilościach oliwy i oleju słonecznikowego, dlatego w rejonach, gdzie w kuchni stosuje się tłuszcze stałe, a wielokrotne smażenie na tym samym oleju nie należy do rzadkości, wyniki byłyby zapewne zupełnie inne.
      Zespół prof. Pilar Guallar-Castillón analizował dane 40.757 osób w wieku od 29 do 69 lat (uczestników European Prospective Investigation into Cancer and Nutrition Study). Ich losy śledzono przez 11 lat. Na początku studium nikt nie chorował na serce. Przeszkoleni ankieterzy przeprowadzali z badanymi wywiady dotyczące diety i metod gotowania. Za smażone pokarmy uznawano potrawy, w przypadku których smażenie było jedyną metodą obróbki.
      Ochotników podzielono na 3 grupy, wyodrębnione na podstawie spożycia smażeniny. W 11-letnim okresie obserwacyjnym odnotowano 606 zdarzeń sercowo-naczyniowych i 1134 zgony. W kraju śródziemnomorskim, gdzie oliwa i olej słonecznikowy są najczęściej używanymi do smażenia tłuszczami i gdzie zarówno w domu, jak i poza nim spożywa się dużo pokarmów smażonych, nie zaobserwowano związku między konsumpcją smażeniny a ryzykiem choroby niedokrwiennej serca czy śmierci.
      Należy pamiętać, że poza olejem używanym do smażenia ważną rolę odgrywa ogólny skład diety. Trzeba pamiętać o warzywach i owocach (a tych nie brakuje w diecie śródziemnomorskiej); jeśli menu będzie ubogie w ważne dla zdrowia składniki, codzienne smażenie, nawet na oliwie i oleju słonecznikowym, na pewno nie skończy się dobrze...
    • By KopalniaWiedzy.pl
      "Ptaki" Hitchcocka dawno już stały się klasyką kina, ale dopiero teraz udało się wyjaśnić, czemu w 1961 r. mewy dokonywały samobójczych lotów na okna domów w kalifornijskiej zatoce Monterey (podobno te właśnie zdarzenia w dużej mierze zainspirowały reżysera).
      Osiemnastego sierpnia 1961 r. w jednej z kalifornijskich gazet alarmowano, że tysiące oszalałych burzyków szarych bombardują brzegi północnej części zatoki Monterey, zwracając przy tym sardele. Hitchcock widział jeden z takich incydentów, który zadziałał na jego żywą wyobraźnię.
      Wg biologów z Uniwersytetu Stanowego Luizjany, ptaki uległy zatruciu. Naukowcy, których artykuł ukazał się w piśmie Nature Geoscience, przeprowadzili sekcje padłych przed półwieczem mew, burzyków i żółwi. Badali zawartość żołądków tych zwierząt. Stwierdzono duże ilości kwasu domoikowego - neurotoksyny uszkadzającej struktury ośrodkowego układu nerwowego. Ponieważ aminokwas ten jest produkowany przez morskie mięczaki i okrzemki, kumuluje się w organizmach m.in. sardeli i kałamarnic, którymi żywią się ptaki morskie. Uszkadzając mózg (a zwłaszcza hipokampa), kwas domoikowy może w skrajnych przypadkach doprowadzać do dezorientacji. Niekiedy zatrucie kończy się też śmiercią.
      Jak wylicza Sibel Bargu, kwas domoikowy wykryto w 79% planktonu zjedzonego przez sardele i kałamarnice. W krótkim czasie neurotoksyna mogła zostać na tyle skoncentrowana, by uśmiercić stworzenia z kolejnych szczebli łańcucha pokarmowego. Pani Bargu podkreśla, że choć już wcześniej wspominano o zatruciu ptaków, dotąd nie udawało się zdobyć na to dowodów. My pokazaliśmy próbki planktonu z zatrucia z 1961 r. [na co dzień są one przechowywane w Scripps Institution of Oceanography], w których znalazły się wytwarzające neurotoksynę okrzemki Pseudo-nitzschia [...].
      W 1991 r. na tym samym obszarze podobnemu zatruciu uległy pelikany brunatne. W żołądkach stanowiących podstawę ich diety ryb odkryto duże ilości okrzemek Pseudo-nitzschia i kwasu domoikowego. Uprawdopodobniało to hipotezę, że ten sam los spotkał 30 lat wcześniej burzyki, mewy i innych nieszczęśników.
      Poszukując bezpośredniej przyczyny zakwitów, naukowcy dywagują, że może chodzić o pestycydy, niewykluczone też, że na przeżywającym budowlany boom terenie doszło (i dochodzi) do wycieku z szamb.
×
×
  • Create New...