Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
KopalniaWiedzy.pl

Zwykłe maseczki chirurgiczne chronią przed zakażeniem równie dobrze, jak maski z filtrem N95

Recommended Posts

Zwykłe maseczki chirurgiczne chronią przed chorobami zakaźnymi takimi jakim grypa równie dobrze, jak maski z filtrem klasy N95, wynika z badań, których wyniki opublikowano na łamach Journal of the American Medical Association (JAMA).

To ważne spostrzeżenie z punktu widzenia zdrowia publicznego, gdyż mówi nam, jakie rozwiązania powinniśmy rekomendować w obliczu epidemii, mówi główna autorka badań, doktor Trish Perl szefowa Wydziału Chorób Zakaźnych w UT Southwestern Medical Center.

W 2009 roku podczas epidemii świńskiej grypy chorobą zaraziło się niemal 30% pracowników wydziałów ratunkowych w nowojorskich szpitalach. Wtedy to amerykańskie Centra Kontroli i Zapobiegania Chorobom (CDC) zalecały stosowanie masek z filtrami N95. Lepiej przylegają one do twarzy i nosa niż standardowe maseczki chirurgiczne. Jednak niektóre szpitale miały problemy z uzupełnieniem zapasów, gdy takie maseczki się wyczerpały. Ponadto istnieją obawy, że wielu pracowników opieki zdrowotnej nie będzie stosowało masek z filtrem, gdyż są one mniej wygodne, trudniej się w nich oddycha i jest w nich cieplej.

W ramach randomizowanych badań klinicznych doktor Perlman i jej zespół przyjrzeli się stosowaniu zwykłych masek chirurgicznych oraz masek z filtrem w siedmiu miastach w USA przez pracowników CDC, szpitali uniwersyteckich i szpitali Departamentu ds. Weteranów.  Przeanalizowali dane z sezonów grypowych z lat 2011–2015, badając przypadki grypy i innych chorób układu oddechowego wśród pracowników służby zdrowia. To największe tego typu badania, jakie przeprowadzono w USA.

Badania pokazały, że w grupie używającej masek z filtrem doszło do 207 przypadków zarażenia grypą, podczas gdy w grupie używającej zwykłych maseczek chirurgicznych takich przypadków było 193. Ponadto w grupie używającej masek z filtrem N95 odnotowano 2734 przypadki zarażenia innymi chorobami układu oddechowego, a w grupie korzystającej ze zwykłych maseczek chirurgicznych przypadków takich było 3039.

W ramach prowadzonych badań 1993 losowo wybranych uczestników nosiło maseczki N95, a 2058 osób nosiło zwykłe maseczki chirurgiczne. Zakładać je mieli, gdy znajdą się w pobliżu pacjenta z chorobą układu oddechowego. Z jednej strony badano liczbę przypadków zachorowań na grypę, w z drugiej zaś – liczbę przypadków zachorowań na inne choroby układu oddechowego. Autorzy badań stwierdzili, że wśród personelu służby zdrowia porównanie skuteczności maseczek N95 ze zwykłymi maseczkami chirurgicznymi nie wykazało znaczącej różnicy w ochronie przed zachorowaniami na grypę.

Z badań tych wynika, że żaden z tych sposobów ochrony nie jest lepszy od drugiego, podsumowuje doktor Perl.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites
9 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

207 przypadków zarażenia grypą, podczas gdy w grupie używającej zwykłych maseczek chirurgicznych takich przypadków było 193. Ponadto w grupie używającej masek z filtrem N95 odnotowano 2734 przypadki zarażenia innymi chorobami układu oddechowego, a w grupie korzystającej ze zwykłych maseczek chirurgicznych przypadków takich było 3039.

No nie wiem, jakoś mnie to nie przekonuje. To że 207 i 193 mogą się nie różnić istotnie jestem w stanie zrozumieć, ale 2734 i 3039 już mniej ;P To jest 10 % różnicy. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

207 i 193 to zachorowanie na:

10 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

przed chorobami zakaźnymi takimi jakim grypa

czyli różnicy nie ma.

 

2734 i 3039 to:

10 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

przypadki zarażenia innymi chorobami układu oddechowego,

różnica istotna.

Te "inne" i to w grupie samych infekcyjnych, to np nieżyt nosa, przeziębienie, zapalenie zatok, oskrzeli, tchawicy, płuc, opłucnej, grużlica. Tytuł artu odnosi się więc do "grypy", co jest zaznaczone w jego pierwszym zdaniu.

Edited by 3grosze

Share this post


Link to post
Share on other sites
59 minut temu, Warai Otoko napisał:

No nie wiem, jakoś mnie to nie przekonuje. To że 207 i 193 mogą się nie różnić istotnie jestem w stanie zrozumieć, ale 2734 i 3039 już mniej ;P To jest 10 % różnicy. 

