Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Największa potęga świata wydaje się bezbronna w starciu z... Julianem Assange. Wbrew groźnym pomrukom z Departamentu Stanu, Departamentu Sprawiedliwości, Kongresu czy Białego Domu, liczni eksperci wątpią, czy USA mogą postawić mu jakiekolwiek zarzuty.

Wikileaks ujawniło amerykańskie dokumenty opatrzone klauzulą "poufne" oraz "tajne". W wielu państwach wystarczyłoby to do oskarżenia i skazania osoby odpowiedzialnej za publikację, jednak w USA Assange'a chroni... Konstytucja.

Pierwsza Poprawka do Konstytucji USA brzmi: Kongres nie może stanowić ustaw [...] ograniczających wolność słowa lub prasy [...]. O ile zatem Bradley Manning, który przekazał Wikileaks tajne dokumenty, może być sądzony za ujawnienie tajemnic, które miał strzec, to już samo Wikileaks publikując materiały Manninga, znalazło się pod ochroną Pierwszej Poprawki. Mimo to, jak zapewniają rządowi prawnicy, badane są możliwości postawienia Assange'owi zarzutów kryminalnych. Groźby takie pojawiają się już od kilku miesięcy. O podobnych zarzutach mówiono wiele tygodni temu, gdy wyszło na jaw, że Manning przekazał serwisowi tajne dokumenty. Dotychczas jednak żadne takie oficjalne oskarżenia się nie pojawiły, co może wskazywać albo na olbrzymie trudności, albo wręcz na niemożność ich sformułowania.

Rządowi prawnicy będą prawdopodobnie chcieli posłużyć się ustawą Espionage Act (Ustawa o szpiegostwie) z... 1917 roku. Jej konstytucyjność została potwierdzona przez amerykański Sąd Najwyższy w 1919 roku. Rozważał on przypadek szefa amerykańskiej partii socjalistycznej, która rozsyłała ulotki wzywające mężczyzn do unikania poboru. Sąd Najwyższy stwierdził wówczas, że "użyte słowa, które w normalnych okolicznościach i wielu miejscach, podlegałyby ochronie na gruncie Pierwszej Poprawki, mogą zostać wyłączone spod jej ochrony o ile są takiej natury i używane w takich okolicznościach, że stanowią jasne i bezpośrednie zagrożenie, któremu Kongres ma prawo się przeciwstawić". Tym samym Sąd uznał, że Kongres miał prawo wydać Espionage Act oraz, że istnieją okoliczności w których Pierwsza Poprawka nie chroni niektórych wypowiedzi.

Jednak powoływanie się obecnie na przepisy sprzed niemal 100 lat jest wyjątkowo ryzykowne. Musimy bowiem pamiętać, że zostały one uchwalone w zupełnie innej rzeczywistości społeczno-politycznej, gdy prasa korzystała z kodeksów moralnych znacznie bardziej restrykcyjnych niż obecne oraz gdy ważna była odpowiedzialność dziennikarska. Ponadto toczyła się wówczas wojna światowa, a nawoływanie do unikania poboru z pewnością można uznać za złe intencje, które stanowiły "jasne i bezpośrednie niebezpieczeństwo". Obecnie żadna z tych okoliczności nie zachodzi.

Wykorzystanie Espionage Act jest tym mniej prawdopodobne, że już w 1971 roku administracja prezydenta Nixona poniosła spektakularną porażkę próbując użyć tej ustawy w sądzie. Mowa tutaj o procesie New York Times vs. United States, podczas którego rząd USA, powołując się na Espionage Act, próbował powstrzymać New York Timesa przed publikacją poufnych dokumentów dotyczących wojny w Wietnamie. Od tamtej pory administracja rządowa nie próbuje korzystać z tej ustawy z dwóch powodów. Po pierwsze, spór z NYT pokazał, że wygranie podobnych spraw jest niezwykle trudne, po drugie - urzędnicze próby blokowania mediów są w USA bardzo źle odbierane. Stąd też niejednokrotnie już amerykańska prasa publikowała tajne dokumenty bez obaw o administracyjne czy sądowe reperkusje.

