Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Podczas przesłuchań przed australijskim Senatem, parlamentarzyści dowiedzieli się, że koszty porzucenia oprogramowania o zamkniętym kodzie na rzecz programów open source, mogą być wyższe niż spodziewane oszczędności.

Graham Fry, szef Australian Government Information Management Office (AGIMO) zeznał, że cała operacja może być nieopłacalna. Agendy rządowe mają obowiązek rozważenia kosztów i zysków za każdym razem, gdy chcą zakupić oprogramowanie. Oznacza to, że konieczne jest oszacowanie wartości oprogramowania o zamkniętym i otwartym kodzie. Jeśli jednak koszt wykonania takich obliczeń jest więĸszy, niż koszt samego oprogramowania, należy dwukrotnie się zastanowić - stwierdził Fry.

Każdego roku rząd Australii wydaje około 500 milionów na oprogramowanie. Z danych AGIMO wynika, że w 2007 roku około 68% agend rządowych używała oprogramowania open source lub też prowadziła programy pilotażowe dotyczące jego wykorzystywania.

Fry przypomniał parlamentarzystom, że termin "open source" nie oznacza "darmowe". Co prawda być może udałoby się zaoszczędzić na kosztach licencji, jednak mogą wzrosnąć koszty wsparcia technicznego.

Przejścia na open source domagają się australijscy Zieloni.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Może najlepiej zrobić to stopniowo, zastąpić jeden program innym - darmowym, zobaczyć jak się przyjmie, jeśli dobrze to pomyśleć nad czymś większym itd.

Share this post


Link to post
Share on other sites

U mnie w firmie OpenOffice przyjął się tak dobrze, ze na format docx pracownicy reagują zdziwieniem i proszą kontrahentów na przysłanie plików w normalnym formacie, co ci niezwłocznie i bez problemów robią.

 

W domu z tego co wiem wszyscy pracownicy również używają OpenOffice

Share this post


Link to post
Share on other sites

Może najlepiej zrobić to stopniowo, zastąpić jeden program innym - darmowym, zobaczyć jak się przyjmie, jeśli dobrze to pomyśleć nad czymś większym itd.

 

Ale tak się próbuje robić. W ostatnich latach prowadzono wiele głośnych programów pilotażowych (np. w Monachium czy Birmingham) i nic z tego nie wyszło.

Share this post


Link to post
Share on other sites

cóż... program masz za darmo.. ale wsparcie techniczne często już nie... do tego dochodzi jeszcze koszt szkolenia które zwykle jest droższe niż zakup programu który wszyscy znają...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tyle, że niekoniecznie będą to koszty wyższe w perspektywie czasu. Od momentu przejścia na Open Source i trzymania się jednej dystrybucji kosztów będzie ubywać, bo pracownicy już będą znali, bo admini też będą lepiej się orientować, będzie potrzeba mniej wsparcia technicznego i mniej kursów doszkalających... Wszystko będzie z czasem tańsze w utrzymaniu. A to, że przy przejściu z jednego systemu na drugi są koszta - no cóż, przy wprowadzaniu programów o zamkniętym kodzie źródłowym tak samo trzeba było przeprowadzić szkolenia dla pracowników i jakoś nikt tak nad tym nie płakał...

Share this post


Link to post
Share on other sites
Oznacza to, że konieczne jest oszacowanie wartości oprogramowania o zamkniętym i otwartym kodzie. Jeśli jednak koszt wykonania takich obliczeń jest więĸszy, niż koszt samego oprogramowania...

 

Chyba powinni policzyć różnice kosztów w używaniu zamkniętego i otwartego oprogramowania i na tej podstawie decydować, a nie różnicy kosztów między wprowadzeniem darmowego oprogramowania a pozostaniem przy obecnym. Tu zawsze wyjdzie na niekorzyść zmian. Swoją drogą nie wiedziałem, że dodanie i pomnożenie przez siebie paru liczb, to są aż tak wysokie koszta, że aż nie opłaca się tego liczyć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chyba powinni policzyć różnice kosztów w używaniu zamkniętego i otwartego oprogramowania i na tej podstawie decydować, a nie różnicy kosztów między wprowadzeniem darmowego oprogramowania a pozostaniem przy obecnym.[...]

