Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
KopalniaWiedzy.pl

Pieniądze szczęście dają. A im ich więcej, tym lepiej

Recommended Posts

Posiadanie pieniędzy nie tylko przyczynia się do poczucia szczęścia, ale ma na nie większy wpływ, niż dotychczas sądzono. Badania przeprowadzone na Pennsylvania University pokazują, że nie istnieje poziom dochodów, powyżej którego posiadanie pieniędzy nie zwiększa naszego poczucia szczęścia.

Matthew Killingsworth z Penn's Wharton School, który zajmuje się badaniem ludzkiego szczęścia mówi, że związek pomiędzy szczęściem a dobrostanem jest jednym z najbardziej badanych tematów, w dziedzinie, którą się zajmuje. Bardzo mnie to zagadnienie interesuje. Inni naukowcy również się tym interesują. Interesuje to też przeciętnego człowieka. To coś, co każdy stara się zdobyć, mówi Killingsworth.

Prowadząc swoje badania naukowiec zebrał 1,7 obserwacji statystycznych dotyczących ponad 33 000 osób, które dostarczyły mu informacji na temat poczucia szczęśliwości w życiu codziennym. Po przeanalizowaniu danych Killingsworth donosi na łamach PNAS, że pieniądze nie tylko wpływają na dobrostan i poczucie szczęśliwości, ale nie istnieje poziom dochodowy, powyżej którego wpływ ten staje się nieistotny. Autorzy wcześniejszych wpływowych badań twierdzili bowiem, że powyżej dochodów wynoszących 75 000 USD rocznie pieniądze przestają mieć wpływ na dobrostan.

Killingsworth wykorzystał technikę zwaną wyrywkową kontrolą doznań (ESM – experience sampling method). Osoby biorące udział w badaniach miały za zadanie w wybranych momentach dnia wypełnić krótki kwestionariusz, w którym opisywały, jak się czują. Metoda ta mówi nam, co rzeczywiście dzieje się w życiu ludzi, którzy normalnie funkcjonują, chodzą do pracy, oglądają telewizję, rozmawiają z rodziną, stwierdza naukowiec. Większość badań nad związkiem pomiędzy pieniędzmi a poczuciem szczęścia skupia się na dostarczanym przez badanych ogólnym opisie satysfakcji z życia. Killingsforth wykorzystał zarówno taki opis, jak i zbierany za pomocą krótkich kwestionariuszy rzeczywisty dobrostan badanych w danym momencie życia.

W badaniach naukowiec wykorzystał aplikację Track Your Happines. Badani odpowiadali np. na pytanie jak się w danej chwili czujesz i mieli do wyboru skalę od bardzo źle do bardzo dobrze. W czasie całych badań co najmniej jeden raz pytano też ich o satysfakcję z całego życia, którą należało opisać na skali od brak satysfakcji po olbrzymia satysfakcja. Pod uwagę wzięto 12 specyficznych stanów ducha, w tym pięć pozytywnych (pewny siebie, udany, szczęśliwy, zaangażowany, dumny) i 7 negatywnych (wystraszony, rozgniewany, zły, znudzony, smutny, zestresowany, zmartwiony).

W procesie tym uzyskaliśmy powtarzalne obrazy chwil w życiu badanych. W sumie dały nam one całościowy obraz, rodzaj poklatkowego filmu z ich życia, mówi naukowiec. Badał on w ten sposób 33 391 pracujących obywateli USA w wieku 18–65 lat, od których uzyskał 1.725.994 raporty. Naukowcy często mówią o próbie zdobycia reprezentatywnej próbki populacji. Moim celem było zdobycie reprezentatywnej próbki momentów w życiu ludzi, dodaje Killingsforth.

Dla każdej z badanych osób naukowiec wyliczył średni poziom dobrostanu, następnie przeanalizował jego związek z dochodami każdej z osób. Naukowiec szukał w ten sposób m.in. potwierdzenia badań z 2010 roku, których autorzy mówili, że powyżej poziomu dochodowego 75 000 USD rocznie powiązany z pieniędzmi poziom dobrostanu przestaje rosnąć.

