Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Eksploracja kosmosu wydaje się przedsięwzięciem, które musi być finansowane z budżetów państw. Jednak, jak dowiadujemy się ze Space Report 2009 przygotowanego przez Space Foundation, pogląd ten jest wyjątkowo błędny. Zdecydowaną większość wydatków związanych z przestrzenią kosmiczną ponosi kapitał prywatny.

W ubiegłym roku na ten cel wydano na całym świecie 257 miliardów dolarów. Z tego jedynie 83 miliardy pochodziły z kasy 13 krajów. Reszta to pieniądze prywatnych przedsiębiorców.

Ze wspomnianych 83 miliardów USD najwięcej, bo aż 80% wydały Stany Zjednoczone. Najbardziej znana z amerykańskich agencji, czyli NASA wydała więcej niż wszystkie kraje poza USA. Jej budżet na badania wyniósł 17,31 miliarda USD. Jednak, jak się okazuje, NASA nie jest rekordzistką. Najwięcej pieniędzy, 25,95 miliarda USD, przeznaczył Departament Obrony. Kolejne na liście największych sponsorów badań kosmicznych jest amerykańskie Narodowe Biuro Wywiadu (10 miliardów), a następnie również amerykańska Agencja Obrony Rakietowej (8,9 mld). Dopiero na piątej pozycji wśród przedsięwzięć budżetowych znalazła się Europejska Agencja Kosmiczna (4,27 mld), a następna jest Japonia (3,5 mld). Aż 3 miliardy dolarów wydała amerykańska Narodowa Agencja Wywiadu Geokosmicznego, której budżet był większy niż wydatki Chin (1,7 miliarda), Rosji (1,54 mld) oraz innych, nieamerykańskich, agend wojskowych (1,47 mld). Pozostałe kraje wydały w sumie 3,97 miliarda dolarów. Wśród amerykańskich agend inwestujących w kosmos znalazły się też Narodowa Administracja Oceaniczna i Atmosferyczna (0,95 mld), Narodowa Fundacja Nauki (0,48 mld) oraz Departament Energii (0,03 mld).

Bardzo interesująco wygląda zestawienie wydatków firm prywatnych. Przedsiębiorstwa prywatne przeznaczyły ponad 80 miliardów dolarów na infrastrukturę. Najwięcej, bo 74,4 miliarda USD wydano na stacje naziemne i ich wyposażenie. Aż 5,6 mld kosztowało wyprodukowanie komercyjnych satelitów, a 1,97 miliarda wyniosły inwestycje sektora zajmującego się komercyjnym wystrzeliwaniem satelitów. Kolejne 1,14 mld przeznaczono na infrastrukturę pomocniczą, a 40 milionów USD na komercyjne usługi transportowe. Usługi dostarczenia telewizji satelitarnej kosztowały firmy 69,61 miliarda USD, a na usługi stacjonarne wydały 16,79 miliarda. Kolejne 2,4 miliarda przeznaczyły na rozwój satelitarnego radia, a 2,2 na usługi mobilne.

Jeszcze niedawno kosmos był wyłączną domeną państw. Obecnie kapitał prywatny inwestuje w przestrzeni pozaziemskiej dwukrotnie więcej niż podatnicy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Z czystej ciekawości warto by bylo się zastanowić, czy np. program rakietowy Ariane został zaliczony jako państwowy, czy prywatny. O ile mi wiadomo, sama firma ma charakter czysto komercyjny, ale wsparcie finansowe dla projektu w dużym stopniu pochodzi od państwa. Tak więc na samą eksplorację kasę wydała firma, ale jej kasa wzięła się z kolei od państwa.

 

Tak czy inaczej, jakoś mnie nie dziwi, że najwięcej wykładają firmy. Państwa organizują głównie misje badawcze (na dodatek w dużym stopniu czysto propagandowe), natomiast firmy mogą sobie pozwolić na znacznie większe wydatki, bo zyski też są ogromne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak czy inaczej, jakoś mnie nie dziwi, że najwięcej wykładają firmy. Państwa organizują głównie misje badawcze (na dodatek w dużym stopniu czysto propagandowe), natomiast firmy mogą sobie pozwolić na znacznie większe wydatki, bo zyski też są ogromne.

 

Ja się z tej propagandy bardziej chyba cieszę niż z działalności tych firm :P Taki lot na Księżyc, niby nieopłacalny, ale przysporzył USA wielu nowych naukowców - bo zainteresowanie tematem wzrosło. Myślę, że taki cel do zrealizowania i przekraczanie granic daje duuuuużo pożytku.

