Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Z Wielkiej Brytanii nadchodzą niepomyślne wieści dla piratów. Właśnie zakończył się tam pierwszy proces przeciwko osobie udostępniającej w Sieci grę, w wyniku którego pozwana musi zapłacić za swój czyn.

Sąd w Londynie skazał mieszkankę tego miasta na zapłacenie 6085 funtów odszkodowania i zwrot kosztów w wysokości 10 000 funtów firmie Topware Interactive. Jest ona producentem gry Dream Pinball 3D, którą kobieta udostępniła w Sieci. Na wyrok czekają jeszcze trzy inne osoby, które udostępniały tę samą grę.

David Gore z firmy prawniczej Davenport Lyons, która reprezentowała Topware mówi, że wyrok będzie miał olbrzymie znacznie, gdyż pokazuje twórcom gier, iż warto walczyć o swoje prawa. Gore uważa, że z jednej strony powstrzyma on część osób przed piractwem, a z drugiej, zachęci producentów gier do bardziej zdecydowanych działań. Prawnik dodał, że Drem Pinball 3D był wymieniany pomiędzy tysiącami osób, które mogą teraz stanąć przed sądem.

Topware Interactive już na początku 2007 roku rozpoczęło swoją walkę z piratami. Wówczas wygrało proces, w którym sąd nakazał 18 dostawcom Internetu przekazanie poszkodowanej firmie danych osób wymieniających grę za pomocą sieci P2P. Od tamtej pory firma wysłała do 500 z nich listy z propozycją ugody. Podejrzani mieli zapłacić 300 funtów w zamian za niewystępowanie przez Topware Interactive do sądu. Niektóre osoby stwierdziły, że wolą proces. Pierwszy z nich właśnie się zakończył.

Bardzo istotny jest fakt, że proces był prowadzony przez sąd wyspecjalizowany w prawie dotyczącym własności intelektualnej. Oznacza to, że wszelkie aspekty sprawy zostały dokładnie przeanalizowane i wyrok będzie bardzo trudno podważyć.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A ponieważ było to w Anglii to i tak za te wybryki zapłaci państwo za pomocą zasiłków:)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Twierdzą, że wygrali? Wątpię. Ani tym nikogo nie odstraszą od ściągania, ani też pieniążki które wpłaci ta pani nie zwrócą im "strat" jakie ponieśli. Co najwyżej, ktoś sięgając po pudełko z ich produktem, kojarząc fakty odstawi je z powrotem. Tyle.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dlaczego ktoś miałby odstawić to pudełko ? Bo firma kara złodziejstwo ? Jakby BMW pozywał za kradzieże ich samochodów to sądzisz, że ludzie by przestawali kupować auta tej marki ? :/

A od ściągania na pewno kilka osób odstraszą, jak ktoś następnym razem zobaczy, że to co chce ściągać jest z tej firmy to się poważnie zastanowi czy nie taniej mu wyjdzie iść do sklepu.

A koszty na pewno im się zwrócą. Sama gra ile mogła kosztować ? Załóżmy że jakieś 20 funtów. Od co najmniej pięciuset osób które ją ukradły dostanie 300 funtów za nią :) To jakieś 280 in plus. Jak chcesz możesz doliczyć koszty procesu i wysłania listów. Podejrzewam, że i tak zarobią na tym kilka funtów. A jeśli nie ? Zawsze jest satysfakcja z uczynienia sprawiedliwości i uczenia społeczeństwa, że złodziejstwo nie zawsze się opłaca.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ok, ale:

 

Po pierwsze: na pewno nie pozwą tych tysięcy osób o których mówią, więc ta pani nie zwróci im kosztów.

Po drugie: w świadomości ludzi piractwo internetowe nadal nie funkcjonuje jako zwykłe przestępstwo, a raczej jako małe wykroczenie (zobacz ile ludzi kradnie mercedesy, a  ile ściąga oprogramowanie).

No i po trzecie: Opinia publiczna oceni jako poszkodowaną właśnie tą osobę która dopuściła się piractwa. Musi ona zapłacić równowartość kilkuset programów który  ściągnęła. Nie sądzisz, że ludzie wezmą to do siebie jak "wielki koncern, kontra mały człowieczek" gdzie ten drugi jest karany znacznie ponad swój czyn? Dlatego zwykłego klienta wspomnienie o tym zdarzeniu może zniechęcić do kupna ich produktu.