Ja bym zgadywał, że maseczki nie chronią przed wirusem grypy, chronią za to przed innymi wspomnianymi przez @3grosze Z drugiej strony wiemy, że mycie rąk jest skutecznym środkiem prewencji :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
12 minut temu, Jajcenty napisał:

Z drugiej strony wiemy, że mycie rąk jest skutecznym środkiem prewencji :)

+ wyeliminowanie często spotykanej przywary ( a fe! ) dotykania ust nieumytymi dłonmi.

Share this post


Link to post
Share on other sites
22 minuty temu, Jajcenty napisał:

Ja bym zgadywał, że maseczki nie chronią przed wirusem grypy, chronią za to przed innymi wspomnianymi przez @3grosze 

To właśnie miałem na myśli ;P Wspomniałem o tym bo 

 

11 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

Z badań tych wynika, że żaden z tych sposobów ochrony nie jest lepszy od drugiego, podsumowuje doktor Perl.

Co jest chyba niesłusznym wnioskiem skoro wszyscy zauważyliśmy, że skuteczność maseczek z filtrem jest wyraźnie wyższa w przypadku "innych" chorób. 

Doktor Perl chyba bardzo chciał coś udowodnić ;P 

Share this post


Link to post
Share on other sites
15 minut temu, Warai Otoko napisał:
11 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

Z badań tych wynika, że żaden z tych sposobów ochrony nie jest lepszy od drugiego, podsumowuje doktor Perl.

Co jest chyba niesłusznym wnioskiem skoro wszyscy zauważyliśmy, że skuteczność maseczek z filtrem jest wyraźnie wyższa w przypadku "innych" chorób.

Wniosek dr Perla odnosi się do porównania ich skuteczności przeciw grypie (jest podobny i nierewelacyjny:)), a czy są nieskuteczne w ogóle, (wobec grypy) to dopiero po porównaniu ilości zainfekowan na grypę  bezmaseczkowców w porównywalnym srodowisku,  dałoby odpowiedż  o ich efektywności.

22 minuty temu, 3grosze napisał:
39 minut temu, Jajcenty napisał:

Z drugiej strony wiemy, że mycie rąk jest skutecznym środkiem prewencji :)

+ wyeliminowanie często spotykanej przywary ( a fe! ) dotykania ust nieumytymi dłonmi.

Ech ta logika. Zastosowanie warunku pierwszego, wyklucza przecież konieczność warunku drugiego.

Edited by 3grosze

Share this post


Link to post
Share on other sites
7 minut temu, 3grosze napisał:

Wniosek dr Perla odnosi się do porównania ich skuteczności przeciw grypie (jest podobny i nierewelacyjny:))

Inaczej to rozumiem :P

11 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

Zwykłe maseczki chirurgiczne chronią przed chorobami zakaźnymi takimi jakim grypa równie dobrze, jak maski z filtrem klasy N95

Powyższe zdanie znaczy dla mnie, że chodzi o WSZYSTKIE choroby zakaźne, a część "takimi jak grypa" to jest jedynie przykład jednej z  tych chorób. 

Gdyby chodziło mu tylko o grypę - zdanie powinno brzmieć: Zwykłe maseczki chirurgiczne chronią przez grypą (jedną z chorób zakaźnych) równie dobrze jak...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dopisałem jeszcze jeden akapit, by między walczące węże laskę rzucić :P

A pytanie zapewne brzmi: jak - w praktyce a nie teorii - ludzie się tymi chorobami zarażają. Czy głównie drogą kropelkową czy głównie dotykając twarzy rękoma.

Share this post


Link to post
Share on other sites

 

38 minut temu, Warai Otoko napisał:
12 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

Zwykłe maseczki chirurgiczne chronią przed chorobami zakaźnymi takimi jakim grypa równie dobrze, jak maski z filtrem klasy N95

Powyższe zdanie znaczy dla mnie, że chodzi o WSZYSTKIE choroby zakaźne, a część "takimi jak grypa"

i to zdanie drP podpiera liczbami 207 i 193. No i  wątpliwości powinno rozwiać podanie póżniej statystyki

12 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

zarażenia innymi chorobami układu oddechowego

i podanie liczb 2734 i 3039. Te inne, to inne wirusy, inna patofizjologia.

 

34 minuty temu, Mariusz Błoński napisał:

A pytanie zapewne brzmi: jak - w praktyce a nie teorii - ludzie się tymi chorobami zarażają. Czy głównie drogą kropelkową czy głównie dotykając twarzy rękoma.

Drogą kropelkową to głownie w obecności smarkającego, kichającego, ewentualnie całującego zakażonego (zakażenie bezpośrednie). Rękoma, to po kontakcie z wydzielinami dróg oddechowych, ( i przeniesieniu do ust, oczu) które mogą być w dużej;) odległości od chorego. Czyli druga metoda zakaża  populację skuteczniej.