 

Swoją drogą, ESA działa w oparciu o kontrakty z wykonawcami zewnętrznymi. Dla Europy to zbyt drogi biznes, żeby robić z tego państwowe przedsięwzięcie (NASA to straszny moloch). No i dobrze, niech firmy inwestują w kosmos - chcę kiedyś zobaczyć Ziemię z orbity :-)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Taki lot na Księżyc, niby nieopłacalny, ale przysporzył USA wielu nowych naukowców - bo zainteresowanie tematem wzrosło.

Ale jeszcze więcej korzyści można by było osiągnąć, gdyby po prostu zafundowano określone badania. Co z tego, że w czasie programu Apollo rozwinięto doskonale np. telemetrię, skoro kosztowało to wielokrotnie więcej, niż po prostu badania nad telemetrią?

Swoją drogą, ESA działa w oparciu o kontrakty z wykonawcami zewnętrznymi. Dla Europy to zbyt drogi biznes, żeby robić z tego państwowe przedsięwzięcie (NASA to straszny moloch). No i dobrze, niech firmy inwestują w kosmos - chcę kiedyś zobaczyć Ziemię z orbity :-)

Tyle, że ESA to państwowa organizacja.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ale jeszcze więcej korzyści można by było osiągnąć, gdyby po prostu zafundowano określone badania. Co z tego, że w czasie programu Apollo rozwinięto doskonale np. telemetrię, skoro kosztowało to wielokrotnie więcej, niż po prostu badania nad telemetrią?

 

Ale lot na Księżyc inspirował. Badania nad telemetrią nie miały poparcia. A lot na Księżyc tak, i pełno dzieci zapragnęło być astronautami i wybrali studia techniczne, które spowodowały skok technologiczny - do dzisiaj USA jedzie na impecie tamtego wydarzenia. Wg mnie to jedna z najbardziej opłacalnych decyzji w historii tego kraju, patrząc na wszystkie skutki.

 

Tyle, że ESA to państwowa organizacja.

 

No tak, ale chodzi mi o to, że nasza międzypaństwowa organizacja jest modułowa i każde wydatki ESA zawsze zawierają wydatki firm prywatnych :-) Zresztą NASA też daje zlecenia "na zewnątrz".

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moim skromnym zdaniem do napędzania biznesu i technologii wystarczy sama kasa. Dobry inżynier zawsze będzie dobrze zarabiał, nieważne, czy będzie pracował nad lotami w kosmos, czy nad lepszymi rodzajami zawieszenia w samochodach. Akurat na temat lotów w kosmos mam dokładnie przeciwne zdanie do Twoego i uważam, że jest to najgorsze wywalanie kasy w błoto. W moim odczuciu powinno się inwestować w to, co daje realne korzyści, a nie w propagandowe sukcesy, z których tylko przy okazji coś fajnego wyniknie. No, ale widocznie się nie zrozumiemy - tak też bywa :P

Share this post


Link to post
Share on other sites

Moim skromnym zdaniem do napędzania biznesu i technologii wystarczy sama kasa. Dobry inżynier zawsze będzie dobrze zarabiał, nieważne, czy będzie pracował nad lotami w kosmos, czy nad lepszymi rodzajami zawieszenia w samochodach. Akurat na temat lotów w kosmos mam dokładnie przeciwne zdanie do Twoego i uważam, że jest to najgorsze wywalanie kasy w błoto. W moim odczuciu powinno się inwestować w to, co daje realne korzyści, a nie w propagandowe sukcesy, z których tylko przy okazji coś fajnego wyniknie. No, ale widocznie się nie zrozumiemy - tak też bywa :P

 

Do Polski kasa płynęła jeszcze niedawno strumieniem, i co? 100 000 wolnych posad na informatyka. Czemu? Bo ludzie nie idą na politechnikę. Tylko część poleci na kasę - wielu wybierze zawód, który ich zainteresuje. Przecież większość obecnych naukowców, którzy pracują w tych wydajnych firmach, to się kształciła właśnie po locie na Księżyc. Na co Ci kasa, jak nie ma komu pracować?

 

Wywalanie kasy w błoto zawsze jest źle, ale nie można brać uwagi tylko bezpośrednich skutków. Uważam, że to USA wyszło zwycięsko z zimnej wojny i jej kosmicznego aspektu i bardzo by mnie zmartwiło, gdyby to Rosja wygrała - kto wie, może nadal istniałoby ZSRR? Ale ekonomia zadecydowała o obecnym kształcie ESA - 2000 pracowników, tylko część stałych, brak jakichś większych centrów. I tak ma być. Ale co jakiś czas trzeba chyba ludzi zachęcić.

