Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Genetycznie modyfikowane rośliny wydostały się na wolność. Po raz pierwszy w historii na terenie USA znaleziono dziko rosnące organizmy tego typu.

Podczas konferencji Amerykańskiego Towarzystwa Ekologicznego poinformowano, że w Północnej Dakocie znaleziono dziko rosnący transgeniczny rzepak.

Naukowcy, którzy dokonali odkrycia uważają, że przyczyną jest nieodpowiednie monitoring i kontrola upraw roślin GM.

Dotychczas w USA na tyle dobrze pilnowano tego typu upraw, że nie znajdowano dziko rosnących roślin GM, pomimo iż to właśnie ze Stanów Zjednoczonych pochodzi niemal połowa produkcji genetycznie modyfikowanych roślin. Rośliny GM na wolności znajdowano już w Kanadzie, Japonii i Wielkiej Brytanii.

Cynthia Sagers, która wraz z kolegami z University of Arkansas, odkryła wspomniany rzepak na wolności mówi, że znaleziono trzy odmiany roślin. Pierwsza z nich była zmodyfikowana tak, by być odporną na działanie herbicydu Roundup firmy Monsanto, druga została uodporniona na herbicyd Liberty firmy Bayer. Znaleziono też rośliny odporne na oba środki, co wskazuje, że doszło do rozmnażania się pomiędzy oboma wcześniej wymienionymi odmianami.

Sagers mówi, że na terenie USA mamy do czynienie z niekontrolowanym rozprzestrzenieniem się transgenicznych roślin na dużą skalę. Zwykle bowiem "roślinni uciekinierzy" znajdowani są w pobliżu upraw. Sagers znalazła je wzdłuż dróg czy przy stacjach benzynowych, w dużej odległości od pól.

Uczona zauważa też, że fakt znalezienia roślin odpornych na oba herbicydy wskazuje, iż do niekontrolowanego rozmnażania się dochodzi od wielu generacji. Jej zdaniem konieczne jest zbadanie skutków, jakie dla środowiska naturalnego mogą mieć dziko rosnące modyfikowane rośliny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I co dały te wszystkie strefy buforowe i szereg przepisów mających zabezpieczyć przed niekontrolowanym rozprzestrzenianiem się roślin GMO? Jak już ktoś kiedyś pisał na tym forum nie jesteśmy w stanie w 100% kontrolować żywych organizmów i pewnie nigdy nie będziemy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

"Jej zdaniem konieczne jest zbadanie skutków, jakie dla środowiska naturalnego mogą mieć dziko rosnące modyfikowane rośliny."

 

Tak! Teraz jak już rośliny GMO są poza naszą kontrolą, konieczne jest zbadanie skutków.

Kraj idiotów...

Share this post


Link to post
Share on other sites

I co dały te wszystkie strefy buforowe i szereg przepisów

W USA? Nie przypominam sobie. Kolejny raz udowadniasz, że nie masz zielonego pojęcia na temat, o którym starasz się coś konstruktywnego napisać. Raz za razem wygadujesz bzdury - tym razem na przykład powołujesz się na przykład GM-rzepaku (którego uprawy w UE są zabronione), podczas gdy w poprzednim wątku było o kukurydzy, zupełnie jakby to był ten sam temat. A dowodu na rzekomy duuuuży zasięg pylenia kukurydzy jak nie podawałeś, tak nie podajesz, choć proszony byłeś kilka razy...

 

Kończ Waść, wstydu oszczędź. Mnie już szkoda słów na Ciebie, więc kończę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W USA? Nie przypominam sobie. Kolejny raz udowadniasz, że nie masz zielonego pojęcia na temat, o którym starasz się coś konstruktywnego napisać. Raz za razem wygadujesz bzdury - tym razem na przykład powołujesz się na przykład GM-rzepaku (którego uprawy w UE są zabronione), podczas gdy w poprzednim wątku było o kukurydzy, zupełnie jakby to był ten sam temat. A dowodu na rzekomy duuuuży zasięg pylenia kukurydzy jak nie podawałeś, tak nie podajesz, choć proszony byłeś kilka razy...