Stwierdzenie, że powyżej takiego poziomu dochodów pieniądze przestają wpływać na nasze poczucie szczęścia jest bardzo przekonujące. Jednak gdy przyjrzałem się swoim danym stwierdziłem, że każdy element dobrostanu rośnie wraz ze wzrostem dochodów. Nie widzę tutaj żadnej zmiany na wykresie, żadnego punktu, w którym pieniądze przestają się liczyć. Zadowolenie z życia ciągle rośnie, mówi.

Badania Killingsfortha ujawniły, że osoby, które więcej zarabiają są szczęśliwsze m.in. dlatego, że mają zwiększone poczucie kontroli nad własnym życiem. Im więcej masz pieniędzy, tym większą swobodę decydowania o własnym życiu. Ludzie, którzy żyją od wypłaty do wypłaty, którzy stracili pracę, muszą zgodzić się na pierwszą nadarzającą się okazję zatrudnienia, nawet jeśli nie chcą takiej pracy wykonywać. Osoby, które były w stanie zaoszczędzić pieniądze, mogą poczekać, aż trafi się lepsza okazja. Gdy podejmujemy życiowe decyzje i te duże, i te małe, posiadanie pieniędzy daje nam większy wybór i w związku z tym zapewnia większe poczucie autonomii, wyjaśnia uczony.

Dodaje przy tym jednak, że chociaż pieniądze pomagają w osiągnięciu szczęścia, zauważyłem tez, że ludzie, którzy mierzą sukces wyłącznie pieniędzmi, są mniej szczęśliwi niż ci, którzy tak nie robią. Stwierdziłem też, że ci, którzy zarabiają więcej pieniędzy poświęcając na to więcej czasu, czują, że są pod większą presją czasu.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tekst o tym że pieniądze szczęścia nie dają to może mi Morawiecki opowiadać. Osobiście uważam że do szczęścia potrzeba mieć dużo pieniędzy przy niskim nakładzie pracy, bo co mi po pieniądzach jak nie mam czasu korzystać z ich uroku. Sam bym pewnie chętniej brał teraz udział w orgietce w Holandii razem z kolegami z Węgier ale niestety, mimo dobrej jak na Polskie warunki płacy to jednak moja rozrywka kończy się na Netfliksie. Jak spłacę ratę kredytu (mieszkanie w miasteczku) zapłacę za ogrzewanie, prąd, zakupy no i oczywiście podatki, to nie stać mnie na opiekunkę do dziecka i wyjazd z żoną do restauracji nad Jeziorem. Jest inny sposób. Żyć z małymi oczekiwaniami niczego od świata nie pragnąc. Nie wiem tylko czy z małych oczekiwań spłaciłbym studia córki i ogrzało mieszkanie. Pieniądz nie zawsze daje szczęście ale jego brak zawsze daje nieszczęście.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 

W dniu 20.01.2021 o 14:24, KopalniaWiedzy.pl napisał:

Posiadanie pieniędzy nie tylko przyczynia się do poczucia szczęścia, ale ma na nie większy wpływ, niż dotychczas sądzono

To zabawne, że jedno słabe badanie sprzed wielu lat może zakląć rzeczywistość.
Ilość ludzi przekonanych, że pieniądze szczęścia nie dają jest znikoma.

Pieniądze szczęścia nie gwarantują.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bzdury. Amisze chorują znacznie rzadziej na depresję, a ci bogactw nie zbierają.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oni gromadzą sobie skarby w niebie. :) Zarówno to jak definiujemy bogactwo, jak i to, w jakim stopniu jest ono dla kogoś ważne, to w pewnym stopniu kwestia tylko "stanu umysłu" :)

P.S. Też mi się bardzo spodobało zdjęcie, bardzo dobrze dopasowane:)

Edited by darekp

Share this post


Link to post
Share on other sites

In god we trust. Nie dziwię się, że to w USA kwitnie umysłowa degrengolada w postaci kreacjonizmu. Z drugiej strony na UK można wieszać psy za brexit, ale do niedawna mieli na 10-tce wizerunek Darwina.

