Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
KopalniaWiedzy.pl

Opera Unite - serwer w każdym domu

Recommended Posts

Opera Software ogłosiła "ponowne wynalezienie Sieci" i pokazała interesującą usługę o nazwie Opera Unite. Zamienia ona każdy komputer w rodzaj sieciowego serwera.

Dzięki Opera Unite użytkownik może na przykład udostępnić pliki znajdujące się na swoim komputerze, a dostęp do nich będzie możliwy z poziomu dowolnej przeglądarki.

Jak zapewnia norweska firma, potęga Unite tkwi w prostocie. Żeby uruchomić Unite wystarczy zainstalować Operę 10, następnie zalogować się na witrynie Opery i wybrać te usługi, z których chcemy korzystać. Każdej z nich zostanie przypisany unikatowy adres URL, dzięki któremu użytkownicy zyskają do nich dostęp. Na przykład http://pecet.mariusz.operaunite.com/fotki może prowadzić do komputera "pecet" użytkownika "mariusz" i katalogu z udostępnionymi zdjęciami.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chyba nie chcesz powiedzieć, że chciałbyś "serwować" rozbudowaną stronę opartą na PHP z poziomu Opery? :P Przecież zadanie tego wynalazku jest zupełnie inne i ma polegać na umozliwieniu szybkiej wymiany plików. Więcej bym nie oczekiwał.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Chyba nie chcesz powiedzieć, że chciałbyś "serwować" rozbudowaną stronę opartą na PHP z poziomu Opery? :P Przecież zadanie tego wynalazku jest zupełnie inne i ma polegać na umozliwieniu szybkiej wymiany plików. Więcej bym nie oczekiwał.

 

Też tak sądzę. Fajną niszę Opera znalazła na rynku. Obecnie udostępnianie plików konkretnej osobie jest dość skomplikowane, tym bardziej, jeśli ma się odbywać pomiędzy komputerami z różnymi OS-ami. Teraz będzie proste i praktycznie dostępne dla każdego. A konieczność posiadania przy tym Opery może skłonić wiele osób do zainstalowania tej przeglądarki. Chociażby po to, by od czasu do czasu skorzystać z Unite.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A gdyby tak jeszcze w operze zrobili klienta FTP z prawdziwego zdarzenia, tzn. pozwalającego np. na przeciąganie plików jak w starym dobrym Total Commanderze... ech, byłoby pięknie :P

Share this post


Link to post
Share on other sites

Klikam sobie ten link który podałeś:

Autor: Mariusz Błoński

 

Źródło: http://www.opera.com

i co się okazuje? Wchodzę na stronę http://www.pcpro.co.uk/

ponieważ taka strona jest ukryta pod tym linkiem.

Tak się nie robi. Takie metody stosują goście co wirusy rozpowszechniają. Tego Ci nie zarzucam ale tak się po prostu nie robi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zainstaluj userjs linkalert.js. Dzięki temu w takich sytuacjach pokazuje mi znak zakazu przy kursorze. :P Aczkolwiek link bardzo mylący.

 

Zaś co do meritum, to świetny pomysł. Choć nie wiem czy to takie wielkie odkrycie, ale dziwne, że nikt wcześniej czegoś takiego nie zaimplementował. Mam nadzieję tylko, że te dodatki-serwisy będą poważnie weryfikowane pod kątem luk.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tylko w bardzo dużym przybliżeniu. Bo tamte dodatki, z tego co widzę, wysyłają pliki na zewnętrzne serwery i to stamtąd udostępniane są dane. Natomiast tutaj jest to udostępniane tylko z poziomu naszego własnego komputera, przy czym file sharing to tylko jedna z usług.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Poręczna rzecz, żeby na szybko udostępnić coś komuś bez korzystania z cudzych serwerów, albo samemu sobie z innego kompa. Albo na szybko machnąć czata. Zresztą to tylko przykładowe usługi, najlepsze jest to, że API jest otwarte i można pisać nowe usługi. I bodaj (jeśli dobrze rozumiem) nawet nie muszą się znajdować w domenie Opery. Wymyśleć można wiele zastosowań, z których napisanie klienta p2p analogicznego do sieci BT jest najbanalniejszym.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeśli tylko ktoś do tego dorobi obsługę PHP, to zacznę się bawić - zawsze to najnowsze fotki z wakacji będzie można łatwiej dalekim znajomym pokazać na własnym serwisie - nie płacąc za hosting, czy nie bawiąc się w ciuciubabkę z wciskanymi paskami reklamowymi :P