Oczywiście administracja Obamy może spróbować innego podejścia. Wysunięcie zarzutów kryminalnych na podstawie Espionage Act jest czymś innym niż próba blokowania publikacji. W 1971 roku już po opublikowaniu spornych materiałów jeden z sędziów Sądu Najwyższego wydał opinię, w której stwierdził, że teraz administracja mogłaby wysunąć oskarżenia kryminalne wobec gazety. Sędzia White uznał, że "nieudana próba ustanowienia wcześniejszego zakazu publikacji nie zdejmuje z rządu jego konstytucyjnego prawa do wysunięcia oskarżeń kryminalnych".

Jednak od 1971 roku nie próbowano nawet oskarżać prasy o przestępstwo kryminalne po publikacji żadnego z tajnych materiałów.

Sytuacja jest zatem dość absurdalna. Sąd Najwyższy potwierdził konstytucyjność Espionage Act i uznał wyłączenia spod ochrony Pierwszej Poprawki w pewnych sytuacjach. Jednocześnie Pierwsza Poprawka nie pozwala na zablokowanie publikacji, ale prawdopodobnie nie uniemożliwia administracji wysunięcie zarzutów kryminalnych już po publikacji.

Jednak sam fakt, że dotychczas takie zarzuty nie pojawiły się ani wobec gazet ujawniających od lat różne tajemnice ani - wbrew kilkumiesięcznym zapowiedziom - wobec Assange'a może sugerować, iż w rzeczywistości USA nie posiadają odpowiednich instrumentów prawnych, które pozwoliłyby oskarżyć założyciela Wikileaks.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Żenujące jest to, że państwo uważające siebie za ostoję cywilizacji i wolności słowa szuka w tak perfidny sposób haka na Assange'a. Podobno klasę ludzi poznaje się w sytuacjach podbramkowych - wszystko wskazuje na to, że państwa zachowują się dokładnie tak samo!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Co znaczy "szuka haka"? Rządowi prawnicy sprawdzają, czy Assange popełnił jakieś przestępstwo, bo obowiązkiem rządu jest ściganie przestępców. Sądzisz, że powinni z góry założyć, że olewają sprawę? Dopóki nie przeanalizują wszystkich możliwości nie mają, moim zdaniem, prawa odpuścić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jak szuka? A kto to jest państwo? Organizacja charytatywna? Ponadto z artykułu nic takiego nie wynika poza tym że jest problem z legalnym powstrzymaniem Assanga. Państwa działają nie tylko legalnie. Wedle prawa to szpieg nie ma prawa istnieć. Dla ochrony państwa są odrębne przepisy, podobnie jak dla US :) W każdym razie państwo to nie gentleman.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie no, na razie nie ma żadnych dowodów by twierdzić, że Assange to szpieg. Gdyby tak było, to Manningowi groziłaby KŚ, a tak grozi mu tylko 70 lat odsiadki :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

W tej konkretnej sytuacji działał jak dziennikarz, a nie jak szpieg, więc miał prawo do swojej działalności. Za to powoływanie się na ustawę sprzed stu lat tylko potwierdza, że ewidentnie chodzi o znalezienie jakiegoś haka, bo z góry ustalono cel, czyli usadzenie go.

 

A Ty, Mariuszu, w swojej miłości do USA stwierdzisz pewnie nawet, że zatrzymanie Assange'a za gwałŧ właśnie teraz, po tylu latach, to zbieg okoliczności, który z Wikileaks nie ma nic wspólnego? :)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Władza zrobi wszystko co tylko jest możliwe (zgodne z prawem lub nie) by pozbyć się niewygodnej postaci... no chyba że sposoby które będą mięli do dyspozycji okażą się szkodliwe dla nich samych.

 

Co nie znaczy że sam Assange to aniołek działający dla dobra ludzkości. Zyskał potężną władzę którą może wykorzystać dla różnych celów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Oczywiście, że Assange jest niebezpieczny. Z drugiej jednak strony zdobył i upublicznił (a nie wykorzystał tylko dla własnej korzyści, co też jest ważne) informacje nie o osobach prywatnych, a o państwowych urzędnikach, którzy - jak się okazuje - też święci nie byli. Skazanie Assange'a w zasadzie niczym by się nie różniło od skazania dziennikarzy, którzy ujawnili sprawę Watergate.