Edited by 3grosze

Share this post


Link to post
Share on other sites
53 minuty temu, Mariusz Błoński napisał:

Dopisałem jeszcze jeden akapit, by między walczące węże laskę rzucić

teraz wszystko jasne :P

Share this post


Link to post
Share on other sites
1 godzinę temu, Warai Otoko napisał:

teraz wszystko jasne :P

nic nie jest jasne :P

14 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

Zwykłe maseczki chirurgiczne chronią przed chorobami zakaźnymi takimi jakim grypa równie dobrze, jak maski z filtrem

ja bym w tej konkluzji zamienił "równie dobrze" na "równie niedobrze". Nie będzie to  kłócić się z wynikami badań, a będzie bliższe prawdzie :)

10% załogi zachorowało(mimo masek), a w USA średnio rocznie choruje na grypę 10-20% populacji(przez cały sezon).

Do tego mam obserwację z mojego NZOZ gdzie bywam często. Nikt tam w maseczkach nie chodzi a o dziwo mają bardzo niską absencję chorobową mimo ciągłego przebywania w zarazkach.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Taki wynik może być spowodowany złym używanie półmasek przez personel. Nie ważne czy to N95, N99, FFP2, FFP3, tanie maski jednorazowe ciężko szczelnie dopasować do twarzy, krótki zarost też może to uniemożliwiać, wirus dostaje się również przez oczy. No i jeszcze kwestia zasad dotyczących dotykania części filtrującej, a potem twarzy, z tym też różnie bywa. To wszystko może powodować, że nie będzie większej różnicy co personel będzie zakładać...

Share this post


Link to post
Share on other sites
19 minut temu, zartan napisał:

To wszystko może powodować, że nie będzie większej różnicy co personel będzie zakładać

Najlepszym rozwiązaniem byłoby zabrać te maski i rozdać chorym. Łatwiej jest zablokować rozpylanie wirusa niż próbować chronić się przed nim z każdej strony.

Ale wiadomo, pacjent zanim zostanie zdiagnozowany zdąży już zarazić innych.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest kremien

Rutynowo odwiedzam różne lotniska w Europie i od lat widzę niektórych Japończyków w maskach. Odkąd koronawirus się pojawił w Europie to te maseczki zyskały na popularności, również wśród Europejczyków. Tak jak wyżej wspomniano - nie przylegają one szczelnie do twarzy, a ci ludzie nie boją się używać poręczy, itp., itd. Zresztą w samolotach wszystko jest obmacane i jeszcze mamy wentylację jako rozpylacz. Ręce, żeby umyć skutecznie trzeba robić to sumiennie przez 20-30 sekund, a nikt tak nie robi.

Jak myślicie - Czy nie jest tak, że jedynymi funkcjami, jaką te maski spełniają jest pokazanie, kto jest bardziej bojaźliwy od innych, oraz nabijanie kasy producentom na tych strachach?

Ironią losu jest to, że np. w Niemczech jest zakaz zakrywania twarzy w miejscach publicznych, który był wycelowany głównie w muzułmanki. I była dość burzliwa dyskusja na ten temat - ma tak być i koniec. I faktycznie Muzułmanki chodzą z odkrytymi twarzami, a teraz bach - każdy może się zakryć maseczką i nikt problemu nie robi ;) 

Edited by kremien

Share this post


Link to post
Share on other sites
37 minut temu, kremien napisał:

Jak myślicie - Czy nie jest tak, że jedynymi funkcjami, jaką te maski spełniają jest pokazanie, kto jest bardziej bojaźliwy od innych, oraz nabijanie kasy producentom na tych strachach?

Niekoniecznie, stosując odpowiednie procedury jesteś w stanie znacząco zredukować ryzyko. Szczelna osłona twarzy i oczu, higiena rąk, twarzy, unikanie zgromadzeń może okazać się wystarczające. A ludzie zakładają zwykłe maseczki, resztę robią źle - z niewiedzy, lenistwa, głupoty.

Z drugiej strony nawet chodząc w kombinezonie pełnej ochrony wrócisz do domu i zjesz chleb z lidla, na który wcześniej jakiś Adaś nacherlał i po zabawie. :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
55 minutes ago, kremien said:

Rutynowo odwiedzam różne lotniska w Europie i od lat widzę niektórych Japończyków w maskach. Odkąd koronawirus się pojawił w Europie to te maseczki zyskały na popularności, również wśród Europejczyków. Tak jak wyżej wspomniano - nie przylegają one szczelnie do twarzy, a ci ludzie nie boją się używać poręczy, itp., itd. Zresztą w samolotach wszystko jest obmacane i jeszcze mamy wentylację jako rozpylacz. Ręce, żeby umyć skutecznie trzeba robić to sumiennie przez 20-30 sekund, a nikt tak nie robi.

Widziałem kiedyś w autobusie starszą babkę ze sporą nadwagą. Wcinała pomarańcze i oblizywała palce, a jak wysiadała, dokładnie obmacała wszystkie poręcze, jakie były w zasięgu. Od tego nabawiłem się chyba fobii, bo staram się unikać dotykania czegokolwiek w miejscach publicznych albo dotykać zewnętrzną stroną :) Na przykład wiele drzwi można pchnąć, bez łapania niczego. Dosyć często myję ręce. Może to jest dziwne, ale znaczny odsetek ludzi nie myje rąk po pobycie w łazience na przykład, co zaobserwowałem w biurze, gdzie jest sporo inteligentnych osób.

