-
Liczba zawartości
37614 -
Rejestracja
-
Ostatnia wizyta
nigdy -
Wygrane w rankingu
246
Zawartość dodana przez KopalniaWiedzy.pl
-
Słonie wykrywają deszcz z olbrzymiej odległości
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
Prowadzone w Namibii badania wykazały, że słonie są w stanie wykryć opady deszczu z odległości... 240 kilometrów. W PLOS ONE ukazał się artykuł opisujący przeprowadzone badania. W Namibii występuje niewiele opadów, a sieć rzeczna jest tam uboga. Dlatego też miejscowe zwierzęta muszą dobrze wykorzystywać porę deszczową, która ma miejsce od styczna do marca. Jednym z takich gatunków są słonie, które ciągle migrują w poszukiwaniu wody i pożywienia. Grupa uczonych postanowiła dowiedzieć się, dlaczego w czasie pory deszczowej migracje słoni wykazują niezwykłe wzorce. Wcześniejsze badania ujawniły bowiem, że zwierzęta niejednokrotnie bez żadnego widocznego powodu nagle zmieniają kierunek wędrówki. By rozwiązać tę zagadkę badacze zaopatrzyli w urządzenia GPS 14 słoni z różnych stad. Zwierzęta były śledzone w latach 2002-2009. Uzyskane dane naukowcy analizowali wraz z danymi satelitarnymi dotyczącymi opadów deszczu. Analiza wykazała, że nagłe zmiany kierunku wędrówki są spowodowane chęcią podróży w kierunku padającego właśnie deszczu. Słonie zmieniały trasę nawet wówczas, gdy deszcz padał w odległości 240 kilometrów od nich. Uczeni nie są pewni, w jaki sposób słonie wykrywają deszcz. Przypuszczają, że potrafią go usłyszeć. Zwierzęta mogą słyszeć albo burzę, albo też same krople opadające na ziemię. Nie od dzisiaj wiadomo, że słonie odbierają dźwięki o niskiej częstotliwości. A takie dźwięki przenoszą się na olbrzymie odległości. Dalsze badania pozwolą wyjaśnić, czy rzeczywiście słonie wykrywają deszcz dzięki swojemu słuchowi czy też robią to w inny sposób. « powrót do artykułu -
Zajrzeli do wnętrza eksplodującej gwiazdy
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Astronomia i fizyka
Międzynarodowemu zespołowi naukowców udało się zajrzeć do wnętrza eksplodującej gwiazdy. Było to możliwe dzięki wykorzystaniu wielu różnych teleskopów oddalonych od siebie o tysiące kilometrów. Teleskopy z Europy i Ameryki pozwoliły wskazać dokładną lokalizację miejsca, w którym doszło do eksplozji i emisji promieniowania gamma. Udało się też wyjaśnić, w jaki sposób dochodzi do emisji gamma. Odkryliśmy nie tylko, w którym miejscu powstaje promieniowanie gamma, ale również mogliśmy zaobserwować sposób powstawania tego promieniowania - mówi Laura Chomiuk z Michigan State University. Do wybuchu supernowej dochodzi, gdy gaz z towarzyszącej jej gwiazdy opada na powierzchnię białego karła w układzie podwójnym. To zapoczątkowuje eksplozję termojądrową na powierzchni gwiazdy, w wyniku której gaz jest wyrzucany w przestrzeń kosmiczną z prędkością milionów kilometrów na godzinę. Gdy gwiazda eksploduje, zaczyna bardzo jasno świecić i w niektórych przypadkach prowadzi to do pojawienia się nowej gwiazdy na niebie, stąd właśnie termin 'nowa'. Te eksplozje są nieprzewidywalne, zatem, gdy taka gwiazda eksploduje, musimy być gotowi skierować na nią tyle teleskopów ile to możliwe. Tutaj udało się nam zaobserwować supernową zanim zaczęła przygasać - mówi Tim O'Brien z University of Manchester. Najnowsze obserwacje, przeprowadzone przez sieci teleskopów European VLBI Network (EVN) oraz Very Long Baseline Array (VLBA) w USA ujawniły istnienie dwóch źródeł promieniowania, które oddalały się od siebie. Naukowcy, posiłkując się wcześniejszymi badaniami nad emisją gamma, stwierdzili, że początkowo materiał pochodzący z eksplozji korzysta z energii grawitacji białego karła i jego towarzysza, dzięki czemu szybciej porusza się w płaszczyźnie orbity gwiazd. Następnie z białego karła wystrzeliwują szybkie cząsteczki, poruszające się na zewnątrz wzdłuż biegunów płaszczyzny orbity. Gdy szybko poruszające się cząsteczki dogonią wspomniany wcześniej materiał, uderzają weń, powstaje fala uderzeniowa przyspieszająca cząsteczki do prędkości potrzebnych do pojawienia się emisji gamma. « powrót do artykułu -
Naukowcy z Imperial College London i Uniwersytetu Katolickiego w Leuven opracowali nowy test ADNEX, który pomoże lekarzom lepiej diagnozować guzy jajnika i wybierać odpowiednie leczenie. Sukces leczenia zależy od właściwej identyfikacji rodzaju guza, co bywa trudne. W rezultacie wiele kobiet z nowotworem nie trafia do właściwego chirurga, podczas gdy te z łagodnymi torbielami przechodzą poważniejsze operacje, niż powinny. ADNEX różnicuje guzy łagodne i złośliwe, potrafi też z dużą trafnością zidentyfikować różne typy guzów złośliwych. Test bazuje na danych klinicznych pacjentek, wynikach badania markerów nowotworowych oraz cechach dostrzegalnych na USG. Poza nazwą guza test zapewnia też wyrażoną w procentach pewność poprawności diagnozy. Test można wykonać, łącząc się ze szpitalną bazą danych albo wpisując dane pacjentki do aplikacji na smartfony. Tę ostatnią zaprezentowano na światowym kongresie Międzynarodowego Stowarzyszenia Ultrasonografii w Ginekologii i Położnictwie w Barcelonie. Bardzo ważne jest postawienie poprawnej diagnozy przedoperacyjnej. Jeśli jest ona zła, chora może przejść bardziej rozległą operację, niż powinna, np. w postaci niepotrzebnego usunięcia jajnika. Gdy guz jest łagodny, kobieta może w ogóle nie potrzebować leczenia. Jeśli guz jest złośliwy, by wybrać najlepszą terapię, trzeba wiedzieć, do jakiego typu należy, a leczenie musi być prowadzone przez chirurga ginekologa - wyjaśnia prof. Tom Bourne. Brytyjsko-belgijski zespół opracował test, wykorzystując dane 3506 pacjentek z 10 krajów europejskich z lat 1999-2007. Naukowcy sprawdzali, jakie cechy dostępne przed operacją można wykorzystać, by przewidzieć diagnozę. Później w latach 2009-2012 model testowano na 2403 pacjentkach. Obecne modele prognostyczne różnicują guzy łagodne i złośliwe, ale brakuje im trafności. Nie wyróżnia się też typów złośliwych guzów. Model ADNEX rozróżnia guzy łagodne, z pogranicza, inwazyjne I stopnia, inwazyjne II-IV stopnia oraz guzy przerzutowe. « powrót do artykułu
-