 

Według mnie by faktycznie działania tego typu odniosły jakiś sukces musieli by pozywać do sądu każdego kogo przyłapią na ściąganiu. Ale znowu, takie działanie dla żadnej firmy w dłuższej perspektywie nie ma sensu z oczywistych względów. Więc nadal będą pozywać pojedyncze jednostki dla "odstraszenia" innych. A ci inni znowu nie zmienią postępowania, bo dlaczego mieli by to robić, kiedy szansa, że wpadną jest jak jeden do miliona? Jednym słowem: nie tędy droga.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ok, ale:

 

Po pierwsze: na pewno nie pozwą tych tysięcy osób o których mówią, więc ta pani nie zwróci im kosztów.

ad.1. Tysiące osób mogą postraszyć sądami i oczekiwać pójścia na kompromis - wybranych malkontentów mogą sądzić dla przykładu i postraszenia reszty. Podejrzewam też że w przypadku udowodnienia jednej osobie winy, reszta procesów byłaby tylko formalnością. Zakładając że w każdym przypadku mają takie same dowody winy.

 

Po drugie: w świadomości ludzi piractwo internetowe nadal nie funkcjonuje jako zwykłe przestępstwo, a raczej jako małe wykroczenie (zobacz ile ludzi kradnie mercedesy, a  ile ściąga oprogramowanie).

No i po trzecie: Opinia publiczna oceni jako poszkodowaną właśnie tą osobę która dopuściła się piractwa. Musi ona zapłacić równowartość kilkuset programów który  ściągnęła. Nie sądzisz, że ludzie wezmą to do siebie jak "wielki koncern, kontra mały człowieczek" gdzie ten drugi jest karany znacznie ponad swój czyn? Dlatego zwykłego klienta wspomnienie o tym zdarzeniu może zniechęcić do kupna ich produktu.

ad.2. Świadomość ludzi musi ulec zmianie, jak nie dzisiaj to jutro. Każda metoda piętnowania przestępstwa jest dobra. Co prawda w tym przypadku mamy małą szkodliwość społeczną - mała wartość kradzieży. Ale to nadal kradzież.

ad.3. Opinia publiczna jest jak... opinia publiczna. Nie ich to dotyczy, więc mają to w głębokim poważaniu. Jeśli każdy przedstawiciel tej opinii publicznej będzie tworzył jakieś oprogramowanie, na którym będzie zarabiał sprzedając je w sklepach (zwykłych bądź internetowych) i ktoś im ukradnie to oprogramowanie i będzie używał nie płacąc - to jak myślisz, jaka będzie ocena takiej opinii publicznej ?

 

 

Według mnie by faktycznie działania tego typu odniosły jakiś sukces musieli by pozywać do sądu każdego kogo przyłapią na ściąganiu. Ale znowu, takie działanie dla żadnej firmy w dłuższej perspektywie nie ma sensu z oczywistych względów. Więc nadal będą pozywać pojedyncze jednostki dla "odstraszenia" innych. A ci inni znowu nie zmienią postępowania, bo dlaczego mieli by to robić, kiedy szansa, że wpadną jest jak jeden do miliona? Jednym słowem: nie tędy droga.

 

Jeden do miliona to też duża szansa. Uważasz że akcje odstraszające np. "sex z nieznajomymi bez prezerwatywy może Cię <zaprzyjaźnić> z wirusem HIV - zobacz jak skończyła pani Ania..." nie mają sensu ? Wiadomo że nie do wszystkich do dotrze. Bo przecież mogą powiedzieć - mi to nie grozi, bo szanse na to są znikome. Ale jak już na taką osobę padnie to dopiero będzie płacz

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ale ty piszesz jak być powinno, a ja jak jest. A jest tak jak napisałem (masło maślane wiem  ;D ). Takie pojedyncze akcje mało kogo przekonają i powtarzam, że masowych procesów nigdy nie zobaczysz, bo raz, że nie będzie się im to opłacało (nie tylko wielkie koncerny mają dobrych prawników), a dwa że opinia publiczna już zupełnie ich znielubi.

 

A tak btw przykład z hiv'em zupełnie nietrafiony. Z prawdopodobieństwem 1/milion mogę podjąć ryzyko, że poniosę konsekwencje pieniężne, natomiast jeśli stawką jest życie sprawa wygląda  nieco inaczej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja tam topware`a mogę nie szanować za ich gry, ale za podejście do prawa i legalnych użytkowników ich oprogramowania szanuję ich po tym artykule bardziej ;)

Co prawda kiedyś sam kradłem oprogramowanie, ale mój status moralny/psychiczny się zmienił. Stać mnie na kilka gier w roku. Jeśli akurat na coś nie mam pieniędzy to w to nie gram, szukam wersji demo, darmowych gierek, nawet wersji 10-130 dniowych. Czasu na gry/filmy coraz mniej.

Ale jakoś z tego powodu nie cierpię zbytnio. Kiedyś grałem w "byle co", nawet w kilka "byle co" tygodniowo. Teraz starannie dobieram na co wydaje moje pieniądze i ciesze się tą grą przez długie miesiące.

Co do przykładów samochodowych: mógłbym pewnie ukraść z 10 maluchów rocznie i jeździć bocznymi drogami obawiając się kontroli dokumentów, ale wolę kupić kilkuletnie auto legalnie i bezkompleksowo jeździć tym autem przez kilka lat.