Mi się podobają nowoczesne maski typu Forsheda F2, ale nie polecam wchodzić tak na lotnisko :)

Share this post


Link to post
Share on other sites
7 godzin temu, tempik napisał:

nic nie jest jasne :P

ja bym w tej konkluzji zamienił "równie dobrze" na "równie niedobrze". Nie będzie to  kłócić się z wynikami badań, a będzie bliższe prawdzie :)

10% załogi zachorowało(mimo masek), a w USA średnio rocznie choruje na grypę 10-20% populacji(przez cały sezon).

Do tego mam obserwację z mojego NZOZ gdzie bywam często. Nikt tam w maseczkach nie chodzi a o dziwo mają bardzo niską absencję chorobową mimo ciągłego przebywania w zarazkach.

Weź tylko pod uwagę, że zagęszczenie chorych w szpitalach jest wyższe niż w populacji. Tutaj ew. przydałoby się porównanie z lekarzami, którzy masek nie używali.

Share this post


Link to post
Share on other sites
16 minut temu, Mariusz Błoński napisał:

Weź tylko pod uwagę, że zagęszczenie chorych w szpitalach jest wyższe niż w populacji

A skąd ten wniosek? :) (mam nadzieję, że mówimy o PL i takich tam patologiach)

Dodam wyjaśniając, że każdy odpowiedzialny w obecnej sytuacji ma odpowiednie zaświadczenie od lekarza. Znaczy jest ujoza, a ja byłem "chory". Na co nigdy się nie dowiemy, ale był chory, i to nie w szpitalu. :)

Jeszcze może prosta konstatacja. Weźmy przeciętny oddział ortopedyczny. Kto jest bardziej chory: statystyczny Kowalski na "wolności", czy Kowalski na oddziale? Stawiam zdecydowanie, że zdrowszy jest Kowalski na oddziale. Jeśli się mylę, to popraw mnie. :D