Media twierdzą, że firma Lockheed Martin dokonała przełomu w dziedzinie fuzji termojądrowej. Koncern poinformował, że dzięki niemu w ciągu dekady przygotuje gotowy do premiery rynkowej miniaturowy reaktor fuzyjny. Tom McGuire, który kieruje zespołem pracującym na fuzją termojądrową, mówi, że dotychczasowe prace wykazały, iż możliwe jest zbudowanie 100-megawatowego reaktora, który zmieści się na ciężarówce. Ma być zatem 10-krotnie mniejszy od obecnych reaktorów. Lockheed Martin korzysta z koncepcji tokamaka, plazma w reaktorze ma być utrzymywana dzięki polu magnetycznemu. Firma twierdzi, że jej zmodyfikowany tokamak jest 10-krotnie bardziej wydajny od innych. Z opinią taką nie zgadza się profesor Tom Jarboe z University of Washington, który sam bada fuzję termojądrową. Ich projekt ma dwie komory i osłonę, zatem będzie ponad czterokrotnie gorszy od tokamaka. Większym optymistą jest Michael Zarnstorff, wicedyrektor ds. badań w Princeton Plasma Physics Laboratory. To wspaniałe, że Lockheed zaangażował się w badania, których celem jest zapewnienie światu energii bez wykorzystywania węgla. Dotychczas nie przedstawiono nam żadnych wyników eksperymentów prowadzonych przez Lockheeda, ale architektura ich reaktora jest interesująca i wydaje się, że są na wczesnym etapie praktycznego jej wykorzystania - mówi. Większość naukowców pozostaje jedna bardzo sceptyczna. Swadesh M. Mahajan, specjalizujący się w badaniach plazmy fizyk z University of Texas zwraca uwagę, że „nic nam nie wiadomo o istnieniu materiałów, które byłyby w stanie wytrzymać temperaturę taką, jaką Lockheed chce wygenerować w swoim reaktorze”. Profesor Rosi Reed z Wayne State University, która pracuje przy Wielkim Zderzaczu Hadronów podkreśla, że najbardziej interesującą wiadomością przekazaną przez Lockheeda Martina jest ta mówiąca o uzyskaniu 10-krotnie większej ilości energii niż z wcześniejszych reaktorów. A to oznacza, że nowy reaktor może być znacznie mniejszy. Profesor Reed od razu jednak zastrzega, że wszystko o czym mówią przedstawiciele koncernu to jedynie teoretyczne rozważania. Warto zatem zauważyć, że sam Lockheed Martin nie używa słowa „przełom” w swojej reakcji prasowej, że dotychczas prowadzi prace czysto teoretyczne oraz że inni naukowcy nie zostali zapoznani ze szczegłowymi wynikami tych prac, trudno zatem jednoznacznie stwierdzić, czy firma rzeczywiście przyspieszy moment, w którym ludzkość będzie mogła korzystać z fuzji termojądrowej. « powrót do artykułu
-
Podczas ubiegłotygodniowych targów CEATEC firma TDK zaprezentowała nowe głowice do dysków twardych. Urządzenia wykorzystują technologię HAMR (heat-assisted magnetic recording). Dzięki niej już za dwa lata na rynek mogą trafić HDD o pojemności do 15 terabajtów. Technologia HAMR polega na tworzeniu na powierzchni dysku rodzaju kropek o średnicy mniejszej niż 100 nanometrów i podgrzewanie ich za pomocą lasera. W podgrzanych miejscach łatwiej zapisać dane, które zostają ustabilizowane podczas schładzania zapisanych obszarów. Taka metoda w połączeniu z samoporządkującymi się macierzami cząstek z żelaza i platyny pozwala na 100-krotne zwiększenie gęstości zapisu. Teoretycznie może ona wynosić 50 terabitów na cal kwadratowy. HAMR rozwiązuje zatem problem niestabilności i ryzyka utraty danych związany z coraz większym zagęszczeniem komórek, w których przechowywane są informacje. Jeszcze do niedawna sądzono, że HAMR zadebiutuje nie wcześniej niż w 2017 roku, jednak takie firmy jak TDK, Seagate i Western Digital bardzo zaangażowały się w rozwój tych technologii. Zaprezentowano już nawet pierwsze prototypowe HDD z HAMR. Już pierwsze dyski tego typu mogą mieć pojemność 15 terabajtów. Do roku 2020, zgodnie z zapowiedzią Seagate'a, mają pojawić się HDD o pojemności 20 TB. Urządzenia takie trafią początkowo do centrów bazodanowych, ale z czasem będą też używane przez osoby prywatne. « powrót do artykułu
-
Związek z brokuła poprawia funkcjonowanie autyków
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Psychologia
Naukowcy z MassGeneral Hospital for Children (MGHfC) i Szkoły Medycznej Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa odkryli, że sulforafan, izotiocyjanian występujący w warzywach krzyżowych, głównie brokułach, poprawia stan chorych z autyzmem. Zmiany w zakresie zachowania i komunikacji pojawiały się zaledwie po miesiącu codziennego podawania. Autorzy artykułu z PNAS Early Edition przestrzegają, że na razie przeprowadzili pilotażowe studium i wyniki muszą być potwierdzone w ramach szerzej zakrojonych badań. Na przestrzeni lat pojawiło się kilka anegdotycznych doniesień, że u dzieci z autyzmem, które miały gorączkę, następowała poprawa w zakresie kontaktów społecznych i czasem języka. Sprawdziliśmy, co może stać za tym zjawiskiem na poziomie komórkowym i wysunęliśmy postulat, że chodzi o aktywację przez gorączkę odpowiedzi na stres, w czasie której trzymane zazwyczaj w rezerwie mechanizmy ochronne komórki są włączane w wyniku uruchomienia transkrypcji genów - wyjaśnia dr Andrew Zimmerman. Sulforafan został odkryty w latach 90. przez Paula Talalaya. Jego zespół ustalił również, że związek ten wspiera kluczowe aspekty komórkowej reakcji stresowej. Jakiś czas temu Zimmerman zaproponował ekipie Talalaya, by zbadać wpływ sulforafanu na autyzm; choć mechanizmy zaburzeń ze spektrum autyzmu pozostają w dużej mierze nieznane, zidentyfikowano bowiem kilka anomalii molekularnych, w tym dotyczące komórkowej reakcji na stres. W studium uwzględniono 44 młodych mężczyzn w wieku od 13 do 27 lat. Zdiagnozowano u nich umiarkowane-głębokie zaburzenia ze spektrum autyzmu. Wylosowano ich do grup, którym codziennie podawano albo wyekstrahowany z kiełków brokuła sulforafan, albo placebo (próba była podwójnie ślepa, co oznacza, że ani naukowcy, ani badani czy opiekunowie nie wiedzieli, co komu aplikowano). Funkcjonowanie chorych oceniano za pomocą wystandaryzowanych testów - część przeprowadzali członkowie ekipy, a część opiekunowie - na początku, a także po upływie 4, 10 i 18 tygodni studium. Eksperyment zakończono po 18 tygodniach, ale 22 osoby zbadano jeszcze raz po następnych 4 tygodniach. Dr Kanwaljit Singh podkreśla, że wśród 40 osób, które wróciły na co najmniej jedno badanie, średnia ocena ze wszystkich testów była w przypadku 26 pacjentów otrzymujących sulforafan znacząco wyższa niż dla 14 zażywających placebo. Już na wizycie po 4 tygodniach eksperymentu niektórzy opiekunowie wspominali o dostrzegalnej poprawie zachowania, a do końca studium i członkowie rodziny, i naukowcy poprawnie odgadli grupę, do której trafiło wielu mężczyzn. Generalnie u 17 