Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Google ustępuje w sprawie książek

Recommended Posts

Google oświadczyło, że nie będzie skanowało i publikowało w sieci żadnych książek europejskich autorów, które są wciąż sprzedawane. W ten sposób wyszukiwarkowy gigant częściowo uwzględnił zastrzeżenia autorów i wydawców ze Starego Kontynentu, którym nie podobało się, że dzieła takie mają być dostępne w cyfrowej bibliotece Google'a bez pytania o zdanie właścicieli praw do nich. Książki takie mogą trafić do biblioteki Google'a o ile ich autor sobie tego zażyczy.

Przypomnijmy, że Google zawarł z amerykańskimi wydawcami umowę, na podstawie której firma będzie skanowała i udostępniała w Sieci dzieła, do których autorskie prawa majątkowe wygasły, które nie są już drukowane lub też dzieła osierocone, w przypadku których właścicieli praw jest trudno ustalić. Początkowo koncern próbował objąć tą umową wszystkie dzieła znajdujące się w amerykańskich bibliotekach. To wywołało sprzeciw europejskich posiadaczy praw autorskich, których książki nie są już wydawane lub też nigdy nie były wydawane w Stanach Zjednoczonych. 

Google obiecał też, że w radzie zarządzającej Books Rights Registry zasiądą dwie osoby spoza USA, a ich głównym zadaniem będzie ustalanie właścicieli praw autorskich i dopilnowanie, by otrzymywali wynagrodzenie od Google'a. Ocenia się, że w europejskich bibliotekach książki osierocone oraz dłużej niewydawane stanowią około 90% zbiorów. Jednak w Europie prawo autorskie jest bardziej restrykcyjne niż w USA. Ponadto w UE nie obowiązuje jednolite prawo, przez co podpisanie przez Google'a umowy z europejskimi wydawcami jest niezwykle trudne.

Books Rights Registry będzie zarabiał na sprzedaży samych książek lub też z reklam. Zarobione pieniądze będą dzielone w stosunku 63:37. Większość otrzymają właściciele praw autorskich.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Całe szczęście, bo nie mogli (teoretycznie) inaczej postąpić. Co ciekawe wcześniej mieli dzielić się 70:30.

 

do których prawa autorskie wygasły

 

Chodzi tutaj raczej o majątkowe prawa autorskie, bo prawo do autorstwa (osobiste p.a.) nie wygasa i jest niezbywalne.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Google oświadczyło, że nie będzie skanowało i publikowało w sieci żadnych książek europejskich autorów, które są wciąż sprzedawane.

A co z książkami sprzedawanymi na rynku wtórnym ? Kto kupi od drugiej osoby dzieła zebrane xxx, jeśli będzie mógł je za free ściągnąć z google`a ? Jest to mniejsze zło niż brak dostępu do przeróżnej wiedzy, ale jednak ktoś na tym ucierpi...

 

Google obiecał też, że w radzie zarządzającej Books Rights Registry zasiądą dwie osoby spoza USA, a ich głównym zadaniem będzie ustalanie właścicieli praw autorskich i dopilnowanie, by otrzymywali wynagrodzenie od Google'a.

Aż dwie osoby będą to ustalać ? Mamy kryzys panowie - bez przerostu biurokracji proszę... :/

Share this post


Link to post
Share on other sites
A co z książkami sprzedawanymi na rynku wtórnym ? Kto kupi od drugiej osoby dzieła zebrane xxx, jeśli będzie mógł je za free ściągnąć z google`a ?

W zasadzie nie jest to bardziej nieuczciwe od samego prowadzenia antykwariatów. Bo w zasadzie jakim prawem ktoś ma zarabiać (lub choćby niwelować własne wydatki) na książce, której sam nie napisał? Akurat w tej kwestii nie mam nic przeciwko polityce Google'a.