 

Ps. żal, Żal, żAl, żaL, ŻaL... - nowy język programistów :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Specjaliści ostrzegają, że 8 marca część użytkowników internetu mogą czekać poważne kłopoty. Właśnie na ten dzień FBI zapowiedziało wyłączenie swoich serwerów, które zastąpiły serwery przestępców, kierujących użytkowników na złośliwe witryny.
      W listopadzie FBI zlikwidowało botnet DNSChanger. Jego twórcy infekowali komputery i manipulowali adresami internetowymi tak, że użytkownicy trafiali na witryny, których jedynym celem było wyświetlanie reklam. FBI zastąpiło serwery przestępców własnymi maszynami, dzięki czemu komputery zainfekowane przez botnet mogły bez przeszkód łączyć się z internetem. Ponadto FBI było w stanie zidentyfikować zarażone maszyny.
      Jednak Biuro z góry założyło, że zastępcze serwery będą działały tylko przez jakiś czas, by użytkownicy komputerów zarażonych DNSChangerem mieli czas na wyczyszczenie komputerów ze szkodliwego kodu. „Zastępcza sieć“ FBI ma zostać wyłączona właśnie 8 marca. Oznacza to, że komputery, które nadal są zarażone, stracą dostęp do internetu, gdyż będą usiłowały łączyć się z nieistniejącymi serwerami DNS.
      Eksperci ostrzegają, że wiele komputerów wciąż nie zostało wyczyszczonych ze szkodliwego kodu. Z danych firmy ID wynika, że co najmniej 250 z 500 największych światowych firm oraz 27 z 55 największych amerykańskich instytucji rządowych używa co najmniej jednego komputera lub routera zarażonego DNSChangerem. Nieznana jest liczba indywidualnych użytkowników, którzy mogą mieć kłopoty.
      Zespół odpowiedzialny w FBI za zwalczanie DNSChangera rozważa przedłużenie pracy serwerów. Jednak nawet jeśli nie zostaną one wyłączone 8 marca, to niewiele się zmieni. Internauci, zarówno prywatni jak i instytucjonalni, nie dbają o to, co dzieje się z ich komputerami. Można tak wnioskować chociażby z faktu, że największa liczba skutecznych ataków jest przeprowadzonych na dziury, do których łaty istnieją od dawna, jednak właściciele komputerów ich nie zainstalowali. Przykładem takiej walki z wiatrakami może być historia robaka Conficker, który wciąż zaraża miliony maszyn, mimo, że FBI od 2009 roku prowadzi aktywne działania mające na celu oczyścić zeń internet.
      Ponadto, jeśli FBI nie wyłączy swoich serwerów, to DNSChanger nadal będzie groźny. Robak uniemożliwia bowiem pobranie poprawek, co oznacza, że niektóre z zarażonych nim maszyn nie były aktualizowane od wielu miesięcy, a to wystawia je na jeszcze większe niebezpieczeństwo.
      Firmy, które chcą sprawdzić, czy ich komputery zostały zarażone DNSChangerem powinny skontaktować się z witryną DNS Changer Working Group. Użytkownicy indywidualni mogą skorzystać z narzędzia do sprawdzenia komputera.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Intel prawdopodobnie pracuje nad ośmiordzeniowym procesorem Atom dla serwerów. Energooszczędne układy cieszą się coraz większym zainteresowaniem ze strony producentów takich maszyn. HP właśnie ogłosił, że będzie oferował swoim klientom serwery z procesorami ARM.
      Intel nie chce pozostać w tyle i, jak twierdzi serwis SemiAccurate, w 2013 roku zaprezentuje ośmiordzeniowego Atoma. Procesor ma bazować na 22-nanometrowym rdzeniu Silvermont wykorzystującym trójbramkowe tranzystory. Prawdopodobnie będzie taktowany częstotliwością wyższą o 20-25 procent od taktowania obecnie dostępnych Atomów.
      Sam Intel nie wspominał o ośmiordzeniowym Atomie. Firma zapowiada jedynie, że w 2013 roku zadebiutuje Atom Silvermont dla notebooków.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W dokumencie The Data Furnaces: Heating Up with Cloud Computing specjaliści z Microsoft Research proponują ogrzewanie domów ciepłem odpadowym z chmur obliczeniowych. Podobne pomysły nie są niczym nowym, jednak inżynierowie Microsoftu wpadli na nowatorski pomysł tworzenia infrastruktury chmur. Proponują oni mianowicie, by serwerów nie instalować w wielkim centrum bazodanowym, ale... w domach, które mają być przez nie ogrzewane. W ten sposób rachunki w gospodarstwie domowym za ogrzewanie spadłyby niemal do zera. Olbrzymie kwoty, rzędu 280-324 dolarów rocznie od serwera, zaoszczędziliby również właściciele chmur obliczeniowych.