członków grupy sulforafanowej opiekunowie dopatrzyli się poprawy m.in. w zakresie zachowania i kontaktów społecznych. Po 18 tygodniach terapii średnia ocena dwóch testów - 5-elementowej skali ABC (Aberrant Behavior Checklist) i Skali Reakcji Społecznych (Social Responsiveness Scale) - spadła u stosujących sulforafan, odpowiednio, o 34 i 17%, co wskazuje na poprawę w zakresie drażliwości, powtarzalnych ruchów, nadaktywności, komunikacji, motywacji czy manieryzmów. Badanie za pomocą skali ogólnego wrażenia klinicznego (Clinical Global Impression, CGI) pokazało, że 46% chorych z grupy sulforafanowej doświadczało poprawy dot. kontaktów społecznych, 54% w odniesieniu do nieprawidłowych zachowań, a 42% w zakresie komunikacji werbalnej. Większość korzystnych zmian zanikła do dodatkowej oceny po 22 tyg., co sugeruje, że zaobserwowane zmiany były wynikiem terapii izotiocyjanianem. Choć wyniki pozytywnie zaskoczyły akademików, należy odnotować, że nie u wszystkich nastąpiła poprawa [...]. Studium musi też być powtórzone na większej próbie dorosłych i dzieci. Mamy nadzieję szybko je zorganizować. Ostatecznie chcemy zrozumieć biologię leżącą u podłoża zjawisk obserwowanych na poziomie komórkowym. « powrót do artykułu -
Sportowcy mają często problemy z zębami i dziąsłami
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Zdrowie i uroda
Najlepsi sportowcy mają często problem z próchnicą i chorobami dziąseł, co negatywnie wpływa na ich osiągi. Ma to związek z napojami energetyzującymi, wysokowęglowodanową dietą oraz planem treningów. Naukowcy z Wielkiej Brytanii, Kanady i USA przeanalizowali wyniki 39 publikacji nt. stanu zdrowia jamy ustnej zawodowych sportowców (tak mężczyzn, jak i kobiet). Okazało się, że próchnica dotyczyła 15-75%, a umiarkowana-poważna choroba dziąseł aż 36-85% badanych. Autorzy raportu z British Journal of Sports Medicine podkreślają, że pokrywa się to z sondażem przeprowadzonym 2 lata temu na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Londynie, kiedy to 46,5% sportowców przyznało, że nie było w poprzednim roku u stomatologa, a 18% stwierdziło, że problemy z zębami wpłynęły w przeszłości na ich osiągnięcia. Ian Needleman z Uniwersyteckiego College'u Londyńskiego wyjaśnia, że problemy zębowo-dziąsłowe wywołują ból, stan zapalny, wpływają na sen, jedzenie, a także na sportową pewność siebie. Ślina pomaga chronić zęby przed erozją szkliwa i próchnicą, stąd negatywny wpływ odwodnienia w czasie intensywnych ćwiczeń. By szybko uzupełnić spalone kalorie, sportowcy często polegają też na wysokowęglowodanowej diecie oraz słodkich i kwasowych napojach energetyzujących. Nie pomaga również wywołana ćwiczeniami supresja układu immunologicznego. Nie chcemy demonizować napojów energetyzujących ani nie mówimy, że sportowcy nie powinni ich używać. Ludzie muszą jednak mieć świadomość zagrożeń [...] i w prosty sposób im zapobiegać. Przy zwykłym odwodnieniu lepsze mogą np. być woda i napoje hipotoniczne [...]. Przy dziedzinach sportu, gdzie zawodnicy potrzebują dużo energii, warto pomyśleć o pastach z wysoką zawartością fluoru i płynach do płukania jamy ustnej. Choć nie przeprowadzono wielu badań w tej dziedzinie, pierwszy raport nt. złego stanu uzębienia i dziąseł sportowców pojawił się już po igrzyskach w 1968 r. Dane z klinik z ważnych imprez sportowych i wyrywkowe badanie członków ekip dały podobne rezultaty, przez co Międzynarodowy Komitet Olimpijski zaczął nawoływać do dogłębniejszego poznania zagadnienia. « powrót do artykułu -
Zmumifikowana księżniczka z Ukoku (nazwana po ściętym wieczną zmarzliną płaskowyżu gór Ałtaj, gdzie ją znaleziono) zmarła w wieku 25 lat na raka piersi. Wiele wskazuje na to, że ból uśmierzała za pomocą konopi. Rosyjscy naukowcy podkreślają, że dzięki niej lepiej zrozumiano kulturę Pazyryku. Konopie, za pomocą których radziła sobie z chorobą, prowadziły do zmienionego stanu umysłu. Przez to członkowie społeczności myśleli, że księżniczka ma kontakt ze światem duchów. Po przeprowadzeniu w Nowosybirsku rezonansu magnetycznego Andriej Letjagin i Andriej Sawelow z syberyjskiej filii Rosyjskiej Akademii Nauk Medycznych odkryli, że od dzieciństwa lub wieku dojrzewania kobieta cierpiała na zapalenie kości i szpiku. Niedługo przed śmiercią doznała też urazów odpowiadających upadkowi z wysokości, np. z konia (chodzi o przemieszczenia stawów i złamania czaszki). To jednak nie wszystko, eksperci zauważyli bowiem, że wkrótce po przekroczeniu dwudziestki [księżniczka] zapadała na inną poważną chorobę - raka piersi. Autorką podsumowania historii medycznej zmarłej, które ukazało się na łamach pisma Science First Hand, jest prof. Natalia Polosmak (to ona odkryła w 1993 r. szczątki ludzkie z kurhanów). W czasie obrazowania gruczołów mlekowych zwróciliśmy uwagę na asymetryczną strukturę [...]. Mieliśmy do czynienia z guzem pierwotnym w prawej piersi i przerzutami w prawych węzłach pachowych. W pierwszych trzech kręgach piersiowych odnotowano spadek intensywności sygnału MRI, co [również] może odpowiadać metastazie. Jestem całkiem pewien diagnozy - miała raka i była skrajnie wyniszczona. Biorąc pod uwagę jej wysoką pozycję społeczną oraz informacje uzyskane przez naukowców podczas badania mumii elity z Pazyryku, nie znajduję innego wyjaśnienia. Tylko nowotwór mógłby zadziałać w ten sposób - twierdzi Letjagin. W oparciu o najnowsze badania i dane nt. zawartości żołądków pochowanych z księżniczką koni Polosmak odtworzyła ostatnie miesiące życia kobiety. Gdy przybyła w październiku do obozu zimowego w Ukoku, miała IV stadium raka piersi. Bardzo cierpiała i zażywała substancje odurzające [...]. Osłabiona fizycznie spadła z konia i doznała poważnych urazów. Spadła na prawą stronę, uderzając w ziemię prawą skronią, ramieniem i biodrem. Jej prawa dłoń nie ucierpiała, bo była przyciśnięta do boku; w tym czasie była już zapewne nieczynna. Wskutek wypadku rozwinął się obrzęk. Antropolodzy sądzą, że jedyną rzeczą, jaka mogła zmusić poważnie chorą i słabą kobietę do dosiadania konia, była migracja do obozu zimowego. Interesujące jest to, że ziomkowie nie zostawili jej na pewną śmierć ani nie zabili [...]. Naukowcy przekonują, że to kolejny dowód na zajmowaną przez kobietę wysoką pozycję. Choć nazywa się ją księżniczką, tak naprawdę mogła być szamanką. Po przyjeździe na płaskowyż prawdopodobnie cały czas leżała. Przed pochówkiem w połowie czerwca (stwierdzono to na podstawie zawartości żołądka koni) jej ciało przechowywano prawdopodobnie ok. 2-3 miesięcy. Polosmak przypomina, że w komorze grobowej kobiety znaleziono skrzynkę z konopiami. Księżniczka czy szamanka nie została pochowana z innymi, ale w położonym na uboczu, dobrze widocznym kurhanie. Niewykluczone więc, że nie należała do najbliższej rodziny, ale była jakoś powiązana z Sakami z Pazyryku. Polosmak dywaguje, że to wskazówka świadcząca o jej celibacie i specjalnym statusie. Znaczący jest też fakt, że kobietę pogrzebano z 3 końmi, podczas gdy w normalnej sytuacji wystarczyłby jeden. « powrót do artykułu
