Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Co łączy energetykę atomową z rolnictwem? Tym razem nie chodzi o kolejny protest obrońców przyrody, lecz o... nowoczesną metodę zwalczania szkodników. Na pomysł sterylizacji owadów za pomocą promieniowania wpadli specjaliści z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej.

Wyjątkowe sytuacje wymagają stosowania wyjątkowych środków - uznali farmerzy z Bałkanów i postanowili zaatakować jednego z najbardziej żarłocznych szkodników świata, zwanego śródziemnomorską muszką owocową (Ceratitis capitata). Stawka jest ogromna: w jednym z najważniejszych miejsc uprawy mandarynek, leżącej na granicy Chorwacji oraz Bośni i Hercegowiny dolinie Neretva, aż 30% zebranych owoców nadaje się do wyrzucenia właśnie z powodu pożerania ich przez przedstawiciei tego gatunku. 

Do niedawna bałkańscy rolnicy radzili sobie z muszkami dość skutecznie, choć niekoniecznie z korzyścią dla zdrowia konsumentów - od lat 40. XX wieku stosowali na masową skalę insektycydy. Wymagania stawiane przez Unię Europejską wymusiły jednak ograniczenie ilości używanych środków ochrony roślin, co błyskawicznie wpłynęło na populację muszek. Ponieważ pojedyncza samica może wydać na świat aż do 800 sztuk potomstwa rocznie, wielkość zbiorów i opłacalność upraw gwałtownie spadła zaraz po wprowadzeniu nowych przepisów.

Zdesperowani hodowcy zwrócili się w 2007 roku z prośbą o pomoc do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA). Zaproponowali jej ekspertom uruchomienie programu masowej sterylizacji samców. Opracowany wspólnie z rolnikami projekt, nazwany SIT (od ang. Sterile Insect Technique - technika sterylnych insektów), ma zostać wdrożony w przyszłym roku.

Założenia SIT są bardzo proste. Naukowcy planują hodować samce muszek w warunkach laboratoryjnych, a następnie pozbawiać je płodności za pomocą odpowiednio dobranych dawek promieniowania jonizującego. Insekty zostaną następnie wypuszczone do środowiska, w którym będą konkurowały z płodnymi samcami o okazje do kopulacji.

Eksperci z IAEA są przekonani, że dołączenie do populacji muszek znacznej liczby bezpłodnych samców sprawi, że rozród insektów będzie znacznie mniej efektywny, co doprowadzi do zmniejszenia ich liczebności lub nawet całkowitego ich wymarcia na danym terytorium. Dolina Neretva wydaje się być optymalnym miejscem dla wdrażania takich technik ze względu na znikomą migrację zwierząt do i z tego obszaru.

Czy nowa metoda wykorzystania energii atomowej przypadnie do gustu zaciekłym obrońcom przyrody? Tego nie wiadomo, lecz ubodzy rolnicy z Bałkanów na pewno docenią nawet najmniejszą poprawę plonów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ta metoda jest już od jakiegoś czasu stosowana np w Meksyku, ale jest kosztowna i mało skuteczna. Biednym Chorwatom i Bośniakom sprzedaje się złudzenia. Metoda pułapkowania chemicznego samców zdaje się być bardziej efektywna.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bardzo dobrze, niech zrobią pikietę. Będzie łatwiej ich wystrzelać, jak się skupią w jednym miejscu. Zastanawiam się, kto jest większym szkodnikiem: oszołomy z GreenPiS i innych takich, czy cała ta muszka.

Share this post


Link to post
Share on other sites
oszołomy z GreenPiS

Sorry, ale teraz to Ty zrobiłeś z siebie oszołoma łącząc partię polityczną z Green Peacem.

Też nie lubię ani jednych ani drugich, ale bez przesady.

Zresztą strzelałbyś do ludzi, zrobił coś niezgodnie z prawem?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czemu bez przesady? Jedni nazwali mnie zaocznie terrorystą, drudzy porównali do ZOMO. Nie mam najmniejszych skrupułów w stosunku do takiego bydła.