Share this post


Link to post
Share on other sites

:/ Czyli nie podoba Ci się też odsprzedawanie aut, domów, filmów, pralek i cały handel wtórny ?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie. Powiedziałem tylko (choć być może niedostatecznie wprost, za co przepraszam), że nie uważam pomysłu Google'a w jego obecnej postaci za nic bardziej nieuczciwego od prowadzenia antykwariatu. A skoro społeczeństwo akceptuje istnienie antykwariatów, to i Google powinien mieć prawo wdrożyć swój pomysł.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ja też przepraszam za brak jednoznaczności - ale nie pisałem o antykwariatach, a o zwykłych ludziach, którzy pewnego dnia postanawiają wyprzątnąć swoją biblioteczkę/strych dziadka czy gdzie tam były książki. Wiadomo (i celowo to pomijam:P) że Ci którzy chcą/potrzebują papieru nadal będą kupować papierowe egzemplarze, ale reszta looknie pierw czy nie ma czasem za free na google`u. Nie mam nic przeciwko pomysłowi Google`a, ale szukam dziury w całym tak dla draki ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

W zasadzie nie jest to bardziej nieuczciwe od samego prowadzenia antykwariatów. Bo w zasadzie jakim prawem ktoś ma zarabiać (lub choćby niwelować własne wydatki) na książce, której sam nie napisał? Akurat w tej kwestii nie mam nic przeciwko polityce Google'a.

Wydawca zapłacił już autorowi zgodnie z umową prawa autorskie do wydania X egzemplarzy. W związku z tym każdy ma prawo nabyć tak wydaną książkę. Czym innym jest kradzież praw autorskich i publikacja bez zgody autora w internecie. Pragnę zauważyć iż każda umowa o prawa autorskie dotyczy określonych pól eksploatacji i tylko na tych polach licencjobiorca może eksploatować dane dzieło. Jeśli umowa dotyczy wydania 10 tys egzemplarzy książki to wydawca nie ma możliwości dodatkowo publikować jej w częściach w gazecie czy wydać ją w wersji ebook. W Polskim prawie autorskim istnieje domniemanie iż eksploatacja może dotyczyć tylko tych pól, które są wymienione w umowie sporządzonej pisemnie. Jeśli na przykład więc, ktoś zgodzi się ustnie na wykorzystanie materiału filmowego do stworzenia np. klipu muzycznego, to muzycy nie mogą promować siebie teledyskiem bez pisemnej zgody autora. Poza tym taka umowa musi uwzględniać wyraźnie wskazane pola eksploatacji: internet, telewizja, koncerty.

Jeśli jakiś zespół lub artysta che wykorzystać poezję znanego autora co do dzieł, które objęte są ochroną prawną (70 od śmierci autora) to bez zgody nie mogą wykorzystywać tego do jakichkolwiek celów poza użytkiem prywatnym.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I właśnie o tym mówię. To, co chce teraz zrobić Google, jest porównywalne do działalności antykwariatów. A skoro antykwariaty są społecznie akceptowane (przynajmniej tak mi się wydaje), to nie widzę powodu, by uznać za naganne publikowanie przez Google'a dzieł, których już teraz prawa autorskie nie chronią.

Share this post


Link to post
Share on other sites

I właśnie o tym mówię. To, co chce teraz zrobić Google, jest porównywalne do działalności antykwariatów. A skoro antykwariaty są społecznie akceptowane (przynajmniej tak mi się wydaje), to nie widzę powodu, by uznać za naganne publikowanie przez Google'a dzieł, których już teraz prawa autorskie nie chronią.

Ja odnoszę wrażenie, że thibris miał na myśli osoby ODsprzedające książki np. na allegro... tyle, że to jest właśnie szukanie dziury w całym - zawsze znajdzie się ktoś, kto do szczęścia potrzebuje papier, często są to książki już niedostępne w księgarniach. Znam osobnika, który właśnie do szczęścia potrzebuje papieru - "żeby się fajnie na półce prezentowało".

 

Ps. ja kupując książki/gry na rynku wtórnym mam nadzieję, że choć pośrednio wspieram twórców, w końcu być może osoba, od której dane dzieło kupiłem przeznaczy kasę na zakup kolejnego utworu/samochodu/whatever...

 

 

Bardzo ciekawie przedstawił problem Iroquai, choć wolał bym aby w sytuacji wykorzystania innego kanału dystrybucji został po prostu dodany zapis "oraz % od zysku z innych kanałów".