Edited by cyjanobakteria

Share this post


Link to post
Share on other sites
12 godzin temu, cyjanobakteria napisał:

In god we trust. Nie dziwię się, że to w USA kwitnie umysłowa degrengolada w postaci kreacjonizmu.

Hm, jakoś nie potrafię zrozumieć, jaki byłby ew. związek pomiędzy chęcią zarabiania a ewoluowaniem (nie wiem, czy degrengoladą, bo trzeba by porównać z liczbą osób, które nie rozumieją czym jest ewolucja, możliwe, że on jest wysoki w każdym społeczeństwie) w kierunku kreacjonizmu?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Konstytucja USA zabrania ograniczania swobody religijnej i wprowadzania religii urzędowej. Do tego zabrania badania religijności kandydatów na urzędy. Tyle teoria. W praktyce każdy kandydat na prezydenta, który zadeklaruje się jako ateista, może pakować mandżur. Decyduje społeczeństwo dla którego ateista jest tylko niewiele lepszy niż parszywy komuch z czasów Zimnej Wojny. Darwin na banknotach nie gwarantuje rozumienia ewolucji, ale przynajmniej bank centralny nie bierze udziału w indoktrynacji społeczeństwa.

Pamiętam, że dzień po referendum w sprawie Brexitu, jednym z najpopularniejszych wyszukań w Google było "czym jest UE", więc w UK też nie jest różowo. Nie mam co do tego złudzeń :)

Edited by cyjanobakteria

Share this post


Link to post
Share on other sites

OK, czyli napis "in God we trust" na banknocie jest wg Ciebie formą indoktrynacji religijnej. Zrozumiałem, ale nie mam chęci na dyskusję, kończę :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Formą czego w takim razie jest?

Quote

The Civil War
Watkinson, a Pennsylvania clergyman, encouraged the placement of “In God We Trust” on coins at the war's outset in order to help the North's cause. Such language, Watkinson wrote, would “place us openly under the divine protection.” Putting the phrase on coins was just the beginning.

https://theconversation.com/the-complex-history-of-in-god-we-trust-91117

Share this post


Link to post
Share on other sites

Indoktrynacja - systematyczne, natarczywe wpajanie jakichś idei, doktryn, zwłaszcza politycznych lub społecznych; pranie mózgu (https://sjp.pl/indoktrynacja)

Więc IMHO w przypadku tych pieniędzy mamy raczej wpajanie (i to niekoniecznie natarczywe) - podczas wojny - idei "Bóg jest po naszej stronie" (po stronie Północy, nie Południa). Czyli w najgorszym razie (zakładając tę natarczywość) była to wtedy indoktrynacja polityczna, nie religijna.

Religijna byłaby, gdyby chodziło np. o przekonywanie ludzi, że Bóg istnieje, a w tamtych czasach raczej niewielu to kwestionowało wydaje mi się. Dlatego zresztą wydaje mi się trochę naciągane używanie w dyskusjach argumentów że Newton/Galileusz/Kopernik byli wierzący, co czasem robi @3grosze (wyjąwszy jakieś szczególne przypadki).

Edited by darekp

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mamy systematyczne wpajanie, ale nie będę się specjalnie spierał, co do definicji. Faktem jest, że jest to część systemu, a każdy Amerykanin ma kilka ulotek w portfelu ;) Może faktycznie czort miał dobre chęci, ale wojna to dobra wymówka, bo zrobił tak zwany "land grab" i teraz tego zwrotu się nie da już usunąć bez wszczynania małej insurekcji.

Wracając jeszcze do Darwina, przypomniało mi się i trochę poszperałem, bo kiedyś słyszałem, że wielu nauczycieli w USA unika tematu ewolucji, bo nie chcą wszczynać męczących dyskusji na "kontrowersyjne" tematy z uczniami i ich rodzicami, co moim zdaniem jest bardzo szkodliwe. Nienaukowe teorie i inne banialuki stopniowo infiltrują systemy edukacji na świecie i w Polsce też ma to miejsce.