 

A to, że mamy inne zdania, to chyba już z definicji ;-)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jeśli chodzi o tych informatyków, to przede wszystkim trzeba spojrzeć na to w ten sposób, że od momentu, gdy napływa kasa i studia stają się atrakcyjne, do momentu, gdy ma się wykształconych absolwentów, mija minimum 5 lat (tyle trwają przecież studia). Zobacz, że dziś na informatyce ludzie jednak są i chcą studiować, a do tego osiągają sukcesy. Za to kasa ciągle nie jest jakaś porywająca - najlepsi rzeczywiście trafią na świetne stanowiska, ale reszta zostanie np. informatykami w jakichś niedużych firmach, gdzie nie mogą liczyć na specjalnie dobre zarobki.

Na co Ci kasa, jak nie ma komu pracować?

Jak kasa będzie dostatecznie dobra, to zawsze się znajdą pracownicy. Skoro znajduje się ludzi nawet do tak nieprzyjemnych zawodów, jak choćby śmieciarz, to świadczy to tylko o tym, że dobrą płacą można czynić cuda.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Niby tak, ale śmieciarze nie zarabiają dużo. Podobnie jak babcie klozetowe. No i sami pytanie naukowcy mówią - np. w programie Mars Direct - że to lądowanie na Księżycu zwróciło ich uwagę na taki a nie inny zawód ;-)

Share this post


Link to post
Share on other sites

No właśnie śmieciarz wcale nie zarabia aż tak źle :P A już na pewno zarabia bardzo dobrze biorąc pod uwagę jego wykształcenie. A babcia klozetowa? cóż, nie może zarabiać dobrze, jeżeli jest to zawód, w którym każdy może sobie poradzić. Płaci się za "unikalność" kwalifikacji, więc tam, gdzie są one zupełnie typowe, pracowników nie da się skusić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Wiesz.. śmieciarz dostaje na rękę jakieś dwa razy więcej, niż doktorant :P

Share this post


Link to post
Share on other sites
Lol to doktorantom się płaci?

Znajomi doktoranci zwykli nazywać to jałmużną, ale jak kto woli :P

Share this post


Link to post
Share on other sites

Znajomi doktoranci zwykli nazywać to jałmużną, ale jak kto woli :P

 

U mnie w sumie ludziom z licencjatem też się płaci za badania xD Ale pewnie ze 100 zł mniej niż doktorantom ;-)

Share this post


Link to post
Share on other sites

U mnie na uczelni doktorant dostaje ok 1 tys. zł miesięcznie. Rarytasy to nie są, ale dostawanie kasy za to, że się rozwija swoje kwalifikacje jest dość mobilizujące :P

 

Po co po studiach iść do pośredniaka albo robić w hipermarkecie, na stacji czy jeszcze gdzie indziej, jak za niewiele mniejsze pieniądze można dalej studiować?

 

Inna sprawa, że w dzisiejszych czasach w Polsce doktorowi może być ciężej znaleźć pracę niż magistrowi (i mam na myśli inżynierów, bo studiuję na politechnice).. I dlatego to pchanie się na doktoranta robi się dyskusyjne..

Share this post


Link to post
Share on other sites

Inna sprawa, że w dzisiejszych czasach w Polsce doktorowi może być ciężej znaleźć pracę niż magistrowi (i mam na myśli inżynierów, bo studiuję na politechnice).. I dlatego to pchanie się na doktoranta robi się dyskusyjne..

 

Może przynajmniej doktorzy zastąpią magistrów w szkołach xD I to jeszcze zakompleksionych, każących się nazywać "profesorami" ;-)

Share this post


Link to post
Share on other sites
U mnie na uczelni doktorant dostaje ok 1 tys. zł miesięcznie. Rarytasy to nie są, ale dostawanie kasy za to, że się rozwija swoje kwalifikacje jest dość mobilizujące :P

Mobilizujące byłyby zarobki na poziomie pozwalającym godnie żyć. Bo jeżeli przez 2-4 lat studiów doktoranckich zarabiasz tysiąc, a potem jako doktor max 1500, to sorki, ale mnie to nie motywuje do działania na rzecz nauki, skoro ten sam magister może pracować w banku, hipermarkecie czy gdziekolwiek indziej i zarabiać bardzo podobne pieniądze, jak doktorant.