Edited by Astro

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Nawet u 20% osób chorych na COVID-19 dochodzi do uszkodzenia mięśnia sercowego. Coraz więcej specjalistów obawia się, że koronawirus SARS-CoV-2 atakuje serce. COVID-19 to choroba układu oddechowego, jednak lekarze, którzy się z nią zetknęli, mają do rozwiązania kolejną medyczną zagadkę. U wielu pacjentów rozwijają się problemy z sercem i umierają oni z powodu zawału.
      W miarę, jak napływa coraz więcej danych z Chin, Włoch i USA, kardiolodzy są coraz bardziej przekonani, że SARS-CoV-2 infekuje mięsień sercowy. Wstępne badania wykazały, że nawet do 20% pacjentów wykazuje uszkodzenie serca. Część cierpiących na COVID-19 nie wykazuje objawów ze strony układu oddechowego, a umierają z powodu zawału.
      Jeśli obawy te się potwierdzą, to konieczna będzie zmiana podejścia do pacjentów, szczególnie tych na wczesnych etapach choroby. Może też się okazać, że w walce z pandemią trzeba włączać leczenie kardiologiczne, zwracać szczególną uwagę na osoby wcześniej chorujące na serce, dostarczyć szpitalom nowy sprzęt oraz opracować plany leczenia kardiologicznego osób, które zostały wyleczone z COVID-19.
      Koniecznie musimy odpowiedzieć na pytanie: czy serca tych ludzi zostały zaatakowane przez wirus i czy możemy z tym coś zrobić. To może uratować życie wielu osobom, mówi doktor Ulrich Jorde, odpowiedzialny za wydział chorób serca, transplantacji i wspomagania krążenia w Montefiore Health System w Nowym Jorku.
      Zasadnicze pytanie brzmi: czy do uszkodzeń serca w wyniku COVID-19 dochodzi wskutek bezpośredniego ataku wirusa czy też jest to skutek reakcji organizmu na chorobę. Zrozumienie, w jaki sposób wirus może oddziaływać na serce jest trudne, gdyż już sama poważna choroba może je uszkadzać.
      Ktoś, kto umiera z powodu ciężkiego zapalenia płuc, ostatecznie umrze z powodu zatrzymania akcji serca. Organizm nie otrzymuje wystarczającej ilości tlenu i wszystko zaczyna się rozregulowywać, mówi kardiolog profesor Robert Bonow z Northwestern University Feinberg School of Medicine i wydawca pisma JAMA Cardiology.
      Zdaniem Bonowa i wielu innych kardiologów, COVID-19 może uszkadzać serce na kilka różnych sposobów, a niektórzy z pacjentów mogą doświadczać więcej niż jednego z nich.
      Nie od dzisiaj wiadomo, że wiele poważnych przypadłości medycznych, nawet tak wydawałoby się bezpiecznych, jak operacja biodra, może obciążać organizm tak bardzo, że dojdzie do uszkodzenia serca. Co więcej, takie choroby jak zapalenie płuc mogą prowadzić do zapalenia ogólnoustrojowego. To zaś może zdestabilizować płytki miażdżycowe w arteriach, co wywoła atak serca. Ponadto samo zapalenie może doprowadzić do zapalenia mięśnia sercowego, jego osłabienia i zgonu.
      Jednak Bonow twierdzi, że uszkodzenia mięśnia sercowego widoczne u pacjentów z COVID-19 mogą być spowodowane bezpośrednim atakiem wirusa na serce. Wstępne badania wskazują, że koronawirus SARS-CoV-2 przyłącza się do pewnych receptorów w płucach. Takie same receptory występują w mięśniu sercowym.
      Pierwsze sugestie, że COVID-19 może uszkadzać serce nadeszły z Chin. W marcu ukazały się wyniki dwóch badań, które wskazywały na rozpowszechnienie problemów kardiologicznych wśród chorujących na COVID-19. W ramach większego z nich przeanalizowano dane 146 pacjentów. U 19% zauważono oznaki uszkodzenia mięśnia sercowego. Co więcej, tacy pacjenci byli wielokrotnie bardziej narażeni na zgon. Chińscy naukowcy poinformowali, że zmarło aż 51% pacjentów, u których zaobserwowano uszkodzenie serca. W grupie, gdzie uszkodzenia nie odnotowano, odsetek zgonów wyniósł 4,5%.
      Stwierdzono też, że osoby, które już wcześniej chorowały na serce, z większym prawdopodobieństwem wykazują objawy jego uszkodzenia po zachorowaniu na COVID-19. Jednak uszkodzenia mięśnia sercowego stwierdzono też u osób, które wcześniej nie miały żadnych problemów kardiologicznych. Co więcej, osoby, u których uszkodzenia serca pojawiły się dopiero, gdy zachorowały na COVID-19, częściej umierały niż osoby, które już wcześniej cierpiały na choroby serca.
      Nie jest jasne, dlaczego do uszkodzenia serca w przebiegu COVID-19 dochodzi tylko w przypadku części pacjentów. Bonow mówi, że może mieć to związek albo z genetyką tych osób, albo z większą liczbą wirusów w ich organizmie.
      W świetle powyższych faktów jest niezwykle istotne, by odpowiedzieć na związek COVID-19 z uszkodzeniem serca. Idealnie byłoby, gdyby lekarze mogli wykonać u pacjenta biopsję mięśnia sercowego, by zbadać, czy nie został on zaatakowany przez koronawirus. Jednak wielu pacjentów jest tak bardzo chorych, że stosowanie u nich inwazyjnych procedur wiąże się z dużym ryzykiem. Ponadto kolejne procedury oznaczają wystawienie personelu medycznego na dodatkowe ryzyko infekcji. Wiele szpitali nie stosuje też  elektrokardiogramów u izolowanych pacjentów, by uniknąć konieczności angażowania kolejnych lekarzy, sprzętu i środków ochronnych na oddziałach zakaźnych.