Share this post


Link to post
Share on other sites

@mikroos: z szukaniem haków przez Amerykanów mielibyśmy do czynienia wówczas, gdyby chcieli go skazać za cokolwiek. Obecnie badają tylko, czy można mu postawić jakieś zarzuty w związku z czynami, o których mowa. Nie jest to zatem szukaniem haków. Za to, gdyby np. zaczęli sprawdzać, czy podczas pobytu w USA Assange nie kupił narkotyków, nie jeździł po pijaku czy nie bzyknął nieletniej - a zatem czy nie dopuścił się czynów niezwiązanych z przeciekiem - to byłoby szukaniem haków.

Co do gwałtu - zarzuty są stawiane przez Szwedów, nie przez Amerykanów. A akurat Szwecję trudno podejrzewać o chodzenie na pasku Amerykanów. Gdyby tak było, bo nie istniałaby tam Partia Piratów i prawo ochrony własności intelektualnej nie byłoby tak pobłażliwe. I zarzuty dotyczą sprawy z sierpnia.

Ja raczej obstawiam tutaj sytuację związanę z durnym politycznopoprawnym szwedzkim prawem. Może Assange za bardzo wpatrywał się w tyłek jakiejś laski, co być może - zgodnie z politpoprawną filozofią - jest w Szwecji ścigane jako "gwałt optyczny"? A może odrzucil awanse jakiejś laski (wiesz - typ ciotek rewolucji, które "wspaniałym bojownikom, działaczom i takim tam" wchodzą szybko do łóżka), więc teraz panna się mści?

I znowu: nie sądzę, by za tą sprawą stali Amerykanie (zresztą Assange sam mówił, że nie stoją). Z tej prostej przyczyny, że nie wiedzą, czym jest plik "ubezpieczenie". Oczywiście, w tej chwili mogą już wiedzieć, jakie materiały Wikileaks dostało od Manninga i mogą stwierdzić, że nie jest to nic szczególnie ważnego. Pozostaje jednak zawsze ryzyko, że nie tylko Manning przekazał coś Wikileaks i że publikacja "ubezpieczenia" może narazić USA na poważne problemy. A skoro taka możliwość pozostaje, to wsadzanie Julka do kicia dla samej satysfakcji (bo przecież nie powstrzyma to dalszych publikacji - jasne jest, że nie Julek publikuje) byłoby niepotrzebnym ryzykiem.

 

@w46: nieważne, czy jest aniołkiem czy nie. Nie sądzę też, by w USA sąd przed którym stanąłby oskarżony dziennikarz powołujący się na Pierwszą Poprawkę sprawdzał, czy miał czyste intencje czy nieczyste. Wygląda na to, że najważniejsze byłyby okoliczności, a jako, że trudno uznać, by w najbliższej przewidywalnej przyszłości mogły zajść okoliczności stanowiące jasne i bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa USA, to byłoby to ważniejsze, od wszelkich motywów dziennikarza.

Przypomnę, że amerykańscy sędziowie znosili np. urzędowe zakazy urządzania demonstracji przez organizacje faszystowskie właśnie ze względu na Pierwszą Poprawkę.

Share this post


Link to post
Share on other sites
@mikroos: z szukaniem haków przez Amerykanów mielibyśmy do czynienia wówczas, gdyby chcieli go skazać za cokolwiek.

Na razie próbują go usadzić za gwałt sprzed lat. Dziwnym trafem nie robiono tego przez lata, choć możliwość była, tylko dziwnym trafem złapano go akurat teraz. O ile jestem radykalnym przeciwnikiem teorii spiskowych, o tyle w tym przypadku zakładanie, że to zbieg okoliczności, jest skrajną naiwnością.

 

Co będzie dalej, zobaczymy, ale oznaki nagonki widać w moim odczuciu już teraz. Nawet jeśli nic mu ostatecznie nie zrobią, to samo stworzenie atmosfery zagrożenia bywa skuteczną metodą perswazji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

O jakim gwałcie sprzed lat mówisz???

Ściga go Szwecja (nie USA) za rzekomy gwałt z sierpnia bieżącego roku (a więc sprzed kilku miesięcy).