 

Quote

High school teachers appear to be a little averse to teaching evolutionary theory in their classrooms. A representative research survey conducted by Penn State professors Michael Berkman and Eric Plutzer recently found that only 28 percent of teachers "craft lesson plans with evolution as a unifying theme linking disparate topics in biology." What serves as a substitute for evolution? It could be creationism, intelligent design, "teach the controversy" or no theme at all. This is a particularly worrisome development for the researchers, who noted that there's a "cautious 60 percent" of teachers who "are neither strong advocates for evolutionary biology nor explicit endorsers of nonscientific alternatives" and just want to avoid controversy. (13 percent of teachers "explicitly advocate creationism or intelligent design by spending at least one hour of class time presenting it in a positive light.")

https://www.theatlantic.com/culture/archive/2011/01/report-biology-teachers-aren-t-teaching-evolution-what-should-we-do/342442/

Edited by cyjanobakteria

Share this post


Link to post
Share on other sites
7 godzin temu, cyjanobakteria napisał:

Mamy systematyczne wpajanie

Szczerze mówiąc, nawet co do tego mam wątpliwości - na polskich banknotach mamy samych królów, czy to oznacza, że w Polsce odbywa się "systematyczne wpajanie" monarchizmu? Raczej po prostu odwołanie do tradycji, jakichś elementów z historii (współ)tworzących polską tożsamość.

O kreacjonistach nie chce mi się dyskutować (i chyba nie tylko mnie). To widać, że nie mają racji, przynajmniej przy obecnym stanie wiedzy. Jeżeli ktoś nagle zacznie gadać, że 2 razy 2 wynosi 5, to nie mam obowiązku dementowania tego na wszystkich forach, bo każdy potrafi sobie sam policzyć.

Edited by darekp

Share this post


Link to post
Share on other sites
W dniu 23.01.2021 o 16:11, Kikkhull napisał:

Bzdury. Amisze chorują znacznie rzadziej na depresję, a ci bogactw nie zbierają.

Amisze są wielokrotnie bogatsi od Amerykanina, nie mają długów (Amerykanie są mocno zadłużeni), maja ogrom ziemi i dużo dzieci  