 

Nie wiem czy zauważyłeś, ale mamy tu do czynienia z nowym, wyższym poziomem FUDu. Innymi słowy: nawet nie próbujcie porównywać bo stracicie czas i pieniądze na porównania. Najzabawniejsze jest to, że nie pada żadna liczba. Wszystko jest w trybie warunkowym. Słowo "może" jest chyba najczęściej używane. Może :D tylko spójniki są częstsze....

Co co zastępowalności: Stopień integracji produktów MS jest naprawdę wysoki i Open Source, z natury rzeczy, nie jest w stanie konkurować. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ech, to Open Source... Próbowaliśmy zrobić projekt językowy w oparciu o platformę Qt4. Świetna sprawa - naprawdę wygodnie się programowało, rozwiązała ona wiele problemów z Unicode, bibliotekami i dynamiczną alokacją. Problem polega na tym, że chociaż każdy program można wykorzystywać komercyjnie, to trzeba opublikować jego kod źródłowy. I tu jest fajna sprawa. Bo jeśli tak byśmy zrobili, to dowolna firma z dużymi funduszami przejęłaby skopiowałaby nasz projekt i szybciej wypromowała. Można też wykupić licencję do korzystania z Qt - bodajże 3000 Euro za jedną osobę pracującą na jednym stanowisku komputerowym - wtedy kodu publikować nie można. Tylko co zrobić, jak się zaczyna z praktycznie zerowymi funduszami? Jednak nie wszystko złoto, co się świeci...

 

Swoją drogą - czy ktoś z Was podobnie jak ja uważa, że Zieloni to chorzy umysłowo populiści? Oni zawsze chcą czegoś, co ładnie brzmi ale wcale się nie sprawdza. Może trochę odbiegam od tematu, ale prawie codziennie mijam Zielonych namawiających do finansowego wspierania ich durnych akcji... Nawet mi się za bardzo nie chce o tym pisać, to tylko Lema zacytuję:

 

Francuzi przewozili swoje odpady przez Niemcy specjalnymi pociągami „Castor” i Zieloni reagowali na to atakami niemal paranoicznego strachu; w rezultacie każdy taki transport strzeżony był przez ogromne kolumny policji. Trochę w tym szaleństwa, ale ludzie w ogóle są szaleni, sprawa „Castora” nie stanowiła więc przypadku wyjątkowego. Starczyło przecież odejść dwieście metrów od toru kolejowego, by mieć całkowitą pewność, że nic nam nie zagraża. A potencjalne niebezpieczeństwa, jakie się z przewożeniem owych odpadów wiążą, są w ogóle niczym w porównaniu z tym, co dzieje się na północ od półwyspu Kola, gdzie w morzu zalegają cmentarzyska łodzi podwodnych z wielką liczbą posowieckich reaktorów.

 

Ostatnio spotkałem się z bardzo ciekawymi wynikami badań dotyczącymi skutków promieniowania czarnobylskiego: nie są tak straszne, jak się spodziewano. Oczywiście, wielu spośród uczestników akcji ratunkowej po wybuchu zmarło, a z powodu radioaktywnego cezu, który ma długi okres połowicznego rozpadu, zwiększyła się zachorowalność na raka tarczycy, ale w sumie liczba zgonów nie jest wielka. Można by sądzić, że tak zwani Zieloni będą tymi wiadomościami zachwyceni, ale nie – oni są wściekli, życzyli sobie, żeby ofiar było więcej, próbują nawet zarzucać naukowcom przekłamywanie wyników badań. Myślę, że przekłamań nie było, po prostu nasza substancja dziedziczna okazała się bardziej odporna.