Jeszcze jakieś inne zarzuty są?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z sierpnia? Jeśli tak, to przepraszam - czytałem ostatnio, że to jest sprawa sprzed lat. Jeśli tak, to wycofuję się z zarzutów

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wtedy, co Julek był w Szwecji. Oskarżono go o gwał, następna dnia zarzuty wycofano a niedawno znowu się pojawiły. Właśnie w internecie widziałem info, że to jakieś dwie zawiedzione feministki :) Jedną Julek zaszczycił swą obecnością, a drugiej nie, więc ponoć się postanowiły zemścić. Ale takie internetowe info jest dość mało wiarygodnie IMHO.

Share this post


Link to post
Share on other sites

jakieś dwie zawiedzione feministki

 

Jakaś (Anna Ardin) feministka związana z ugrupowaniem "Anti-Castro" finansowanym przez USA. Sama zresztą też oficjalnie chwali się z "gwałtów" na mężczyznach i oskarżaniem ich o molestowanie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Widziałem już wcześniej info, że panna prowadzi od dawna stronę, na której radzi, jak wrabiać facetów w gwałt.

Podobno wspiera też antycastrowskie organizacje feministyczne na Kubie.

Podobno angażuje się w baardzo wiele różnych rodzajów działalności społecznych, ekologicznych, feministycznych itp. itd.

Podobno kilka tygodni temu przestała współpracować z prokuraturą (dlatego postawienie zarzutów Julkowi się przeciągało).

Podobno wyjechała ze Szwecji na Zachodni Brzeg i obecnie wraz z jakąś chrześcijańską organizacją chce zaprowadzać pokój pomiędzy Żydami a Palestyńczykami.

 

Niezależnie od tego, które z tych podobno są prawdziwe, to wychodzi z tego dość jasny obraz - Julek skorzystał ze swej sławy i pozycji wśród bojowników o sprawy różne, ale tym razem pechowo trafił na pannę, która jest chyba dość niestabilna emocjonalnie oraz infantylna.

Wystarczy zobaczyć, jak do oskarżenia doszło.

 

Swoją drogą - Szwecja to podobno ten kraj w Europie, w którym pojawia się najwięcej oskarżeń o gwałt (nie dziwię się, skoro mają takie kretyńskie prawo), a jednocześnie rzadko dochodzi do skazania.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Podobno wyjechała ze Szwecji na Zachodni Brzeg i obecnie wraz z jakąś chrześcijańską organizacją chce zaprowadzać pokój pomiędzy Żydami a Palestyńczykami.

W sensie: jadą jako żywe tarcze, żeby Żydów i Palestyńczyków połączył wspólny wróg? ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites
  Swoją drogą - Szwecja to podobno ten kraj w Europie, w którym pojawia się najwięcej oskarżeń o gwałt (nie dziwię się, skoro mają takie kretyńskie prawo), a jednocześnie rzadko dochodzi do skazania.[/size] 