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Profesor Andrew Przybylski z University of Oxford przeprowadził wraz ze swoim zespołem badania, z których wynika, że korzystanie z gier on-line jest pozytywnie skorelowane z dobrostanem grających. To zaskakujące odkrycie wskazuje, że interakcje społeczne do jakich dochodzi podczas gry w sieci z innymi osobami wywierają korzystny wpływ na nasze zdrowie psychiczne. A jest to szczególnie istotne podczas ograniczeń związanych z epidemią koronawirusa.
      Autorzy najnowszych badań nie wyciągali wniosków wyłącznie na podstawie informacji uzyskanych od graczy, a dotyczących czasu, jakie spędzili oni przy komputerze. Wykorzystali dane dostarczone im przez operatorów gier Plants vs Zombies: Battle for Neighborville oraz Animal Crossing: New Horizons. Wyniki badań sugerują, że poczucie posiadania kompetencji oraz interakcje społeczne z innymi pozytywnie wpływały na dobrostan. Ci, którzy informowali o większym zadowoleniu z gry z większym prawdopodobieństwem donosili też o bardziej pozytywnym ogólnym samopoczuciu. To zadowolenie może być znacznie ważniejszym i lepszym wskaźnikiem od czasu spędzonego na rozgrywce.
      Autorzy wcześniejszych badań, chcąc sprawdzić związek pomiędzy graniem a dobrostanem, korzystali z informacji na temat czasu przeznaczonego na granie uzyskiwanych od samych graczy. W ten sposób, nie mając dostępu do obiektywnych danych od operatorów gier, tworzono porady dla rodziców i polityków, które były pozbawione korzyści wynikających z badań opartych o solidne dane, mówi Przybylski.
      Z naszych badań wynika, że gry wideo niekoniecznie muszą przynosić niekorzystne skutki. Istnieją czynniki psychologiczne, które wywierają znaczący wpływ na dobrostan osób grających. Gra może być aktywnością, która pozytywnie wpływa na nasze zdrowie psychiczne, a ograniczanie gier wideo może pozbawiać graczy tych korzyści, dodaje.
      Zespół Przybylskiego współpracował z Electronic Arts oraz Nintendo. Firmy dostarczyły danych dotyczących rzeczywistego czasu, jaki badani spędzili przy grach. Dzięki temu naukowcy mogli powiązać obiektywne dane dotyczące czasu gry z subiektywnym poczuciem graczy co do ich stanu psychicznego. Badali również różne doświadczenia graczy, takie jak poczucie autonomii, kompetencji czy zadowolenia z gry oraz ich wpływ na dobrostan.
      W badaniach wzięło udział ponad 3270 graczy, którzy wypełniali ankiety mierzące dobrostan i motywację, zbierano od nich informacje na temat czasu, jaki spędzili przy grach, a tak uzyskane dane połączono z informacjami o rzeczywistym czasie grania.
      Naukowcy zauważyli, że czas spędzony przy grze jest niewielkim, ale znaczącym pozytywnym czynnikiem budowania dobrostanu graczy. Ważniejsze jednak od czasu jest subiektywne doświadczenie gracza. Ci z graczy, którzy z gry czerpali więcej zadowolenia częściej znajdowali się w lepszej kondycji psychicznej.
      Badania zespołu Przybylskiego mogą potwierdzać też wcześniejsze badania, z których wynika, że gracze, których potrzeby psychologiczne nie są zaspokajane w prawdziwym świecie mogą informować o negatywnych konsekwencjach grania.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      U kobiet stan zapalny zmniejsza reakcję mózgu na nagrodę. U mężczyzn efekt ten nie występuje.
      Autorzy artykułu z pisma Biological Psychiatry: Cognitive Neuroscience and Neuroimaging dodają, że obniżona aktywność mózgowego ośrodka nagrody jest oznaką anhedonii, jednego z objawów depresji. Polega ona na utracie zdolności odczuwania przyjemności i radości.
      U kobiet depresja jest diagnozowana 2-3-krotnie częściej. Nowe ustalenia mogą w pewnym stopniu wyjaśnić, skąd biorą się międzypłciowe różnice w tym zakresie.
      Nasze badanie jako pierwsze pokazuje, że w obecności stanu zapalnego istnieją międzypłciowe różnice w nerwowej wrażliwości na nagrodę [...] - podkreśla dr Naomi Eisenberger z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles.