 

I mój ulubiony fragment:

 

Istotnie, niemieccy Zieloni, pozostający z socjaldemokratami w sojuszu, chcą koniecznie „wysiąść” z energii atomowej i ciągną za sobą Szwecję. Zgro-madziłem tutaj pewną ilość materiałów dotyczących czysto rzeczowych, zupełnie pozapolitycznych rachub z tym związanych. Elektrownia paliwowa o mocy 1000 megawatów wydala około stu razy więcej substancji radioaktywnych aniżeli analogiczna elektrownia nuklearna. Dzieje się tak dlatego, ponieważ w węglu kamiennym znajdują się pewne ilości między innymi uranu i toru, które podczas spalania zostają wyrzucone w atmosferę. Rocznie z elektrowni węglowych na świecie zostaje wydalonych trzydzieści siedem tysięcy trzysta ton uranu i toru. A ponieważ uran i tor mogą służyć jako paliwo nuklearne, spalanie zwyczajnego węgla więcej marnuje energii, aniżeli jej wytwarza! Gdyby bowiem ukryte w nim paliwo nuklearne skoncentrować, byłaby z tego niemała korzyść.

Jedna tysiącmegawatowa elektrownia na węgiel uwalnia trzydzieści sześć kilogramów uranu 238 – to już jest równowartość dwóch bomb atomowych. Oczywiście uran ten jest silnie rozproszony, ale, paradoksalnie, z popiołu powęglowego zgromadzonego na hałdach w pobliżu elektrowni łatwo ekstrahować nuklearne pierwiastki. Każdy kraj posiadający elektrownie węglowe mógłby z tych popiołów uzyskać taką ich ilość, która pozwoli mu stworzyć wielki jądrowy arsenał – potrzebne są tylko stosowne (drogie) urządzenia przetwarzające.

Jako źródło energii elektrycznej węgiel należy do najbardziej niebez-piecznych. Szkodliwe substancje wydalane przez elektrownie węglowe tylko w USA powodują, według tamtejszych statystyk, piętnaście tysięcy przedwczesnych zgonów rocznie. Węglowe, czyli konwencjonalne elektrownie wprowadzają mianowicie do atmosfery, w postaci gazów i zawiesin cząsteczkowych, siarkę i tlenki azotu powodujące kwaśne deszcze i mgłę, arsen, rtęć, kadm, ołów, bór, chrom, miedź, fluor, molibden, nikiel, wanad, cynk, a także tlenek i dwutlenek węgla.

(...) Wszystko to bowiem kryje się w węglu kamiennym, w którym podczas procesu spalania tylko sam węgiel ulega połączeniu z tlenem. Elektrownie konwencjonalne w sposób istotny powiększają wskutek tego efekt cieplarniany na skalę globalną. Nie można przy tym zapominać, choć należy to do zupełnie innej materii, że na Ziemi żyje obecnie sześć miliardów ludzi, a z tego dwa miliardy w ogóle nie mogą korzystać z energii elektrycznej – czyli że nierówność w tym względzie jest wielka i w dodatku wciąż rośnie,

w miarę wzrostu globalnej populacji.

W związku z tym, że Niemcy usiłują zrezygnować z energetyki atomo-wej, produkuje się u nich bardzo wiele fotokomórek konstruowanych na zasadzie półprzewodników przetwarzających promieniowanie słoneczne w elektryczność; powleka się nimi na przykład dachy. Te urządzenia nie są jednak wieczne, a ich ciągła produkcja powoduje powstawanie wielce toksycznych związków metali. Taki jest oto bilans: trzydziestoletnie istnienie napędzanej przez Słońce elektrowni łączy się z powstaniem sześciu tysięcy ośmiuset pięćdziesięciu ton szkodliwych odpadów!

Share this post


Link to post
Share on other sites

WhizzKid, nie próbowaliście składać wniosku o dotacje z UE na innowacje?

 

Co do Zielonych, pełna zgoda. Aż się dziwię, że się z nimi jeszcze negocjuje.

Share this post


Link to post
Share on other sites

WhizzKid, nie próbowaliście składać wniosku o dotacje z UE na innowacje?

 

Szczerze - nie. Wynika to z tego, że projekt jest w mało zaawansowanym stadium, i po prostu nie byłoby co przedstawiać. A jest to taki projekt, że cześć błędów wyszłaby w praniu, więc publikacja dla średniego grona byłaby wskazana - trudno to jednak zrobić nie łamiąc licencji. Kwestia polega też na tym, że uniwersytet w ten projekt zaangażowany nie jest - tak więc chciałem wskazać na trudności "samodzielnego" wybicia się przez OS.