To że sporo ludzi jest ułomnych pod pewnymi względami moralnymi nie znaczy, że nie należy ich edukować. Na różne sposoby.

Na część podziała strach przed karami za kradzież. Niektórych przyciągną promocje cenowe czy inne bonusy dodawane do oryginalnych produktów. Jeszcze inni zadowolą się możliwością sprawdzenia towaru przed kupnem i oddzieleniu chłamu od tego na czym im będzie zależeć i za co będą skłonni zapłacić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie wiem czy rozmawialiśmy o tym samym. Mi nie chodziło o to jak można postępować. Chodziło mi o to jak wygląda rzeczywistość na temat której dyskutujemy. Jasne, można rozsądnie dobierać usługi z których korzystamy, wybierać darmowe alternatywy oprogramowania itd, ale nie można oczekiwać, że wszyscy zaczną tak postępować, tylko z tego powodu, że raz na jakiś czas usłyszą o sprawie przeciw piratowi. Według mnie to jest zwyczajnie nie realne. Niektóre firmy tak robią, więc zapewne wierzą w skuteczność swoich działań. Jak będzie wyglądała przyszłość zobaczymy, choć wydaje mi się, że prędzej będziemy świadkami jakiejś rewolucji w sposobie rozprowadzania mediów niż piractwo zmaleje od akcji opartych na zastraszaniu i karach.

 

A ze zmianą statusu moralnego w tej kwestii to chyba jest tak, że zmienia się on:

-wraz z polepszeniem budżetu delikwenta;

-brakiem czasu

-zwyczajnie dojrzewaniem

;)

 

No i taka refleksja na koniec. Znaczna większość ludzi nie zastanawia się zazwyczaj nad kwestiami moralnymi. A szczególnie młodzi nie zaprzątają sobie zbytnio głowy tą kwestią (przynajmniej jeśli chodzi o piractwo). Nie wierzę, żeby mogło się to kiedykolwiek zmienić (szczególnie w coraz bardziej konsumpcyjnym świecie w którym żyjemy). Dlatego jedynym sposobem na zmniejszenie koncernowych strat jest wymyślenie systemu który okaże się atrakcyjniejszy dla potencjalnego klienta od piractwa. A pobożne życzenie by taki 16-latek wpadł w refleksję nad szkodliwością swojego działania, naprawdę jak znam życie, można wrzucić do kosza.

 

I żeby było jasne. Nie prezentuję tu swoich poglądów na temat piractwa, a raczej na temat sposobu walki z piractwem, który według mnie jest nie efektywny.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest tymeknafali

Moi drodzy rozmowa w bardzo podobnym klimacie już się toczyła, na ponad 100 postów jakieś pół roku temu. Będziecie się wymieniać w argumentach, przeganiać weń i nic to nie da. Żaden żadnego nie przekona. Nie zlikwidują czegoś takiego, bo jak nie z Anglii, to dojdzie z Rosji, gdzie jest tego ogrom, i tam nikt w regulacje tego się bawić nie będzie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Dokładnie kolego tymku. Kary na nikogo nie podziałają. Wyobraźcie sobie, to tak jakby widowiskowo dawać jeden mandat rocznie w Polsce za szybką jazdę  ;) A tymczasem, mimo że wszędzie mnóstwo jest radarów i panów z drogówki, przekraczanie prędkości nadal jest nagminne. W przypadku piractwa internetowego sprawa jest prostsza, ponieważ wystarczy wymyślić odpowiedni sposób dystrybucji usług i będzie po problemie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Celem nie jest i nie powinno być to, żeby ukarać możliwie wiele osób, lecz ograniczenie procederu. Właśnie dlatego w miejscach szczególnie niebezpiecznych 50-100 metrów przed radarem niemal zawsze stoi wielka tablica "kontrola radarowa". Celem nie jest karanie, tylko prewencja.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja uważam że kary jednak podziałają na wielu. Wiesz dlaczego nie wyjdę zaraz z pracy i nie ukradnę jakiejś fajnej bryki ustawionej na parkingu ? Nie dlatego, że nie chciałbym sobie pojeździć jakimś pięknym autkiem, ale dlatego że mam świadomość że to jest kradzież, że złapie mnie policja i pójdę za to siedzieć.

Łatwiej coś sobie wziąć za darmo, ale trzeba się liczyć z konsekwencjami. Ludzie nie przejmują się konsekwencjami piractwa, ponieważ za mało osób za to dostało po paluchach. Za mała wykrywalność sprawców i za niskie kary/karalność. To trzeba zmienić.

 

W przypadku piractwa internetowego sprawa jest prostsza, ponieważ wystarczy wymyślić odpowiedni sposób dystrybucji usług i będzie po problemie.