      W eksperymencie wzięło udział 115 osób, w tym 69 kobiet. Wylosowano je do 2 grup, którym podawano placebo lub niską dawkę wywołującej stan zapalny endotoksyny. Dwie godziny później ochotnicy wykonywali złożone zadanie (grali, by zdobyć nagrodę pieniężną) w skanerze do fMRI.
      Naukowcy monitorowali aktywność brzusznego prążkowia (ang. ventral striatum, VS), które należy do tzw. układu nagrody. Okazało się, że u kobiet endotoksyna prowadziła do obniżonej aktywności VS podczas przewidywania nagrody. Zjawiska nie zaobserwowano u mężczyzn.
      U kobiet, ale nie u mężczyzn, z grupy dostającej endotoksynę spadki aktywności VS podczas przewidywania nagrody wiązały się ze wzrostem stanu zapalnego.
      To sugeruje, że przez zmniejszenie wrażliwości na nagrodę kobiety z przewlekłym stanem zapalnym mogą być szczególnie podatne na wystąpienie depresji. Klinicyści zajmujący się kobietami z zaburzeniami zapalnymi powinni [więc] bacznie monitorować pacjentki pod kątem możliwych początków objawów depresyjnych - zaznacza dr Mona Moieni.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Nie jest tajemnicą, że ubożsi Amerykanie są bardziej narażeni na otyłość i cukrzycę. Od dawna jest znana negatywna korelacja pomiędzy przychodami gospodarstwa domowego, a wagę i zachorowaniem na cukrzycę. Jednak, jak donosi brytyjsko-amerykański zespół naukowy, ta korelacja pojawiła się przed zaledwie 30 laty.
      Od roku 1990 wzrost liczy osób otyłych i chorujących na cukrzycę jest największy w najbiedniejszych regionach USA, mówi Alexander Bentley z University of Tennessee. A wzrost ten jest skorelowany z upowszechnieniem się syropu glukozowo-fruktozowego, dodawanego do żywności. Tymczasem jeszcze przed 100 laty otyłość była czymś niezwykle rzadkim w krajach rozwiniętych.
      Bentley i jego zespół przeanalizowali dane z CDC dotyczące otyłości, poziomu aktywności fizycznej, dochodów oraz cukrzycy. Z kolei z danych zebranych w ramach Food Access Research Atlas dowiedzieli się, jaka jest dostępność do samochodów i jaka odległość od supermarketów i wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych.
      Analizy wykazały, że jeszcze w roku 1990, gdy odsetek osób otyłych był w USA 3-krotnie niższy niż obecnie, nie istniała zależność pomiędzy otyłością a dochodami. Obecnie korelacja taka jest niezwykle silna. W takich stanach jak Alabama, Mississippi i Wirginia Zachodnia, w których średnie dochody gospodarstwa domowego wynoszą mniej niż 45 000 dolarów otyłych jest aż 35% osób. Natomiast w bogatszych Kolorado, Kalifornii i Massachusetts, gdzie średnie dochody to 65 000 USD, otyłych jest 25% mieszkańców.
      Z danych widzimy, że korelacja nie istniała w 1990 roku. Rozwinęła się ona w ostatnich dekadach, stwierdza Bentley.
      Zdaniem naukowców za eksplozję otyłości odpowiada obecność na rynku napojów i żywności zawierających dużą ilość syropu glukozowo-fruktozowego. W przeszłości w diecie mieszkańców USA było bardzo mało cukru i niemal nie było rafinowanych węglowodanów. Jeszcze w 1909 roku z cukrów pochodziło 12% energii spożywanej przez mieszkańca USA. Do roku 2000 odsetek ten wzrósł do 19%.
      Syrop glukozowo-fruktozowy pojawił się w amerykańskiej żywności w latach 70. Gwałtowny wzrost liczby osób otyłych jest zatem ściśle skorelowany z pojawieniem się pierwszego pokolenia żywionego tym produktem. Do roku 2000 przeciętny mieszkaniec USA zjadał rocznie 27 kilogramów syropu glukozowo-fruktozowego, czyli połowę całego spożycia cukru. Syrop ten jest głównym źródłem cukru w napojach gazowanych. Tymczasem w 2016 roku przeciętne amerykańskie gospodarstwo domowe wydawało na napoje gazowane 7% swoich dochodów, a w ubogich gospodarstwach domowych było to 9%.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naukowcy z należącego do MIT-u Center for Transportation and Logistics (CTL) uważają, że firmom już teraz opłaca się używać elektrycznych ciężarówek. Od zakupu takiego pojazdu może odstraszać cena, jednak w dłuższym terminie zakup jest opłacalny.