 

Jeśli chodzi o dotacje z UE to już się nawet przyglądałem sprawie, ale i tak trochę czasu musi minąć, aż będziemy mieli wyniki (tanich) badań, a "wdrożenie" całości zajmie może z kwartał, a dotacje na ogół mają jakieś ramy czasowe. Dziwi mnie, że taki duży uniwersytet jak UAM nie am MSDNAA, ani nie oferuje żadnej platformy wspomagającej badania z jakiejkolwiek strony (a wiem, że taką możliwość mają - UAM ma np. dostęp do niemal wszystkich korpusów językowych, a studenci - do żadnych).

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wydaje mi się, że na razie do problemu open source - closed source podchodzi się od d... strony.

Po pierwsze, nikt nie jest w stanie porównać kosztów jako takich uwzględniając tak szerokie kategorie jak open/closed source. Jest tak wiele programów, potrzeb i zastosowań, że przeprowadzenie analizy jest niemożliwe.

Można za to porównać konkretne programy w konkretnych zastosowaniach. Widziałem 1 czy 2 takie porównania i wcale nie jest tak, że jak coś jest open source to jest tańsze i lepsze.

Problem z takimi porównaniami jest też taki, że najczęściej robia je zainteresowane strony (samodzielnie lub zlecają to zewnętrznym firmom). A więc producenci programów. Więc trzeba do nich podchodzić ostrożnie. Inne źródło badań to np. przedsiębiorstwa, które zastanawiają się nad zmianami w swoim IT. Tylko, że takie przedsiębiorstwa nie po to wydają grubą kasę na opłacenie analityków, by potem tą wiedzą dzielić się z konkurencją, informując ją jednocześnie dokładnie o tym, jak mają skonfigurowany swój system informatyczny.

 

A programy pilotażowe takiemu Monachium czy inszemu Birmingham nie wychodzą, bo też są robione od d... strony. Najczęściej z powodów ideologicznych rzuca się pomysł "przechodzimy na open source", pomysł znajduje poklask i rozpoczynany jest program pilotważowy, podczas którego testuje się najbardziej radykalny scenariusz - totalną wymianę oprogramowania. Tymczasem średnio rozgarnięty człowiek wie, że to nie jest tak, że open source jest z definicji lepsze i tańsze w użytkowaniu, a closed source - droższe i gorsze.

Po kiego grzyba np. testować w urzędach Linuksa, gdy z góry wiadomo, że urząd musi używać MS Office'a? Takie testy od razu dadzą negatywny wynik i na przyszłośc nikt nie zgodzi się na wydanie kupy kasy na program pilotażowy. Znacznie lepiej wstępnie rozważyć, że skoro musimy mieć MS Office'a to musimy mieć i Windows, ale za to może warto przetestować, czy GIMP może zastąpić Photoshopa i czy obecnie wykorzystywany program do księgowości nie ma tańszego/lepszego zamiennika? To rzucanie się w rozwiązania zerojedynkowe nie daje żadnych rezultatów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Koordynowalem wdrozenie kilku projektow OSS w firmie i koszta byly nieporownywalnie mniejsze, niz w przypadku projektow komercyjnych o zamknietym kodzie. Wdrozenie otwartozrodlowych programow komunikacji internetowej, a takze biurowych zamknelo sie w kosztach wsparcia technicznego, zas oprogramowanie wspomagajace prace firmy [ERP/CRM/etc] kosztowalo firme kilkadziesiat tysiecy zl + opcjonalny abonament na kompleksowe wsparcie techniczne, co przy kilkuset tysiacach zl produktow komercyjnych o zamknietym kodzie i kosztach dodatkowych szkolen jest oplacalne. Rowniez cala infrastruktura internetowa, w tym oprogramowanie serwerow i niektorych stacji klienckich opiera sie w firmie na rozwiazaniach OSS. Calosc funkcjonuje wlasciwie do dzis, a od wdrozenia minely dwa lata.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Inna sprawa, że idiotyczne jest twierdzenie, że koszty wsparcia dla open source mogą wzrosnąć (jest to jeden z głównych punktów oparcia całej tej teorii o tym, że nie warto open source stosować), ale jednoczesnie nikt nie mówi o tym, że w przypadku closed source może być dokładnie tak samo. Właśnie tak się pisze raporty na zamówienie... ::D