 

Kończ Waść, wstydu oszczędź. Mnie już szkoda słów na Ciebie, więc kończę.

człowieku czy Ciebie całkiem pop*******o?! Znalazłeś sobie kozła ofiarnego, którego trzeba atakować bo nie zgadza się z Twoimi poglądami?! Zanim skomentujesz jakiś post przeczytaj ze zrozumieniem to co jest w nim napisane! Oczywiście, że piszę o rzepaku bo ten wątek jest o rzepaku! Jeśli chcesz pisać o czymś o czym pisałem w innym wątku to wypowiedz się właśnie w tamtym wątku a nie w tym "zupełnie jakby to był ten sam temat"! Pokaż mi gdzie w TYM wątku napisałem choć słowo o kukurydzy lub o UE? A skoro już wspomniałeś o wątku http://kopalniawiedzy.pl/forum/index.php/topic,16060.0.html w którym wcześniej dyskutowaliśmy i o pisaniu bzdur: gdy wykazałem jakie bzdury napisałeś dziwnie się uciszyłeś, urażona duma?

 

A co do tamtego wątku to był on o GMO a nie tylko o kukurydzy więc temat rzepaku GM również ma prawo się w nim pojawić.

 

Uczepiłeś się tego pylenia kukurydzy. Podałem dowód na krzyżowanie się kukurydzy GM z nie GM a kwestia odległości na jaką kukurydza pyli wiązała się z tym czy jest ryzyko, że do takiego krzyżowania dojdzie! Skoro wiadomo, że dochodzi do tego na dużą skalę to spór o to czy pyli na 5 m czy 5 km jest bez znaczenia.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Uczepiłeś się tego pylenia kukurydzy. Podałem dowód na krzyżowanie się kukurydzy GM z nie GM a kwestia odległości na jaką kukurydza pyli wiązała się z tym czy jest ryzyko, że do takiego krzyżowania dojdzie! Skoro wiadomo, że dochodzi do tego na dużą skalę to spór o to czy pyli na 5 m czy 5 km jest bez znaczenia. 

Wasz spór mnie nie interesuje , powiem tylko że w stanach właściciel patentu robi sprawy sądowe o kradzież technologi a ta kukurydza pyli i pyli na sąsiednie pola.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Oczywiście, że piszę o rzepaku bo ten wątek jest o rzepaku!

A mimo to uparcie gadasz o strefach buforowych, które w USA wymagane nie są. Znów wychodzi niewiedza.

gdy wykazałem jakie bzdury napisałeś dziwnie się uciszyłeś, urażona duma?

Bardzo wyraźnie napisałem, że w tamtym wątku brać udziału nie zamierzam.

Podałem dowód na krzyżowanie się kukurydzy GM z nie GM a kwestia odległości na jaką kukurydza pyli wiązała się z tym czy jest ryzyko, że do takiego krzyżowania dojdzie!

Bzdura, bo wszystko wskazuje na to, że do krzyżowania się kukurydzy dochodzi z winy rolników, a nie z winy zasięgu krzyżowania. Kierujesz zarzuty pod zły adres.

Skoro wiadomo, że dochodzi do tego na dużą skalę to spór o to czy pyli na 5 m czy 5 km jest bez znaczenia.

Wprost przeciwnie: to ma KOLOSALNE znaczenie, bo winą za błędy rolników próbujesz obarczyć naukę lub technologię, wymyślając sobie, jakoby pyłek kukurydzy był w stanie przebyć gigantyczny dystans.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Jak już ktoś kiedyś pisał na tym forum nie jesteśmy w stanie w 100% kontrolować żywych organizmów i pewnie nigdy nie będziemy.

 

Gatunków rodzimych nie trzeba kontrolować. Tyle.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Serio? Ciekawe. Zawsze miałem wrażenie, że takie np. wypełnianie przestrzeni miast betonem jest jednak formą kontroli, bo inaczej te rodzime rośliny by nam zabrały całą przestrzeń.

 

Poza tym dbanie o czystość odmian, bardzo powszechne w nowoczesnym rolnictwie, też jest formą kontroli. W innym wypadku roślinom groziłoby krzyżowanie, co z punktu widzenia rolnika mogłoby być bardzo niekorzystne. Myślę więc, że zupełnie nie masz racji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

  100 lat bez opieki człowieka i w mieście nie zostanie nawet asfalt.