Oni tam pół roku mają noc , a jak braknie baterii do latarki to o pomyłkę nietrudno i skazać nie ma kogo bo ciemno było (nikt nie widział - brak świadków) :-X .  Co do prawa to nie wiem , ale co do opieki państwa nad dziećmi to chyba lepiej nigdzie nie ma.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Szwedzka prokuratura zrezygnowała z prowadzonego przez siebie śledztwa przeciwko oskarżanemu o gwałt Julianowi Assange. Zastępczyni prokuratora generalnego Eva-Maria Persson poinformowała, że ze sprawy zrezygnowano, gdyż z powodu upływu czasu od tamtych wydarzeń, dowody znacząco osłabły. Dodała, że kobieta, która twierdzi, że Assange zgwałcił ją w 2010 roku złożyła wiarygodne zeznania. Były one spójne i szczegółowe, mówi Persson.
      Przypomnijmy, że Julian Assange przez 7 lat ukrywał się w ambasadzie Ekwadoru w Londynie. W końcu, na prośbę władz Ekwadoru, został stamtąd wyprowadzony przez brytyjską policję i aresztowany za naruszenie zwolnienia warunkowego. Obecnie odsiaduje 50-tygodniowy wyrok w brytyjskim więzieniu. Jednocześnie stara się obalić amerykański wniosek ekstradycyjny. Władze USA stawiają mężczyźnie 18 zarzutów związanych ze szpiegostwem.
      Dwie wstępne rozprawy ws. ekstradycji odbędą się w listopadzie i grudniu. Z kolei na luty zaplanowano ostateczną 5-dniową rozprawę.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Niedługo po ataku na saudyjskie instalacje naftowe, który miał miejsce 14 września, Stany Zjednoczone przeprowadziły cyberatak na Iran, poinformowały dziennikarzy dwa anonimowe źródła w USA. Jeden z informatorów stwierdził, że atak miał na celu ograniczenie możliwości Teheranu w zakresie propagandowym. Miało też dojść do fizycznych uszkodzeń sprzętu, jednak brak tutaj szczegółowych danych.
      Wydaje się, że atak ten był bardziej ograniczony niż inne tego typu operacje przeciwko Iranowi, do których doszło od czerwca, kiedy to Iran zestrzelił amerykańskiego drona.
      Pentagon odmówił komentarzy. Ze względu na naszą politykę oraz z powodów bezpieczeństwa nie omawiamy operacji w cyberprzestrzeni, operacji wywiadowczych czy planistycznych, powiedziała rzecznik prasowa Pentagonu, Elissa Smith.
      Nie wiadomo, jaki skutek odniósł ten atak. Jednak działania w cyberprzestrzeni są postrzegane jako mniej prowokujące i łagodniejsze niż działania zbrojne. Można niszczyć przeciwnika bez zabijania ludzi czy wysadzania infrastruktury w powietrze. To zapewnia dodatkowe opcje, których wcześniej nie mieliśmy i mamy zamiar ich używać, mówi James Lewis, ekspert ds. cyberprzestrzeni w waszyngtońskim Center for Strategic and International Studies. Ekspert dodaje, że całkowite odstraszenie Iranu mogłoby być niemożliwe nawet za pomocą konwencjonalnych uderzeń zbrojnych.
      Wiadomo też, że Iran również aktywnie działa w cyberprzestrzeni. Hakerzy powiązani z rządem w Teheranie próbowali niedawno włamać się na konta pocztowe osób przygotowujących najbliższą kampanię prezydencką Donalda Trumpa. Iran jest też ważnym graczem na polu rozprzestrzeniania fałszych informacji na arenie międzynarodowej.
      Napięcie w tamtym regionie świata rośnie od maja ubiegłego roku, kiedy to USA wycofały się z porozumienia zawartego w 2015 roku. W jego ramach Teheran miał ograniczyć swój program nuklearny w zamian za złagodzenie sankcji gospodarczych. Podczas niedawnej konferencji prasowej prezydent Hassan Rouhani wykluczył możliwość dwustronnego porozumienia z Waszyngtonem do czasu, aż USA nie powrócą do porozumienia i nie złagodzą sankcji.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W ubiegłym tygodniu odbyła się 3-dniowa burza mózgów, w czasie której około 200 naukowców i przedstawicieli pacjentów chorujących na nowotwory dyskutowało o propozycji prezydenta Trumpa, który podczas styczniowego State of the Union zapowiedział przeznaczenie w ciągu 10 lat 500 milionów dolarów na badania nad nowotworami u dzieci. Jednym z głównych elementów planu jest utworzenie olbrzymiej bazy danych.
