Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Search the Community

Showing results for tags 'historia'.



More search options

  • Search By Tags

    Type tags separated by commas.
  • Search By Author

Content Type


Forums

  • Nasza społeczność
    • Sprawy administracyjne i inne
    • Luźne gatki
  • Komentarze do wiadomości
    • Medycyna
    • Technologia
    • Psychologia
    • Zdrowie i uroda
    • Bezpieczeństwo IT
    • Nauki przyrodnicze
    • Astronomia i fizyka
    • Humanistyka
    • Ciekawostki
  • Artykuły
    • Artykuły
  • Inne
    • Wywiady
    • Książki

Find results in...

Find results that contain...


Date Created

  • Start

    End


Last Updated

  • Start

    End


Filter by number of...

Joined

  • Start

    End


Group


Adres URL


Skype


ICQ


Jabber


MSN


AIM


Yahoo


Lokalizacja


Zainteresowania

Found 10 results

  1. Rewolucja rocka pozwala lepiej zrozumieć muzykę popularną, ale przede wszystkim - nas wszystkich, będących nieuchronnie spadkobiercami wydarzeń i tekstów kultury, które nadal rezonują we współczesności, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Warto zapoznać się z alternatywną historią modernizmu w kulturze - rock to jedna z jego ostatnich autentycznych emanacji. Prof. Wojciech J. Burszta Książka Marcina Rychlewskiego jest samodzielnym, cennym i pomysłowym interdyscyplinarnym osiągnięciem badawczym, ale zarazem fascynującą lekturą, która urzeka swoją prostotą i dyscypliną. Jest to pierwsza tego rodzaju monografia rocka, odtwarzająca nie poszczególne aspekty zjawiska, na które dotąd kładziono akcent: jego niszowość czy rzekome przesłania ideologiczne, ale pewną - holistycznie ujętą - całość jego uwikłań w kulturę głównych nurtów XX wieku. Prof. Krzysztof Kłosiński Marcin Rychlewski (ur. 1972) - pracuje w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Interesuje się związkami pomiędzy literaturą a sztuką awangardową, kulturą rocka oraz mechanizmami współczesnego rynku wydawniczego. Autor książki Walka na słowa. Polemiki literackie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych (2004), współautor i współredaktor książek zbiorowych: Po co nam rock? Między duszą a ciałem (2003) i Kontrkultura. Co nam z tamtych lat? (2005). Publikował między innymi w „Tekstach Drugich", „Przestrzeniach Teorii", „Kulturze Współczesnej" i „Kulturze Popularnej". Wyróżniony w konkursie K. i M. Górskich (2005). Wkrótce ukaże się jego kolejna książka - Literatura i sztuka nowoczesna.
  2. Społeczeństwa doświadczone przez zagrożenia, np. wojny, głód czy katastrofy naturalne, mają silniejsze tendencje do ścisłego kontrolowania zachowania swoich członków (Science). Prof. Yoshi Kashima z Uniwersytetu w Melbourne i jego zespół zastanawiali się, czemu jedne społeczeństwa tolerują odstępstwa od normy, podczas gdy w innych grozi za to surowa kara. Australijczycy uważają, że wyjaśnienie tego problemu ma duże znaczenie, ponieważ w różnicy tolerancyjności upatrują źródła potencjalnych konfliktów narodowościowo-kulturowych. W latach 60. ubiegłego wieku antropolog P.J. Pelto zaproponował teorię, która postulowała, że kultury ściśle kontrolujące zachowania społeczne rozwijają się w wyniku wystawienia na oddziaływanie szczególnych (czytaj - trudnych) środowisk. Mając to na