Share this post


Link to post
Share on other sites

A czy to ważne, czy sprzedaje antykwariat, czy osoba prywatna? Rynek wtórny to rynek wtórny - ludzie nie mają nic przeciwko jego funkcjonowaniu, a przynajmniej na pewno ja nic nie mam. Niby z punktu widzenia konkretnego egzemplarza nie ma różnicy pomiędzy piractwem a zakupem używanego (w końcu wydawca i tak nie dostaje ani grosza), ale bardziej mi się podoba odsprzedawanie sobie oryginałów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Różnica pomiędzy piractwem o zakupem używanego jest ogromna. Zauważ że od Google`a będzie można ssać nieskończenie wielką liczbę egzemplarzy danego dzieła - co prawdopodobnie wysyci rynek. Rynek wtórny jest ograniczony i gdy popyt będzie większy niż podaż, jest szansa na to że właściciele praw autorskich zrobią jakąś reedycję, dzięki czemu będą zdobywać pieniądze za swoje dzieło.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Rynek wtórny jest ograniczony i gdy popyt będzie większy niż podaż, jest szansa na to że właściciele praw autorskich zrobią jakąś reedycję, dzięki czemu będą zdobywać pieniądze za swoje dzieło.

Oczywiście - doczekasz się reedycji jakiejś Rosamundy Pilcher, czy harlequina ale znajdź w księgarni Liebermana http://www.gandalf.com.pl/b/postaw-na-swoim/ <- gdzie nie popatrzeć "produkt niedostępny", no chyba że na allegro za śmieszne pieniądze (ja kupiłem za 10zł z transportem, raz czytaną)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ale szansa na reedycję nadal jest. Nie wiem jak się to odbywa - czy wydawnictwo dostaje listy z prośbami o wznowienie czy samo bada rynek. Ważne, że ponowne wydania się zdarzają i właściciel praw autorskich (często będzie to autor) dostaje za to pieniążki. Z Google`a kto je dostanie ?

Share this post


Link to post
Share on other sites

dostaje za to pieniążki. Z Google`a kto je dostanie ?

Współczuję, stopa nadal boli? Co z tymi wszystkimi studentami, którzy zamiast tych pięknych drogich książek kupować je kserują... przecież oni OKRADAJĄ wydawcę tak, że nawet google się kryje, ale student to taki lepszy (biedny) człowiek, któremu kali zawsze pozwala na więcej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stopa ? Mylisz mnie z kimś, czy z czymś innym moją stopę ? Ewentualnie nie dojrzałem dowcipu/aluzji ;)

A na studiach osobiście miałem w sprawie książek bardzo dobrą sytuację - kto chciał miał, kto nie chciał, nie miał. Ja nie miałem - pożyczałem, albo się obchodziłem bez nich. Takie życie.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Stopa ? Mylisz mnie z kimś, czy z czymś innym moją stopę ? Ewentualnie nie dojrzałem dowcipu/aluzji ;)

Ja nie miałem - pożyczałem, albo się obchodziłem bez nich. Takie życie.

stopa od strzału w stopę. Czyli pożyczając też okradałeś wydawców tak samo jak "robi to" google <- teraz to już było totalne czepialstwo z mojej strony