-
Podczas peruwiańskiej Konferencji Ministrów Obrony Ameryk, Sekretarz Obrony USA, Chuck Hagel, zaprezentował raport, w którym Pentagon określa ocieplenie mianem „bezpośredniego zagrożenia” dla bezpieczeństwa USA. W planie tym opisano, w jaki sposób armia ma zamiar chronić swoje bazy, przygotować się na katastrofy humanitarne oraz konflikty wywołane ocieplającym się klimatem. Na ironię losu zakrawa fakt, że w 1997 roku Hagel, wówczas amerykański senator, był głównym przeciwnikiem Protokołu z Kioto i próbował nie dopuścić do jego podpisania. Teraz, już jako Sekretarz Obrony, przedstawił raport na temat zagrożeń związanych ze mianami klimatycznymi i pochwalił pomysł stworzenia nowej globalnej umowy dotyczącej ochrony klimatu. Zmiany klimatyczne zwielokratniają zagrożenia, z którymi zmagamy się obecnie – od epidemii chorób zakaźnych po wystąpienia zbrojne – i stworzą nowe zagrożenia w przyszłości - mówił obecnie Hagel. W 20-stronicowym raporcie „2014 Climate Change Adaptation Roadmap” czytamy m.in., że rosnący poziom oceanów zagraża bazom US Navy na całym świecie. Z kolei coraz poważniejsze susze i ekstremalne zjawiska pogodowe mogą niekorzystnie wpływać na obecnie używane poligony, utrudniając desant morski i zwiad. Pojawia się w nim też ostrzeżenie dotyczące Arktyki. Wraz z topnieniem lodów otwierają się tam nowe trasy żeglugowe, które trzeba będzie monitorować w celu zapewnienia stabilności w tym bogatym w surowce regionie. Ponadto USA chcą monitorować sytuację w niestabilnych krajach, w których zmiany klimatyczne mogą wywoływać dodatkowe problemy – od niedoborów wody i żywności po masową migrację. Takie wydarzenia mogą osłabiać rządy, które już obecnie są niestabilne bądź też są obecnie stabilne, jednak nie są w stanie odpowiednio reagować na pojawiające się problemy. Może też dojść do rosnących napięć pomiędzy państwami konkurującymi o ograniczone zasoby. To z kolei może stać się pożywką dla ekstremistycznych ideologii i napędzać terroryzm - piszą autorzy raportu. Analitycy zgadzają się z opinią Pentagonu. Francesco Fermia dyrektor z organizacji Center for Climate and Security zwraca uwagę, że zagrożenia klimatyczne nie są problemem, który można oddzielić innych zagrożeń. Wskazuje przy tym na problem Państwa Islamskiego. Jego powołanie, ofensywa i związane z tym zagrożenia nie mają związku ze zmianami klimatycznymi, ale zmieniający się klimat niewątpliwie zaostrzył problemy występujące na tych terenach. Niedobory wody, wywołane zmniejszonymi opadami i złym zarządzaniem zasobami naturalnymi, doprowadziły do migracji ponad 1,5 miliona osób. Zmiany klimatyczne powodują, że wiele innych zagrożeń staje się jeszcze poważniejszymi. Nie możemy ich ignorować, bo jeśli je zignorujemy to zignorujemy tym samym kluczowe przyczyny destabilizacji, konfliktów i terroryzmu - mówi Femia. Podobnego zdania jest Sherri Goodman, wiceprezes w organizacji CNA Corp., która specjalizuje się w analizach na potrzeby Pentagonu i innych agend rządu USA. Zagrożenia związane ze zmianami klimatycznymi to nie przyszłość. To teraźniejszość - mówi. « powrót do artykułu
-
Naukowcy stwierdzili, że rzadka choroba - zespół Ellisa-van Crevelda (EvC) - zabezpiecza przed zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym. Odkrycia dokonano dzięki 40-letnim badaniom rodzin amiszów z Pensylwanii, gdzie często występują obie choroby. Amerykański zespół nie znalazł ani jednej osoby z EvC i chorobą afektywną dwubiegunową. Nikt nie ma wątpliwości, że zaburzenie afektywne dwubiegunowe ma ważny komponent dziedziczny [jednak wcześniejsze studia nie wskazały konkretnych genów]. Nasze badanie przyczyn choroby afektywnej dwubiegunowej zmienia paradygmat i może prowadzić do lepszych metod terapii - podkreśla Edward I. Ginns ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Massachusetts. Badając przez ponad 40 lat amiszów, Janice A. Egeland, emerytowana profesor psychiatrii i nauk behawioralnych z Uniwersytetu w Miami, zauważyła, że EvC i zaburzenie afektywne dwubiegunowe występują często w dużej rodzinie pochodzącej od jednego przodka. EvC jest skutkiem mutacji zaburzających "szlak sygnałowy jeży" (ang. sonic hedgehog pathway). Analizy potwierdziły istotny statystycznie negatywny związek między EvC a zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym. Ponieważ mutacje wywołujące EvC działają, zaburzając działanie białka SHH [sonic hedgehog homolog], łącząc nieprawidłową sygnalizację w obrębie szlaku jeży z zaburzeniami afektywnymi, zyskujemy konkretną molekularną i medyczną podstawę dla objawów pacjentów. Może to pomóc w zniesieniu piętna choroby psychicznej - zaznacza Ginns. Ginns przypomina, że choć mamy niezłe przypuszczenia co do nowych celów leków [...], nadal nie wiadomo, jakie dokładnie zmiany w obrębie szlaku sygnałowego jeży prowadzą do zaburzenia afektywnego dwubiegunowego. « powrót do artykułu
-
Nippon Electric Glass (NEG) zaprezentowała najcieńszą na świecie taflę szkła. Firma specjalizuje się w produkcji niezwykle cienkich tafli, które są używane m.in. w elastycznych wyświetlaczach. Podczas ostatnich targów Ceatec Japan firma pokazała wyświetlacz OLED do którego produkcji wykorzystano szkło G-Leaf o grubości zaledwie 50 mikrometrów. To jednak nie ostatnie słowo NEG. Odwiedzający targi mogli bowiem zobaczyć najnowsze osiągnięcie firmy taflę szkła o grubości 30 mikrometrów. Uzyskano ją dzięki odpowiedniemu dobraniu temperatury produkcji szkła oraz tempa jego rozciągania. Ultracienkie tafle szkła będą używane w elastycznych wyświetlaczach. W tej roli sprawdzą się lepiej niż tworzywa sztuczne. Co prawda plastiki są już wykorzystywane w elastycznych ekranach OLED, jednak mają one poważną wadę. Przepuszczają gazy, takie jak tlen czy para wodna, które przyspieszają zużycie elementów emitujących światło. Dlatego też w ich przypadku konieczne jest stosowanie kosztownych warstw blokujących gazom dostęp do wnętrza urządzenia. Szkło gazów nie przepuszcza, zatem nie ma potrzeby używania dodatkowych warstw. « powrót do artykułu