uwadze, ekipa Kashimy postanowiła poszperać w historii współczesnych społeczeństw. Zakładano, że konieczność radzenia sobie z większą liczbą wojen, katastrof naturalnych itp. może z czasem doprowadzić do powstania rozmaitych obostrzeń. Bardzo szybko ta hipoteza się potwierdziła. Narody zmagające się z tymi szczególnymi wyzwaniami rozwiną silniejsze normy i będą przejawiać niską tolerancję dla zachowań dewiacyjnych. W ten sposób zwiększą porządek i społeczną koordynację, by skutecznie poradzić sobie z zagrożeniami. Dla odmiany narody z niewielką liczbą zagrożeń ekologicznych i pochodzenia ludzkiego mają o wiele słabszą potrzebę uporządkowania i społecznej koordynacji, stąd słabsze normy i o wiele więcej swobody. Australijczycy oceniali ścisłość norm w różnych krajach, przeprowadzając wywiady z ok. 7 tys. osób z 33 krajów (leżały one na 5 kontynentach, niestety, w badaniach pominięto Afrykę). Respondentów pytano o ocenę tolerancyjności ich państwa czy ilość swobody dawanej ludziom w zakresie przestrzegania norm. Wszystkich proszono też o ocenę właściwości 180 zachowań, w tym kłócenia się lub jedzenia w windzie, płakania w czasie wizyty u lekarza, śpiewania na ulicy, śmiania się na głos w autobusie przeklinania w pracy, flirtowania na pogrzebie lub całowania kogoś w usta w restauracji. Analiza uzyskanych odpowiedzi pozwoliła wyliczyć wskaźnik ścisłości danej nacji i ułożyć na tej podstawie listę. Na jej dole z wynikiem 1,6 uplasowali się niefrasobliwi Ukraińcy, a na szczyt z wynikiem 12,3 trafili Pakistańczycy. W środku stawki znalazły się USA (5,1) i Wielka Brytania (6,9), która okazała się nieco "ostrzejsza" od Francji. Akademicy z Melbourne zebrali historyczne dane statystyczne o każdym z uwzględnionych w studium państw (niekiedy nawet z XVI w.). Okazało się, że państwa, w których w przeszłości pojawił się głód/niedobór wody, była wysoka gęstość zaludnienia, często dochodziło do wojen lub wybuchów epidemii, są częściej nastawione na kontrolę swoich obywateli. Naukowcy ustalili też, że z większym prawdopodobieństwem rozwija się w nich ustrój autokratyczny (samowładczy), media są mniej otwarte, tworzy się więcej zasad/norm, kary są surowsze, popełnia się mniej przestępstw, a ludzie mają mniej praw politycznych. Ograniczenia nie dotyczą wyłącznie przebiegu kontaktów społecznych, ale i osobowości jednostek. W krajach ściśle regulujących wszytsko i wszystkich są one ostrożniejsze, bardziej posłuszne, nastawione na kontrolę impulsów i mniej toleranycjne w stosunku do obcych. Po przyjrzeniu się dokładności zegarów miejskich w głównych miastach okazało się również, że przedstawiciele krajów "ścisłych" przywiązują większą wagę do czasu.
  3. Przełom dekady łączy się z wieloma ważnymi rocznicami, związanymi z amerykańskimi lotami w kosmos. W 2009 r. minęło 40 lat od pierwszego lądowania na Księżycu (Apollo 11, 1969 r.), rok 2010 to 40. rocznica dramatycznej misji Apollo 13 (1970 r.), a w 2012 roku minie dokładnie 40 lat od chwili, gdy człowiek zostawił ostatnie ślady na Srebrnym Globie (Apollo 17, 1972 r.). Od czerwca tego roku do kolejnych wydań miesięcznika „Wiedza i Życie" dodawane będą książki, poświęcone amerykańskim program kosmicznym. Program Apollo jest z pewnością najbardziej znanym ale wcale nie jedynym programem, który