      Doktor Sahil Parikh, kardiologi interwencyjny z Columbia University Irving Medical Center mówi, że trzeba jednak zebrać konieczne dane. Sam Parikh i inni lekarze tworzą kompilacje danych dotyczących tego, co obecnie wiemy o COVID-19 i komplikacjach ze strony serca. Specjaliści na bieżąco opracowują te dane i się nimi dzielą za pośrednictwem internetu. Kardiolodzy z Nowego Jorku, New Jersey i Connecticut założyli na WhatsAppie grupę, do której należy co najmniej 150 specjalistów i na bieżąco dzielą się swoimi spostrzeżeniami.
      Lekarze już zauważyli, że przebieg infekcji może fałszywie sugerować atak serca. Zdarzały się sytuacje, że pacjentów z podejrzeniem ataku serca zabierano na zabieg cewnikowania serca, by usunąć zablokowane naczynia i na miejscu okazywało się, że żadnej blokady nie ma, a pacjent cierpi na COVID-19.
      To zupełnie nowa sytuacja. Od wielu lat pacjenci, u których pojawiają się objawy ataku serca, są zabierani bezpośrednio na zabieg cewnikowania, z pominięciem szpitalnego oddziału ratunkowego. Taka procedura oszczędza czas i ratuje życie. Teraz zastanawiamy się nad zrobieniem kroku w tył. Nad włączeniem w tę procedurę SOR-u, by dokonać szybkiej oceny, czy mamy do czynienia z pacjentem kardiologicznym czy też może jest to ktoś, kto może być chory na COVID-19, mówi Parikh. Wdrożono już procedury, które zakładają wcześniejszą konsultację kardiologiczną oraz wykonanie EKG lub USG w celu potwierdzenia istnienia blokady. Robimy to, by z jednej strony uchronić pacjenta przed niepotrzebną procedurą, a z drugiej, byśmy mogli zdecydować, jakiego sprzętu ochronnego należy użyć w pracowni, wyjaśnia Parikh.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Zarażonych koronawirusem SARS-CoV-2 są już dziesiątki milionów ludzi, a wysoka śmiertelność we Włoszech czy Hiszpanii wynika z niewielkiego odsetka wykrytych przypadków, uważają niemieccy naukowcy z Uniwersytetu w Getyndze. Doktor Christian Bommer i profesor Sebastian Vollmer wykorzystali w swoich obliczeniach dane z artykułu opublikowanego niedawno na łamach The Lancet Infectious Diseases. Na ich podstawie wyliczyli, że poszczególne kraje wykryły średnio zaledwie 6% infekcji koronawirusem.
      Niedostateczna liczba testów i późne wdrożenie testowania powodują, zdaniem niemieckich naukowców, że odsetek zgonów we Włoszech i Hiszpanii wydaje się znacznie wyższy niż np. w Niemczech. Różnica ma wynikać stąd, że – jak szacują uczeni – w Niemczech wykryto 15,6% wszystkich zakażeń, tymczasem we Włoszech jest to 3,5%, a w Hiszpanii zaledwie 1,7%. Bardzo niski odsetek rzeczywistych infekcji miano też wykryć w USA (1,6%) i w Wielkiej Brytanii (1,2%). Jednocześnie obaj naukowcy szacują, że w Korei Południowej zidentyfikowano niemal 50% infekcji.
      Autorzy badań szacują, że 31 marca w Niemczech było 460 000 zakażonych (oficjalne dane mówiły o 71 808 przypadkach), w USA liczba zarażonych przekraczała w tym czasie 10 milionów, w Hiszpanii 5 milionów, we Włoszech miało być 3 miliony zarażonych, a w Wielkiej Brytanii około 2 milionów.
      Uzyskane przez nas wyniki oznaczają, że rzędy i politycy muszą być ostrożni, gdy planują swoje działania na podstawie oficjalnie dostępnych danych. Tak ekstremalne różnice w liczbie i jakości wykonywanych testów w poszczególnych krajach oznaczają, że oficjalne dane nie dostarczają prawdziwego obrazu sytuacji, mówi Vollmer. A Bommer dodaje, że pilnie potrzebne są usprawnienia w wykrywaniu rzeczywistej liczby infekcji.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      WHO planuje przeprowadzenie szeroko zakrojonych badań, których celem będzie poznanie odpowiedzi na pytanie, jak wiele osób rzeczywiście zaraziło się koronawirusem SARS-CoV-2. W ramach programu SOLIDARITY II w kilku krajach świata zostaną przeprowadzone wśród obywateli testy na obecność przeciwciał.
      Poznanie rzeczywistej liczby osób zarażonych, w tym i tych, u których objawy nie wystąpiły w ogóle lub były łagodne, pozwoli określić, jak bardzo rozpowszechniony jest wirus oraz jaka jest rzeczywista śmiertelność w poszczególnych grupach wiekowych. Pozwoli też na określenie zakresu i długości trwania kwarantanny.
      Dotychczas na świecie zdiagnozowano niemal 1.300.000 osób zarażonych. Jednak ze względu na niedostatki testów oraz istnienie nosicieli bezobjawowych czy osób, u których objawy były tak łagodne, że nie zgłosiły się do lekarza, od początku jest jasnym, iż rzeczywista liczba osób zarażonych jest wyższa.
      Testy na obecność przeciwciał pozwolą stwierdzić, czy dana osoba była w przeszłości zarażona SARS-CoV-2. Odkrycie przeciwciał u takiej osoby to jednocześnie wskazówka, że może być ona w przyszłości odporna na powtórne zarażenie. Przy okazji możliwe będzie też określenie, jak długo przeciwciała pozostają w organizmie, zatem na jak długo nabywamy odporności.
