Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
KopalniaWiedzy.pl

Opera chce walczyć o USA

Recommended Posts

Opera zapowiada walkę o amerykański rynek. Norweska przeglądarka ma na całym świecie około 100 milionów użytkowników, jednak nie może przebić się w USA. Najnowsze dane wskazują, że zajmuje tam dopiero piątą pozycję po produktach Microsoftu, Apple'a, Google'a i Mozilli. Musisz przebić się w USA jeśli naprawdę chcesz się liczyć - stwierdza znany analityk i blogger Robert Scoble. Ameryka to prawdopodobnie najważniejszy rynek. Jeśli nie zainteresujesz go swoim produktem, trudno będzie zainteresować nim inne rynki - dodaje.

Dlatego też szef Opery, Jon von Tetzchner mówi w wywiadzie dla BBC News: Prawda jest taka, że w USA mamy sporo do zrobienia. Chcemy mieć liczące się udziały w rynku USA i jestem przekonany, że je zdobędziemy. Widzimy duże zainteresowanie Operą 10. Najbardziej jednak liczy się użytkownik i jesteśmy zadowoleni tak samo, gdy korzystają z naszego produktu w USA, Europie czy Indiach. Dodaje przy tym, że w takich krajach jak Rosja czy Ukraina Opera jest najważniejszą przeglądarką, a w wielu innych częściach świata zajmuje trzecią pozycję, wyprzedzając Safari i Chrome'a.

Von Tetzchner przyznaje jednak, że jego firma n ie ma pojęcia, dlaczego Opera nie zdobywa popularności w USA.

Analityk Ronald Gruia z firmy Frost & Sullivan mówi, że przyczyną takiego stanu rzeczy może być fakt, iż Opera sama ustawiła się z boku i nie jest postrzegana jako produkt konkurencyjny. To dobry produkt na trudnym rynku. Muszą pokazać swoją wartość, to czym się różnią od innych i korzystać z różnych kanałów dystrybucji - trafiać do użytkowników indywidualnych, developerów, producentów oraz ludzi kreujących opinie. Muszą wkraść się do umysłów tak, jak wkradł się Apple z iPhonem. Naprawdę potrzebują kogoś, pomoże im stworzyć odpowiedni wizerunek i spowoduje, by ludzie mówili o Operze - stwierdza Gruia.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Von Tetzchner przyznaje jednak, że jego firma nie ma pojęcia, dlaczego Opera nie zdobywa popularności w USA.

 

Ta proteza przeglądarki nie jest kompatybilna z facebookiem. I nie jest to niestety jedyna strona, z którą Opera ma problem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ta proteza przeglądarki nie jest kompatybilna z facebookiem. I nie jest to niestety jedyna strona, z którą Opera ma problem.

 

A co konkretnie Ci nie działa?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Inaczej: zwykłego śmiertelnika nie obchodzi, czy błędne wyświetlanie serwisu jest winą webmastera, czy plam na Słońcu powodujących występowanie artefaktów na jednej z przeglądarek. Skoro MSIE*, FX, czy choćby Safari potrafią poprawnie renderować strony, a Opera ma z tym problemy, to znaczy, że programiści tej ostatniej skupili się na bzdurnych ficzerach, miast poprawie swojego produktu.

 

"Standardy www" to piękne słowa, ale nawet główna strona wyszukiwarki google nie przechodzi walidacji na w3.org. Co więcej przy złożonych projektach trudno uniknąć błędów. Tak więc skoro 9 na 10 dużych witryn nie jest zgodnych ze standardami ustalanymi przez w3c, to czy twórcy przeglądarek (w zamyśle operowcy) muszą za wszelką cenę starać się je trzymać, ignorując jednocześnie 'normy' panujące w 90% witryn?

 

*W przypadku starszych wersji jest to wymuszone na twórcach strony z prostego powodu - mało kto jest na tyle głupi, aby zignorować 1/4 internautów.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Inaczej: zwykłego śmiertelnika nie obchodzi, czy błędne wyświetlanie serwisu jest winą webmastera, czy plam na Słońcu powodujących występowanie artefaktów na jednej z przeglądarek.