w ostatnim czasie obchodził, obchodzi, czy też niedługo będzie obchodził jubileusz. W tym roku mija pół wieku od pierwszych amerykańskich lotów suborbitalnych z udziałem Alana Sheparda (Merkury 3, statek Freedom 7, 5 maja 1961 r.) i Virgila Grissoma (Merkury 4, statek Liberty Bell 7, 26 lipca 1961 r.), a za rok minie dokładnie 50 lat od pierwszych lotów na orbitę (Merkury 6, statek Friendship 7, astronauta John Glenn, Merkury 7, statek Aurora 7, astronauta Scott Carpenter i Merkury 8, statek Sigma 7, astronauta Walter Schirra - 1962 r.). W 2011 roku mija także równo 20 lat od pierwszego lotu amerykańskiego wahadłowca (Columbia, 1981 r.). Wyścig w kosmos Okrągłe rocznice, w latach 2009 - 2012 dotyczą nie tylko lotów amerykańskich ale i sowieckich. Rok 1961 był owocny nie tylko dla programu Merkury ale także programu Wostok (Wostok 1, Jurij Gagarin, 12 kwietnia 1961 i Wostok 2, Herman Titow, 6 sierpnia 1961), w ramach którego odbyły się pierwsze w historii loty orbitalne (w 1962 r. Związek Sowiecki wystrzelił kolejne dwa statki - Wostok 3 i Wostok 4). W 1971 r. na orbicie znalazła się pierwsza stacja kosmiczna - Salut 1 (19 kwietnia 1971 r.), a w tym roku mija 10 lat od chwili, gdy spłonęła w atmosferze wysłużona stacja Mir (23 marca 2001 roku; stacja znajdowała się na orbicie od 1986 roku). Przeplatanie się dat, związanych z amerykańskimi i sowieckimi lotami w kosmos (szczególnie w latach 60. i początku lat 70.) to skutek toczonego przez Związek Sowiecki i Stany Zjednoczone dramatycznego wyścigu. Za jego umowny początek można uznać wystrzelenie pierwszego sztucznego satelity (Sputnik 1, 4 października 1957) jednak naprawdę rywalizacja zaczęła się znacznie wcześniej, w 1945 r. wraz z przejęciem - zarówno przez Sowietów, jak i Amerykanów - materiałów, dotyczących niemieckich rakiet V-2. Oba kraje doceniały możliwości i dostrzegały perspektywy, jakie mogła przed nimi otworzyć broń rakietowa, oba też postanowiły wykorzystać doświadczenia Niemców i starały się zdobyć jak najwięcej informacji o niemieckiej „broni odwetowej" (niem. Vergeltungswaffe-2). Amerykanie mieli zdecydowanie więcej szczęścia - główny projektant V-2 i dyrektor techniczny słynnego ośrodka doświadczalnego w Peenemünde, Werner von Braun nie miał najmniejszej ochoty znaleźć się w niewoli u Sowietów. 12 kwietnia 1945 roku poddał się wraz z setką współpracowników armii amerykańskiej. Armii Czerwonej także udało się przejąć część personelu naukowego Peenemünde wraz z asystentem von Brauna - Helmutem Gröttrupem.
  4. Historycy zmieniają zdanie o alchemikach. Podczas spotkania American Association for Advancement of Science chemik i historyk, Lawrence Principe z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa podkreślał, że dopiero przed 30 laty w Isis, renomowanym piśmie dotyczącym historii nauki, zaczęły pojawiać się artykuły o alchemii. Wcześniej istniał zakaz publikowania na ten temat. Zdaniem Principe'a przez wiele dziesięcioleci na złą opinię o alchemikach wpłynęli szarlatani, który w XIX wieku, ubrani w komiczne stroje, zarabiali na naiwnych rzucając zaklęcia czy produkując "cudowne leki". Tymczasem alchemię powinno się uznać za prekursorkę nowoczesnej chemii. Co prawda alchemikom nie udało się zamienić ołowiu w złoto, czego oczekiwali od nich władcy