-
Specjaliści opisali przypadek pacjenta z uzależnieniem od Internetu wywołanym korzystaniem z Google Glass. Okulary miały pomóc 31-latkowi w pracy polegającej na sporządzaniu spisów pojazdów w konwojach. Mężczyzna nosił okulary przez 18 godzin dziennie. Zdejmował je tylko do mycia i spania. Gdy nie mógł ich mieć na sobie, będąc w pracy, stawał się poirytowany i kłótliwy. W ciągu 2 miesięcy od zakupu urządzenia u pacjenta pojawiły się zachcianki i sny ze scenami postrzeganymi przez okienko Google Glass. Dr Andrew Doan z Substance Abuse and Recovery Program (SARP) marynarki wojennej USA opowiada, że 31-latek uczestniczył we wrześniu zeszłego roku w 35-dniowym stacjonarnym programie leczenia alkoholizmu. Nie mógł wtedy nosić okularów, co wywołało zespół abstynencyjny, który objawiał się znaczną frustracją i drażliwością. Zauważono u niego nieświadomy ruch prawej ręki do skroni oraz stukanie w ten obszar palcem wskazującym. Doan zaznacza, że pacjent stwierdził, że zespół abstynencyjny związany z Google Glass był silniejszy niż ten po odstawieniu alkoholu. Autorzy artykułu z pisma Addictive Behaviors wyjaśniają, że u chorego stwierdzono zaburzenie nastroju najbardziej przypominające hipomanię wywołaną zażyciem substancji psychoaktywnej, nakładającą się na zaburzenie depresyjne i lękowe z cechami fobii społecznej oraz zaburzenia obsesyjno-kompulsyjnego (ZOK). Istotne było także współistnienie uzależnienia od tytoniu i alkoholu. W trakcie terapii spadła częstość sięgania ręką w kierunku skroni, a pacjent stał się mniej drażliwy. Poprawiła się też jego pamięć krótkoterminowa oraz jasność myślenia. Mężczyzna nadal jednak sporadycznie śnił o świecie widzianym przez Google Glass. Po 35-dniowym leczeniu skierowano do Programu 12 kroków. « powrót do artykułu
-
Wczoraj w ramach Patch Tuesday Microsoft udostępnił poprawki dla 24 dziur w swoich programach. Załatano m.in. trzy luki typu zero-day. Koncern opublikował osiem biuletynów, z których trzy opisano jako „krytyczne”, a pozostałe jako „ważne”. Jeden z „krytycznych” biuletynów, MS14-058, poprawia dziury zero-day odkryte przez firmę FireEye. Zostały one użyte w niezwiązanych ze sobą atakach, podczas których cyberprzestępcy dostali się do jądra Windows. Z kolei „ważny” biuletyn MS14-060 załatał dziurę zero-day, którą od roku wykorzystywali rosyjscy szpiedzy atakujący m.in. NATO i Polskę. Ostatni z „krytycznych” biuletynów to MS14-057. Poprawia on trzy błędy w .NET Framework. Pozwalają one atakującemu na zdalne wykonanie kodu. Aby tego dokonać napastnik musi wysłać URI zawierające międzynarodowe znaki do aplikacji .NET. Użytkownicy powinni zwrócić też uwagę na „ważny” biuletyn MS14-056. Poprawia on aż 14 dziur w Internet Explorerze. Luki nie zostały dotychczas wykorzystane przez cyberprzestępców. Należy jednak jak najszybciej zainstalować ten biuletyn, gdyż jedna z dziur pozwala na zdalne wykonanie kodu jeśli użytkownik wejdzie za pomocą Internet Explorera na odpowiednio spreparowaną witrynę. « powrót do artykułu
-
Na oficjalnym blogu Windows pojawiła się informacja, że już ponad milion osób zarejestrowało się w Windows Insider Program. Olbrzymia część z nich przetestowała Windows 10 Technical Preview i wysłała swoje spostrzeżenia do Microsoftu. Koncern z Redmond otrzymał ponad 200 000 wiadomości dotyczących działania najnowszego systemu operacyjnego. Osoby, chcące skorzystać z najnowszego OS-u mogą albo przetestować go na wirtualnej maszynie, albo pobrać i zainstalować na swoim komputerze. Dotychczas testy na wirtualnej maszynie przeprowadziło 36% zainteresowanych, a 64% pobrało oprogramowanie i zainstalowało je na swoim komputerze. To daje Microsoftowi pewność, że znaczna część osób testujących Windows 10 spędziła przy tym systemie więcej czasu niż kilka minut na maszynie wirtualnej. Niektórzy użytkownicy z zacięciem przystąpili do testów. Z danych Microsoftu wynika, że 68% użytkowników Windows 10 uruchamia ponad 7 aplikacji dziennie. Około 25% uruchamia ponad 26 aplikacji dziennie, a 5% - aż 68 aplikacji w ciągu dnia. Microsoft wciąż zachęca wszystkich chętnych do wzięcia udziału w Windows Insider Program. « powrót do artykułu
-
Rosjanie wykorzystali dziurę 0-day w Windows
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Bezpieczeństwo IT
Grupa rosyjskich cyfrowych szpiegów przez ostatni rok atakowała NATO oraz polskie i ukraińskie agendy rządowe. W niektórych przypadkach podczas włamań do sieci używano nieznanej wcześniej dziury w systemie Windows. Celem ataku padły też różne gałęzie przemysłu państw UE. Firma iSIGHT Partners, która odkryła atak nazwany przez nią „Sandworm” podejrzewa właśnie Rosjan. Do wysnucia takiego wniosku skłaniają wykorzystane techniki ataku, narzędzia oraz wybór celów, wśród których znalazły się też uczelnie wyższe w USA. Jeśli przypuszczenia są prawdziwe, to specjaliści zyskali właśnie dobry przegląd rosyjskich możliwości prowadzenia działań szpiegowskich w cyfrowym świecie. Możemy potwierdzić, że ofiarą padło NATO, a różne źródła potwierdzają, że celem ataków była też Ukraina - mówi John Hultquist z iSIGHT. Specjaliści dowiedzieli się, że Rosjanie wykorzystali dziurę, dzięki której mogli zaatakować w pełni systemy Windows Vista, Windows 7, Windows 8 i Windows RT, na których zainstalowano najnowsze łaty. Ta dziura daje dość duże możliwości - mówi Hultquist. Pozwala ona na przeprowadzenie ataku bez zwracania na siebie uwagi i wywoływania awarii oprogramowania. Co ciekawe, Windows XP, którego Microsoft już nie wspiera, jest odporny na taki atak. O rosyjskiej grupie nazwanej The Sandworm Team wiadomo, że już w grudniu 2013 roku atakowała NATO. W czerwcu bieżącego roku obrała na cel jedną z polskich firm energetycznych oraz francuską firmę telekomunikacyjną. « powrót do artykułu -