Po co po studiach iść do pośredniaka albo robić w hipermarkecie, na stacji czy jeszcze gdzie indziej, jak za niewiele mniejsze pieniądze można dalej studiować?

Wprost przeciwnie: po co sobie wypruwać żyły i tracić czas na badania, główkować i ciągle się rozwijać, skoro można posadzić tyłek za kasą i bez większego myślenia przesuwać towary nad czytnikiem? (żeby była jasność: szanuję pracę kasjerek, ale powiedzmy sobie uczciwie - ta praca nie wymaga ani specjalnego rozwoju, ani wybitnych kwalifikacji)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Mikroos, studia doktoranckie to nie zawsze jest wypruwanie sobie żył i siedzenie całymi dniami na uczelni :P Uważam że może być to przyjemniejsze niż siedzenie bez perspektyw awansu na kasie czy stacji benzynowej :D

 

Jeśli chodzi o zarobek doktorantów - u mnie w domu przez wiele lat dochód na osobę wynosił ~600zł, i z trudem, ale dawało się żyć, więc jeśli ten dochód miałby podnieść się do około 1000zł (gdy dostanę się na studia doktoranckie), to myślę że w moim odczuciu będzie to luksus, przynajmniej przez jakiś czas :D Po prostu wszystko zależy od tego, do czego kto się przyzwyczaił..

 

Zaś co do kasy, to zarobki nie są uzależnione na uczelniach wyłącznie od tytułu, ale raczej od stanowiska - doktor może zajmować stanowiska pozwalające na zarobek 2,5-3,5tys zł :D

 

Fakt, że dostać etat na uczelni po studiach doktoranckich jest bardzo ciężko (z reguły 1-2 etaty to max, i to chyba nie każdego roku), ale ja tu bym się nastawiał na zagranicę - tam wykształcenie i umiejętności się ceni ;)

 

Patrzę na to trochę na zasadzie "mam do wyboru pracę za te 1000zł bez żadnych perspektyw rozwoju, albo studia doktoranckie za 1000zł z przynajmniej jakąś szansą na rozwój - więc lepsze to niż nic" ;)

 

Aczkolwiek nie powiem - z tymi studiami faktycznie nie można jednoznacznie powiedzieć że jest lepiej - jeśli ktoś ma dobrą gadanę, jest obrotny i założy własną prosperującą firmę, to będzie miał zarobki na poziomie 2-4 tys. zł, a jak już firma się dobrze ustabilizuje to nawet rzędu 10-50 tys. zł. Ewentualnie jeśli trafi pracę w swoim magisterskim zawodzie, to też może wykrecić od 2,5 do 5 tys. zł. Zatem to kwestia takiej loterii trochę - albo się trafi ze studiami doktoranckimi, albo z pracą po studiach magisterskich albo z własnym interesem.. Gorzej jak się nie trafi ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kasjer jest zwalniany średnio co 3 tygodnie i ma stresujące warunki pracy. Doktorant > kasjer. Zresztą sam mikroosie stawiasz tezy o innych, które w Twoim przypadku się nie sprawdzają ;-)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po pierwsze: nie napisałem nigdzie nic na temat tego, jak ciekawe jest wykonywanie poszczególnych zawodów. Napisałem jedynie, jakich wymagają kwalifikacji.

 

Po drugie: proste przeliczenie dochodu na głowę w rodzinie też jest średnio trafne, bo 1000 zł ledwie wystarczy jednej osobie na wynajem kawalerki, ale już dwie osoby mając po 1000 zł wynajmą tę kawalerkę i jeszcze jakoś wyżyją przez miesiąc. A biorąc pod uwagę, że będąc w wieku "doktoranckim" zwykle ma się już ochotę zamieszkać na swoim, proste dzielenie całych dochodów przez liczbę osób jest średnio trafne.