      Autorzy dokumentu przewidują, że serwery byłyby umieszczane w piwnicach domów jednorodzinnych. Właściciele domów byliby zobowiązani do ewentualnego restartowania maszyn w razie potrzeby. Jak twierdzą badacze z Microsoft Research właściciele chmur już od początku zanotowaliby poważne oszczędności. Nie musieliby bowiem ponosić kosztów związanych z budową lub wynajęciem i utrzymaniem pomieszczeń, budową sieci energetycznej i teleinformatycznej, systemu chłodzenia, obniżyliby koszty operacyjne. Z drugiej strony zauważają, że energia elektryczna jest sprzedawana odbiorcom indywidualnym drożej niż odbiorcom biznesowym, zwiększyłyby się koszty konserwacji, gdyż maszyny byłyby rozrzucone do po dużej okolicy, ponadto nie we wszystkich domach dostępne są łącza o wymaganej przepustowości.
      Oczywiście do domów jednorodzinnych trafiałyby niewielkie serwery. Większe maszyny można by ustawiać w biurowcach, gdzie również zapewnią ogrzewanie budynku.
      Analiza pokazała, że największe korzyści odnieśliby mieszkańcy tych stanów, w których ogrzewanie domów pochłania najwięcej pieniędzy.
      Pracownicy Microsoftu twierdzą ponadto, że ich propozycja spowoduje, iż możliwe będzie zwiększenie wydajności chmur obliczeniowych bez jednoczesnego zwiększania zużycia energii w skali kraju. Już przed 5 laty centra bazodanowe zużywały 3% energii produkowanej w USA. Dzięki instalowaniu ich w domach jednorodzinnych będzie można zwiększyć liczbę serwerów, a tym samym zwiększyć ilość zużywanej przez nie energii, co jednak nie spowoduje globalnego wzrostu jej zużycia, gdyż jednocześnie spadnie ilość energii zużywanej przez gospodarstwa domowe do ogrzewania.
      W analizie Microsoftu zabrakło jednak odniesienia się do kwestii bezpieczeństwa czy sytuacji awaryjnych, takich jak np. przerwy w dostawie prądu.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Tudor Brown, prezes firmy ARM postanowił nieco ochłodzić nastroje wśród osób oczekujących na rychłe premiery serwerów z kośćmi ARM. Mocno wierzymy w to, że ta chwila nadejdzie. Ten proces już się rozpoczyna, ale minie kilka lat [zanim serwery ARM będą sprzedawane w znaczącej ilości - red.] - mówił Brown.
      Wiele firm, wśród nich Nvidia, Marvell czy Calxeda, pracuje nad serwerami z kośćmi ARM. Tego typu maszyny mogą przydać się wszędzie tam, gdzie nie jest wymagana największa możliwa moc obliczeniowa. Ich olbrzymią zaletą jest niskie zapotrzebowanie na energię, co w wielu przypadkach przyniesie oznacza duże oszczędności.
      ARM rozpoczęło własne badania nad serwerami już w roku 2008 w nadziei, że pewnego dnia będą one stanowiły ważny rynek dla tego typu procesorów. Jednak, by do tego doszło, firma musi zadbać o całe związane z tym otoczenie. Musi upewnić się, że istnieje oprogramowanie serwerowe dla architektury ARM i namówić producentów sprzętu, by tworzyli odpowiednie urządzenia.
      Brytyjska firma intensywnie pracuje nad kolejnymi układami. Zapowiada, że kość Cortex A-15 będzie obsługiwała wirtualizację oraz 64-bitowe oprogramowanie. To jednak dopiero początek implementowania podstawowych technologii, które powinny obsługiwać procesory serwerowe.
      Dlatego też zdaniem Browna na pojawienie się na rynku większej liczby serwerów ARM trzeba będzie poczekać do roku 2014 lub 2015.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Niematerialne cyfrowe artefakty, np. zdjęcia, e-maile czy pliki muzyczne, mogą być dla współczesnych nastolatków równie cenne, co ulubiona książka z dzieciństwa lub T-shirt z festiwalu muzycznego. Fakt, że wirtualne dobra nie mają formy fizycznej, tak naprawdę zwiększa ich wartość - ustalili naukowcy z Carnegie Mellon University (CMU).