Jaki chcesz wymyślić sposób dystrybucji ? Nawet jakby ludzie dostawali grę do domu i ktoś im ją instalował i pokazywał jak w nią najlepiej grać - za normalną cenę gry - to ludzie i tak wolą ją ściągnąć za darmo. "Coś co nie jest zabronione - jest dozwolone !!" - ludzie się na tym prawie opierają od wieków. Taka ich natura. A że grożenie palcem nie pomaga, trzeba ich ścigać po sądach i powoli (ale jednak) zmieniać ich mentalność.

 

PS. Wiem, że moje podejście jest idealistyczne, ale ktoś takie musi mieć. Mój kolega zawsze mi mówi "pacyfizm to utopia, bo ludzie się i tak mordują itp..". Wystarczy żeby każdy uwierzył w to że coś można zdziałać i będzie nam wszystkim lepiej. Normalniej ?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Kradzież własności intelektualnej to trochę bardziej złożone zagadnienie od kradzieży auta i prawdopodobnie dlatego nie do każdego dociera świadomość, że pobranie z internetu najnowszej gry jest w praktyce równoznaczne z kradzieżą samochodu. Problem jest w tym, że kradnąc auto kradniesz jedyną kopię, której odtworzenie wymaga nakładu czasu i pieniędzy. W przypadku danych wystarczy kilka kliknięć i produkujesz nowy egzemplarz. A do tego dochodzi brak zrozumienia dla drugiej strony, bo "szary Kowalski" nigdy nie zostanie okradziony z efektu własnej pracy intelektualnej, przez co nigdy nie zrozumie, że utrata zysku spowodowana pobraniem pirackiej kopii także jest pozbawieniem kogoś należnych mu pieniędzy. Niektórym po prostu ciężko jest to sobie wyobrazić.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Celem nie jest i nie powinno być to, żeby ukarać możliwie wiele osób, lecz ograniczenie procederu.

 

Otóż to! Dlatego koncerny powinny rozważyć jakieś realne rozwiązanie. Co nam przyjdzie z idealistycznego podejścia, skoro firmy nadal będą ponosić straty?

 

Jeśli chodzi o kontrole drogowe to przecież nie chodziło mi o to, że nie spełniają swojego zadania, ale dałem przykład co by się działo gdyby występowały one z częstotliwością spraw sądowych przeciwko piratom. Gdyby chcieć przenieść system z dróg do internetu, trzeba by kontrolować niemal każdego, a osoby posiadające/pobierające nielegalne oprogramowanie karać grzywną pieniężną i wtedy faktycznie prewencja dała by efekty. Ale coś takiego jest nierealne do zrealizowania. Przynajmniej na razie.

 

Kradzież własności intelektualnej to trochę bardziej złożone zagadnienie od kradzieży auta i prawdopodobnie dlatego nie do każdego dociera świadomość, że pobranie z internetu najnowszej gry jest w praktyce równoznaczne z kradzieżą samochodu. Problem jest w tym, że kradnąc auto kradniesz jedyną kopię, której odtworzenie wymaga nakładu czasu i pieniędzy. W przypadku danych wystarczy kilka kliknięć i produkujesz nowy egzemplarz. A do tego dochodzi brak zrozumienia dla drugiej strony, bo "szary Kowalski" nigdy nie zostanie okradziony z efektu własnej pracy intelektualnej, przez co nigdy nie zrozumie, że utrata zysku spowodowana pobraniem pirackiej kopii także jest pozbawieniem kogoś należnych mu pieniędzy. Niektórym po prostu ciężko jest to sobie wyobrazić.

 

Kolejne argumenty do moich poprzednich wypowiedzi i coś co mógłbym ci thibrisie napisać w odpowiedzi na twojego ostatniego posta, więc nie będę kopiował.

 

Jaki chcesz wymyślić sposób dystrybucji ?

 

To już nie moja sprawa. Uważam jedynie, że to jedyna sensowna droga.

 

A co do dystrybucji jaką mamy obecnie, to wcale nie uważam, że nie mogła  by ona egzystować równolegle z jakimś alternatywnym system. Kupowanie płyt z muzyką, z pudełkiem, książeczką i folią to zawsze świetna sprawa.

 

Pozdrawiam

Share this post


Link to post
Share on other sites

Otóż to! Dlatego koncerny powinny rozważyć jakieś realne rozwiązanie.

 

Po pierwsze primo: niby jakie rozwiązanie? Za przestępstwo należy karać. Niezależnie od tego, jaki daje to efekt. Myśląc w ten sposób jak Ty nie należałoby karać np. za zabójstwo w afekcie, bo przecież kara i tak nie odstraszy innych. Afekt nie wybiera.. ;)

 

Po drugie primo: na piractwie najbardziej cierpią małe firmy, nie koncerny. Więc tłumaczenie sobie "to wielki koncern, więc jak im ukradnę, to nic się nie stanie" jest bzdurne. Zauważ, że np. Electronic Arts, mimo iż na pewno rocznie powstają miliardy nielegalnych kopii ich gier, ma sie dobrze. Ale padają niewielkie firmy, jak np. Microids, które bankrutują, bo ich grę skopiowano nielegalnie milion razy.