Share this post


Link to post
Share on other sites

A w jaki sposób połączyłeś pożyczanie z kradzieżą ? Czy jak pożyczę od Ciebie 100zł, to wyjdzie na to że okradam Bank Centralny czy jak ? Przecież nie robię drugiej kopii "produktu", nie jest on też używany przez wiele osób naraz... Nie rozumiem Twojej logiki, ale może to przez to że Twoja krwawiąca stopa rozprasza moją uwagę ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Przed sądem federalnym w San Jose złożono pozew zbiorowy przeciwko Google'owi. Autorzy pozwu oskarżają wyszukiwarkowego giganta o to, że zbiera informacje o internautach mimo iż używają oni trybu prywatnego przeglądarki. Uważają, że Google powinien zapłacić co najmniej 5 miliardów dolarów grzywny.
      Zdaniem autorów pozwu problem dotyczy milionów osób, a za każde naruszenie odpowiednich ustaw federalnych oraz stanowych koncern powinien zapłacić co najmniej 5000 USD użytkownikowi, którego prawa zostały naruszone.
      W pozwie czytamy, że Google zbiera dane za pomocą Google Analytics, Google Ad Managera i innych aplikacji oraz dodatków, niezależnie od tego, czy użytkownik klikał na reklamy Google'a. Google nie może w sposóby skryty i nieautoryzowany gromadzić danych na temat każdego Amerykanina, który posiada komputer lub telefon, piszą autorzy pozwu.
      Do zarzutów odniósł się Jose Castaneda, rzecznik prasowy koncernu. Za każdym razem, gdy użytkownik uruchamia przeglądarkę w trybie prywatnym, jest jasno informowany, że przeglądane witryny mogą śledzić jego poczynania, stwierdził.
      Specjaliści ds. bezpieczeństwa od dawna zwracają uwagę, że użytkownicy uznają tryb prywatny za całkowicie zabezpieczony przez śledzeniem, jednak w rzeczywistości takie firmy jak Google są w stanie nadal zbierać dane o użytkowniku i, łącząc je z danymi z publicznego trybu surfowania, doprecyzowywać informacje na temat internautów.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Google podsumowało jedną z najbardziej długotrwałych wojen, jaką stoczyło ze szkodliwym oprogramowaniem. W ciągu ostatnich trzech lat firma usunęła ponad 1700 aplikacji zarażonych różnymi odmianami szkodliwego kodu o nazwie Bread (Joker).
      Jego twórcy byli wyjątkowo uparci. Zwykle autorzy szkodliwego kodu przestają go wgrywać do Play Store gdy tylko zostanie on wykryty przez Google'a. Przestępcy stojący za Bread'em nie poddali się tak łatwo. Działali przez ponad trzy lata i co tydzień przygotowywali nową wersję szkodliwego kodu.
      Przez te trzy lata stosowali tę samą technikę – wprowadzali w kodzie serię niewielkich zmian, licząc na to, że uda się oszukać stosowane przez Google'a mechanizmy obronne. Zwykle się nie udawało, ale czasami przestępcy odnosili sukces. Na przykład we wrześniu ubiegłego roku ekspert ds. bezpieczeństwa, Aleksejs Kurpins znalazł w Play Store 24 różne aplikacje zarażone Jokerem. W październiku inny ekspert znalazł kolejną aplikację, a kilka dni później Trend Micro poinformował o odkryciu kolejnych 29 kolejnych zarażonych programów. Później znajdowano kolejne, w tym arkusze kalkulacyjne Google Docs.
      Jednak w większości wypadków mechanizmy Google'a działały dobrze i zablokowały ponad 1700 aplikacji, które miały zostać umieszczone w Play Store. Jak dowiadujemy się z wpisu na oficjalnym blogu, w pewnym momencie hakerzy użyli niemal każdej znanej techniki, by ukryć kod. Zwykle przestępcy posługiwali się jednorazowo 3–4 wariantami szkodliwego kodu. Jednak pewnego dnia próbowali wgrać aplikacja zarażone w sumie 23 odmianami kodu.
      Najbardziej skuteczną techniką zastosowaną przez twórców szkodliwego kodu było wgranie najpierw czystej aplikacji do Play Store, a następnie rozbudowywanie jej za pomocą aktualizacji zawierających już szkodliwy kod. Przestępcy nie ograniczali się jedynie do tego. Umieszczali na YouTube filmy z recenzjami, które miały zachęcić internautów do instalowania szkodliwych aplikacji.