  A propos roślin obcego pochodzenia to w czasach PRLu naściągano do naszych lasów i ogrodów wiele gatunków ekspansywnych roślin , z którymi nie wiadomo jaki sobie teraz poradzić. Ale to nie jest medialny temat, więc będziemy teraz co rusz zarzucani informacjami o GMO. A realne zagrożenie sobie jest i tyle...

Share this post


Link to post
Share on other sites
100 lat bez opieki człowieka i w mieście nie zostanie nawet asfalt.

A wiesz dlaczego? Ano m.in. dlatego, że rodzime chwasty ten asfalt przebiją i zniszczą.

A propos roślin obcego pochodzenia to w czasach PRLu naściągano do naszych lasów i ogrodów wiele gatunków ekspansywnych roślin , z którymi nie wiadomo jaki sobie teraz poradzić.
Tu się zgadzam, ale rośliny ekspansywne mogłyby być co najwyżej szkodliwe dla roślin rodzimych, a nie dla człowieka bezpośrednio. Gdyby całe środowisko zostało opanowane przez rośliny ekspansywne, wówczas człowiek tak naprawdę i tak by sobie prędzej czy później poradził z ich okiełznaniem w takim sensie, żeby nie zagrażały jemu bezpośrednio.

Share this post


Link to post
Share on other sites

No i właśnie o tym mówię, Douger: barszcz przecież nie stanowi jakiegoś szalonego zagrożenia dla ludzi. Dla ekosystemu w obecnej formie (i tylko w obecnej formie, bo natura sama sobie z nim poradzi i jakoś to sobie wyreguluje) jest on zagrożeniem, ale nie dla człowieka bezpośrednio, bo człowiekowi generalnie wystarczy przyciąć go sobie w okolicy własnego pola albo pobliskiej drogi, co nie jest zadaniem nie wiadomo jak ciężkim.

 