      Każdego roku nowotwory są diagnozowane u około 16 000 dzieci w USA. Nie wszystkie z nich przeżyją, a te, którym się to uda, często zmagają się ze skutkami ubocznymi leczenia. A gdyby wszystkie dane dotyczące takich dzieci, włącznie z datami ich urodzenia, wynikami testów genetycznych, informacjami o zażywanych lekach i wszelkimi danymi zdrowotnymi trafiły do jednej bazy danych, do której mieliby dostęp naukowcy zajmujący się badaniami nad nowotworami?
      Childhood Cancer Data Initiative (CCDI), jak taki projekt jest nazywany w National Cancer Institute (NCI), to ważna część planu zarysowanego przez prezydenta Trumpa. Mogłaby ona przynieść olbrzymie korzyści. Naukowcy mogliby dzięki niej opracować mniej szkodliwe metody leczenia czy w końcu dowiedzieć się, dlaczego u około 10% małych pacjentów chorujących na białaczkę choroba albo nie reaguje na leczenie, albo nawraca. Taka baza pomogłaby też w zwalczaniu rzadkich nowotworów, na które obecnie nie ma lekarstwa, gdyż naukowcy mogąc przeanalizować większą liczbę przypadków mogliby wyciągnąć jakieś wnioski.
      Jednak, jak zauważa szef NCI, Doug Lowy, gdyby stworzenie takiej bazy było prosto, to już byśmy ją stworzyli.
      Problem w tym, że dane medyczne dzieci i młodych dorosłych cierpiących na nowotwory są porozrzucane po wielu niekompatybilnych bazach danych. Znajdują się one m.in. w stanowych rejestrach osób cierpiących na nowotwory, bazach zawierających zsekwencjonowane genomy guzów nowotworowych, które są tworzone na potrzeby konkretnych projektów badawczych, znajdziemy je w bazie bazie Children's Oncology Group NCI, która prowadzi testy kliniczne. Wiele innych użytecznych danych pacjentów znajduje się w prywatnych praktykach lekarskich, różnych szpitalach, klinikach. Bardzo często nie są one zdigitalizowane, więc trzeba by te informacje ręcznie wprowadzić do systemów komputerowych. Osobny problem to dane z badań obrazowych, które trzeba by umieścić w takiej bazie wraz z odpowiednimi opisami i oznaczeniami. Żeby stworzyć taką jednolitą bazę trzeba  podjąć wiele decyzji dotyczących tego, jak głęboko sięgać w przeszłość. Czy na przykład, NCI powinna tworzyć profile genetyczne posiadanych przez siebie próbek guzów nowotworowych itp. itd.
      Eksperci, którzy uczestniczyli we wspomnianej burzy mózgów, zgodzili się co do tego, że w pierwszym etapie prac NCI musi stworzyć spis wszystkich istniejących baz danych i magazynów próbek. Pojawiła się też sugestia, że Instytut powinien w ciągu roku opracować sposób na połączenie pięciu największych istniejących pediatrycznych onkologicznych baz danych w jedną. Inny pomysł to wprowadzenie przez NCI numerów identyfikacyjnych pacjentów tak, by możliwe było ich śledzenie w różnych bazach. Jeszcze inny pomysł to stworzenie federalnej bazy danych badań przedklinicznych na zwierzętach, na wzór już istniejącej bazy danych badań klinicznych.
      Najbardziej jednak śmiałą propozycją było wpisanie każdego pacjenta nowotworowego do długoterminowego projektu danych populacyjnych. Niektórzy uczestnicy spotkania ostrzegali jednak przed „wynajdywaniem prochu na nowo”. Zauważyli, że istnieją już rozbudowane projekty badań populacyjnych, które obejmują wiele tysięcy ludzi. Nie ma sensu uwzględnianie w nich każdego człowieka, gdyż spowoduje to znaczące zwiększenie kosztów.
      National Cancer Institute zapowiada zebranie wszystkich pomysłów i przygotowanie podsumowania spotkania. Na razie wielką niewiadomą jest, jakie decyzje zapadną w Kongresie. Administracja prezydenta domaga się, by w budżecie na rok 2020 uwzględniono 50 milionów USD na rozpoczęcie prac nad CCDI. Kwota ta została uwzględniona w propozycji budżetowej Izby Reprezentantów, jednak Senat nie zaprezentował jeszcze projektu swojego budżetu.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Narastająca wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami ma coraz poważniejsze konsekwencje. Groźba nałożenia 25-procentowych ceł na produkty z Chin spowodowała, że wiele japońskich, amerykańskich, koreańskich i tajwańskich przedsiębiorstw opuszcza Chiny i przenosi produkcję do Azji Południowo-Wschodniej. Podobnie zaczynają postępować chińskie przedsiębiorstwa robiące interesy w USA, które przenoszą część, a czasem wszystkie swoje linie produkcyjne poza Państwo Środka.