chcący zapełnić puste skarbce, jednak mają oni na swoim koncie wiele ważnych osiągnięć. William Newman z Univeristy of Indiana twierdzi, że działania alchemików można uznać niemal za technologie chemiczne. Prowadzili oni bowiem eksperymenty, w których sprawdzali różne teorie dotyczące właściwości minerałów czy metali. Alchemicy prowadzili analizy składu metali, rafinowali sole, produkowali szkło, pigmenty, ceramikę, nawozy sztuczne, kosmetyki i lekarstwa. Do ich osiągnięć należy zaliczyć udoskonalenie procesu destylacji, dzięki czemu powstawały silne kwasy służące im później do pozyskiwania metali z rud.
  5. Drobiazgowa analiza drzewnych pierścieni przyrostu rocznego wykazała, że może istnieć związek między wzrostem i upadkiem dawnych cywilizacji, np. starożytnego Rzymu, a stabilnością i nagłymi zmianami europejskiego klimatu. Archeolodzy, klimatolodzy, geografowie i historycy pracowali na 9 tysiącach przedmiotów z drewna z ostatnich 2,5 tys. lat. Ustalilia, że ciepłe i wilgotne okresy pokrywały się z erami niezahamowanego rozwoju (złotymi wiekami), podczas gdy zamieszki polityczne i niepokoje – np. wielka wędrówka ludów, wojna trzydziestoletnia czy epidemia dżumy (czarnej śmierci) - przypadały na momenty niestabilności klimatu. Jak tłumaczy Ulf Büntgen, paleoklimatolog ze Szwajcarskiego Narodowego Instytutu Badawczego Lasów, Śniegu i Krajobrazu (WSL), ekipa odwołała się do systemu dendrochronologicznego, wykorzystywanego do datowania odkopywanego materiału. Archeolodzy opracowali chronologię szerokości słojów w dębinie w środkowej Europie, która obejmuje niemal cały holocen. Stosują ją do datowania artefaktów, budynków historycznych, dzieł sztuki mebli. Chronologie żywych dębów i reliktów mogą odzwierciedlać unikatowe wzorce letnich opadów i suszy. Zespół zrekonstruował historię letnich opadów i temperatur w Europie Środkowej dla 2,5 tys. lat, przesuwając zapis o tysiąc lat dalej niż jakiekolwiek wcześniejsze studium. Wyniki bazują na pomiarach pierścieni przyrostu rocznego kilku tysięcy próbek subfosylnych (z okresu holoceńskiego), archeologicznych, historycznych i żywych z Niemiec, Francji, Włoch oraz Austrii. Informacje klimatyczne zawarte w tych drzewach pozwoliły na porównanie naturalnych fluktuacji opadów i temperatur z rozwojem społeczeństw europejskich. Klimat letni w erze rzymskiej ok. 2 tys. lat temu był stosunkowo ciepły oraz wilgotny i cechowała go mniejsza zmienność. Zwiększona zmienność z okresu między 250 a 600 r. n.e. współwystępowała natomiast z upadkiem Cesarstwa zachodniorzymskiego i wielką wędrówką ludów. Studium ujawniło także, że wilgotne i łagodne lata towarzyszyły kulturalnemu i politycznemu wzrostowi średniowiecznej Europy, podczas gdy niekorzystny klimat miał wiele wspólnego z ukształtowaniem kondycji zdrowotnej sprzyjającej pandemii dżumy i kryzysowi ekonomicznemu w XIV wieku. Minimalne temperatury z początku XVII i XIX wieku należy zaś kojarzyć z migracjami podczas wojny trzydziestoletniej i w poszukiwaniu chleba z Europy do Ameryki. Dr Büntgen podkreśla, że z badań jego zespołu nie można wnioskować o istnieniu prostego, bezpośredniego związku między zmiennością klimatu a ludzką historią. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jakaś korelacja istnieje...