      Firmy i laboratoria na całym świecie pracują nad testami na przeciwciała COVID-19. Istnieją precyzyjne metody pomiaru poziomu przeciwciał, jednak komercyjne testy nie są jeszcze szeroko dostępne, a wiarygodność tych już stworzonych wciąż podlega weryfikacji.
      SOLIDARITY II to ostatnia część trzyetapowego projektu, którego celem jest jak najszybsze zebranie jak największej liczby informacji o przeciwciałach. W ramach pierwszego etapu WHO współpracuje z badaczami w krajach o największej liczbie zachorowań, by stwierdzić, jak wiele osób ma w organizmach przeciwciała. Ten etap jest absolutnie krytyczny dla naszego zrozumienia epidemiologii COVID-19, mówi Maria Van Kerkhove, która pomaga w koordynacji projektu. W ramach drugiego etapu WHO opublikowało standardowe protokoły, zgodnie z którymi należy przeprowadzać testy, w tym testy na przeciwciała. Poszczególne kraje korzystają bowiem z nieco innych protokołów, więc publikacja tych standardowych pozwoli na ich porównywanie między sobą.
      Ostatni etap projektu, czyli SOLICARITY II, da dostęp do olbrzymiego zestawu zebranych danych i umożliwi ich analizę, dzięki czemu możliwe będzie narysowanie prawdziwego obrazu epidemii.
      Nazwa SOLIDARITY II nie jest przypadkowa. To kolejny duży projekt WHO prowadzony w ramach walki z epidemią. Mianem SOLIDARITY określono bowiem prowadzone właśnie testy 4 najbardziej obiecujących leków na COVID-19. WHO rozpoczyna też prace na SOLIDARITY III, czyli projektem przetestowania możliwych leków na grupach szczególnie narażonych na zarażenie, jak np. pracownicy służby zdrowia.
      Wyniki SOLIDARITY II powinniśmy poznać w najbliższych miesiącach, chociaż sam projekt potrwa rok lub dłużej.
      Obecnie trwa kilka mniejszych studiów nad przeciwciałami. Jay Bhattacharya z Uniwersytetu Stanforda rozpoczął testy 5000 osób z Kaliforni pod kątem obecności przeciwciał. Testy są w 90% zgodne z protokołem WHO. Z kolei badania nad 1000 mieszkańców regionu Heinsbergu rozpoczęli naukowcy z Uniwersytetu w Bonn. Tego typu mniejsze testy dostarczą wielu istotnych informacji. Pozwolą na przykład stwierdzić, czy wykrywamy tak niewiele przypadków zarażenia dzieci i młodzieży dlatego, że przechodzą one chorobę łagodnie, czy też dlatego, że są bardziej odporne na zarażenie. Takie informacje zaś będą przydatne w określeniu możliwości rozprzestrzeniania się wirusa w szkołach czy przedszkolach.
      Sam fakt, że takie badania są prowadzone już 3 miesiące od zidentyfikowania choroby, jest czymś niezwykłych. Potrzebujemy wszelkich informacji jakie zdobędziemy. Jednak będziemy musieli podchodzić do nich z ostrożnością, gdyż będą to tylko wstępne wyniki, dodaje Van Kerkhove.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Na półkuli północnej sezon grypowy ma miejsce zimą. Gdy kończy się zima, znacząco spada też liczba chorych na grypę. Jako, że zima właśnie się skończyła, powstaje pytanie, czy oznacza to koniec epidemii COVID-19.
      Zimowy wzrost zachorowań na grypę jest spowodowany dwoma lub trzema czynnikami. Po pierwsze wirus jest bardziej stabilny gdy jest zimno i sucho, a poziom promieniowania ultrafioletowego jest niski. Po drugie, zimą spędzamy więcej czasu w zamkniętych pomieszczeniach w towarzystwie innych ludzi, wirus więc łatwiej rozprzestrzenia się. Rolę może odgrywać też dodatkowy czynnik – możliwe lekkie osłabienie układu odpornościowego spowodowane łagodnym obniżeniem poziomu witaminy D. Do produkcji witaminy D nasze organizmy potrzebują bowiem światła słonecznego.
      Teoretycznie te same czynniki powinny spowodować spadek zarażeń koronawirusem SARS-CoV-2 po zakończeniu zimy. Niestety, wciąż nie wiemy, czy tak się stanie, a dostępne dowody nie są jednoznaczne.
      Jednymi z pierwszych, którzy postanowili przyjrzeć się wpływowi temperatury i wilgotności na COVID-19 byli naukowcy z Uniwersytetu Harvarda. Przeanalizowali oni tempo rozprzestrzeniania się epidemii w dniach 23 stycznia 10 lutego w Chinach, Tajlandii, Singapurze, Japonii, Korei Południowej i na Tajwanie. Stwierdzili, że nie ma znaczącej różnicy pomiędzy zimnymi i suchymi prowincjami Chin, a prowincjami tropikalnymi czy Singapurem. Podsumowując wyniki swoich badań napisali, że wyższa temperatura i wilgotność niekoniecznie doprowadzą do spadku liczby zachorowań.
      Niedługo później ukazały się wyniki innych badań, tym razem przeprowadzonych w Wuhan. Te były bardziej alarmujące. Ich autorzy donosili, że wirus najlepiej rozprzestrzenia się w temperaturze 19 stopni Celsjusza, przy wilgotności 75% i miesięcznych opadach nie przekraczających 30 milimetrów.
      Od tamtej pory ukazało się kolejnych kilkanaście badań, z których większość dała przeciwne wyniki.