Moim zdaniem piractwo de facto w dużej mierze wzmacnia koncerny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Może do Kowalskiego dotarłoby coś innego: przecież jeśli ściągnie daną pozycję z internetu za darmo np. grę i pogra w nią troszkę, spodoba mu się bardzo, to pewnie chciałby aby powstała kontynuacja tej gry. Ewentualnie dodatek, patch, cokolwiek. Dopóki nie pójdzie do sklepu i nie kupi oryginału - nie pokaże twórcy, że to mu się podoba, że chce więcej i nie da mu pieniędzy na dalsze prace nad czymś co tak przecież lubi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Po pierwsze primo: niby jakie rozwiązanie? Za przestępstwo należy karać. Niezależnie od tego, jaki daje to efekt. Myśląc w ten sposób jak Ty nie należałoby karać np. za zabójstwo w afekcie, bo przecież kara i tak nie odstraszy innych. Afekt nie wybiera.. ;)

 

Oczywiście, że należy. Czy ja gdzieś napisałem inaczej? Uważam jedynie, że opieranie na tym walki z piractwem nie da oczekiwanych efektów.

 

Po drugie primo: na piractwie najbardziej cierpią małe firmy, nie koncerny. Więc tłumaczenie sobie "to wielki koncern, więc jak im ukradnę, to nic się nie stanie" jest bzdurne. Zauważ, że np. Electronic Arts, mimo iż na pewno rocznie powstają miliardy nielegalnych kopii ich gier, ma sie dobrze. Ale padają niewielkie firmy, jak np. Microids, które bankrutują, bo ich grę skopiowano nielegalnie milion razy.

Moim zdaniem piractwo de facto w dużej mierze wzmacnia koncerny.

 

To mamy czekać aż kolejne firmy upadną? Powtarzam, ja nie rozważam sensu karania, a jedynie jego zasadności w kontekście walki z piractwem i prosiłbym żebyście właśnie do tego się odnosili odpowiadając na moje posty. A co do wspierania koncernów przez piractwo. Może coś w ty jest. Być może właśnie dlatego nie rewolucjonuje się dystrybucji mediów, ponieważ mogło by to chronić małe firmy przed takimi sytuacjami i gwarantwało by profity za faktycznie pobrane usługi. Rozwiązań pewnie  jest wiele. Pierwszy który przychodzi mi do głowy to zaprzęgnięcie reklamy w jakiś przemyślany sposób. Ale tak jak napisałem wcześniej: nic nie stoi przecież na przeszkodzie by użytkownik miał wybór, czy woli za produkt zapłacić i mieć spokój z reklamami, czy woli się z nimi pomęczyć nie płacąć.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Guest tymeknafali

Ja nie mogę... kolejna płowa rozmowa... masz racje mikroosie, chodzi o prewencje, ale pewne rzeczy są tak dogłębnie zakorzenione w mózgach ludzkich, że naprawdę nie sposób tego zmienić. Widzisz porównujesz ukradzenie Merca czy roweru do pliku. W moralnym mniemaniu, w pewnym sensie na pewno masz rację - bo kradzież pozostanie kradzieżą i nic tego nie zmieni. Tylko widzisz: mentalność - merca nikt nie rąbnie, bo kowalski na niego harował, bo on FAKTYCZNIE jest, stoi. A taki plik... "wszyscy to robią, więc dlaczego nie ja? Przecież to tak naprawdę nawet nie istnieje, nie mogę tego dotknąć. Traci na tym koncern? To niech dadzą ludzkie ceny na produkty!" - zmień to myślenie, zakładając że naród polski jest dosyć złośliwy i zawzięty, jak złapią jednego to na jego miejscu pojawi się 10 innych, a jak nie my to Rosjanie, co mają to totalnie w poważaniu. Tyle mojego w tym temacie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja nie mogę... kolejna płowa rozmowa... masz racje mikroosie, chodzi o prewencje, ale pewne rzeczy są tak dogłębnie zakorzenione w mózgach ludzkich, że naprawdę nie sposób tego zmienić.

Skoro Kopernikowi się udało, to przekonanie ludzi do rezygnacji z piractwa (albo chociaż do pojęcia, że okradają drugiego człowieka i nie jest to wydumany argument) to pikuś.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zauważcie też że kilkanaście lat temu na giełdach komputerowych piraciło się bez opamiętania, nikt się niczego nie bał i mogłeś kopiować cudzą pracę za free do woli. Kilka lat temu się to zmieniło. Piraci się chowają po krzakach, chowają się po mrocznych zakamarkach internetu, niektórych zamyka policja, czy płacą drakońskie kary za swoje przestępstwa - coś się zmienia na lepsze, czy tylko mi się wydaje ?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trochę tak i trochę nie. Piratów ze straganu zastąpiło po prostu P2P, bo znacznie więcej młodych osób ma dziś dostęp do netu albo chociaż jest w stanie ściągnąć kopię i nagrać dla kumpla.