Skoro nie obchodzi, to dlaczego zakładasz, że to Opera jest czemuś winna? Przecież to twórcy IE notorycznie łamią standardy, których wdrożenie sami deklarowali jako członkowie W3C.

Skoro MSIE*, FX, czy choćby Safari potrafią poprawnie renderować strony, a Opera ma z tym problemy, to znaczy, że programiści tej ostatniej skupili się na bzdurnych ficzerach, miast poprawie swojego produktu.

Skoro KopalniaWiedzy.pl, Nasza-Klasa i inne strony są poprawnie renderowane, a Facebook ma z tym problemy to znaczy że programiści tej ostatniej [strony] skupili się na bzdurnyc ficzerach, miast poprawie swojego produktu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Inaczej: zwykłego śmiertelnika nie obchodzi, czy błędne wyświetlanie serwisu jest winą webmastera, czy plam na Słońcu powodujących występowanie artefaktów na jednej z przeglądarek. Skoro MSIE*, FX, czy choćby Safari potrafią poprawnie renderować strony, a Opera ma z tym problemy, to znaczy, że programiści tej ostatniej skupili się na bzdurnych ficzerach, miast poprawie swojego produktu.

 

Czyli rozumiem, że nie potrafisz samodzielnie podać co konkretnie nie działa? Ot, po prostu jesteś antyfanem i musiałeś coś napisać, ok. Mi FB poprawnie funkcjonował pod Operą 9.64 i teraz pod 10.0, więc najprawdopodobniej popsułeś sobie konfigurację lub poinstalowałeś przestarzałe userjs albo używałeś nieaktualnej jej wersji i tyle. BTW. Co jest bzdurnym "ficzerem"?

 

"Standardy www" to piękne słowa, ale nawet główna strona wyszukiwarki google nie przechodzi walidacji na w3.org. Co więcej przy złożonych projektach trudno uniknąć błędów. Tak więc skoro 9 na 10 dużych witryn nie jest zgodnych ze standardami ustalanymi przez w3c, to czy twórcy przeglądarek (w zamyśle operowcy) muszą za wszelką cenę starać się je trzymać, ignorując jednocześnie 'normy' panujące w 90% witryn?

 

Standardy są po to, by dawać pewien poziom odniesienia, do którego powinno się dążyć, aby strony wyglądały poprawnie. I odpowiedź brzmi - oczywiście, że tak. To, że stronki mają błędy (często nawet karygodne), to tylko i wyłącznie wina niechlujstwa ich webmasterów lub cięcia po kosztach. Sprawianie zaś, by strony mimo błędnego kodu miały się renderować tak samo, to celowe psucie standardów. Nie tędy droga.

 

Jeszcze jedna sprawa mi się przypomniała, co której niewiele osób zwraca w ogóle uwagę, że Opera (przynajmniej

Share this post


Link to post
Share on other sites
Skoro nie obchodzi, to dlaczego zakładasz, że to Opera jest czemuś winna?

Ech... Przeczytaj ponownie mojego posta. Byłbym wdzięczny, gdybyś zrobił to ze zrozumieniem ("skoro trzy główne przeglądarki (MSIE*, FX, czy choćby Safari) potrafią poprawnie renderować strony, a Opera nie..."). Wybacz, ale to twórcom przeglądarki powinno zależeć na 300 000 000 użytkowników wspomnianego serwisu, a nie twórcom FB na promilu userów (przesadam, jakimiś dwoma ich procentami, czyli mniej, niż Chrome).

Wybacz, ale moim zdaniem poprawne wyświetlanie stron jest ważniejsze, niż dodawanie funkcjonalności typu klient bittorrent, czy własny serwer w przeglądarce.

 

Przecież to twórcy IE notorycznie łamią standardy

No i? Już o tym pisałem, ale powtórzę (znowu). Prawda jest taka, że użytkownicy IE mają najmniej problemów z błędnym renderowaniem stron. Nawet ci, którzy używają antycznego IE6. Dlaczego? Ponieważ 66% internautów używa właśnie przeglądarek opartych na kolejnych wersjach silnika Trident. Mając taki udział w rynku, jego twórcy nie muszą się starać (zresztą IE cechuje się wysoką tolerancją na błędy w kodzie), aby strona wyświatlała poprawnie w ich przeglądarce, bo leży to w interesie samych webmasterów. Wiedzą o tym programiści browserów opartych na Gecko, którzy zdobyli 1/4 rynku, podczas gdy Opera wciąż zachowuje się jak płastuga, a zwiększyć liczbę użytkowników próbuje zdobyć... skarżąc się mamusi. To znaczy Komisji Europejskiej.