Naukowcy z Islamskiego Uniwersytetu Technologicznego w Bangladeszu pracują nad programem, który na podstawie sposobu pisania potrafiłby zidentyfikować emocje osoby korzystającej z klawiatury. Autorzy publikacji z pisma Behavior & Information Technology uważają, że w przyszłości wykrywające emocje systemy znajdą zastosowanie m.in. w aplikacjach do nauki online'owej. Mogłyby one dostosowywać swój wygląd, styl uczenia czy prezentowane treści do stanu emocjonalnego użytkownika. Choć może się oczywiście zdarzyć, że osoba zła lub smutna nie będzie chciała w ogóle pisać, naukowcy przypuszczają, że system będzie przydatnym narzędziem do internetowych sesji terapeutycznych czy konsultacji. W krajach, gdzie są one popularne, psychiatrzy byliby w stanie określić emocje bez nazywania ich przez pacjenta. W pierwszym eksperymencie 25 osób w wieku 15-40 lat przepisywało 2 urywki z "Alicji w Krainie Czarów". Ochotnicy mieli wybrać, jaką emocję odczuwali w czasie pisania: radość, strach, złość, smutek, obrzydzenie, wstyd lub winę. Można też było zaznaczyć odpowiedź wskazującą na zmęczenie bądź stan neutralny. W drugiej części studium akademicy posłużyli się oprogramowaniem, które zbierało próbki tekstu od użytkowników (nie trzeba było niczego przepisywać; program analizował zwykłe czynności wykonywane na komputerze). Co pół godziny proszono o określenie stanu emocjonalnego. Tym razem można było zaznaczyć radość, strach, złość, smutek, obrzydzenie, wstyd, poczucie winy lub stwierdzić, że wśród powyższych nie ma odpowiedniej opcji. Program odnotowywał wszystkie użycia klawiszy, a także czasy ich wciskania i puszczania. Specjaliści wyodrębnili 19 cech uderzeń klawiszy, w tym prędkość pisania w 5-sekundowych interwałach. Analizując próbki tekstu, posłużono się bazą danych słów i zdań związanych z 7 stanami emocjonalnymi. « powrót do artykułu
-
Lato 2013 roku było we wschodnich Chinach rekordowo gorące. Średnia temperatura była wyższa aż o 1,1 stopnia Celsjusza od średniej wieloletniej, a pomiędzy początkiem czerwca a końcem sierpnia przez 31 dni panowała temperatura co najmniej 35 stopni Celsjusza. Zwykle tak ciepłych dni jest dwukrotnie mniej. Specjaliści ostrzegają, że do roku 2024 ponad połowa letnich miesięcy na wschodzie Chin będzie równie gorąca. Stanie się tak, nawet jeśli uda się w międzyczasie powstrzymać dalszy wzrost emisji CO2. Zdaniem klimatologów z USA, Chin i Kanady, od wczesnych lat 50. XX wieku prawdopodobieństwo wystąpienia tak gorących miesięcy letnich zwiększyło się aż 60-krotnie. Swój udział ma w tym szybka urbanizacja tego regionu. Miejskie wyspy ciepła coraz bardziej się rozrastają, krok po kroku zwiększając średnią dobową temperaturę. Fala upałów ogarnęła dziewięć prowincji zamieszkałych przez 500 milionów osób, a spowodowane nią straty sięgnęły 9,6 miliarda USD. Eksperci, na których czele stał Xuebin Zhang z Environment Canada, przeprowadzili zarówno dla najniższej możliwej w przyszłości emisji CO2, jak i dla najwyższej. Wzrost letnich temperatur będzie prowadził do szerzej rozpowszechnionych, dłużej trwających fali upałów o wyższej temperaturze. W połączeniu z rosnącym zaludnieniem i bogactwem regionu, zwiększy to ryzyko dla ludzkiego zdrowia, rolnictwa oraz produkcji i dystrybucji energii - dodaje uczony. « powrót do artykułu
-
Na singapurskim Uniwersytecie Technologicznym Nanyang (NTU) powstały akumulatory, które w ciągu 2 minut można naładować do 70% pojemności. Czas życia nowych urządzeń wynosi ponad 20 lat. Ich twórcy przekonują, że akumulatory wytrzymują ponad 10 000 cykli ładowania/rozładowania. W miejsce tradycyjnej grafitowej anody eksperci z NTU zastosowali żel wykonany z dwutlenku tytanu. To tani, powszechnie występujący bezpieczny materiał, używany obecnie m.in. jako dodatek do żywności czy filtr przeciwsłoneczny. Dwutlenek tytanu w naturze przybiera kształt sfery. Singapurczykom udało się zmienić go w nanorurki. Taka struktura przyspieszyła reakcje chemiczne zachodzące wewnątrz baterii, co przełożyło się na jej błyskawiczne ładowanie. Profesor Rachid Yazami z NTU, który przed 34 laty skonstruował wraz z kolegami litowo-grafitową anodę, mówi, że ostatnie osiągnięcie singapurskich naukowców to olbrzymi krok naprzód. Ciągle jest miejsce na ulepszenia, a jednym z kluczowych obszarów potrzebujących ulepszeń jest gęstość mocy baterii. Wartość ta określa jak wiele mocy można przechowywać w określonej przestrzeni i jest ściśle związana z możliwością szybkiego ładowania. Z idealną sytuacją będziemy mieli do czynienia, gdy akumulatory samochodu elektrycznego będzie można w pełni naładować w mniej niż 15 minut, a nowa anoda profesora Chena dowodzi, że jest to możliwe. W najbliższej przyszłości zespół Chena chce postarać się o grant na zbudowanie pełnowymiarowego prototypu swojego akumulatora. Zainteresowanie współpracą wyraziły już prywatne firmy. Nowe błyskawicznie ładujące się akumulatory powinny trafić na rynek w ciągu dwóch lat. « powrót do artykułu
-
Brytyjsko-niemiecki zespół naukowców opracował lek na cukrzycę typu 2., który jest aktywowany niebieskim światłem, co ogranicza jego skutki uboczne. Leki, które mają zwiększać wydzielanie insuliny przez trzustkę, mogą powodować skutki uboczne, działając na inne narządy, np. mózg i serce. Niektóre stymulują trzustkę do uwalniania zbyt dużych ilości hormonu, co prowadzi do zbyt niskiego poziomu cukru we krwi. By pomóc w stworzeniu lepszych leków, naukowcy z Imperial College London i LMU Munich przystosowali pochodne sulfonylomocznika (ang. sulphonylurea), tak by zmieniały kształt i w ten sposób aktywowały się wyłącznie po wystawieniu na oddziaływanie niebieskiego światła. W normalnych warunkach lek pozostawałby nieaktywny, ale pacjent mógłby go "włączać", przytykając do skóry niebieską diodę LED. Do zmiany konfromacji przestrzennej i aktywacji wystarczyłaby niewielka ilość przenikającego przez skórę światła. Zmiana kształtu byłaby odwracalna. Lek wyłączałby się po zabraniu diody. Podczas eksperymentów laboratoryjnych akademicy zademonstrowali, że prototypowy lek JB253 stymuluje uwalnianie insuliny po oświetleniu komórek trzustki niebieskim światłem. W zasadzie ten typ terapii może pomóc lepiej kontrolować poziom cukru we krwi, ponieważ uruchamia się ją na krótki czas, gdy jest to potrzebne, np. po posiłku. Może ona również ograniczyć komplikacje, nakierowując aktywność leku [...] na trzustkę. Na razie stworzyliśmy cząsteczkę, która wpływa w pożądany sposób na ludzkie komórki trzustki w laboratorium. Przed nami jeszcze długa droga, nim terapia będzie osiągalna dla pacjentów, ale to nasz ostateczny cel - wyjaśnia dr David Hodson. « powrót do artykułu