Pojęcie "trzeba kontrolować" dotyczy ściśle ludzkiej perspektywy - MY musimy kontrolować, bo NAM się wydaje, że jest zły. Tymczasem dla ekosystemu to tylko kolejny gatunek, który początkowo będzie się rozwijał jak szalony, a potem zostanie utemperowany w drodze koewolucji. Gdyby było inaczej, cała Polska byłaby pewnie perzowo-pokrzywową dżunglą, a tymczasem miejsce na różnorodność jakoś się znajduje. Weź pod uwagę, że po etapie ekspansji ewolucja zawsze przechodzi w etap sukcesji.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Niedługo po ataku na saudyjskie instalacje naftowe, który miał miejsce 14 września, Stany Zjednoczone przeprowadziły cyberatak na Iran, poinformowały dziennikarzy dwa anonimowe źródła w USA. Jeden z informatorów stwierdził, że atak miał na celu ograniczenie możliwości Teheranu w zakresie propagandowym. Miało też dojść do fizycznych uszkodzeń sprzętu, jednak brak tutaj szczegółowych danych.
      Wydaje się, że atak ten był bardziej ograniczony niż inne tego typu operacje przeciwko Iranowi, do których doszło od czerwca, kiedy to Iran zestrzelił amerykańskiego drona.
      Pentagon odmówił komentarzy. Ze względu na naszą politykę oraz z powodów bezpieczeństwa nie omawiamy operacji w cyberprzestrzeni, operacji wywiadowczych czy planistycznych, powiedziała rzecznik prasowa Pentagonu, Elissa Smith.
      Nie wiadomo, jaki skutek odniósł ten atak. Jednak działania w cyberprzestrzeni są postrzegane jako mniej prowokujące i łagodniejsze niż działania zbrojne. Można niszczyć przeciwnika bez zabijania ludzi czy wysadzania infrastruktury w powietrze. To zapewnia dodatkowe opcje, których wcześniej nie mieliśmy i mamy zamiar ich używać, mówi James Lewis, ekspert ds. cyberprzestrzeni w waszyngtońskim Center for Strategic and International Studies. Ekspert dodaje, że całkowite odstraszenie Iranu mogłoby być niemożliwe nawet za pomocą konwencjonalnych uderzeń zbrojnych.
      Wiadomo też, że Iran również aktywnie działa w cyberprzestrzeni. Hakerzy powiązani z rządem w Teheranie próbowali niedawno włamać się na konta pocztowe osób przygotowujących najbliższą kampanię prezydencką Donalda Trumpa. Iran jest też ważnym graczem na polu rozprzestrzeniania fałszych informacji na arenie międzynarodowej.
      Napięcie w tamtym regionie świata rośnie od maja ubiegłego roku, kiedy to USA wycofały się z porozumienia zawartego w 2015 roku. W jego ramach Teheran miał ograniczyć swój program nuklearny w zamian za złagodzenie sankcji gospodarczych. Podczas niedawnej konferencji prasowej prezydent Hassan Rouhani wykluczył możliwość dwustronnego porozumienia z Waszyngtonem do czasu, aż USA nie powrócą do porozumienia i nie złagodzą sankcji.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W ubiegłym tygodniu odbyła się 3-dniowa burza mózgów, w czasie której około 200 naukowców i przedstawicieli pacjentów chorujących na nowotwory dyskutowało o propozycji prezydenta Trumpa, który podczas styczniowego State of the Union zapowiedział przeznaczenie w ciągu 10 lat 500 milionów dolarów na badania nad nowotworami u dzieci. Jednym z głównych elementów planu jest utworzenie olbrzymiej bazy danych.
      Każdego roku nowotwory są diagnozowane u około 16 000 dzieci w USA. Nie wszystkie z nich przeżyją, a te, którym się to uda, często zmagają się ze skutkami ubocznymi leczenia. A gdyby wszystkie dane dotyczące takich dzieci, włącznie z datami ich urodzenia, wynikami testów genetycznych, informacjami o zażywanych lekach i wszelkimi danymi zdrowotnymi trafiły do jednej bazy danych, do której mieliby dostęp naukowcy zajmujący się badaniami nad nowotworami?
      Childhood Cancer Data Initiative (CCDI), jak taki projekt jest nazywany w National Cancer Institute (NCI), to ważna część planu zarysowanego przez prezydenta Trumpa. Mogłaby ona przynieść olbrzymie korzyści. Naukowcy mogliby dzięki niej opracować mniej szkodliwe metody leczenia czy w końcu dowiedzieć się, dlaczego u około 10% małych pacjentów chorujących na białaczkę choroba albo nie reaguje na leczenie, albo nawraca. Taka baza pomogłaby też w zwalczaniu rzadkich nowotworów, na które obecnie nie ma lekarstwa, gdyż naukowcy mogąc przeanalizować większą liczbę przypadków mogliby wyciągnąć jakieś wnioski.