  6. Profesor filologii klasycznej i historii Ian Morris z Uniwersytetu Stanforda dowodzi w swojej książce Why the West Rules - For Now, że historia to powolna skomplikowana gra pomiędzy rozwojem społeczeństwa a warunkami geograficznymi. Morris każe nam się zastanowić, dlaczego to kraje zachodniej Europy podbiły świat i dlaczego nasza cywilizacja obecnie dominuje. Przecież, jak zauważa, gdy Krzysztof Kolumb odkrywał Amerykę, europejska technika morska była daleko w tyle za możliwościami, którymi dysponowali Chińczycy. W 1492 roku Kolumb miał do dyspozycji zaledwie trzy prymitywne statki z 90 ludźmi na pokładzie. Tymczasem już 87 lat wcześniej chiński żeglarz Zheng He zawitał na Sri Lankę na czele floty 300 łodzi, mają do dyspozycji 27 000 marynarzy, w tym 180 lekarzy i farmaceutów. Zheng miał magnetyczny kompas i na tyle dobrze znał Ocean Indyjski, że mógł wypełnić zapiskami 10-metrowy zwój dziennika pokładowego. Kolumb niezbyt wiedział, gdzie jest i nie wiedział, dokąd płynie - pisze Morris. Chińczycy w tym czasie znali dobrze wybrzeża Indii, Arabii, Afryki Wschodniej i, prawdopodobnie, Australii. Wszystko przemawiało za tym, że to właśnie Państwo Środka powinno dokonać podboju świata. Tak się jednak nie stało i 400 lat po wyprawie Zhenga wojska brytyjskie zmusiły Chiny do podpisania upokarzających traktatów. Zdaniem profesora Morrisa, zasadniczą rolę odgrywała geografia i związana z nią obfitość udomowionych roślin i zwierząt. Uczony zauważa, że najważniejsze cywilizacje rozwijały się w dwóch "matecznikach". Jeden z nich to zachodnia część Eurazji, a druga - region pomiędzy rzekami Jangcy i Żółtą. Oczywiście w innych regionach również powstawały ważne cywilizacje, jednak ze względu na mniejszą koncentrację użytecznych rośli i zwierząt, rozwijały się one powoli i bardzo wolno rozprzestrzeniały. Dlatego też Morris skupił się na porównaniu dominującej obecnie cywilizacji zachodnioeuropejskiej z chińską. Jednak geografia to tylko część prawdy. Równie ważny jest rozwój społeczny, który dla Morrisa oznacza zdolność społeczeństwa do przystosowania środowiska fizycznego, społecznego, ekonomicznego i intelektualnego tak, by możliwe było osiąganie założonych celów. To przystosowanie może mieć różne oblicza - od wynalezienia rolnictwa, poprzez nowe techniki malarskie po jedzenie nożem i widelcem. Historia uczy nas, że gdy ciśnienie rośnie, rozpoczynają się zmiany - pisze Morris. I formułuje Twierdzenie Morrisa: Zmiany są wywoływane przez leniwych, chciwych, przestraszonych ludzi, którzy szukają sposobów na łatwiejsze i bezpieczniejsze osiągnięcie celu. I rzadko wiedzą oni, co robią. Uczony zauważa, że geografia napędza rozwój społeczny, ale jednocześnie rozwój społeczny determinuje geografię. Podaje przy tym przykład Wysp Brytyjskich, które 5000 lat temu znajdowały się bardzo daleko od cywilizacji Mezopotamii i nie skorzystały na jej rozwoju. Jednak 500 lat temu rozwój społeczny i położenie geograficzne spowodowało, że Anglia miała łatwy dostęp do bogactw Nowego Świata. A przywożone stamtąd srebro sprzedawano w Chinach, które cierpiały na niedobór tego metalu. Kilka wieków później Anglia mogła, dzięki swojemu węglowi, rozpocząć Rewolucję Przemysłową i stać się globalnym imperium. Profesor Morris zauważa jednocześnie, że próby naginania takich