Share this post


Link to post
Share on other sites

To prawda co piszesz, ale często widuję przed giełdą komputerową nagabywaczy/ciułaczy/złodziei co szepczą tu i ówdzie - "gry na pc, gry na playstation". Kiedyś oficjalnie mieli swoje stoiska, bo nikt się nie przejmował prawami autorskimi. Teraz ci "robin hódowie"* są skazani na podziemie i ostracyzm coraz większej części społeczeństwa.

Jakby ktoś chciał powiedzieć, że części społeczeństwa nie stać na gry, bo są za drogie - to uprzedzam: gry są tańsze niż komputer (a jakoś na komputer mają ci ludzie), poza tym nawet jak gra jest TANIA (15-29 zł w jakimś czasopiśmie, czy wydaniu w stylu "extra klasyka") to i tak ludzie tą grę wolą ukraść i mieć za darmo...

 

* błąd specjalny

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      W III kwartale bieżącego roku 40% energii elektrycznej wykorzystanej w Wielkiej Brytanii pochodziło ze źródeł odnawialnych, a udział paliw kopalnych – tutaj niemal wyłącznie gazu – wyniósł 39%. Pozostałe 21% zapewniły głównie elektrownie atomowe. Zatem po raz pierwszy od czasu uruchomienia pierwszej brytyjskiej elektrowni, co miało miejsce w 1882 roku, paliwa kopalne nie były głównym źródłem energii elektrycznej. Sprawdziły się więc prognozy krajowego operatora sieci przesyłowej, National Grid, że w bieżącym roku źródła odnawialne dostarczą więcej energii niż paliwa kopalne.
      Wspomniane osiągnięcie było możliwe dzięki uruchomieniu pomiędzy lipcem a wrześniem nowych farm wiatrowych. Dzięki większym, bardziej efektywnym turbinom farmy wiatrowe stają się coraz bardziej opłacalnym przedsięwzięciem, dzięki czemu przemysł ten intensywnie się rozwija.
      Jednak w tej beczce miodu znajdziemy łyżkę dziegciu. Otóż 12% energii elektrycznej wyprodukowanej na Wyspach pochodziło z biomasy. Jest to co prawda paliwo odnawialne, ale emituje węgiel do atmosfery. Co więcej, w niektórych okolicznościach emisja z biomasy może być większa niż z paliw kopalnych. Dlatego też eksperci zalecają brytyjskiemu rządowi rezygnację z elektrowni na biomasę.
      Widać zatem, że Wielka Brytania czyni wielkie postępy w odchodzeniu od paliw kopalnych. Jeszcze 10 lat temu z paliw takich pozyskiwała 80% energii.
      Dla światowej emisji węgla do atmosfery najważniejsze jest jednak to, co dzieje się w Chinach i USA. Państwo Środka ze źródeł odnawialnych pozyskuje niemal 27% swojej energii elektrycznej, a w USA odsetek ten wynosi 18%.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W brytyjskich mediach społecznościowych karierę robią zdjęcia niemal 13-kilometrowej „rzeki dzikich kwiatów” posianej na zlecenie rady miejskiej wzdłuż jeden z głównych ulic miasta Rotherham. Podobne widoki cieszą też oczy mieszkańców Nottinghamshire, Derbyshire, Sheffield, Birmingham czy Newcastle. A wszystko to zasługa niestrudzonej pracy organizacji Plantlife.
      Ekolodzy z Plantlife od 2013 roku prowadzą kampanię zachęcającą władze lokalne do zachowania bioróżnorodności i zaoszczędzenia pieniędzy. Chcą, by pozwolono rosnąć dzikim roślinom, by nie wykaszano wszędzie trawników, by dbano o różnorodność. Plantlife szczególną uwagę zwraca na pobocza dróg. Organizacja alarmuje, że w czasie krótszym niż 100 lat Wielka Brytania straciła 97% naturalnych łąk, a szczególnie ucierpiała roślinność wzdłuż dróg. Ekolodzy zachęcają władze lokalne oraz władze odpowiedzialne za utrzymanie dróg i autostrad, by kosiły mniej i rzadziej. Chcemy, by kwiaty mogły zakwitnąć, by zapylacze miały szansę je zapylić, by pojawiły się nasiona, które opadną na ziemię. Dzięki temu z roku na rok będzie coraz więcej kwiatów i będziemy cieszyli się coraz piękniejszymi widokami, apeluje Plantlife.
      Władze lokalne w niektórych miejscach dały się namówić i rozpoczęły programy pilotażowe. Nottinghamshire Conty Council poinformował, że na swoim bardzo ograniczonym programie pilotażowym, który z czasem jeszcze bardziej ograniczono, zaoszczędził 150 funtów na kosztach koszenia. Znacznie lepsze wyniki uzyskał Rotherham Borough Council, który wdrożył projekt na szerszą skalę, dzięki czemu podatnicy zaoszczędzili 23 000 funtów.