      Jednak, jak zauważa szef NCI, Doug Lowy, gdyby stworzenie takiej bazy było prosto, to już byśmy ją stworzyli.
      Problem w tym, że dane medyczne dzieci i młodych dorosłych cierpiących na nowotwory są porozrzucane po wielu niekompatybilnych bazach danych. Znajdują się one m.in. w stanowych rejestrach osób cierpiących na nowotwory, bazach zawierających zsekwencjonowane genomy guzów nowotworowych, które są tworzone na potrzeby konkretnych projektów badawczych, znajdziemy je w bazie bazie Children's Oncology Group NCI, która prowadzi testy kliniczne. Wiele innych użytecznych danych pacjentów znajduje się w prywatnych praktykach lekarskich, różnych szpitalach, klinikach. Bardzo często nie są one zdigitalizowane, więc trzeba by te informacje ręcznie wprowadzić do systemów komputerowych. Osobny problem to dane z badań obrazowych, które trzeba by umieścić w takiej bazie wraz z odpowiednimi opisami i oznaczeniami. Żeby stworzyć taką jednolitą bazę trzeba  podjąć wiele decyzji dotyczących tego, jak głęboko sięgać w przeszłość. Czy na przykład, NCI powinna tworzyć profile genetyczne posiadanych przez siebie próbek guzów nowotworowych itp. itd.
      Eksperci, którzy uczestniczyli we wspomnianej burzy mózgów, zgodzili się co do tego, że w pierwszym etapie prac NCI musi stworzyć spis wszystkich istniejących baz danych i magazynów próbek. Pojawiła się też sugestia, że Instytut powinien w ciągu roku opracować sposób na połączenie pięciu największych istniejących pediatrycznych onkologicznych baz danych w jedną. Inny pomysł to wprowadzenie przez NCI numerów identyfikacyjnych pacjentów tak, by możliwe było ich śledzenie w różnych bazach. Jeszcze inny pomysł to stworzenie federalnej bazy danych badań przedklinicznych na zwierzętach, na wzór już istniejącej bazy danych badań klinicznych.
      Najbardziej jednak śmiałą propozycją było wpisanie każdego pacjenta nowotworowego do długoterminowego projektu danych populacyjnych. Niektórzy uczestnicy spotkania ostrzegali jednak przed „wynajdywaniem prochu na nowo”. Zauważyli, że istnieją już rozbudowane projekty badań populacyjnych, które obejmują wiele tysięcy ludzi. Nie ma sensu uwzględnianie w nich każdego człowieka, gdyż spowoduje to znaczące zwiększenie kosztów.
      National Cancer Institute zapowiada zebranie wszystkich pomysłów i przygotowanie podsumowania spotkania. Na razie wielką niewiadomą jest, jakie decyzje zapadną w Kongresie. Administracja prezydenta domaga się, by w budżecie na rok 2020 uwzględniono 50 milionów USD na rozpoczęcie prac nad CCDI. Kwota ta została uwzględniona w propozycji budżetowej Izby Reprezentantów, jednak Senat nie zaprezentował jeszcze projektu swojego budżetu.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Narastająca wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami ma coraz poważniejsze konsekwencje. Groźba nałożenia 25-procentowych ceł na produkty z Chin spowodowała, że wiele japońskich, amerykańskich, koreańskich i tajwańskich przedsiębiorstw opuszcza Chiny i przenosi produkcję do Azji Południowo-Wschodniej. Podobnie zaczynają postępować chińskie przedsiębiorstwa robiące interesy w USA, które przenoszą część, a czasem wszystkie swoje linie produkcyjne poza Państwo Środka.
      Chiny, największy światowy rynek elektroniki, od dawna były miejscem walki i magnesem dla zagranicznych przedsiębiorstw, które chciały skorzystać na taniej chińskiej sile roboczej. Z czasem pensje w Chinach zaczęły rosnąć, a gdy na to nałożyło się pogorszenie stosunków gospodarczych Chin i USA, firmy zaczęły coraz powszechniej opuszczać Chiny.
      Eksodus nie dotyczy jednak całości działań zagranicznych przedsiębiorstw. Większość ponadnarodowych koncernów przemieszcza poza Chiny jedynie te wydziały swoich firm, które mają związek z robieniem interesów z USA. Pozostałe wydziały i fabryki wciąż pracują, dostarczając towary na rynek chiński oraz inne rynki z wyjątkiem amerykańskiego. Zyskują na tym takie kraje jak Wietnam, Indie, Tajlandia czy Malezja, gdzie powstają fabryki obsługujące rynek USA.