      Na przykład autorzy jednych z nich, którzy przyjrzeli się 80 981 przypadkom COVID-19 z całych Chin stwierdzili, że optymalna dla wirusa temperatura wynosi 10 stopni Celsjusza, a wyższe temperatury spowalniają tempo rozprzestrzeniania się choroby. Tutaj nie znaleziono żadnego związku z wilgotnością.
      Z kolei autorzy innych badań przeanalizowali wszystkie przypadki na całym świecie, jakie potwierdzono do 29 lutego. Zauważyli, że wyższe temperatury są związane z wolniejszym rozprzestrzenianiem się choroby, ale stwierdzili, iż mają zbyt mało danych, by wyciągać wnioski.
      Biolog Francois Balloux z University College London mówi, że sezonowość zachorowań jest trudna do przewidzenia i żeby coś o niej powiedzieć potrzebujemy więcej obserwacji i więcej danych.
      Wielu ekspertów wskazuje jednak na fakt, że epidemia dotknęła również półkuli południowej. COVID-19 rozprzestrzenia się też w Australii (w chwili pisania tekstu jest 5137 zachorowań i 25 zgonów), Brazylii (6931 zachorowań, 244 zgony) czy RPA (1380 zachorowań, 5 zgonów). Biorąc to pod uwagę możemy stwierdzić, że wysoka temperatura nie będzie w znaczącym stopniu chroniła przed wirusem, mówi Jimmy Whitworth z London School of Hygiene and Tropical Medicine. Dodaje jednak, że to nowy nieznany wirus, więc wielu rzeczy nie wiemy.
      Wirolog Michael Skinner z Imperial College London stwierdza zaś, że COVID-19 prawdopodobnie stanie się chorobą sezonową i będzie zarażał zgodnie z wzorcami, jakie widzimy w przypadku innych koronawirusów. Przypomnijmy, że już pod koniec lutego podobną opinię wyrażał epidemiolog z Uniwersytetu Harvarda, profesor Marc Lipsitch.
      Tak czy inaczej WHO na swojej witrynie zauważa, że do transmisji koronawirusa SARS-CoV-2 dochodzi na całym świecie, także na obszarach gorących o wysokiej wilgotności.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Niektórzy naukowcy proponują, by w ramach prac nad szczepionką na koronawirusa SARS-CoV-2... zarazić zdrowych ochotników. Takie działanie mogłoby przyspieszyć prace nad testowaniem i dopuszczeniem szczepionki. Zwykle bowiem ostatecznym testem skuteczności szczepionki jest III faza badań klinicznych. Wówczas podaje się placebo lub nową szczepionkę tysiącom lub dziesiątkom tysięcy osób i przez długi czas sprawdza, czy osoby te zarażą się podczas codziennego życia. Jednak w czasie epidemii nie ma czasu na tak długotrwałe badania.
      Dlatego też pojawiła się propozycja, by nową szczepionkę podać około 100 osobom, a następnie wystawić je na działanie wirusa i sprawdzić, czy unikną zachorowania.
      Jeden z autorów propozycji, Nir Eyal, dyrektor Center for Population-Level Bioethics na Rutgers University, wyjaśnia, w jaki sposób można takie badania przeprowadzić bezpiecznie i w sposób etyczny.
      Zwraca on uwagę, że gdyby badania prowadzono w sposób standardowy, należałoby dużej grupie ludzi podać placebo lub szczepionkę i obserwować, czy w obu grupach wystąpiła różnica w zapadalności na COVID-19. Jednak w czasie epidemii wiele osób postępuje bardziej ostrożnie niż zwykle, ograniczają kontakty towarzyskie, więc uzyskanie miarodajnych wyników badań mogłoby potrwać bardzo długo. Jeśli zaś celowo wystawimy uczestników badania na kontakt z wirusem, to nie tylko będziemy mogli przeprowadzić badania na mniejszej grupie osób, ale i wyniki uzyskamy szybciej.
      Eyal wspomina, że badania z celowym wystawianiem ludzi na działanie patogenu przeprowadzane są dość często. Robi się tak w przypadku mniej śmiercionośnych chorób, jak grypa, tyfus, cholera czy malaria.
      Gdyby tym razem zdecydowano się na przeprowadzenie takiego eksperymentu, najpierw trzeba się upewnić – podczas wcześniejszych badań – że szczepionka jest bezpieczna. Następnie należy zebrać grupę ochotników, ludzi młodych i w dość dobrym stanie zdrowia i upewnić się, że nie są zarażeni koronawirusem. Następnie trzeba im podać albo placebo, albo szczepionkę o odczekać przez jakiś czas, by układ odpornościowy zdążył zareagować. Następnie badanych wystawia się na działanie patogenu i obserwuje różnice w obu grupach. Jako, że ludzie ci są bardzo ściśle nadzorowani, można wychwycić infekcję na bardzo wczesnym etapie.
      Oczywiście rodzi się pytanie o bezpieczeństwo badanych. Eyal mówi, że ryzyko można znacznie ograniczyć wybierając ludzi dość młodych, powiedzmy w wieku 20–45 lat, i zdrowych. Trzeba też wykluczyć ludzi, którzy już wcześniej mogli zetknąć się z wirusem. To może być trudne, ale jest wykonalne. Dodatkowo nadzór nad badanymi powinien być prowadzony co najmniej raz dziennie. To może być o tyle kłopotliwe, że dla badanej grupy trzeba by przeznaczyć nieproporcjonalnie duże środki z i tak już pracującej na krawędzi wydolności służby zdrowia. Jednak, jak zauważa naukowiec, celowe wystawienie na działanie wirusa może być dla uczestników eksperymentu bezpieczniejsze niż przypadkowe zarażenie się i oczekiwanie na standardową opiekę.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...