procesów, chęć sztucznego wywoływania zmian w społeczeństwach, wymuszania "postępu", doprowadziły do pojawienia się w XX wieku krwawych dyktatur. Wszyscy wielcy komuniści twierdzili, że w Azji trzeba zrobić coś, co ponownie uruchomi silnik historii, który zatrzymał się dawno temu - pisze Morris. W wyniku takiego myślenia pojawili się Lenin i Mao. Uczony uważa jednocześnie, że obecnie jesteśmy świadkami dużych zmian. Musimy patrzeć globalnie, poza ramy swojej cywilizacji. Po latach badań doszedł do wniosku, że kultury Grecji i Rzymu nie były historycznymi wyjątkami, a zachodnie studia klasyczne muszą badać też inne kultury. Jeśli nie popatrzymy szerzej, nie uzyskamy ważnych odpowiedzi - mówi Morris. Podkreśla, że geografia, która jeszcze do niedawna miała olbrzymi wpływ na rozwój ludzkości, teraz traci na znaczeniu. Podobnie zresztą jak, w obliczu rozwoju technologicznego, tracą na znaczeniu historyczne różnice. Dawne rozróżnienia na Wschód i Zachód nie będą miały znaczenia dla robotów - pisze uczony. Zmiany klimatyczne mogą doprowadzić do migracji milionów ludzi, wzrostu napięcia, wybuchu wojen. Jeśli, zgodnie z niedawną jeszcze logiką podziału Wschód-Zachód, zaangażują się w nie USA i Rosja, ludzkość może mieć poważne problemy. Jednak, zgodnie z Teorią Morrisa, czekające nas zmiany mogą przynieść też sporo korzyści. Są one przecież wyzwalane przez ciśnienie. Trudno oczywiście, przewidzieć, jak potoczą się losy ludzkości, jednak, jak pisze Morris to, co historycznie ważne ma charakter globalny i ewolucyjny.
  7. W ostatnich latach coraz więcej osób zainteresowanych jest poznaniem swojego drzewa genealogicznego. Przyczyn jest zapewne wiele: poczucie potrzeby oparcia w historii w dzisiejszym zapędzonym świecie, odwieczna ciekawość, dostępność poszukiwań, jakie ułatwiają nowoczesne technologie komunikacyjne, czy popularne, społecznościowe portale „genealogiczne". W Polsce jeszcze nie jest to bum, ale w krajach anglosaskich przybywa pasjonatów odkrywania rodzinnej historii, dla których ciekawość zamieniła się hobby. Ale czy to hobby zawsze daje jedynie przyjemność? Otóż okazuje się, że nie zawsze. Osoby poszukujące swoich przodków i dalekich krewnych mogą wręcz otworzyć „puszkę Pandory" z ukrywanymi i nieprzyjemnymi faktami, które będą powodować niesnaski, odgrzewać dawne spory, skłócać i dzielić rodziny - tak uważa dr Anne-Marie Kramer z Uniwersytetu w Warwick. Wyniki swoich badań ogłosiła dziś w Glasgow, na dorocznej konferencji Brytyjskiego Towarzystwa Socjologicznego. Na konferencji dr Kramer mówiła: razem z amerykańskim, kanadyjskim i australijskim, społeczeństwo brytyjskie przeżywa bezprecedensowy bum przemysłowego poszukiwania rodzinnego dziedzictwa. Ludzie cieszą się nieporównywalnym z niczym publicznym dostępem do zapisków historycznych, zarówno w archiwach cyfrowych, jak i tradycyjnych, zaś społecznościowe portale genealogiczne ułatwiają udostępnianie wirtualnych drzew genealogicznych, z odkrywaniem dawno temu zagubionych krewnych. Tymczasem media zalewane są genealogicznymi historyjkami celebrytów, choćby przez flagowy program BBC „Who Do You Think You Are?", którego publiczność sięga pięciu milionów. Dr Kramer nie zaprzecza, że w większości przypadków poszukiwanie swojej historii to pasja sprawiająca przyjemność i