 

Inna sprawa, że koszty wsparcia można bardzo łatwo ustalić na podstawie długofalowej umowy na świadczenie określonych usług.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ech, to Open Source... Próbowaliśmy zrobić projekt językowy w oparciu o platformę Qt4. Świetna sprawa - naprawdę wygodnie się programowało, rozwiązała ona wiele problemów z Unicode, bibliotekami i dynamiczną alokacją. Problem polega na tym, że chociaż każdy program można wykorzystywać komercyjnie, to trzeba opublikować jego kod źródłowy.

 

Qt4 jest na licencji LGPL (Lesser/Library GPL), a więc można łączyć z kodem własnościowym bez konieczności ujawniania źródeł, nie ma też obowiązku kupowania wersji komercyjnej Qt4, a więc płacenie za nią ma sens tylko jeśli bez wsparcia technicznego producenta się nie obejdzie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Qt4 jest na licencji LGPL (Lesser/Library GPL), a więc można łączyć z kodem własnościowym bez konieczności ujawniania źródeł, nie ma też obowiązku kupowania wersji komercyjnej Qt4, a więc płacenie za nią ma sens tylko jeśli bez wsparcia technicznego producenta się nie obejdzie.

 

Hmm, ja to rozumiem inaczej. LGPL dotyczy przecież bibliotek? Bo widzisz, ja i główny "exe" i biblioteki chciałem zrobić w Qt4, czyli de facto wykorzystując kod źródłowy Qt. Gdybym zrobił program w czystym C++ i dodał jedną bibliotekę w Qt, to wtedy bym tylko tę bibliotekę musiał udostępnić. Do takiego wniosku dochodziłem za każdym razem i tak mi dwóch konsultowanych znajomych mówiło - jak jestem w błędzie, to mnie wyprowadź, chętnie napiszę cały program w Qt bez konieczności publikowania źródeł. Czy dotyczy to każdego rodzaju łączenia? Jeśli zrobię cały program w Qt API, to nie będę musiał nic udostępniać?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Hmm, ja to rozumiem inaczej. LGPL dotyczy przecież bibliotek? Bo widzisz, ja i główny "exe" i biblioteki chciałem zrobić w Qt4, czyli de facto wykorzystując kod źródłowy Qt. Gdybym zrobił program w czystym C++ i dodał jedną bibliotekę w Qt, to wtedy bym tylko tę bibliotekę musiał udostępnić. Do takiego wniosku dochodziłem za każdym razem i tak mi dwóch konsultowanych znajomych mówiło - jak jestem w błędzie, to mnie wyprowadź, chętnie napiszę cały program w Qt bez konieczności publikowania źródeł. Czy dotyczy to każdego rodzaju łączenia? Jeśli zrobię cały program w Qt API, to nie będę musiał nic udostępniać?

Qt4 jest wydane na potrójnej licencji GPL/LGPL/komercyjna do wyboru, a wszelkie źródła twierdzą, że LGPL pozwala na dynamiczne linkowanie z biblioteką bez konieczności wydawania linkowanego kodu na tej samej licencji LGPL, a więc bez konieczności ujawniania źródeł, jednak prawo to śliska sprawa, niektórzy mianowicie interpretują zawarty w licencji LGPL zapis na temat tzw dzieł pochodnych (ang. derived works), które to wymuszają stosowanie LGPL, jako odnoszący się do każdego przypadku dziedziczenia, które przecież jest kluczowe w programowaniu w językach obiektowych jak C++. Co prawda na swoich stronach FSF twierdzi http://www.gnu.org/licenses/lgpl-java.html, że nie było to intencją przy komponowaniu licencji, jednak jako że takie zastrzeżenie nie jest jej częścią, to nie ma ono mocy prawnej, dopiero w kolejnej wersji 3 licencji LGPL zostało to wyjaśnione, jednak w przypadku Qt4 obowiązuje wersja 2.1 tej licencji, stąd niepewność pozostaje.