 

Nasza-Klasa i inne strony są poprawnie renderowane

A to ci psikus. Czyli te wszystkie lamenty na forach, dotyczące choćby głupiego menu, które operowcom nie wyświetlało się on-top, to wielkie oszustwo na miarę "sfingowanego" lądowania Amerykanów na Księżycu.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Ot, po prostu jesteś antyfanem i musiałeś coś napisać

 

Tak, tak. Najłatwiej zwymyślać od antyfanów i być zadowolonym z "obalenia" argumentów "tych złych przeciwników mojego browsera". Opery używam od dawien dawna (wygooglaj sobie moje wypowiedzi w sieci), ale nie będę pałał do przeglądarki ślepą miłością, która ukryje wszystkie jej błędy. Wybacz, ale mam dość patrzenia, jak mój ulubiony program z wersji na wersję stacza się na samo dno i mówienia, że nic się nie dzieje.

Share this post


Link to post
Share on other sites

dygnitarzu, czy gdybyśmy obaj produkowali śruby i dogadali się, że dla dobra rynku i uproszczenia życia klientów od dziś przechodzimy na śruby "krzyżakowe", a zaraz potem ja, sam z siebie, zacząłbym produkować śruby z płaskim gniazdem, to czy naprawdę sądzisz, że winny byłby producent śrubokrętów? Bo ja jednak uważam, że winny jest ten, kto zachowuje się jak ostatni baran i łamie umowy, które sam podpisał. No, ale co ja tam wiem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak, tak. Najłatwiej zwymyślać od antyfanów i być zadowolonym z "obalenia" argumentów "tych złych przeciwników mojego browsera". Opery używam od dawien dawna (wygooglaj sobie moje wypowiedzi w sieci), ale nie będę pałał do przeglądarki ślepą miłością, która ukryje wszystkie jej błędy. Wybacz, ale mam dość patrzenia, jak mój ulubiony program z wersji na wersję stacza się na samo dno i mówienia, że nic się nie dzieje.

 

Może i używasz, jakkolwiek poza sianiem negatywnych opinii wciąż nie odpowiedziałeś na konkretne pytania i wspomnianych argumentów też nie podałeś. I nie, nie jestem z tego powodu zadowolony. Prawdę mówiąc, mam to generalnie gdzieś, bo liczę się z tym, że na świecie są ludzie lubiący odmienne produkty, zaś gdy coś nam się przestaje podobać, to zmieniamy producenta, a nie lamentujemy i męczymy się wbrew sobie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przypominam, ze temat newsa jest nastepujacy: "Opera chce walczyć o USA".

 

Amerykanie - jakkolwiek uposledzeni by nie byli - nie ograniczaja sie jedynie do przegladania facebook'a, wiec sprowadzanie calej dyskusji do sporu o kompatybilnosc jednej z witryn ze standardami jest bezsensem.

 

Opera dopiero zaczyna walczyc o uzytkownika amerykanskiego, a - wg mnie - fakt, ze niewielu [ch]amerykanow nie korzysta z Opery wynika z tego, ze jest ona w tym kraju nieznana, nie jest reklamowana, etc.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak, tak. Najłatwiej zwymyślać od antyfanów i być zadowolonym z "obalenia" argumentów "tych złych przeciwników mojego browsera".

 

Argumentów to akurat żadnych nie podałeś, mimo, że cię o to „esktra” poproszono.

Nie sądzę, żeby ktokolwiek tutaj pałał jakąkolwiek ślepą miłością, no , chyba że dla ciebie „niepałanie” oznacza rzucanie pustych haseł „anty”.

 

Tak się składa, że mam konto na FB i nie zauważyłem jakoś kłopotów z działaniem, poza kijowo zaprojektowaną ergonomią samego serwisu oraz powolnym renderowaniem pod wersją "9".