ogólnie pozytywna dla więzi rodzinnych. Odkrywanie nieznanych krewnych, badanie rodzinnych legend i tajemnic, przywracanie do życia wiedzy o swoich przodkach - to może być cudowna pasja. Kontakty mogą również niwelować rodzinne podziały. Z 224 osób, które wzięły udział w przeprowadzonych badaniach większość miała tylko pozytywne doświadczenia. Mimo wszystko czasami odkrywanie drzewa genealogicznego może być bardzo nieprzyjemne. Trzydzieścioro z przebadanych osób przyznało, że poszukiwania rodziły konflikty. Najczęstsze ich przyczyny to: odkrywanie niewygodnych faktów, domaganie się informacji od niechętnych do ich udzielania krewnych, udzielanie fałszywych informacji, zaniedbywanie rodziny dla nowego hobby, czy kontakt z wrogo nastawionymi krewnymi. Dr Kramer podczas konferencji przytoczyła wiele przykładów. Pretensje do krewnej, która potrafi samolotami przewędrować pół świata do nieznanych pociotków, ale kawałek drogi pociągiem to dla niej za daleko, żeby odwiedzić siostrę. Odkrycie, że rodzona siostra jest w rzeczywistości adoptowana. Śluby „z konieczności", które dziś już nie bulwersują, ale dla starszych osób są niewymownie krępujące. Kłótnie o wojenne odznaczenia zmarłego krewnego, którym się wcześniej nie interesowano. Kopiowanie z rodzinnych archiwów prywatnych listów. Odkrywanie nieprzyjemnych faktów z życia rodziców czy dziadków. Podziały i konflikty nie zawsze należą do przeszłości, zadawnione urazy i resentymenty do rodzeństwa, czy rodziców mogą się odnowić, kiedy niewygodne informacje wyjdą z ukrycia - mówi dr Anne-Marie Kramer. Naturalnie istnieją również pozytywne i entuzjastyczne świadectwa badania rodzinnej przeszłości, takie przykłady również - a jest ich więcej - przytoczone zostały w badaniu. Ogólnie więc na pewno warto choć trochę zainteresować się swoim drzewem genealogicznym i odnaleźć w tym przyjemność. Nie można jednak zapominać o pewnej ostrożności i potrzebie zachowania taktu, a czasem i dyskrecji wobec krewnych.
  8. Jedną z najbardziej znanych naukowych anegdot jest ta o jabłku, które spadło na głowę Izaaka Newtona. Teraz, po raz pierwszy w dziejach, manuskrypt z opisem tego wydarzenia został udostępniony szerokiej publiczności. Historia spisana przez Williama Stuckeleya, współczesnego Newtonowi, została zaprezentowana w formie cyfrowej i obejrzeć możemy ją w Sieci. Autor usłyszał ją osobiście od Newtona pewnego wiosennego popołudnia 1726 roku. W manuskrypcie Stukeleya czytamy: It was occasion'd by the fall of an apple, as he sat in contemplative mood. Why should that apple always descend perpendicularly to the ground, thought he to himself ... Why should it not go sideways, or upwards? But constantly to the earth's center? Assuredly, the reason is, that the earth draws it. There must be a drawing power in matter. Ten i wiele innych wyjątkowych manuskryptów można oglądać na stronach The Royal Society.