Moim zdaniem można by się zabezpieczyć przez stworzenie biblioteki pośredniej, która dostarcza właściwej aplikacji klas dziedziczonych z Qt, w takiej sytuacji chyba tylko ona musiałaby być wydana na LGPL.

Osobną sprawą jest konieczność co najmniej dostarczania na żądanie źródeł Qt4 w wypadku dystrybuowania wersji binarnych bibliotek wraz z aplikacją.

Na stronie forumprawne.org są dwa wątki poświęęcone Qt4 i LGPL.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zawsze można spróbować wydać program na licencji BSD we wczesnej fazie a później zamknąć źródła .

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Kim Wilson, bibliotekarka z University of Sydney, odkryła rysunek Giorgione'a, jednej z najbardziej tajemniczych postaci europejskiej sztuki renesansowej. Rysunek przedstawiający Madonnę z Dzieciątkiem został wykonany czerwoną kredą, a pani Wilson zauważyła go na pochodzącej z 1497 roku kopii „Boskiej komedii” Dantego, która znajduje się w uniwersyteckim zbiorze ksiąg rzadkich. To jeden z zaledwie trzech znanych rysunków Giorgione'a. Dwa pozostałe znajdują się w Rotterdamie i Nowym Jorku.
      To część książki, której zwykle się nie ogląda, a rysunek wygląda jak namalowany pewną ręką mistrza, mówi Wilson. Giorgione jest artystą równie ważnym, co Leonardo da Vinci, jednak znamy tylko nieliczne przykład jego dzieł, dodaje profesor Jaynie Anderson z University of Melbourne. To odkrycie będzie miało olbrzymie znaczenie dla naszego pojmowania historii sztuki Wenecji, stwierdza.
      Po odkryciu rysunku pani WIlson zwróciła się o pomoc do profesor Neridy Newbigin z Wydziału Studiów Włoskich. Poprosiła ją o przetłumaczenie tekstu napisanego w XVI-wiecznym dialekcie używanym w Wenecji. Tekst nad rysunkiem brzmi: 1510 lhs Maria. Dnia 17 września Giorgione de Castelfranco, wspaniały artysta, zmarł w Wenecji na dżumę w wieku 26 lat i spoczywa w pokoju.
      Ten napis nie tylko podaje nam dokładną datę śmierci, ale również datę urodzenia. To niezwykle ważne, gdyż przez wiele wieków nie byliśmy w stanie precyzyjnie umieścić Giorgione'a w historii. Teraz historycy sztuki będą mogli na nowo określić jego miejsce w dziejach, wyjaśnia profesor Anderson.
      W najbliższym numerze The Burlington Magazine ukaże się artykuł szczegółowo opisujący odkrycie. Znajdziemy w nim też sugestię, że Giorgione posiadał kopię „Boskiej komedii”. Możemy więc dowiedzieć się, co czytali i jak reagowali na literaturę renesansowi artyści.
      Autorzy artykułu twierdzą, że rysunek mógł być prekursorem „Świętej rodziny” Giorgione'a, która znajduje się w National Gallery of Art w Waszyngtonie lub „Adoracji trzech królów" przechowywanej w londyńskiej National Gallery. Kuratorzy obu galerii poparli takie twierdzenia.
      Pomimo intensywnych badań, nie udało się stwierdzić, kiedy wspomniana kopia „Boskiej komedii” trafiła do Uniwersytetu w Sydney. Pojawiła się tam ona pomiędzy 1914 a 1959 rokiem, prawdopodobnie po roku 1928.
      W marcu rysunek Giorgione'a zostanie poddany badaniom w synchrontronie. Pozwoli to na przeanalizowanie materiałów wykorzystanych do wykonania rysunku. Uczeni chcą dzięki temu poznać technikę Giorgione'a oraz porównać materiał z rysunku z materiałem, którym wykonano napis informujący o śmierci artysty.