      Chiny, największy światowy rynek elektroniki, od dawna były miejscem walki i magnesem dla zagranicznych przedsiębiorstw, które chciały skorzystać na taniej chińskiej sile roboczej. Z czasem pensje w Chinach zaczęły rosnąć, a gdy na to nałożyło się pogorszenie stosunków gospodarczych Chin i USA, firmy zaczęły coraz powszechniej opuszczać Chiny.
      Eksodus nie dotyczy jednak całości działań zagranicznych przedsiębiorstw. Większość ponadnarodowych koncernów przemieszcza poza Chiny jedynie te wydziały swoich firm, które mają związek z robieniem interesów z USA. Pozostałe wydziały i fabryki wciąż pracują, dostarczając towary na rynek chiński oraz inne rynki z wyjątkiem amerykańskiego. Zyskują na tym takie kraje jak Wietnam, Indie, Tajlandia czy Malezja, gdzie powstają fabryki obsługujące rynek USA.
      Wraz z przenoszeniem produkcji zmienia się też cały łańcuch dostaw. Dotychczas był skoncentrowany on w Chinach, jednak stopniowo rozprasza się po całej Azji Południowo-Wschodniej i do Indii. Wietnam stał się centrum intensywnej produkcji, w Malezji zagościły przedsięwzięcia związane z testowaniem i pakowaniem półprzewodników, a Indie stały się mekką dla producentów smartfonów i ich dostawców.
      Na amerykańsko-chińskim sporze handlowym wygrywa przede wszystkim Wietnam. W ubiegłym roku wartość zagranicznych inwestycji ulokowanych w tym kraju wyniosła 35,46 miliarda USD, a przemysł prywatny wytwarza już nawet 70% wietnamskiego PKB. Wietnam stosuje preferencyjne stawki podatkowe, jest członkiem WTO i TPP, a w październiku ubiegłego roku podpisał porozumienie o wolnym handlu z Unią Europejską. Ponadto firmom IT Wietnam oferuje 4-letnie zwolnienia podatkowe, a przez kolejnych 9 lat płacą one połowę normalnej stawki podatkowej. POnadto zagraniczni inwestorzy, który na własne potrzeby samodzielnie sprowadzają towary, jakich nie można kupić w Wietnamie, nie płacą ceł. Dotyczy to maszyn, pojazdów, urządzeń i wyposażenia linii produkcyjnych itp. Jakby jeszcze tego było mało, średni koszt siły roboczej w Wietnamie jest o 70% niższy niż w Chinach, niższe są też ceny ziemi. Swoją produkcję do Wietnamu przenoszą Foxcon, Compal, Liteon, Intel, LG, Lens Technology, Luxshare, Samsung czy Lumens.
      Dobrym przykładem skutków wojny celnej jest historia firmy Luxshare Precision, która dostarcza podzespołów dla Apple'a i Huawei. Już w 2016 roku firma zainwestowała 21 milionów dolarów w budowę fabryki w Wietnamie. Jej rzecznik prasowy informował, że krótkoterminowo przedsiębiorstwo jest w stanie dostarczyć towar swoim klientom bez potrzeby zmiany łańcucha dostaw, jeśli jednak spór na linii USA-Chiny będzie trwał, to w średnim i krótkim terminie firma zostanie zmuszona do przeniesienia produkcji poza Państwo Środka. Obecnie anonimowe źródła informują, że Luxshare rozważa zwiększenie możliwości produkcyjnych swojej wietnamskiej fabryki.
      Firmy uciekają też z Chin do Malezji. W latach 2017–2018 chińscy producenci półprzewodników Suzhou Good-Ark, Tongfu Microelectronics i Huatian Technology przejmowali kolejne malezyjskie zakłady testowania i pakowania półprzewodników. Fabryki w Malezji budują już Intel, Infineon, ASE i ST. Inwestują tam też Samsung, Jinjing Science & Technology i OSRAM. Rząd Malezji już w 2010 roku wprowadził liczne ułatwienia dla zagranicznych inwestorów.