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z doświadczenia używam dwie przeglądarki: FF i Opere, jak na jednej coś nie działa, to na drugiej zazwyczaj tak.

Share this post


Link to post
Share on other sites

ja tam lubię operę... bo wszystko co wymaga żmudnego szukania dodatków do ff jest już na miejscu... ale potrafię też wymienić 3 najpoważniejsze moim zdaniem wady:

 

1. począwszy od wersji 9.5 nie działają szyfrowane strony przy połączeniach przez proxy (a przynajmniej proxy z autoryzacją)

2. brak fibuga lub czegoś co mogłoby to zastąpić (szczególnie diagnoza ajaxa)

3. brak "trybu porno"

Share this post


Link to post
Share on other sites

dragonfly wymagaga połacznia przez https czyli patrz punkt 1...

a nawet gdy udało mi sie to uruchomić w domu okazało się ze nie mam wglądu w wysyłane i odbierane dane przez ajaxa... a strzelanie sobie komuniaktami jakoś mi nie pasuje przy kilkunastu ajaxach lecących po kolei...

 

szukałem info o tych ajaxaxh na forum opery... i znalazłem wpis developera sprzed ok miesiąca że nie ma tego i nie ma w planach powstania w najbliższym czasie... czyli nie ma głównej rzeczy do której używam firebuga...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z tego co pamiętam, to specyficzny tryb FF nazywał się trybem prywatnym, a nie trybem porno - chyba że jego nazwa zależy od tego do czego jest używany ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wole jednak pozostać przy oficjalnym określeniu - przynajmniej można go używać w większej ilości zadań, a tryb porno jakoś tak dziwnie wydaje mi się monozadaniowy ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jest monozadaniowy głównie dlatego, że tematyka skutecznie nie pozwala skupić się na czymś innym. ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Niedługo po ataku na saudyjskie instalacje naftowe, który miał miejsce 14 września, Stany Zjednoczone przeprowadziły cyberatak na Iran, poinformowały dziennikarzy dwa anonimowe źródła w USA. Jeden z informatorów stwierdził, że atak miał na celu ograniczenie możliwości Teheranu w zakresie propagandowym. Miało też dojść do fizycznych uszkodzeń sprzętu, jednak brak tutaj szczegółowych danych.
      Wydaje się, że atak ten był bardziej ograniczony niż inne tego typu operacje przeciwko Iranowi, do których doszło od czerwca, kiedy to Iran zestrzelił amerykańskiego drona.
      Pentagon odmówił komentarzy. Ze względu na naszą politykę oraz z powodów bezpieczeństwa nie omawiamy operacji w cyberprzestrzeni, operacji wywiadowczych czy planistycznych, powiedziała rzecznik prasowa Pentagonu, Elissa Smith.
      Nie wiadomo, jaki skutek odniósł ten atak. Jednak działania w cyberprzestrzeni są postrzegane jako mniej prowokujące i łagodniejsze niż działania zbrojne. Można niszczyć przeciwnika bez zabijania ludzi czy wysadzania infrastruktury w powietrze. To zapewnia dodatkowe opcje, których wcześniej nie mieliśmy i mamy zamiar ich używać, mówi James Lewis, ekspert ds. cyberprzestrzeni w waszyngtońskim Center for Strategic and International Studies. Ekspert dodaje, że całkowite odstraszenie Iranu mogłoby być niemożliwe nawet za pomocą konwencjonalnych uderzeń zbrojnych.
      Wiadomo też, że Iran również aktywnie działa w cyberprzestrzeni. Hakerzy powiązani z rządem w Teheranie próbowali niedawno włamać się na konta pocztowe osób przygotowujących najbliższą kampanię prezydencką Donalda Trumpa. Iran jest też ważnym graczem na polu rozprzestrzeniania fałszych informacji na arenie międzynarodowej.