      Giorgione był renesansowym malarzem, jego obrazy – a znamy ich zaledwie sześć – wyróżniają się niezwykłą jakością. Był mistrzem Tycjana i, wraz z nim, założycielem weneckiej szkoły malarstwa. Z dzieła Giorgio Vasariego „Żywoty najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów” wiemy, że urodził się w miasteczku Castelfranco Veneto. Wiemy też, że zamówiono u niego portret doży Wenecji Agostino Barbarigo i kondotiera Consalvo Ferrante, ozdabiał pałac dożów i, jak informuje, Vasari, osobiście spotkał się z Leonardo da Vinci, a wydarzenie to wpłynęło na jego sztukę.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Australijska Narodowa Komisja Transportu (NTC) poinformowała, że do roku 2020 po australijskich drogach będą poruszały się autonomiczne samochody 5 różnych producentów, a dwa lata później będą to pojazdy już 14 producentów. Samochody te będą charakteryzowały się 3. i 4. poziomem autonomiczności.
      Przedstawiciele NTC, w dokumentach złożonych przed parlamentarnym komitetem infrastruktury i transportu informują, że do roku 2020 w Australii może być od 740 000 do 1 700 000 autonomicznych pojazdów, a do roku 2030 ich liczba wzrośnie do 9,5 miliona.
      Wicepremier Michael McCormack poinformował, że rząd już współpracuje z przemysłem, by przygotować się na szybkie rozpowszechnienie się autonomicznych pojazdów. Chcemy być pewni, że technologia ta zwiększy bezpieczeństwo, produktywność oraz ułatwi życie Australijczykom zarówno w regionach miejskich jak i wiejskich, stwierdził McCormack.
      Samochody o 3. poziomie autonomii to pojazdy, które potrafią samodzielnie się poruszać, jednak wymagają, by cały czas człowiek siedział za kierownicą i był gotów do przejęcia kontroli. Samochody poziomu 4, to pojazdy, w których obecność kierowcy jest opcjonalna. Natomiast samochody o 5. poziomie autonomii to pojazdy w pełni samodzielne w każdych warunkach.
      Z danymi przekazanymi przez NTC nie zgadza się Federal Chamber of Automotive Industries. Zdaniem przedstawicieli tej organizacji samochody o 4. poziomie autonomii pojawią się nie wcześniej niż za 10 lat. Przed rokiem 2030 na drogi może trafić niewielka liczba pojazdów o 4. i 5. poziomie autonomii. Spodziewamy się jednak, że będą to produkty niszowe, stosowane w ograniczonym zakresie.
      Podobne zdanie wyrazili przedstawiciele Australian Automobile Association, którzy ostrzegają polityków, by w pośpiechu nie uchwalali przepisów dotyczących autonomicznych pojazdów.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Australia zmaga się z falą ekstremalnych upałów. W południowej części kontynentu temperatury są aż o 16 stopni Celsjusza wyższe niż średnia wieloletnia. Jak informuje miejscowe Biuro Meteorologii, w wielu miejscowościach padł rekord grudniowej temperatury.
      Fala upałów przetacza się przez znaczną część kraju, czytamy w oświadczeniu Biura. W miejscowości Marble Bar w Australii Zachodniej termometry zanotowały 49,3 stopnia Celsjusza. Upały dotknęły Sydney i Canberry, a władze wydały ostrzeżenie, że w związku z wysokimi temperaturami w powietrzu pojawiło się duże stężenie ozonu.
      Przyczyną upałów jest obszar wysokiego ciśnienia, który pojawił się nad Morzem Tasmana i bardzo powoli się przesuwa, decydując o pogodzie na kilkanaście najbliższych dni. To bardzo stabilna sytuacja. Niewiele się zmienia, co oznacza, że wszędzie będzie gorąco i nie widzimy jeszcze oznak zmiany pogody, informuje dyżurny meteorolog Biura Nick Neynens.
      W Australii wydano zakaz rozpalania ognisk, a służby ratunkowe zalecają unikania upałów.