      Władze w wielu lokalizacjach przyznają, że wystarczy po prostu pozwolić roślinom rosnąć, a większość mieszkańców szybko zaczyna chwalić te decyzje. Oczywiście wzrost nie może być nieograniczony. Koszenie prowadzi się tam, gdzie jest to konieczne ze względów bezpieczeństwa, szczególnie na skrzyżowaniach.
      Projekt Plantlife i decyzje władz lokalnych chwali Pam Hunter, szefowa wydziału badawczego Brytyjskiego Towarzystwa Pszczelarskiego. Pani Hunter również jednak zwraca uwagę na kwestie bezpieczeństwa. Nie można po prostu zostawić roślin samopas. Jednak tam, gdzie to możliwe, należy pozwolić roślinom rosnąć. Przez wiele lat łąki były koszone bardzo często, co negatywnie odbiło się na różnorodności i populacji owadów. Teraz, wraz ze wzrastającą świadomością społeczeństwa, które coraz częściej popiera projekty dotyczące zachowania bioróżnorodności, jest nadzieja na odrodzenie się populacji owadów.
      Zarówno przedstawiciele Stowarzyszenia Samorządów oraz Highway England obiecali, że tam, gdzie nie wpłynie to negatywnie na widoczność, a zatem i na bezpieczeństwo, będą pozwalali roślinom rosnąć dłużej.
      Niektórzy ludzie uważają niewykoszone pobocza dróg za zaniedbane. Jednak większość kierowców uważa taki widok za przyjemny, a badania wykazały, że łąki w pobliżu dróg znacząco zmniejszają stres u kierowców. Władze lokalne reagują na zamianę opinii publicznej, biorą pod uwagę możliwe do osiągnięcia oszczędności oraz bezpieczeństwo na drogach, mówi Franziska Schrodt z University of Nottingham.
      My naukowcy wiemy obecnie więcej niż jeszcze pięć lat temu o znaczeniu przydrożnej roślinności zarówno dla bioróżnorodności jak i jej wpływie na zmniejszenie zanieczyszczenia, utrzymaniu prawidłowej struktury i zdrowia gleby czy zmniejszenie ryzyka powodzi, dodaje uczona.
      Organizacja Plantlife ma bardzo ambitne plany. Ekolodzy chcą, by wzdłuż wszystkich dróg poza obszarami zabudowanymi pozwalano łąkom rosnąć. Już obliczyli, że łączna długość miejsc, w których mogłyby istnieć dzikie łąki wynosi 500 000 kilometrów. To połowa obecnej powierzchni zajmowanej przez dzikie łąki w Wielkiej Brytanii. Pobocza dróg mają olbrzymi potencjał, stwierdzają przedstawiciele Plantlife.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Brytyjska Agencja Ochrony Środowiska uważa, że z powodu globalnego ocieplenia niektóre nadbrzeżne miejscowości w Wielkiej Brytanii może czekać przymusowa przeprowadzka. W raporcie dotyczącym długoterminowej obrony przed powodziami stwierdzono, że kraj musi przygotować się na ocieplenie dochodzące do 4 stopni powyżej epoki preindustrialnej oraz na związane z tym powodzie.
      Naukowcy, agendy rządowe oraz doradcy od dawna podkreślają, że powodzie będą największym dla Wielkiej Brytanii ryzykiem związanym ze zmianami klimatu. Zdaniem Agencji Ochrony Środowiska wydatki na ochronę przeciwpowodziową powinny zostać dwukrotnie zwiększone.
      Eksperci uważają, że w latach 2021–2065 Londyn powinien wydawać na ten cel co najmniej 1 miliard funtów rocznie. Ponadto cała planowana infrastruktura powinna być odporna na zalanie. Jednak same wały przeciwpowodziowe czy zapory nie wystarczą. Nie da się zarządzać coraz bardziej intensywnymi powodziami jedynie za pomocą coraz wyższych wałów i barier, napisała szefowa Agencji, Emma Boyd. Podkreśla ona, że przygotowywać się powinny też osoby fizyczne. Na przykład mieszkańcy, których domy już zostały zalane, powinni w ramach remontu zmienić sieć elektryczną w domu tak, by znajdowała się ona wyżej oraz zainstalować specjalne drzwi przeciwpowodziowe. Obecnie około 5 milionów mieszkańców Anglii jest narażonych na powodzie.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Masowe polowania na wieloryby, które mogły zagrozić istnieniu wielu gatunków, mogły rozpocząć się o wiele wieków wcześniej, niż się obecnie uważa. Tak przynajmniej twierdzą archeolodzy z Uppsali i Yorku, którzy na łamach European Journal of Archeology zaprezentowali wyniki swoich najnowszych badań.