 

Po trzecie: zupełnie nie rozumiem Twojego ostatniego posta. Co chciałeś powiedzieć?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Wiek XVII był bardzo niespokojnym okresem w historii Chin. Przez ponad pół wieku w całym kraju trwały poważne niepokoje, które w 1644 roku doprowadziły do upadku dynastii Ming. Jednak Mingowie nie poddali się bez walki.
      Jednym z wielu buntowników, przeciwko którym walczyli był Zhang Xianzhong, przywódca trwającego kilkanaście lat powstania chłopskiego.
      W 1644 roku siły Xianzhonga zdobyły Chengdu w prowincji Syczuan i ogłoszono tam powstanie Królestwa Wielkiego Zachodu (Królestwo Daxi). Mimo, że w tym czasie siły innego buntownika zdobyły Pekin i zmusiły ostatniego cesarza Mingów do samobójstwa, na prowincji lojaliści wciąż mieli silną pozycję. Po zaledwie dwóch latach najazd Mandżurów zmusił Xianzhonga do opuszczenia Chengdu i niedługo potem uległ on pod Jiangkou siłom generała Yan Zhana, który pozostawał wierny Mingom. W bitwie zatonęło ponoć 1000 okrętów Xianzhonga. Buntownik zginął rok później z rąk żołnierzy nowej dynastii, Qing.
      Po śmierci Xianzhonga narodziła się legenda o olbrzymich skarbach, które albo ukrył on na miejscu bitwy pod Jiangkou, albo też zatonęły one wraz z flotą. Legenda wzmacniana była okazjonalnymi znaleziskami pojedynczych skarbów, do jakich doszło w latach 20. XX wieku.
      W 2015 roku chińska policja w toku kilku śledztw odzyskała liczne zabytki nielegalnie wydobyte z dna rzeki. Chińscy archeolodzy postanowili więc zbadać teren bitwy i w styczniu 2016 roku, gdy stan wody jest niski, przystąpili do pracy. Po wiekach okazało się, że skarb rzeczywiście istnieje. Prace, prowadzone na przełomie zimy i wiosny, w sezonach 2017 i 2018 zakończyły się olbrzymim sukcesem.
      Znaleziono 42 000 artefaktów, w tym złote i srebrne misy, monety, biżuterię i broń. Ponad 1000 artefaktów było bezpośrednio powiązanych z Królestwiem Daxi, z którego dotychczas mamy niewiele zabytków. Są wśród nich m.in. srebrne sztabki z zaznaczonym rokiem, wagą, sposobem użycia i podatkiem, jaki został za ich pomocą opłacony. To pozwala na odtworzenie systemu podatkowego Królestwa Daxi, a złote i srebrne monety, na których widzimy nazwiska zwycięskich dowódców wojskowych wiernych Xianzhongowi, to bezcenne źródło wiedzy na temat systemu wojskowego tego państwa.
      Prace na miejscu bitwy nadal są prowadzone, a w bieżącym roku dokonano wyjątkowego odkrycia. W sezonie wykopaliskowym trwającym od stycznia do kwietnia 2020 roku archeolodzy wydobyli ponad 10 000 artefaktów. Był wśród nich ten najważniejszy – kwadratowa złota pieczęć z guzem w kształcie żółwia, która najprawdopodobniej należała do następcy tronu dynastii Ming. To jedyny taki zabytek, jaki kiedykolwiek znaleziono w Chinach.
      Pieczęć to kwadrat o boku 10 centymetrów i grubości 3 centymetrów. Jest ona wykonana z 95% złota. Widoczny jest na niej napis „Shu Shi Zi Bao”. „Shu” to alternatywna nazwa Syczuanu, a „Shi Zi” oznacza pierwszego syna w linii następców tronu, zaś „Bao” oznacza „skarb”. Zdaniem ekspertów, napis wskazuje, że pieczęć należała następców tronu dynastii Ming, która rządziła Chinami w latach 1386–1644. Najwyraźniej w czasie powstania chłopskiego pieczęć trafiła do buntowników i wpadła w ręce Zhang Xianzhonga. Znaleziona pieczęć jest rozbita na cztery części. Archeolodzy sądzą, że jej zniszczenie miało symbolizować koniec dynastii Ming.
      Dynastia Ming była ostatnią dynastią rdzennych chińczyków Han. Po niej nastała mandżurska dynastia Qing, która rządziła państwem środka do 1912 roku.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Chiny budują największy w Azji radioteleskop z ruchomą czaszą. Gigant o średnicy 70 metrów ma służyć komunikacji z pierwszą chińską misją marsjańską, która ma wystartować jeszcze w bieżącym roku.
      To będzie kluczowy element, dzięki któremu odbierzemy dane wysyłane przez marsjański próbnik. Będzie on się znajdował nawet 400 milionów kilometrów od Ziemi, a przesyłane przez niego sygnały będą bardzo słabe, mówi Li Chunlai, zastępca głównego projektanta pierwszej chińskiej misji marsjańskiej.
      Chiny mają już za sobą kilka udanych misji bezzałogowych na Księżyc. Teraz chcą sięgnąć dalej w przestrzeń kosmiczną. Jednak misja na Marsa to zupełnie inny poziom trudności. Dotychczas ludzkość usiłowała przeprowadzić łącznie 57 marsjańskich misji. W pełni udało się 28 z nich. NASA przeprowadziła 21 w pełni udanych misji, ZSRR/Rosja ma na koncie 4 takie misje (w tym jedną wspólną z UE), a Unia Europejska może pochwalić się 3 udanymi misjami (w tym jedną wspólną z Rosją), a Indie – 1.