      Wraz z przenoszeniem produkcji zmienia się też cały łańcuch dostaw. Dotychczas był skoncentrowany on w Chinach, jednak stopniowo rozprasza się po całej Azji Południowo-Wschodniej i do Indii. Wietnam stał się centrum intensywnej produkcji, w Malezji zagościły przedsięwzięcia związane z testowaniem i pakowaniem półprzewodników, a Indie stały się mekką dla producentów smartfonów i ich dostawców.
      Na amerykańsko-chińskim sporze handlowym wygrywa przede wszystkim Wietnam. W ubiegłym roku wartość zagranicznych inwestycji ulokowanych w tym kraju wyniosła 35,46 miliarda USD, a przemysł prywatny wytwarza już nawet 70% wietnamskiego PKB. Wietnam stosuje preferencyjne stawki podatkowe, jest członkiem WTO i TPP, a w październiku ubiegłego roku podpisał porozumienie o wolnym handlu z Unią Europejską. Ponadto firmom IT Wietnam oferuje 4-letnie zwolnienia podatkowe, a przez kolejnych 9 lat płacą one połowę normalnej stawki podatkowej. POnadto zagraniczni inwestorzy, który na własne potrzeby samodzielnie sprowadzają towary, jakich nie można kupić w Wietnamie, nie płacą ceł. Dotyczy to maszyn, pojazdów, urządzeń i wyposażenia linii produkcyjnych itp. Jakby jeszcze tego było mało, średni koszt siły roboczej w Wietnamie jest o 70% niższy niż w Chinach, niższe są też ceny ziemi. Swoją produkcję do Wietnamu przenoszą Foxcon, Compal, Liteon, Intel, LG, Lens Technology, Luxshare, Samsung czy Lumens.
      Dobrym przykładem skutków wojny celnej jest historia firmy Luxshare Precision, która dostarcza podzespołów dla Apple'a i Huawei. Już w 2016 roku firma zainwestowała 21 milionów dolarów w budowę fabryki w Wietnamie. Jej rzecznik prasowy informował, że krótkoterminowo przedsiębiorstwo jest w stanie dostarczyć towar swoim klientom bez potrzeby zmiany łańcucha dostaw, jeśli jednak spór na linii USA-Chiny będzie trwał, to w średnim i krótkim terminie firma zostanie zmuszona do przeniesienia produkcji poza Państwo Środka. Obecnie anonimowe źródła informują, że Luxshare rozważa zwiększenie możliwości produkcyjnych swojej wietnamskiej fabryki.
      Firmy uciekają też z Chin do Malezji. W latach 2017–2018 chińscy producenci półprzewodników Suzhou Good-Ark, Tongfu Microelectronics i Huatian Technology przejmowali kolejne malezyjskie zakłady testowania i pakowania półprzewodników. Fabryki w Malezji budują już Intel, Infineon, ASE i ST. Inwestują tam też Samsung, Jinjing Science & Technology i OSRAM. Rząd Malezji już w 2010 roku wprowadził liczne ułatwienia dla zagranicznych inwestorów.
      Inny przykład to Indie, które zwiększają produkcję smartfonów w obliczu osłabienia rynku tych urządzeń. Produkcja smartfonów w Indiach rośnie, a rząd zwiększa cła na sprowadzane telefony, co jest dodatkowym impulsem do lokowania produkcji w Indiach. Swoje urządzenia wytwarzają już tam Xiaomi, Huawei, OPPO czy Vivo, a ich dostawcy, tacy jak Yington Telecommunication, Holitech, Everwin Precision i inni podążają za klientami. Indyjska siła robocza jest tańsza niż chińska, a do budowy nowych fabryk w Indiach dodatkowo zachęca fakt, że te istniejące rzadko spełniają standardy oferowane przez chińskie fabryki, zatem bardziej opłaca się kupno ziemi i wybudowanie nowej fabryki niż przejmowanie już istniejącej.
      Wietnam, Malezja i Indie to główne kierunki migracji firm z Chin. Część z nich przenosi1 też produkcję do Tajlandii, Indonezji, na Filipiny, a nawet do USA i Meksyku. Wiele międzynarodowych koncernów unika koncentrowania zbyt dużych mocy produkcyjnych w jednym kraju. W obliczu ostatnich zawirowań politycznych uznają bowiem, że bardziej zdecentralizowane operacje są bezpieczniejsze i bardziej odporne na kryzysy polityczne.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Podczas tworzenia mapy struktur geologicznych pod dnem oceanu u północno-wschodnich wybrzeży USA naukowcy dokonali zaskakującego odkrycia. Zauważyli gigantyczne pokłady relatywnie słodkiej wody uwięzionej w porowatych osadach pod dnem oceanicznym. Wydaje się, że to największy taki zbiornik na świecie. Rozciąga się on pomiędzy Massachusetts po New Jersey. Gdyby zbiornik znajdował się na lądzie, utworzyłby jezioro o powierzchni około 39 000 kilometrów kwadratowych. Badania sugerują, że tego typu zbiorników może być znacznie więcej, a to dobra wiadomość dla świata, w którym coraz częściej mamy do czynienia z niedoborami wody pitnej.