  9. Niemieccy naukowcy z najdrobniejszymi szczegółami odtworzyli codzienne życie Marcina Lutra. Dokonali tego, przekopując się przez śmiecie zebrane w 3 jego domach. Zajęło im to 5 lat, ale dzięki uporowi zdobyli kufle z przykrywkami, garnki, złotą obrączkę ślubną żony reformatora Katarzyny, 250 srebrnych monet, a także lekarstwa na różne dolegliwości, m.in. anginę i zatwardzenie. Na podstawie wykopalisk w Wittenberdze, gdzie Luter mieszkał ze swoją żoną i 6 dzieci, stwierdzono, że rodzina wyrzucała do kubłów zdechłe koty. Poza tym gwoździe, którymi teolog przybił w przedsionku kościoła zamkowego listę 95 tez krytykujących akcję sprzedawania odpustów, w rzeczywistości były raczej pinezkami, a nie solidnymi hufnalami. Jeden z głównych badaczy, Harald Meller, cieszy się, że dzięki zwykłym odpadkom udało się odtworzyć tak wiele. Najciekawsze eksponaty trafią na wystawę w Muzeum Historycznym w Halle. Zwiedzający będą się z nią mogli zapoznać już od najbliższego piątku (31 października). Do tej pory sądzono, że Luter, były zakonnik, żył w ubóstwie, tymczasem zebrano dowody, iż był, delikatnie mówiąc, zażywny i przed śmiercią w wieku 63 lat ważył aż 150 kg. Śmiecie z kuchni wskazują, że 8-osobowa rodzina regularnie jadała na obiad pieczoną gęsinę oraz prosięta. Na stół trafiały też kuropatwy oraz drozdy, które podczas polowań wabiono glinianymi gwizdkami. Podczas postów państwo Lutrowie raczyli się drogimi w owych czasach rybami, m.in. śledziami, dorszami i flądrami. Reformator nie pochodził z biednej rodziny. Ojciec był właścicielem zakładu hutniczego, gdzie wytapiano miedź i pożyczał pieniądze na procent, a matka urodziła się w rodzinie z wyższej klasy średniej. W domu w Mansfeld, gdzie Luter spędził dzieciństwo, znaleziono zestaw kręgli z krowich kości i kulki ze szkła. Teolog spisał swoje tezy gęsim piórem, może którymś z pozostałych po skubaniu ptaków przed wieczornym posiłkiem. Przyświecała mu lampa na zwierzęcy tłuszcz. Z ogrzewanego gabinetu roztaczał się widok na Łabę. Niestety, podczas pracy nie siadywał na odkrytej w 2004 roku kamiennej toalecie.
  10. Ludzie wytwarzają nabiał od co najmniej 9 tysięcy lat. Naukowcy doszli do takiego wniosku po zbadaniu resztek z ponad 2 tysięcy glinianych naczyń z Europy, Bliskiego Wschodu, głównie Turcji, i Bałkanów. Jogurt, ser, sklarowane masło ghi (ghee) i inne tego typu produkty dobrze się przechowują, więc z nadwyżek mleka można było zrobić np. zapasy na zimę. Poza tym są łatwiej przyswajalne i nadają się dla osób z nietolerancją laktozy. Profesor Richard Evershed z Uniwersytetu Bristolskiego współpracował z naukowcami z USA, Holandii, Turcji i Izraela. Razem zauważyli, że nawet 6500 lat p.n.e. mleko było przetwarzane w glinianych naczyniach. Nasze odkrycia przenoszą wczesną historię wykorzystania mleka do 7. tysiąclecia przed Chrystusem, do wczesnego etapu udomowienia zwierząt i produkcji oraz wykorzystania naczyń z gliny. Bydło, owce i kozy hodowano już 8 tysięcy lat p.n.e., ale do teraz najstarsze dowody dotyczące używania mleka pochodziły z późnego piątego milenium. Pozostałości mleka w naczyniach pozwoliły stwierdzić, że udój krów był szczególnie popularny w Anatolii (tamtejsze warunki środowiskowe sprzyjały hodowli bydła), a w innych rejonach koncentrowano się głównie na owcach i kozach. Zespół badaczy opracował test, który pozwalał na odróżnienie tłuszczu pozostałego po gotowaniu mięsa od tłuszczu z mleka. Na nieemaliowanych fragmentach gliny znaleziono kwasy tłuszczowe o obniżonej zawartości izotopu węgla C-13. To tłuszcze pochodzące z mleka. Porównując zawartość C-13 w różnych próbkach, można stwierdzić, z jakich produktów pochodzą.
×
×
  • Create New...