      Obecnie na Marsie i jego orbicie prowadzonych jest 8 misji, w tym 1 europejska, 1 europejsko-rosyjska, 1 indyjska i 5 amerykańskich. Z kolei w lipcu bieżącego roku mają wystartować misje Mars 2020 (USA), Tianwen-1 (Chiny), Hope Mars Mission (Zjednoczone Emiraty Arabskie).
      Budowa teleskopu rozpoczęła się w okręgu Wuqing na północny Chin, październiku 2018 roku i ma być ukończona w bieżącym roku. Największym na świecie w pełni sterowalnym radioteleskopem jest 100-metrowy Green Bank Telescope w Wirginii Zachodniej. To teleskop naukowy, o bardzo dużych możliwościach technicznych.
      Chińska misja marsjańska Tianwen-1 stawia sobie niezwykle ambitne cele. Jej nazwa pochodzi od poematu „Tianwen” (Pytania do Niebios) autorstwa Qu Yuana, jednego z najwybitniejszych poetów starożytnych Chin, który żył w IV-III wieku przed naszą erą.
      Chiny postawiły sobie niezwykle ambitne zadanie. Już podczas swojej pierwszej w pełni samodzielnej misji chcą posadowić lądownik na powierzchni Marsa. Warto tutaj przypomnieć, że nawet NASA, która jako jedyna agencja kosmiczna potrafi przeprowadzić lądowanie na Czerwonej Planecie, nie próbowała zrobić tego przy okazji pierwszej misji. Amerykanie po raz pierwszy wysłali pojazd w pobliże Marsa w 1964 roku, a pierwsze lądowanie przeprowadzili w 1975 roku.
      Pierwszą chińską próbą wysłania pojazdu w pobliże Marsa była misja Yinghuo-1. W 2011 roku w ramach rosyjskiej misji Fobos-Grunt Chiny próbowały wysłać orbiter w pobliże Czerwonej Planety. Fobos-Grunt zakończyła się spektakularną porażką. Od tamtej pory ani Rosja, ani Chiny nie podjęły samodzielnej misji marsjańskiej.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W czasie pandemii wiele osób na świecie pracuje zdalnie, także specjaliści z NASA. Dwudziestego marca br. żadnego z członków ekipy misji Mars Science Laboratory nie było w Laboratorium Napędu Odrzutowego (JPL) w Pasadenie. To pierwsza sytuacja, by operacje łazika były planowane, gdy ekipa działa całkowicie zdalnie ze swoich domów. Dwa dni później komendy wysłane na Marsa zostały wykonane i Curiosity odwiercił próbkę skały w lokalizacji Edinburgh.
      Przygotowania do w pełni zdalnej pracy rozpoczęły się na długo wcześniej. Rozdano słuchawki z mikrofonem, monitory i inne sprzęty. Niestety, nie wszystko, z czym specjaliści pracują w JPL, można zabrać do domu. Pracując z obrazami 3D z Marsa, zwykle operatorzy korzystają np. ze specjalnych gogli, które szybko przełączają się między widokiem z prawego i lewego oka (uwypukla to kontury i pomaga ustalić ruch Curiosity oraz stopień wyciągnięcia ramienia).
      Gogle wymagają jednak zaawansowanej karty graficznej i komputera o dużej wydajności. By zespół widział obraz 3D, mając do dyspozycji zwykłe laptopy, zdecydowano się więc na okulary czerwono-cyjanowe (turkusowe) do oglądania anaglifów. Choć nie zapewniają one takiego zanurzenia i nie są równie wygodne, co gogle z JPL, z powodzeniem spełniają swoje zadanie i pozwalają planować działania Curiosity.
      Nim wykonano wiercenie w lokalizacji Edynburg, zespół przeprowadził serię testów i jedną próbę.
      Programowanie każdej sekwencji działania Curiosity może angażować ok. 20 osób, które opracowują i testują komendy, przebywając razem w jednym miejscu; dodatkowo konsultują się one z dziesiątkami ludzi z innych lokalizacji.
      Zazwyczaj przebywamy w jednym pomieszczeniu, dzieląc ekrany, obrazy i dane. Ludzie rozmawiają w małych grupach czy wymieniają uwagi, siedząc w różnych częściach pokoju - mówi Alicia Allbaugh, szefowa ekipy.
      Teraz wykonują te same zadania, odbywając kilka wideokonferencji naraz. Opierają się też na komunikatorach. Upewnienie się, że wszystko zostało dobrze zrozumiane, wymaga dodatkowego wysiłku. Średnio codzienne planowanie zajmuje 1-2 godz. dłużej. To zaś stanowi ograniczenie dla liczby wysyłanych dziennie komend. Przeważnie jednak łazik jest naukowo tak samo produktywny, jak wcześniej.
      Szefowa zespołu naukowego Carrie Bridge upewnia się, czy rozwiązania, na których skupiają się inżynierowie, nie budzą zastrzeżeń naukowców. Prawdopodobnie przez cały czas monitoruję ok. 15 okienek czatów. Trzeba być bardziej wielozadaniowym niż zwykle.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W latach 30. XX wieku Stany Zjednoczone doświadczyły Dust Bowl. Był to kilkuletni okres katastrofalnych susz na Wielkich Równinach i związanych z tym burz piaskowych. W wyniku Dust Bowl zginęło około 7000 osób, ponad 2 miliony ludzi zostało bezdomnymi, a około 3,5 miliona porzuciło dotychczasowe domy i przeniosło się w inne regiony USA.