-
Wskazano czynniki, które mogą się przyczyniać do raka trzustki
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Medycyna
Studium zespołu doktora Andrew Biankina z Uniwersytetu w Glasgow rzuca nieco światła na różnice między pacjentami z dziedziczną i sporadyczną postacią raka trzustki. Rak trzustki jest zazwyczaj wykrywany bardzo późno. Pięcioletni wskaźnik przeżycia wynosi mniej niż 5%, dlatego lekarze szukają sposobów identyfikacji osób z grupy podwyższonego ryzyka zachorowania. Choć wydaje się, że występują rodziny z dziedziczną postacią raka trzustki, nie wiadomo, jakie geny za to odpowiadają. Próbując wskazać kliniczne cechy dziedzicznych i niedziedzicznych form raka trzustki, Brytyjczycy badali 766 pacjentów. Uznawano, że mają oni dziedziczne predyspozycje, jeśli choroba występowała u jednego lub więcej krewnych pierwszego stopnia. Blisko 9% pacjentów miało co najmniej jednego rodzica bądź brata/siostrę z rakiem trzustki. Kiedy naukowcy zbadali tkankę trzustki przyległą do guza, okazało się, że u osób z chorymi krewnymi 1. stopnia występowało tam więcej komórek przedrakowych. Poza tym stwierdzono, że członkowie tych rodzin byli również bardziej zagrożeni rozwojem innych nowotworów, w tym czerniaka złośliwego i raka trzonu macicy. Co istotne, u wszystkich pacjentów aktywne palenie wiązało się ze znacznie niższym wiekiem postawienia diagnozy. « powrót do artykułu -
NASA przygotowała całą flotę urządzeń, które będą obserwowały przelot komety Siding Spring (C/2013 A1) w pobliżu Marsa. Już 19 października kometa zbliży się do Czerwonej Planety na odległość zaledwie 139 500 kilometrów. To ponad dwukrotnie mniej niż odległość Księżyca od Ziemi i 10-krotnie mniej niż jakikolwiek znany przelot komety w pobliżu Ziemi. Jądro Sliding Spring minie Marsa z prędkością 56 km/s. Niewielka odległość pomiędzy planetą a kometą to niepowtarzalna okazja do zbadania zarówno komety, jak i jej wpływu na marsjańską atmosferę. „To prezent dla nauki, który będzie procentował w przyszłości. Dlatego też urządzenia pracujące dla wielu różnych misji będą w pełnej gotowości i przeprowadza obserwacje. Ta kometa nigdy wcześniej nie leciała przez wewnętrzną część Układu Słonecznego, dostarczy nam więc nowych informacji na temat najwcześniejszych etapów jego istnienia” - mówi John Grunsfeld ze Science Mission Directorate. Sliding Spring pochodzi z Obłoku Oorta. To hipotetyczny region znajdujący się w odległości 5000-100 000 j.a. Od Słońca. C/2013 A1 będzie pierwszą kometą z tego regionu badaną z bliska przez pojazd wysłany przez człowieka. NASA nie chce przegapić okazji do jak najlepszego zbadania tak wyjątkowego obiektu. Dlatego też w najwyższej gotowości na przelot Sliding Spring czekają teleskopy Chandra, Kepler, Spitzer, NeoWISE, SOHO, STEREO, Swift i Hubble. Kometę będą obserwowały też marsjańskie łaziki Curiosity i Opportunity oraz krążące wokół Marsa satelity MAVEN, Mars Express, Mars Odyssey, Mars Reconnaissance Orbiter. Z Ziemi będą ją obserwował Infrared Telescope Facility oraz balon BOPPS. « powrót do artykułu
-
Sok grejpfrutowy ogranicza przyrost wagi u myszy karmionych wysokotłuszczową paszą. Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley zauważyli, że u myszy karmionych wysokotłuszczową paszą przyrost wagi był o 18% mniejszy, gdy podawano im klarowany, niezawierający miąższu sok grejpfrutowy. Amerykanie porównywali je do gryzoni pijących wodę. U zwierząt pijących sok odnotowano również lepszy poziomy glukozy, insuliny oraz trójglicerydów. Byłem zaskoczony wynikami. Sprawdziliśmy nawet kalibrację naszych glukometrów, ale za każdym razem otrzymywaliśmy te same rezultaty - opowiada Andreas Stahl. Stahl i Joseph Napoli wylosowali myszy do 5 grup eksperymentalnych i 1 kontrolnej. Grupa kontrolna piła wodę z 4% glukozą i 0,15% sacharyną, a w grupach eksperymentalnych zastosowano następujący schemat: 1) 50% klarowany sok z 0,15% sacharyną, 2) 25% sok z 0,15% sacharyną, 3) wodny roztwór 0,72 mg naringiny dziennie z dodatkiem 4% glukozy i 0,15% sacharyny, 4) wodny roztwór 7,5 mg metforminy dziennie z dodatkiem 4% glukozy i 0,15% sacharyny oraz 5) wodny roztwór 7,5 mg metforminy dziennie z dodatkiem 0,15% sacharyny i 50% soku grejpfrutowego. Płyny podawano w butelkach z podziałką, tak by można było monitorować ich spożycie. Sacharyna miała zrównoważyć goryczkę grejpfruta, a dodatek glukozy do wody grupy kontrolnej służył m.in. wyrównaniu kaloryczności. Warto odnotować, że naukowcy podawali jednej grupie gryzoni naringinę, glikozyd flawonoidowy z grejpfruta, a innej metforminę, czyli lek stosowany w leczeniu cukrzycy typu 2. Gryzoniom przez 100 dni dostarczano karmę z 10- lub 60-proc. zawartością tłuszczu. Przez cały czas obserwowano metaboliczny stan ich zdrowia. Ważenie odbywało się 3 razy w tygodniu, a spożycie pokarmu monitorowano 2 razy na tydzień. Na końcu studium stwierdzono, że w porównaniu do reprezentantów grupy kontrolnej, myszy pijące rozcieńczony sok przytyły mniej na wysokotłuszczowej diecie. Poziom glukozy był w ich przypadku o 13-17% niższy, a insuliny 3-krotnie niższy (to ostatnie wskazuje na większą insulinowrażliwość). Sok grejpfrutowy zmniejszał poziom cukru w takim stopniu jak metformina. To oznacza, że naturalny napój owocowy obniża glikemię równie skutecznie, co lek na receptę - podkreśla Napoli. Grupa z wysokotłuszczową dietą, która zażywała naringinę, miała niższy poziom cukru niż grupa kontrolna, ale brak jej wpływu na wagę sugerował, że za efekt odchudzający odpowiada jeszcze inny składnik soku. W soku występuje wiele składników aktywnych, a my nie zawsze rozumiemy ich działanie - opowiada Stahl. Autorzy publikacji z PLoS ONE nie zauważyli tak dużych skutków u myszy trzymanych na niskotłuszczowej diecie. U zwierząt pijących sok wystąpił 2-krotny spadek poziomu insuliny, lecz nie nastąpiła znacząca zmiana innych zmiennych metabolicznych ani wagi. Stahl i Napoli podkreślają, że spadku wagi nie da się wyjaśnić w typowy sposób, bo grupy spożywały podobną liczbę kalorii. Poziom aktywności fizycznej i temperatura ciała również były zbliżone. Naukowcy podliczali nawet kalorie wydalane z kałem, by zidentyfikować ewentualne problemy z wchłanianiem. « powrót do artykułu
-
Platformy wiertnicze... wspomagają ekosystem?