      Napięcie w tamtym regionie świata rośnie od maja ubiegłego roku, kiedy to USA wycofały się z porozumienia zawartego w 2015 roku. W jego ramach Teheran miał ograniczyć swój program nuklearny w zamian za złagodzenie sankcji gospodarczych. Podczas niedawnej konferencji prasowej prezydent Hassan Rouhani wykluczył możliwość dwustronnego porozumienia z Waszyngtonem do czasu, aż USA nie powrócą do porozumienia i nie złagodzą sankcji.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W ubiegłym tygodniu odbyła się 3-dniowa burza mózgów, w czasie której około 200 naukowców i przedstawicieli pacjentów chorujących na nowotwory dyskutowało o propozycji prezydenta Trumpa, który podczas styczniowego State of the Union zapowiedział przeznaczenie w ciągu 10 lat 500 milionów dolarów na badania nad nowotworami u dzieci. Jednym z głównych elementów planu jest utworzenie olbrzymiej bazy danych.
      Każdego roku nowotwory są diagnozowane u około 16 000 dzieci w USA. Nie wszystkie z nich przeżyją, a te, którym się to uda, często zmagają się ze skutkami ubocznymi leczenia. A gdyby wszystkie dane dotyczące takich dzieci, włącznie z datami ich urodzenia, wynikami testów genetycznych, informacjami o zażywanych lekach i wszelkimi danymi zdrowotnymi trafiły do jednej bazy danych, do której mieliby dostęp naukowcy zajmujący się badaniami nad nowotworami?
      Childhood Cancer Data Initiative (CCDI), jak taki projekt jest nazywany w National Cancer Institute (NCI), to ważna część planu zarysowanego przez prezydenta Trumpa. Mogłaby ona przynieść olbrzymie korzyści. Naukowcy mogliby dzięki niej opracować mniej szkodliwe metody leczenia czy w końcu dowiedzieć się, dlaczego u około 10% małych pacjentów chorujących na białaczkę choroba albo nie reaguje na leczenie, albo nawraca. Taka baza pomogłaby też w zwalczaniu rzadkich nowotworów, na które obecnie nie ma lekarstwa, gdyż naukowcy mogąc przeanalizować większą liczbę przypadków mogliby wyciągnąć jakieś wnioski.
      Jednak, jak zauważa szef NCI, Doug Lowy, gdyby stworzenie takiej bazy było prosto, to już byśmy ją stworzyli.
      Problem w tym, że dane medyczne dzieci i młodych dorosłych cierpiących na nowotwory są porozrzucane po wielu niekompatybilnych bazach danych. Znajdują się one m.in. w stanowych rejestrach osób cierpiących na nowotwory, bazach zawierających zsekwencjonowane genomy guzów nowotworowych, które są tworzone na potrzeby konkretnych projektów badawczych, znajdziemy je w bazie bazie Children's Oncology Group NCI, która prowadzi testy kliniczne. Wiele innych użytecznych danych pacjentów znajduje się w prywatnych praktykach lekarskich, różnych szpitalach, klinikach. Bardzo często nie są one zdigitalizowane, więc trzeba by te informacje ręcznie wprowadzić do systemów komputerowych. Osobny problem to dane z badań obrazowych, które trzeba by umieścić w takiej bazie wraz z odpowiednimi opisami i oznaczeniami. Żeby stworzyć taką jednolitą bazę trzeba  podjąć wiele decyzji dotyczących tego, jak głęboko sięgać w przeszłość. Czy na przykład, NCI powinna tworzyć profile genetyczne posiadanych przez siebie próbek guzów nowotworowych itp. itd.
      Eksperci, którzy uczestniczyli we wspomnianej burzy mózgów, zgodzili się co do tego, że w pierwszym etapie prac NCI musi stworzyć spis wszystkich istniejących baz danych i magazynów próbek. Pojawiła się też sugestia, że Instytut powinien w ciągu roku opracować sposób na połączenie pięciu największych istniejących pediatrycznych onkologicznych baz danych w jedną. Inny pomysł to wprowadzenie przez NCI numerów identyfikacyjnych pacjentów tak, by możliwe było ich śledzenie w różnych bazach. Jeszcze inny pomysł to stworzenie federalnej bazy danych badań przedklinicznych na zwierzętach, na wzór już istniejącej bazy danych badań klinicznych.