      Wiedzieliśmy, że w izolowanych miejscach pod dnem uwięziona jest woda pitna. Nie znaliśmy jednak rozmiarów złóż. Mogą się one okazać niezwykle cenne w wielu cierpiących na niedobory wody częściach planety, mówi główna autorka badań, doktorantka Chloe Gustafson z Columbia University.
      Pierwsze wskazówki, że pod dnem jest słodka woda, pojawiły się w latach 70. kiedy firmy poszukujące ropy naftowej czasami trafiały na wodę pitną. Od tamtej pory naukowcy zastanawiali się, czy mamy do czynienia z izolowanymi kieszeniami z wodą, czy też z czymś większym.
      Przed 20 laty współautor obecnych badań, Kerry Key, rozpoczął w firmami naftowymi współpracę przy rozwoju technologii elektromagnetycznego obrazowania struktur pod dnem morskim. Przed kilku laty uczony zaczął się zastanawiać, czy nie można tej technologii zmodyfikować tak, by poszukiwać za jej pomocą słodkiej wody.
      Niedawno przeprowadzone badania i pomiary pól elektromagnetycznych. Wykorzystano przy tym wiatr słoneczny, wyładowania atmosferyczne oraz fakt, że słona woda jest lepszym przewodnikiem fal elektromagnetycznych niż woda słodka. Analizy wykazały, że mamy do czynienia z bardziej lub mniej ciągłym złożem słodkiej wody, rozciągającym się na odległość nawet 120 kilometrów i znajdujących się średnio na głębokości 180 metrów pod dnem, a głębokość zbiornika wynosi również około 180 metrów. Znajduje się tam około 2800 km3 słodkiej wody.
      Naukowcy przypuszczają, że zbiornik mógł powstać pod koniec ostatniej epoki lodowej, gdy roztapiały się lodowce. Poziom oceanów był wówczas znacznie niższy, osady niesione przez roztapiające się słodkie wody uformowały potężne delty rzeczne i uwięziły pod sobą wodę. Ponadto nowe badania sugerują, że zbiornik może być nadal zasilany przez wody opadowe. Wskazuje na to fakt, że woda w zbiorniku jest bardziej słodka bliżej brzegów, a bardziej słona w głąb oceanu. To sugeruje, że powoli dochodzi do mieszania się wody pitnej z wodą oceanu.
      Jeśli ludzie chcieliby wykorzystywać wodę z tego zbiornika, to do większości zastosowań musiałaby ona zostać poddana procesowi odsalania. Byłby on jednak mniej kosztowny niż odsalanie wody morskiej. Prawdopodobnie nie będziemy potrzebowali tej wody, jeśli jednak podobne zbiorniki występują w innych regionach świata, mogą tam stać się ważnym źródłem wody pitnej, mówią naukowcy. Takie regiony to np. Kalifornia, Australia, Środkowy Wschód czy Sahara.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Amerykańska prasa donosi, że Stany Zjednoczone przeprowadziły cyberatak na irańskie systemy kontroli i wystrzeliwania rakiet. Był to odwet za zestrzelenie amerykańskiego drona. Za atak odpowiedzialna była US Cyber Command, nikt w nim fizycznie nie ucierpiał, a sam atak uznano za bardzo udany. Oczywiście wszystko to są informacje nieoficjalne. Oficjalnie wiceprezydent Mike Pance odświadczył, że administracja nigdy nie komentuje tajnych operacji.
      Jak dowiedzieli się reporterzy The New York Times i Washington Post, atak był przygotowywany od wielu tygodni, a może nawet od miesięcy. Zestrzelenia drona przyspieszyło decyzję o jego przeprowadzeniu.
      Jak pamiętamy, Iran zestrzelił amerykańskiego drona twierdząc, że naruszył on irańską przestrzeń powietrzną. USA twierdzą, że działanie Teheranu było bezprawne, gdyż dron nie wleciał w przestrzeń powietrzną Iranu. Prezydent Trump wyraził swoje oburzenie, a później poinformował, że rozkazał bombardowania celów w Iranie, jednak w ostatniej chwili odwołał rozkaz. Nie wiemy, oczywiście, czy wydarzenie takie miało miejsce, czy też Biały Dom blefuje w ramach strategii negocjacyjnej.
      Wracając do amerykańskiego cyberataku, nie wiemy, w jaki sposób został on przeprowadzony, jakimi siłami, co dokładnie było jego celem i jakie były jego rezultaty. Jednak widzimy tutaj jasny przykład na coraz większe zacieranie się granic pomiędzy wojną konwencjonalną a wojną w cyberprzestrzeni. Warto tutaj przypomnieć, że w ubiegłym miesiącu Izrael przeprowadził atak rakietowy na budynek w Strefie Gazy, z którego – jak poinformował Tel Awiw – członkowie Hamasu prowadzili cyberatak przeciwko Izraelowi.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...