KopalniaWiedzy.pl dodał temat w dziale Nauki przyrodnicze
Morskie platformy wydobywcze nie cieszą się dobrą opinią. Wszyscy pamiętamy takie wydarzenia, jak olbrzymi wyciek ropy naftowej w Zatoce Meksykańskiej. Jednak najnowsze badania naukowców z Kalifornii dowodzą, że platformy wiertnicze mogą... przyczyniać się do rozkwitu ekosystemu. Naukowcy przez pięć lat monitorowali siedem raf koralowych u wybrzeży Kalifornii oraz 16 platform wydobywczych. Ciekawość uczonych wzbudziły opowieści, jakoby ryby skupiały się wokół platform, dlatego też specjaliści chcieli się przekonać, czy zwierzęta jedynie tam przepływają czy zamieszkują platformy. Dlatego też notowali liczbę zauważonych ryb, ich wielkość i lokalizację. Dzięki temu mogli określić produktywność danego obszaru. Z ich wyliczeń wynika, że w okolicach platform produktywność wynosi 105-887 gramów ryb na metr kwadratowy dna morskiego rocznie. To aż... 27-krotnie więcej niż produktywność monitorowanych raf koralowych. Uczeni porównali swoje wyniki z badaniami produktywności raf koralowych na całym świecie. Dowidzieli się, że produktywność platform jest większa niż jakiejkolwiek naturalnej struktury morskiej. Ta przewaga nie jest wielkim zaskoczeniem, gdyż platforma, w przeciwieństwie do rafy koralowej, obejmuje cały słup wody, od dna po powierzchnię, zatem ryby mają więcej miejsca. Może się zatem wydawać, że stare nieczynne platformy mogą przynosić dodatkowe korzyści ekonomiczne. Niektórzy sugerują w związku z tym, by po zakończeniu wydobycia platformy pozostawiać na miejscu zamiast je usuwać. Żeby jednak określić rzeczywiste korzyści z takich działań trzeba przeprowadzić dodatkowe badania. Może się bowiem okazać, że pozostawiona platforma zwiększa ryzyko wycieku ropy i gazu lub też, że gromadzący się u jej podstawy muł i szczątki przynoszą więcej szkód niż pożytku. « powrót do artykułu -
Inżynierowie z Jet Propulsion Laboratory mają zamiar zniszczyć nowy spadochron wykorzystywany w Low-Density Supersonic Decelerator (LDSD). To nowy system umożliwiający lądowanie na Marsie. LDSD wykorzystuje spadochron o średnicy 30,5 metra. To właśnie ten spadochron zostanie zniszczony podczas ostatniego testu systemu. W czasie testu 1-1B spadochron zostanie poddany działaniom sił, do jakich nie został zaprojektowany. Ulegnie zniszczeniu, a badający jego szczątki specjaliści będą mogli dokładnie przeanalizować uszkodzenia. Zaprojektowaliśmy nasz spadochron tak, by wytrzymywał obciążenia nie przekraczające 80 000 funtów-siły. Poddamy go obciążeniom rzędu 120 000 funtów-siły i spodziewamy się, że spadochron ulegnie zniszczeniu. Jeśli jednak spadochron wytrzyma, to nasz eksperyment został zaprojektowany tak, by po uruchomieniu wszystkich czterech silników działało nań 162 000 funtów-siły. Szczegółowe badania dotyczące zniszczeń spadochronu pozwolą nam na lepsze skalibrowanie modeli. Jeśli zaś do uszkodzeń dojdzie wcześniej lub w innym miejscu niż przewidujemy, będziemy musieli rozwiązać ten problem przed pierwszymi lotami zaplanowanymi na lato przyszłego roku - mówi Mark Adler odpowiedzialny za projekt LDSD. W teście weźmie udział helikopter Seahawk, do którego na linie zostanie podwieszony spadochron i rakieta z czterema silnikami. Ładunek zostanie zrzucony z wysokości 1200 metrów. W tym momencie zacznie działać wciągarka o mocy 300 KM, która rozłoży spadochron. Całość – lina, obciążnik i spadochron – będą opuszczały się w kierunku ziemi z prędkością 24 km/h. W pobliżu powierzchni obciążnik trafi do rodzaju komina, który skieruje go w kierunku rakiety. Gdy obciążnik zakotwiczy się do rakiety, zostaną odpalone dwa jej silniki, a kilka sekund później, pozostałe dwa. W ciągu pięciu sekund spadochron znajdzie się pod pełnym obciążeniem. Spadochron, który będzie poddany testowi 1-1B, to takie samo urządzenie, jak to przetestowane podczas prób LDSL w czerwcu. Wówczas testowy spadochron podarł się przy prędkości 3200 kilometrów na godzinę. « powrót do artykułu
-
Organizacja Cancer Research UK informuje, że nowotwory płuc mogą być uśpione przez ponad 20 lat, a później nagle może się uzłośliwić i gwałtownie rozwinąć. Uczeni zbadali siedmiu pacjentów, którzy cierpieli na nowotwory płuc. Byli wśród nich palacze, byli palacze oraz osoby, które nigdy nie paliły. Okazało się, że po pierwszej mutacji genetycznej, która powoduje nowotwór, choroba może tlić się przez wiele lat do czasu, aż nagle się rozwinie. W tym czasie dochodzi do wielkiej liczby zmian genetycznych w różnych obszarach guza, przez co każda jego część jest różna pod względem genetycznym. Uczeni, którzy dokonali powyższego odkrycia, mają nadzieję, że pewnego dnia pozwoli ono na opracowanie techniki wykrywania nowotworów płuc na wczesnym stadium. Odsetek osób wyleczonych z nowotworów płuc jest niezwykle niski. Opracowuje się kolejne celowane terapie, które mają jednak ograniczony wpływ na leczenie choroby. Dzięki zrozumieniu, w jaki sposób rozwija się choroba, otworzyliśmy kolejny rozdział książki, który – jak mamy nadzieję – pozwoli na przewidzenie kolejnych kroków jej rozwoju - mówi profesor Charles Swanton z Cancer Research UK. Podczas powyższych badań podkreślono rolę palenia tytoniu w rozwoju nowotworów płuc. Wiele ze wspomnianych zmian genetycznych zachodzi właśnie pod wpływem dymu tytoniowego. Jednak z czasem, w miarę rozwoju guza, zmiany te odgrywają coraz mniejszą rolę, a coraz większą odgrywają kolejne mutacje, w których powstawaniu bierze udział proteina APOBEC. Ta olbrzymia liczba zmian genetycznych tłumaczy, dlaczego celowane terapie są tak nieskuteczne. Są one opracowywane na podstawie biopsji, działają zatem na ten fragment guza, z którego pobrano materiał do badań. « powrót do artykułu