      Najbardziej jednak śmiałą propozycją było wpisanie każdego pacjenta nowotworowego do długoterminowego projektu danych populacyjnych. Niektórzy uczestnicy spotkania ostrzegali jednak przed „wynajdywaniem prochu na nowo”. Zauważyli, że istnieją już rozbudowane projekty badań populacyjnych, które obejmują wiele tysięcy ludzi. Nie ma sensu uwzględnianie w nich każdego człowieka, gdyż spowoduje to znaczące zwiększenie kosztów.
      National Cancer Institute zapowiada zebranie wszystkich pomysłów i przygotowanie podsumowania spotkania. Na razie wielką niewiadomą jest, jakie decyzje zapadną w Kongresie. Administracja prezydenta domaga się, by w budżecie na rok 2020 uwzględniono 50 milionów USD na rozpoczęcie prac nad CCDI. Kwota ta została uwzględniona w propozycji budżetowej Izby Reprezentantów, jednak Senat nie zaprezentował jeszcze projektu swojego budżetu.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Narastająca wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami ma coraz poważniejsze konsekwencje. Groźba nałożenia 25-procentowych ceł na produkty z Chin spowodowała, że wiele japońskich, amerykańskich, koreańskich i tajwańskich przedsiębiorstw opuszcza Chiny i przenosi produkcję do Azji Południowo-Wschodniej. Podobnie zaczynają postępować chińskie przedsiębiorstwa robiące interesy w USA, które przenoszą część, a czasem wszystkie swoje linie produkcyjne poza Państwo Środka.
      Chiny, największy światowy rynek elektroniki, od dawna były miejscem walki i magnesem dla zagranicznych przedsiębiorstw, które chciały skorzystać na taniej chińskiej sile roboczej. Z czasem pensje w Chinach zaczęły rosnąć, a gdy na to nałożyło się pogorszenie stosunków gospodarczych Chin i USA, firmy zaczęły coraz powszechniej opuszczać Chiny.
      Eksodus nie dotyczy jednak całości działań zagranicznych przedsiębiorstw. Większość ponadnarodowych koncernów przemieszcza poza Chiny jedynie te wydziały swoich firm, które mają związek z robieniem interesów z USA. Pozostałe wydziały i fabryki wciąż pracują, dostarczając towary na rynek chiński oraz inne rynki z wyjątkiem amerykańskiego. Zyskują na tym takie kraje jak Wietnam, Indie, Tajlandia czy Malezja, gdzie powstają fabryki obsługujące rynek USA.
      Wraz z przenoszeniem produkcji zmienia się też cały łańcuch dostaw. Dotychczas był skoncentrowany on w Chinach, jednak stopniowo rozprasza się po całej Azji Południowo-Wschodniej i do Indii. Wietnam stał się centrum intensywnej produkcji, w Malezji zagościły przedsięwzięcia związane z testowaniem i pakowaniem półprzewodników, a Indie stały się mekką dla producentów smartfonów i ich dostawców.
      Na amerykańsko-chińskim sporze handlowym wygrywa przede wszystkim Wietnam. W ubiegłym roku wartość zagranicznych inwestycji ulokowanych w tym kraju wyniosła 35,46 miliarda USD, a przemysł prywatny wytwarza już nawet 70% wietnamskiego PKB. Wietnam stosuje preferencyjne stawki podatkowe, jest członkiem WTO i TPP, a w październiku ubiegłego roku podpisał porozumienie o wolnym handlu z Unią Europejską. Ponadto firmom IT Wietnam oferuje 4-letnie zwolnienia podatkowe, a przez kolejnych 9 lat płacą one połowę normalnej stawki podatkowej. POnadto zagraniczni inwestorzy, który na własne potrzeby samodzielnie sprowadzają towary, jakich nie można kupić w Wietnamie, nie płacą ceł. Dotyczy to maszyn, pojazdów, urządzeń i wyposażenia linii produkcyjnych itp. Jakby jeszcze tego było mało, średni koszt siły roboczej w Wietnamie jest o 70% niższy niż w Chinach, niższe są też ceny ziemi. Swoją produkcję do Wietnamu przenoszą Foxcon, Compal, Liteon, Intel, LG, Lens Technology, Luxshare, Samsung czy Lumens.