      Inny przykład to Indie, które zwiększają produkcję smartfonów w obliczu osłabienia rynku tych urządzeń. Produkcja smartfonów w Indiach rośnie, a rząd zwiększa cła na sprowadzane telefony, co jest dodatkowym impulsem do lokowania produkcji w Indiach. Swoje urządzenia wytwarzają już tam Xiaomi, Huawei, OPPO czy Vivo, a ich dostawcy, tacy jak Yington Telecommunication, Holitech, Everwin Precision i inni podążają za klientami. Indyjska siła robocza jest tańsza niż chińska, a do budowy nowych fabryk w Indiach dodatkowo zachęca fakt, że te istniejące rzadko spełniają standardy oferowane przez chińskie fabryki, zatem bardziej opłaca się kupno ziemi i wybudowanie nowej fabryki niż przejmowanie już istniejącej.
      Wietnam, Malezja i Indie to główne kierunki migracji firm z Chin. Część z nich przenosi1 też produkcję do Tajlandii, Indonezji, na Filipiny, a nawet do USA i Meksyku. Wiele międzynarodowych koncernów unika koncentrowania zbyt dużych mocy produkcyjnych w jednym kraju. W obliczu ostatnich zawirowań politycznych uznają bowiem, że bardziej zdecentralizowane operacje są bezpieczniejsze i bardziej odporne na kryzysy polityczne.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Podczas tworzenia mapy struktur geologicznych pod dnem oceanu u północno-wschodnich wybrzeży USA naukowcy dokonali zaskakującego odkrycia. Zauważyli gigantyczne pokłady relatywnie słodkiej wody uwięzionej w porowatych osadach pod dnem oceanicznym. Wydaje się, że to największy taki zbiornik na świecie. Rozciąga się on pomiędzy Massachusetts po New Jersey. Gdyby zbiornik znajdował się na lądzie, utworzyłby jezioro o powierzchni około 39 000 kilometrów kwadratowych. Badania sugerują, że tego typu zbiorników może być znacznie więcej, a to dobra wiadomość dla świata, w którym coraz częściej mamy do czynienia z niedoborami wody pitnej.
      Wiedzieliśmy, że w izolowanych miejscach pod dnem uwięziona jest woda pitna. Nie znaliśmy jednak rozmiarów złóż. Mogą się one okazać niezwykle cenne w wielu cierpiących na niedobory wody częściach planety, mówi główna autorka badań, doktorantka Chloe Gustafson z Columbia University.
      Pierwsze wskazówki, że pod dnem jest słodka woda, pojawiły się w latach 70. kiedy firmy poszukujące ropy naftowej czasami trafiały na wodę pitną. Od tamtej pory naukowcy zastanawiali się, czy mamy do czynienia z izolowanymi kieszeniami z wodą, czy też z czymś większym.
      Przed 20 laty współautor obecnych badań, Kerry Key, rozpoczął w firmami naftowymi współpracę przy rozwoju technologii elektromagnetycznego obrazowania struktur pod dnem morskim. Przed kilku laty uczony zaczął się zastanawiać, czy nie można tej technologii zmodyfikować tak, by poszukiwać za jej pomocą słodkiej wody.
      Niedawno przeprowadzone badania i pomiary pól elektromagnetycznych. Wykorzystano przy tym wiatr słoneczny, wyładowania atmosferyczne oraz fakt, że słona woda jest lepszym przewodnikiem fal elektromagnetycznych niż woda słodka. Analizy wykazały, że mamy do czynienia z bardziej lub mniej ciągłym złożem słodkiej wody, rozciągającym się na odległość nawet 120 kilometrów i znajdujących się średnio na głębokości 180 metrów pod dnem, a głębokość zbiornika wynosi również około 180 metrów. Znajduje się tam około 2800 km3 słodkiej wody.
      Naukowcy przypuszczają, że zbiornik mógł powstać pod koniec ostatniej epoki lodowej, gdy roztapiały się lodowce. Poziom oceanów był wówczas znacznie niższy, osady niesione przez roztapiające się słodkie wody uformowały potężne delty rzeczne i uwięziły pod sobą wodę. Ponadto nowe badania sugerują, że zbiornik może być nadal zasilany przez wody opadowe. Wskazuje na to fakt, że woda w zbiorniku jest bardziej słodka bliżej brzegów, a bardziej słona w głąb oceanu. To sugeruje, że powoli dochodzi do mieszania się wody pitnej z wodą oceanu.
      Jeśli ludzie chcieliby wykorzystywać wodę z tego zbiornika, to do większości zastosowań musiałaby ona zostać poddana procesowi odsalania. Byłby on jednak mniej kosztowny niż odsalanie wody morskiej. Prawdopodobnie nie będziemy potrzebowali tej wody, jeśli jednak podobne zbiorniki występują w innych regionach świata, mogą tam stać się ważnym źródłem wody pitnej, mówią naukowcy. Takie regiony to np. Kalifornia, Australia, Środkowy Wschód czy Sahara.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...