      Amerykańskie studium objęło 21 nastolatków. Jego autorzy uważają, że pełniejsza ocena wartości przypisywanej wirtualnym obiektom może wspomóc wysiłki projektantów e-usług i e-towarów. Cyfrowe zdjęcie jest cenne, ponieważ jest zdjęciem, ale także dlatego, że można się nim dzielić [udostępniać], a inni mogą zostawiać swoje komentarze – podkreśla prof. John Zimmerman. Dla osób, które wzięły udział w badaniu CMU, fotografia z tagami od przyjaciół i znajomych, zlinkowana i skomentowana miała większe znaczenie od zdjęcia z albumu.
      Jedna z badanych 16-latek powiedziała, że za każdym razem, gdy bierze udział w jakimś wydarzeniu, np. koncercie, robi masę zdjęć, a następnie od razu umieszcza wszystkie w Internecie, tak by znajomi mogli je zlinkować, skomentować itp. Odbieram to jako prawdziwszą relację z wydarzenia. Komentujemy i omawiamy wszystko... co daje w konsekwencji uwspólniony sens tego, co się wydarzyło.
      Skłonność człowieka do zbierania i nadawania przedmiotom znaczenia jest znana i opisywana od wieków. Współcześnie jednak wiele cenionych obiektów – książki, zdjęcia, płyty CD – jest zastępowanych wersjami elektronicznymi, np. e-bookami. Ponadto za pomocą komputera można stworzyć coś, co nie miało wcześniej żadnej materialnej postaci, m.in. profile na portalach społecznościowych czy awatary do gier sieciowych.
      Zimmerman, prof. Jodi Forlizzi i doktorant William Odom zwerbowali do eksperymentu 9 dziewcząt i 12 chłopców w wieku od 12 do 17 lat. Ich rodziny reprezentowały tzw. klasę średnią lub wyższą średnią, dlatego dzieci miały łatwy i częsty dostęp do nowoczesnych technologii, w tym telefonów komórkowych i Internetu. Psycholodzy pytali o rzeczy związane z codziennym życiem, wykorzystanie technologii oraz o cenione dobra materialne i wirtualne.
      Niemożność powiązania wirtualnych dóbr z konkretnym miejscem zwiększa wartość, dlatego coś przechowywanego online jest cenniejsze od tej samej rzeczy znajdującej się na dysku komputera. Chodzi o to, że obiekty z Sieci są zawsze dostępne. Pewna 17-latka powiedziała, że skopiowała na serwer internetowy wszystkie swoje zdjęcia, by stale mieć do nich dostęp, bez względu na to, czy znajduje się w łóżku, czy w markecie. Lubię wiedzieć, że będą tam, gdy zechcę do nich zajrzeć.
      Na wartość online'owych obiektów wpływa stopień, do jakiego użytkownicy mogą je zmieniać i personalizować. Jeden z ankietowanych 17-latków spędził np. dużo czasu, dopracowując awatar do gry "Halo". Jego znajomi często go komentowali. Zimmerman, Forlizzi i Odom zauważyli też, że gromadzące się metadane (np. historia aktywności, komentarze czy wskaźniki czasu spędzonego online) znacznie podwyższają wartość wirtualnych dóbr.
      Badani twierdzili, że w Sieci mogą ujawniać rzeczy, np. zdjęcie nielubianego przez rodziców chłopaka, które nigdy nie pojawiłyby w ich sypialni. Wirtualny świat pozwala nastolatkom prezentować odpowiednim grupom odpowiedni wizerunek. Wskazuje to na potrzebę tworzenia zaawansowanych narzędzi do kontroli prywatności.
      Naukowcy podkreślają, że stałe rozszerzanie repertuaru i kolekcji wirtualnych dóbr stwarza realne dylematy, np. czy jeśli użytkownicy wspólnie tworzą artefakty (dodają tagi lub znaczniki do zdjęć), trzeba zgody wszystkich, by je usunąć?
      Nasze przyszłe badania będą służyły sprawdzeniu, co się dzieje, kiedy granice między dobrami wirtualnymi i fizycznymi są bardziej rozmyte. Przyjrzymy się tagom i społecznościowym metadanym oraz ich roli w dzieleniu się doświadczeniami z rodziną i rówieśnikami – podsumowuje Forlizzi.
×
×
  • Create New...