      Dobrym przykładem skutków wojny celnej jest historia firmy Luxshare Precision, która dostarcza podzespołów dla Apple'a i Huawei. Już w 2016 roku firma zainwestowała 21 milionów dolarów w budowę fabryki w Wietnamie. Jej rzecznik prasowy informował, że krótkoterminowo przedsiębiorstwo jest w stanie dostarczyć towar swoim klientom bez potrzeby zmiany łańcucha dostaw, jeśli jednak spór na linii USA-Chiny będzie trwał, to w średnim i krótkim terminie firma zostanie zmuszona do przeniesienia produkcji poza Państwo Środka. Obecnie anonimowe źródła informują, że Luxshare rozważa zwiększenie możliwości produkcyjnych swojej wietnamskiej fabryki.
      Firmy uciekają też z Chin do Malezji. W latach 2017–2018 chińscy producenci półprzewodników Suzhou Good-Ark, Tongfu Microelectronics i Huatian Technology przejmowali kolejne malezyjskie zakłady testowania i pakowania półprzewodników. Fabryki w Malezji budują już Intel, Infineon, ASE i ST. Inwestują tam też Samsung, Jinjing Science & Technology i OSRAM. Rząd Malezji już w 2010 roku wprowadził liczne ułatwienia dla zagranicznych inwestorów.
      Inny przykład to Indie, które zwiększają produkcję smartfonów w obliczu osłabienia rynku tych urządzeń. Produkcja smartfonów w Indiach rośnie, a rząd zwiększa cła na sprowadzane telefony, co jest dodatkowym impulsem do lokowania produkcji w Indiach. Swoje urządzenia wytwarzają już tam Xiaomi, Huawei, OPPO czy Vivo, a ich dostawcy, tacy jak Yington Telecommunication, Holitech, Everwin Precision i inni podążają za klientami. Indyjska siła robocza jest tańsza niż chińska, a do budowy nowych fabryk w Indiach dodatkowo zachęca fakt, że te istniejące rzadko spełniają standardy oferowane przez chińskie fabryki, zatem bardziej opłaca się kupno ziemi i wybudowanie nowej fabryki niż przejmowanie już istniejącej.
      Wietnam, Malezja i Indie to główne kierunki migracji firm z Chin. Część z nich przenosi1 też produkcję do Tajlandii, Indonezji, na Filipiny, a nawet do USA i Meksyku. Wiele międzynarodowych koncernów unika koncentrowania zbyt dużych mocy produkcyjnych w jednym kraju. W obliczu ostatnich zawirowań politycznych uznają bowiem, że bardziej zdecentralizowane operacje są bezpieczniejsze i bardziej odporne na kryzysy polityczne.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Podczas tworzenia mapy struktur geologicznych pod dnem oceanu u północno-wschodnich wybrzeży USA naukowcy dokonali zaskakującego odkrycia. Zauważyli gigantyczne pokłady relatywnie słodkiej wody uwięzionej w porowatych osadach pod dnem oceanicznym. Wydaje się, że to największy taki zbiornik na świecie. Rozciąga się on pomiędzy Massachusetts po New Jersey. Gdyby zbiornik znajdował się na lądzie, utworzyłby jezioro o powierzchni około 39 000 kilometrów kwadratowych. Badania sugerują, że tego typu zbiorników może być znacznie więcej, a to dobra wiadomość dla świata, w którym coraz częściej mamy do czynienia z niedoborami wody pitnej.
      Wiedzieliśmy, że w izolowanych miejscach pod dnem uwięziona jest woda pitna. Nie znaliśmy jednak rozmiarów złóż. Mogą się one okazać niezwykle cenne w wielu cierpiących na niedobory wody częściach planety, mówi główna autorka badań, doktorantka Chloe Gustafson z Columbia University.
      Pierwsze wskazówki, że pod dnem jest słodka woda, pojawiły się w latach 70. kiedy firmy poszukujące ropy naftowej czasami trafiały na wodę pitną. Od tamtej pory naukowcy zastanawiali się, czy mamy do czynienia z izolowanymi kieszeniami z wodą, czy też z czymś większym.