      W szwedzkich muzeach można znaleźć tysiące egzemplarzy gier planszowych pochodzących z epoki żelaza. Szczegółowe badania ujawniły, że materiał większości z nich to kości wielorybów upolowanych w połowie VI wieku naszej ery. Wspomniane gry były wytwarzane według tych samych standardów i produkowano je w dużych ilościach, co oznacza, że potrzebne były stałe dostawy dużych ilości materiału. Jako, że znalezienie padłego wieloryba na brzegu nie jest rzeczą łatwą, badacze uważają, że wspomniane gry to dowód na celowe polowania na wieloryby.
      Naukowcy wykorzystali technikę spektrometrii mas, za pomocą której zbadali niewielką liczbę gier, by ustalić, z jakiego gatunku walenia pochodziły kości. Okazało się, że wszystkie przeanalizowane egzemplarze pochodziły od wala biskajskiego. To przedstawiciel rodzaju Eubalaena, którego anglojęzyczna nazwa brzmi „right whale”, gdzie „right” to ni mniej, ni więcej co „właściwy do upolowania”. Zwierzęta te były ulubionymi ofiarami wielorybników, gdyż są powolne, pływają blisko wybrzeży i zawierają tyle tłuszczu, że nie toną po zabiciu. Jak twierdzą autorzy najnowszych badań, nie tylko XVIII- i XIX-wieczni wielorybnicy masowo zabijali te zwierzęta.
      Gry planszowe z wielorybich kości pojawiają się na północy Norwegii w tym samym czasie, co wielkie hangary na łodzie i urządzenia do wytapiania tłuszczu. To najprawdopodobniej w Norwegii były wytwarzane gry, które później trafiały do Szwecji, gdzie były składane jako dary podczas ceremonii pogrzebowych.
      Początki masowych polowań na wieloryby giną w pomroce dziejów. Znane nam źródła pisane sięgają epoki Wikingów. Sagi z IX wieku opowiadają o norweskim kupcu Ottarze, goszczącym na dworze króla Alfreda Wielkiego, który często polował na wielkie wieloryby. Jednak specjaliści wątpią, czy sagi te opisują prawdziwe wydarzenia.
      Obecność tysięcy gier planszowych wykonanych w krótkim czasie z kości wali biskajskich, w połączeniu z innymi badaniami archeologicznymi, to dowód na szybko rosnącą eksploatację ekosystemu morskiego przez człowieka. Sporo też mówi o sieciach handlowych z tamtego okresu.
      Powyższe badania posłużą też do pogłębienia naszej wiedzy o wpływie człowieka na ekosystem morski oraz populację waleni. Pokazują one bowiem, że masowe polowania na wieloryby zaczęły się na setki lat wcześniej, niż sądziliśmy.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Amerykański Sąd Najwyższy jednogłośnie oświadczył, że nie wolno patentować testów medycznych, które polegają na badaniu zależności pomiędzy dawkami leków a ich efektami terapeutycznymi. Sędzia Stephen Breyer, który napisał uzasadnienie wyroku stwierdził, że prawa natury nie mogą być patentowane same w sobie lub w połączeniu z procesami składającymi się z dobrze rozumianych, standardowych, konwencjonalnych działań.
      Sporna sprawa dotyczyła interakcji pomiędzy tiopurynami a metabolitami z krwi pacjenta. Firma Prometheus Laboratories opracowała metodę, pozwalającą lekarzom na określenie bezpiecznej skuteczniej dawki tiopuryn. Po jakimś czasie nieco inną metodę opracowali lekarze z Mayo Clinic. Wówczas Prometheus pozwała klinikę o naruszenie dwóch patentów.
      Spór dotarł aż do Sądu Najwyższego.
      Sędzia Breyer stwierdził, że podstawą wynalazku Prometheusa są prawa natury, a konkretnie „związek pomiędzy koncentracją pewnych metabolitów we krwi, a prawdopodobieństwem, iż dawka tiopuryn będzie nieskuteczna bądź szkodliwa“. Sędzia zauważył, że Einstein nie mógłby opatentować swojego słynnego twierdzenia, opracowując proces, który polegałby na poinformowaniu operatorów akceleratorów cząstek, by brali pod uwagę prawo dotyczące produkcji energii z masy. Zdaniem sędziego Prometheus robi dokładnie to samo, po prostu mówi lekarzom, by zebrali dane, na podstawie których mogą określić prawdopodobieństwo pojawienia się interferencji pomiędzy metabolitami a tiopurynami.
      Sąd Najwyższy odrzucił też sugestię rządu federalnego, by wstępnie zezwolić na przyznawanie podobnych patentów, a które mogłyby być obalane jeśli udowodni się ich oczywistość.
×
×
  • Create New...