      Produkcja pszenicy w latach 30. spadła o 36%, a kukurydzy o 48%. Do roku 1936 straty gospodarcze sięgnęły kwoty 25 milionów USD dziennie, czyli 460 milionów współczesnych dolarów.
      Dust Bowl był spowodowany nieprawidłową gospodarką ziemią na Wielkich Równinach. Wcześniejsze dekady to okres pojawiania się coraz większej ilości sprzętu mechanicznego w rolnictwie. To ułatwiło zajmowanie kolejnych obszarów pod uprawy. Pługi coraz głębiej wzruszały wierzchnią warstwę gleby, a naturalne dla tego obszaru trawy, których głębokie systemy korzeniowe zatrzymywały wilgoć w glebie, zostały zastąpione roślinami uprawnymi o płytkich korzeniach. Gdy w latach 30. nadeszła susza, gleba, której nie wiązały już korzenie traw, łatwo zamieniała się w pył, który z łatwością przemieszczał się z wiatrem. Nastała epoka wielkich burz pyłowych. Chmury pyłu zasypywały wszystko na swojej drodze, niszcząc uprawy. Dopiero gdy skończył się okres susz i zaczęło więcej padać, zakończył się też Dust Bowl.
      Naukowcy z Columbia University i NASA postanowili zbadać, jak na ponowny Dust Bowl zareagowałby obecnie rynek żywności. Trzeba bowiem pamiętać, że USA są wielkim producentem i eksporterem żywności. Chcieliśmy sprawdzić, jak wieloletni spadek produkcji u dużego eksportera wpłynąłby na międzynarodowy handel i dostępność pożywienia, mówi doktor Alison Heslin, główna autorka badań.
      We współczesnym zglobalizowanym systemie handlowym problemy pojawiające się w jednym miejscu nie są ograniczane granicami państwowymi. Załamanie produkcji może wpływać na partnerów handlowych, których bezpieczeństwo żywności zależy od importu, dodaje uczona.
      Naukowcy stworzyli dwie alternatywne symulacje światowego handlu pszenicą. Następnie wprowadzili do nich czteroletni okres Dust Bowl ograniczony wyłącznie do USA.
      W pierwszym z modeli kraje najpierw użyły swoich rezerw, a następnie skompensowały niedobory zwiększając import i zmniejszając eksport. W ten sposób doszło do rozniesienia się fali niedoborów. W drugim ze scenariuszów przyjęto, że USA początkowo zmniejszają tylko eksport, na czym cierpią wszyscy partnerzy, a następnie wszystkie kraje kompensują niedobory zwiększając import.
      Analizy wykazały, że obecny wpływ Dust Bowl byłby podobny jak podczas oryginalnego Dust Bowl.
      Okazało się, że w ciągu czterech pierwszych lat Dust Bowl USA wyczerpałyby 94% swoich rezerw żywnościowych. Również wszystkie bez wyjątku kraje, które kupują pszenicę w USA, wyczerpałyby swoje rezerwy, mimo tego, że same nie doświadczyłyby spadku plonów. Oczywiście zapasy te byłyby też uzupełniane, ale i tak wielkość posiadanych rezerw znacząco by się skurczyła w porównaniu ze stanem wyjściowym.
      Skupiliśmy się na całym zestawie możliwych wydarzeń, szczególnie na zmianach w handlu, użyciu rezerw strategicznych oraz spadkach w konsumpcji, wyjaśnia profesor Jessica Gephard, współautorka badań. Zauważyliśmy, że doszłoby do zmiany umów handlowych, kraje kupujące zboże w USA zaczęłyby kupować je gdzie indziej, a na całym świecie doszłoby do spadku strategicznych rezerw pszenicy. W wielu wypadkach rezerwy te zostałyby całkowicie wyczerpane. To wskazuje, że takie wydarzenie spowodowałoby nie tylko wzrost cen w USA, ale też daleko poza granicami Stanów Zjednoczonych, dodaje Gephart.
      Z symulacji wynika, że trwający 4 lata Dust Bowl spowodowałby, że światowe rezerwy pszenicy spadłyby o 31%. Pod koniec 4-letniego okresu na świecie byłoby od 36 do 52 krajów, których rezerwy skurczyłyby się o ponad 75% w porównaniu do okresu sprzed Dust Bowl. Z kolei 10 krajów o największych rezerwach (Chiny, USA, Indie, Iran, Kanada, Rosja, Maroko, Australia, Egipt i Algieria) doświadczyłyby spadku rezerw o 15-22%.
      Jako, że świat posiada duże zapasy zboża, początkowo Dust Bowl nie wpłynąłby na poziom konsumpcji. Nawet kraje, które nie posiadają rezerw zboża byłyby w stanie początkowo zapewnić niezmienny poziom dostaw na rynek.
      Nasze wyniki pokazują, że ryzyka związane ze zmianami klimatycznymi nie dotyczą wyłącznie samego klimatu i lokalnie występujących ekstremalnych warunków pogodowych. To również ich wpływ na światowy handel. W kontekście bezpieczeństwa żywności wykazaliśmy, że posiadane rezerwy mogą, na pewien czas, stanowić bezpieczny bufor, jednak w miarę ich wyczerpywania mogą pojawić się niedobory żywności, mówi Heslin.
      Obecnie USA są trzecim największym na świecie eksporterem pszenicy. Zapewniają 13,6% dostaw na światowe rynki. Większymi eksporterami są jedynie Rosja (21,1%) i Kanada (14,2%).