      W USA średnia cena samochodu ciężarowego z silnikiem diesla wynosi około 50 000 dolarów, gdy pojazd z silnikiem elektrycznym kosztuje niemal 150 000 USD. Pracownicy MIT-u wyliczyli jednak, że koszty obsługi takiej ciężarówki są o 9-12 procent niższe jeśli jest ona używana codziennie do dostarczania towarów w granicach dużego miasta.
      To będzie dobry biznes, gdy samochody elektryczne będą stosowane na szerszą skalę. Już teraz zakup takiego samochodu jest ekonomicznie uzasadniony, a że akumulatory ciągle tanieją, będzie tylko lepiej - mówi Jarrod Goentzel, jeden z badaczy.
      Uczeni z MIT-u wykorzystali dane zebrane przez firmę Staples, która specjalizuje się w dostarczaniu klientom sprzętu biurowego oraz firmy ISO New England, niedochodowego przedsiębiorstwa, które jest operatorem sieci energetycznej w Nowe Anglii. Na podstawie tych informacji badacze stworzyli model firmy, która posiada 250 ciężarówek i zbadali trzy scenariusze. W jednym wszystkie pojazdy wyposażono w silniki spalinowe, w drugim w hybrydy spalinowo-elektryczne, a w trzecim - w elektryczne.
      Na podstawie danych od Staples stwierdzono, że pracująca w mieście ciężarówka przejeżdża średnio 70 mil (niemal 113 kilometrów) i pracuje przez 253 dni w roku. Przyjęto, że galon (ok. 3,8 litra) oleju napędowego kosztuje 4 dolary. Samochody z silnikami diesla przejeżdżają na galonie średnio 10,14 mili (16,3 kilometra), podczas gdy hybrydy 11,56 mili (18,6 kilometra) na galonie. Z kolei silniki elektryczne ciężarówek zużywają 0,8 kWh na milę. Staples posiada obecnie 53 elektryczne ciężarówki.
      Do szacunków kosztów dodano założenie, że samochody można ładować z sieci elektrycznej, z której pobierają energię w nocy. Ponadto w ciągu dnia energia, której nie zużyły jest zwracana do sieci, dzięki czemu właściciele ciężarówek zarabiają na różnicy w cenie.
      Badając różne scenariusze pracy firmy uczeni z MIT-u doszli do wniosku, że na opłatach od operatorów sieci energetycznej każda ciężarówka zarobi 900-1400 dolarów rocznie. Ponadto jej właściciel zaoszczędzi pieniądze na paliwie i naprawach, gdyż elektryczne ciężarówki mniej zużywają hamulce
      Koszt operacyjny ciężarówki na każdą przejechaną wynosi w przypadku pojazdu z silnikiem diesla 75 centów, a w przypadku pojazdu elektrycznego - 65 centów.
      Naukowcy podkreślają, że ich wyliczenia dotyczą nie tylko firm posiadających 250 pojazdów, ale można je skalować niemal do pojedynczego samochodu.
      Ich zdaniem, jeśli podłączane do gniazdka samochody elektryczne będą się rozpowszechniały, to najpierw będzie to dotyczyło ciężarówek. W dużej mierze dlatego, że będą mogły w przewidywalnych porach dostarczać energię elektryczną mieszkańcom konkretnej okolicy.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Dotąd psycholodzy wiedzieli, że klienci płacący za towar kartą kredytową są skłonni zapłacić za niego więcej. Teraz ustalili, że osoby korzystające z gotówki i karty zwracają uwagę na inne aspekty produktu (Journal of Consumer Research).
      W ramach eksperymentów Promothesh Chatterjee z University of Kansas oraz Randall L. Rose z Uniwersytetu Południowej Karoliny nakłaniali badanych, by myśląc o środkach płatniczych, zwracali się albo ku gotówce, albo karcie kredytowej. Później sprawdzali, w jaki sposób ochotnicy oceniają różne cechy produktów. Odkryliśmy, że gdy w ich umyśle aktywowano koncept karty, ludzie bardziej zajmowali się korzyściami związanymi z danym towarem [...], a gdy priming dotyczył gotówki, w większym stopniu skupiali się na kosztach (pieniężnych i niepieniężnych).
      Naukowcy podkreślają, że skojarzenia dotyczące różnych środków płatniczych powstają już w dzieciństwie. Karty są np. reklamowane jako sposób na zdobycie upragnionych produktów/usług, określonego stylu życia oraz natychmiastowej nagrody, natomiast wyciąganie pieniędzy z portfela staje się czynnością przykrą, by nie powiedzieć bolesną (pozbywamy się czegoś zdobytego ciężką pracą i fizycznie uszczuplamy swoje zasoby).
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...