      Jak informuje Google, twórcy Breada działali dla korzyści finansowych. Pierwsze wersje ich szkodliwego kodu miały za zadanie wysyłać SMS-y premium, z których przestępcy czerpali korzyści. Gdy Google zaostrzył reguły dotyczące korzystania przez androidowe aplikacje z SMS-ów, przestępcy przerzucili się na WAP fraud. Telefon ofiary łączył się za pomocą protokołu WAP i dokonywał opłat, którymi obciążany był rachunek telefoniczny. Ten typ ataku był popularny na na przełomie pierwszego i drugiego dziesięciolecia bieżącego wieku. Później praktycznie przestał być stosowany. Nagle, w roku 2017, wystąpił prawdziwy wysyp szkodliwego kodu, który znowu korzystał z tej techniki. Jak twierdzi Google, twórcy Breada byli najbardziej upartą i wytrwałą grupą przestępczą, która używała WAP fraud.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Francuski urząd ds. konkurencji nałożył na Google'a grzywnę w wysokości 150 milionów euro. Koncern został ukarany za zachowania antykonkurencyjne oraz niejasne zasady Google Ads.
      Google naruszył swoją dominującą pozycję na rynku reklamy w wyszukiwarkach poprzez niejasne i trudne do zrozumienia zasady korzystania z platformy Google Ads oraz zastosowanie ich w sposób nieuczciwy i przypadkowy, stwierdzili urzędnicy. Na amerykańską firmę nałożono obowiązek wyjaśnienia zasad działania Google Ads i właściwego uzyskania zgody użytkowników na prezentowanie im spersonalizowanych reklam. Firma ma również przedstawić jasne procedury zawieszania kont oraz opracować procedury informowania, zapobiegania, wykrywania i postępowania w razie wykrycia naruszenia regulaminu Google Ads.
      Przedstawiciele koncernu zapowiedzieli, że odwołają się od decyzji.
      Wiele europejskich krajów bacznie przygląda się działalności amerykańskich gigantów IT. Firmy takie jak Google, Facebook, Apple czy Amazon są wielokrotnie krytykowane za płacenie zbyt niskich podatków. Nie dalej jak we wrześniu bieżącego roku Google porozumiał się z władzami Francji i zgodził się zapłacić niemal miliard euro grzywny w ramach ugody w sprawie do oszustwa podatkowe. Z kolei w styczniu bieżącego roku francuski urząd odpowiedzialny za ochronę danych ukarał koncern grzywną w wysokości 50 milionów euro za naruszenie europejskich przepisów dotyczących prywatności.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Prokuratorzy generalni 48 amerykańskich stanów, Dystryktu Kolumbii oraz Puerto Rico dołączyli do śledztwa w sprawie możliwego naruszenia przepisów antymonopolowych przez Google'a, oświadczył lider grupy, Ken Paxton, prokurator generalny stanu Teksas. W śledztwie nie biorą udziału prokuratorzy Kalifornii i Alabamy.
      Gdy nie ma już wolnego rynku lub konkurencji, dochodzi do wzrostu cen, nawet jeśli coś jest reklamowane jako darmowe, a to szkodzi konsumentom, mówi prokurator generalna Florydy, Ashley Moody. Czy coś jest naprawdę bezpłatne, jeśli oddajemy za to coraz więcej informacji osobistych. Czy coś jest naprawdę wolne, jeśli ceny reklamy internetowej idą w górę, bo są pod kontrolą jednej firmy?.
      Śledztwo w sprawie postępowania Gooogle'a nie jest jedynym, jakie ostatnio rozpoczęło się w USA w sprawie gigantów rynku IT. Kilka dni wcześniej prokuratorzy generalni siedmiu stanów oraz Dystryktu Kolumbii rozpoczęli, pod przewodnictwem prokurator generalnej stanu Nowy Jork, Letitii James, śledztwo w sprawie działań Facebooka. Niewykluczone, że oba śledztwa będą koordynowane.
      Po ogłoszeniu decyzji prokuratorów akcje konglomeratu Alphabet, którego Google jest najważniejszą częścią, spadły o 0,9%. Rzecznik prasowy Google'a poinformował, że firma otrzymała z Departamentu Sprawiedliwości prośbę o informację na temat swoich praktyk biznesowych. Spodziewamy się, że podobne pytania będą zadawali prokuratorzy, przyznał rzecznik.
      Śledztwo rozpoczęte przez poszczególne stany to kolejny problem dla obu koncernów, które już borykają się ze śledztwami federalnymi.