      Przed 20 laty współautor obecnych badań, Kerry Key, rozpoczął w firmami naftowymi współpracę przy rozwoju technologii elektromagnetycznego obrazowania struktur pod dnem morskim. Przed kilku laty uczony zaczął się zastanawiać, czy nie można tej technologii zmodyfikować tak, by poszukiwać za jej pomocą słodkiej wody.
      Niedawno przeprowadzone badania i pomiary pól elektromagnetycznych. Wykorzystano przy tym wiatr słoneczny, wyładowania atmosferyczne oraz fakt, że słona woda jest lepszym przewodnikiem fal elektromagnetycznych niż woda słodka. Analizy wykazały, że mamy do czynienia z bardziej lub mniej ciągłym złożem słodkiej wody, rozciągającym się na odległość nawet 120 kilometrów i znajdujących się średnio na głębokości 180 metrów pod dnem, a głębokość zbiornika wynosi również około 180 metrów. Znajduje się tam około 2800 km3 słodkiej wody.
      Naukowcy przypuszczają, że zbiornik mógł powstać pod koniec ostatniej epoki lodowej, gdy roztapiały się lodowce. Poziom oceanów był wówczas znacznie niższy, osady niesione przez roztapiające się słodkie wody uformowały potężne delty rzeczne i uwięziły pod sobą wodę. Ponadto nowe badania sugerują, że zbiornik może być nadal zasilany przez wody opadowe. Wskazuje na to fakt, że woda w zbiorniku jest bardziej słodka bliżej brzegów, a bardziej słona w głąb oceanu. To sugeruje, że powoli dochodzi do mieszania się wody pitnej z wodą oceanu.
      Jeśli ludzie chcieliby wykorzystywać wodę z tego zbiornika, to do większości zastosowań musiałaby ona zostać poddana procesowi odsalania. Byłby on jednak mniej kosztowny niż odsalanie wody morskiej. Prawdopodobnie nie będziemy potrzebowali tej wody, jeśli jednak podobne zbiorniki występują w innych regionach świata, mogą tam stać się ważnym źródłem wody pitnej, mówią naukowcy. Takie regiony to np. Kalifornia, Australia, Środkowy Wschód czy Sahara.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Amerykańska prasa donosi, że Stany Zjednoczone przeprowadziły cyberatak na irańskie systemy kontroli i wystrzeliwania rakiet. Był to odwet za zestrzelenie amerykańskiego drona. Za atak odpowiedzialna była US Cyber Command, nikt w nim fizycznie nie ucierpiał, a sam atak uznano za bardzo udany. Oczywiście wszystko to są informacje nieoficjalne. Oficjalnie wiceprezydent Mike Pance odświadczył, że administracja nigdy nie komentuje tajnych operacji.
      Jak dowiedzieli się reporterzy The New York Times i Washington Post, atak był przygotowywany od wielu tygodni, a może nawet od miesięcy. Zestrzelenia drona przyspieszyło decyzję o jego przeprowadzeniu.
      Jak pamiętamy, Iran zestrzelił amerykańskiego drona twierdząc, że naruszył on irańską przestrzeń powietrzną. USA twierdzą, że działanie Teheranu było bezprawne, gdyż dron nie wleciał w przestrzeń powietrzną Iranu. Prezydent Trump wyraził swoje oburzenie, a później poinformował, że rozkazał bombardowania celów w Iranie, jednak w ostatniej chwili odwołał rozkaz. Nie wiemy, oczywiście, czy wydarzenie takie miało miejsce, czy też Biały Dom blefuje w ramach strategii negocjacyjnej.
      Wracając do amerykańskiego cyberataku, nie wiemy, w jaki sposób został on przeprowadzony, jakimi siłami, co dokładnie było jego celem i jakie były jego rezultaty. Jednak widzimy tutaj jasny przykład na coraz większe zacieranie się granic pomiędzy wojną konwencjonalną a wojną w cyberprzestrzeni. Warto tutaj przypomnieć, że w ubiegłym miesiącu Izrael przeprowadził atak rakietowy na budynek w Strefie Gazy, z którego – jak poinformował Tel Awiw – członkowie Hamasu prowadzili cyberatak przeciwko Izraelowi.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...