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      NASA poinformowała, że zawiesza prace związane z budową i testami rakiety oraz kapsuły do misji załogowej na Księżyc Artemis. Przyczyną jest rosnąca liczba zakażeń wirusem w społeczności.
      Jak poinformował Jim Bridenstine, Agencja wyłącza Michoud Assembly Facility (MAF) w Nowym Orleanie, gdzie budowana jest rakieta nośna SLS (Space Launch System), a także oddalone o ok. 80 km od Nowego Orleanu Centrum Kosmiczne Johna C. Stennisa (SSC).
      Zmiany w Stennisie są podyktowane rosnącą liczbą przypadków COVID-19 w społeczności wokół Centrum, zwiększającą się liczbą przypadków autokwarantanny wśród naszych tamtejszych robotników oraz jednym potwierdzonym przypadkiem w naszej ekipie.
      NASA czasowo zawiesza produkcję i testy SLS oraz sprzętu do kapsuły Orion. NASA i kontrahenci przeprowadzą uporządkowane wyłączenie [...], tak by wszystko dotrwało w bezpiecznym stanie do momentu, aż prace będą mogły być wznowione.
      Niewykluczone, że wybuch pandemii zniweczy plany NASA co do powrotu na Księżyc do 2024 r.
      Zdajemy sobie sprawę, że nie pozostanie to bez wpływu na misje NASA. Nasze zespoły pracują nad analizą sytuacji i ograniczeniem ryzyka. [...] Bezwzględnym priorytetem są jednak zdrowie i bezpieczeństwo załogi - podkreśla Bridenstine.
      Wcześniej w związku z wykryciem COVID-19 w dwóch centrach NASA poziom zagrożenia został podniesiony do 3. w 4-stopniowej skali. Agencja chce w ten sposób uniknąć rozprzestrzeniania się choroby wśród pracowników oraz zawleczenia koronawirusa SARS-CoV-2 w przestrzeń kosmiczną.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...