      W lipcu Federalna Komisja Handlu (FTC) zatwierdziła ugodę z Facebookiem w ramach której gigant ma zapłacić rekordowe 5 miliardów dolarów grzywny oraz wypełnić szereg zaleceń nałożonych przez FTC. serwis społecznościowy zapłacił też 100 milionów dolarów grzywny w ramach ugody z Komisją Giełd (SEC).
      Z kolei Departament Sprawiedliwości prowadzi własne śledztwo przeciwko Google'owi. Prokuratorzy generalni oświadczyli zaś, że ich śledztwo będzie prowadzone niezależnie od śledztw federalnych organów władzy.
      Dotychczas akcje podejmowane przez władze federalne przeciwko Facebookowi czy Google'owi niczego nie zmieniały. Firmy płaciły spore grzywny, które jednak stanowiły niewielką część ich rocznych przychodów.
      Śledztwo antymonopolowe prowadzone przez prokuratorów stanowych ma inną wagę, niż śledztwa ws. prywatności, które dotychczas prowadziły władze federalne. Jeśli bowiem okaże się, że Facebook czy Google naruszyły przepisy antymonopolowe, można im nakazać zmiany algorytmów na bardziej przyjazne dla konkurencji czy nawet doprowadzić do podziału firmy.
      Doug Peterson, prokurator generalny Nebraski, mówi, że będzie współpracował zarówno z Departamentem Sprawiedliwości, jak i z władzami innych krajów. Bardzo znaczący jest fakt, że śledztwa w tej sprawie są też prowadzone w Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii, Francji i Australii, stwierdza.
      Nie można też wykluczyć, że śledztwa przeciwko Google'owi i Facebookowi zostaną rozszerzone na Apple'a i Amazona.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Już około 350 pracowników Google'a podpisało się pod listem otwartym, w którym domagają się, by ich firma zaprzestała prac nad Project Dragonfly. To ocenzurowana wersja wyszukiwarki, która może zostać wdrożona w Chinach.
      O istnieniu projektu media poinformowały w sierpniu. Wówczas dyrektor wykonawczy Google'a, Sundar Pichai, stwierdził, że jego firma w najbliższym czasie nie będzie uruchamiała wyszukiwarki w Chinach. Nie wykluczył jednak, że stanie się to w przyszłości.
      Warto przypomnieć, że w 2010 roku Google wycofało się z Chin właśnie ze względu na cenzurę.
      Wielu z nas podjęło się pracy w Google'u mając na względzie wartości tej firmy, w tym jej poprzednie stanowisko wobec chińskiej cenzury i śledzenia internautów. Rozumieliśmy, że Google to firma, która przedkłada wartości nad zyski, napisali protestujący pracownicy. W naszym proteście przeciwko Dragonfly nie chodzi o Chiny. Sprzeciwiamy się technologiom, które pomagają silniejszym w prześladowaniu słabszych, gdziekolwiek by się to nie działo, czytamy w liście. Rząd Chin otwarcie wdraża nowe technologie nadzoru i śledzenia, by kontrolować swoich obywateli, dodają protestujący.
      Przez ostatnich osiem lat Google nie chciało pomagać w cenzurze. Firma nawet zminimalizowała zatrudnienie w Chinach. Jednak od kiedy rządzi w niej Pichai wydaje się, że stanowisko Google'a się zmienia. W grudniu w Pekinie otwarto centrum rozwojowe, a na chiński rynek trafiła aplikacja do zarządzania plikami, która oryginalnie została przygotowana na rynek indyjski.
      Chcę, byśmy dostarczali nasze usługi w każdym zakątku świata. Google jest dla każdego. Chcę, byśmy byli obecni w Chinach i służyli chińskim użytkownikom, mówił Pichai przed dwoma laty.
      Pracownicy Google'a coraz częściej protestują przeciwko polityce firmy. Przed kilkoma miesiącami ponad 3000 pracowników podpisało protest przeciwko angażowaniu się Google'a w rozwój wojskowych dronów, kilkanaście osób zrezygnowało z pracy. Google uległo pracownikom. W styczniu tysiące pracowników firmy wzięły udział w proteście, gdy wyszło na jaw, że w ostatnich latach kilku wysokich rangą menedżerów, którzy odeszli w związku z oskarżeniami o napastowanie seksualne pracowników, otrzymało wysokie odprawy.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...