      Wysokie temperatury nie są w Australii niczym niezwykłym, jednak globalne ocieplenie spowodowało, że pojawiają się coraz bardziej ekstremalne zjawiska pogodowe. Temperatury na lądzie i nad oceanem biją kolejne rekordy, dochodzi do coraz większej liczby pożarów buszu.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Zgodnie z oficjalnymi danymi, 7 sierpnia br. krótko po 23 czasu AEST liczebność populacji Australii po raz pierwszy sięgnie 25 mln. Nie wiadomo, czy dwudziestopięciomilionowy Australijczyk będzie noworodkiem, imigrantem czy kimś powracającym z emigracji.
      Dla obywateli antypodów najbardziej kontrowersyjną kwestią wydaje się imigracja: czy nie zachodzi zbyt szybko i czy nadal będzie przynosić korzyści. W związku z eksurbanizacją (rozlewaniem się) Sydney i Melbourne rząd chce poszukać alternatywnych miejsc do życia. Istnieją inne regiony Australii, które aż proszą się o więcej ludzi - twierdzi minister Alan Tudge.
      Populacja Australii skupia się wokół jej wybrzeży. Same Sydney i Melbourne gromadzą ok. 2/5 ludzi. Większość obywateli (67%) mieszka w stolicach stanów i terytoriów. Wg Australijskiego Biura Statystycznego, wyjątkami są Hobart, gdzie osiedliło się "tylko" 44% Tasmańczyków i Brisbane, gdzie mieszka 49% obywateli Queensland.
      Od 1901 r. populacja Australii powiększyła się ponad 6-krotnie (wtedy liczyła 3,8 mln). Do 1918 r. wzrosła do 5 mln, do 1959 r. podwoiła się do 10 mln, by w październiku 2004 r. sięgnąć 20 mln. W styczniu 2016 r. "pękła" granica 24 mln.
      Urząd Statystyczny wylicza, że nowy obywatel rodzi się co 1 min 42 s. Co 3 min 16 s ktoś umiera. Co 1 min 51 s z kraju ktoś emigruje. Nowi ludzie przybywają tu częściej, bo co 1 min 1 s. Ogólny wzrost populacyjny to 1 osoba co 1 min 23 s.
      W ostatnim stuleciu największa liczba imigrantów przybyła z Indii, Chin, Wielkiej Brytanii, Filipin i RPA.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Tylko w ubiegłym roku australijska CSIRO (Commonwealth Science and Industrial Research Organization) odkryła ponad 200 nieznanych dotychczas gatunków roślin i zwierząt. Opisano trzy nowe gatunki ryb, trzy gatunki roślin i 206 gatunków owadów. Niektóre z nich zostały znalezione ponad 100 lat temu, jednak dopiero teraz udało się je zidentyfikować i opisać.
      Nie znamy około 75% gatunków istniejących na Ziemi, mówi entomolog doktor Bryan Lessard. Wiele z gatunków, które odkrywamy, znajdujemy w zbiorach muzeów historii naturalnej, dodał uczony.
      CSIRO posiada największą w Australii kolekcję tego typu zbiorów. W jej skład wchodzi ponad 15 milionów egzemplarzy.
      Wśród odkrytych gatunków jest m.in. Kuschelorhynchus macadamiae. To ryjkowiec żyjący wokół drzew makadamii. Nazwano go na cześć wybitnego chilijskiego znawcy ryjkowców, Guillermo Kuschela.
      Innym zidentyfikowanym właśnie gatunkiem jest stokrotka z rodzaju Osteospermum. Znaleziono ją w Zachodniej Australii, a specjaliści szacują, że w stanie dzikim przetrwało mniej niż 20 krzewów tej rośliny.
      Nowe gatunki wzbogacają naszą wiedzę o środowisku przyrodniczym Australii, w skład którego wchodzi ponad 500 000 gatunków roślin i zwierząt, w tym około 800 gatunków ptaków i 5000 gatunków ryb. Niemal 75% gatunków to endemity, nie występujące nigdzie indziej poza Australią. Mimo tak cennego środowiska przyrodniczego Australia jest na niechlubnym 4. miejscu krajów, w których dochodzi do największego zanikania gatunków.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...