 

Co do strzelania: jeżeli akcja ekoterrorystów ma polegać np. na wtargnięciu do elektrowni, to ochrona powinna mieć nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek strzelać. To zbyt ważne strategicznie obiekty, by wpuszczać do nich kogokolwiek z zewnątrz. Pewnie zapytasz o sumienie, więc od razu odpowiadam - nie byłoby mowy o wyrzutach sumienia, gdyby istniały jasne zasady: wy wchodzicie, my strzelamy. Wchodząc bez zaproszenia na czyjąś posesję też powinieneś mieć świadomość, że możesz zostać śmiertelnie pogryziony przez psa właścicieli. Tymczasem właśnie pobłażanie m.in. tym oszołomom sprawia, że w Polsce nie ma powszechnego szacunku dla prawa.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Pewnie zapytasz o sumienie, więc od razu odpowiadam - nie byłoby mowy o wyrzutach sumienia, gdyby istniały jasne zasady: wy wchodzicie, my strzelamy.

Piejesz o to że ktoś sobie ściągnie MP3 z torrenta, a strzelałbyś do ludzi?

Nie mam najmniejszych skrupułów w stosunku do takiego bydła.

Kolejny typowy Polak: każdy to bydło, tylko nie Ja! Wybacz jak narazie jako naród jesteśmy bydłem.

Tymczasem właśnie pobłażanie m.in. tym oszołomom sprawia, że w Polsce nie ma powszechnego szacunku dla prawa.

Do tego prawa?!

Zobacz jakie jest ono skrajnie paradoksalne i niesprawiedliwe, zobacz jaka jest praca polskich nieefektywnych sędziów, jak działa policja, straż miejska, i inne organy związane z prawem.

To prawo to wielka kpina.

To zbyt ważne strategicznie obiekty, by wpuszczać do nich kogokolwiek z zewnątrz.

Skorą są "Tak ważne" to jak to możliwe się tam wdarli "ekoterroryści" i nikt ich nie zatrzymał?!

mam jeszcze jedną prośbę: nie wsadzaj wszystkich do jednego worka, nie każdy ekolog jest jak to powiedziałeś "terrorystą"

Share this post


Link to post
Share on other sites
Piejesz o to że ktoś sobie ściągnie MP3 z torrenta, a strzelałbyś do ludzi?

To po prostu kwestia ustalenia jasnego prawa. Powinno ono skutecznie chronić ludzi niewinnych, ale surowo karać tych, którzy go nie przestrzegają. Wtedy taki ekoterrorysta, wchodząc do elektrowni, mógłby jasno dowiedzieć się, co mu grozi. A gdyby wiedział i mimo to wszedł, znaczyłoby to, że jest gotowy na kulę w łeb. Tak dla dobra bezpieczeństwa energetycznego.

Kolejny typowy Polak: każdy to bydło, tylko nie Ja! Wybacz jak narazie jako naród jesteśmy bydłem.

Wybacz, ale ja nie nazwałem nigdy nikogo "ZOMO" tylko za to, że nie popiera moich poglądów. Nigdy nie prowadzę też gry, której celem jest skłócenie ludzi, jak ma to na celu Kaczyński. Gardzę takimi zachowaniami i nie waham się tak nazywać tego człowieka.

Do tego prawa?!

Zgadza się, to jest osobny problem. Polskie prawo często jest głupie. Ale to jest tylko jeden z czynników. Drugi, rownie istotny, leży w mentalności: prawo traktuje się jak zło konieczne i narzędzie zniewolenia, a nie jako zasady regulujące zasady życia społecznego. A jeszcze inną sprawą jest całkowite pobłażanie jego łamaniu, które prowadzi do taikch właśnie sytuacji, jak publiczne i bezkarne wyzywanie ludzi czy łapanie na meczach piłkarskich kilkunastu spośród kilkuset ludzi biorących udział w bójce. Im bardziej się ludziom pobłaża, tym mniej mają szacunku dla prawa i tym większe jest prawdopodobieństwo recydywy.

zobacz jaka jest praca polskich nieefektywnych sędziów, jak działa policja, straż miejska, i inne organy związane z prawem.

Mylisz prawodawstwo i egzekucję prawa.

To prawo to wielka kpina.Skorą są "Tak ważne" to jak to możliwe się tam wdarli "ekoterroryści" i nikt ich nie zatrzymał?!

No i właśnie to jest problem: mieli świadomość swojej bezkarności. W najlepszym wypadku zostaną zatrzymani za naruszenie spokoju, a w rzeczywistości nikt nie wie, czy nie mieli ze sobą choćby bomby. Na wtargnięcie na teren tak ważnych budynków powinno się reagować natychmiast i z całą stanowczością, żeby zapobiec prawdziwemu zamachowi w przyszłości.

Mam jeszcze jedną prośbę: nie wsadzaj wszystkich do jednego worka, nie każdy ekolog jest jak to powiedziałeś "terrorystą"

A czy ja gdzieś użyłem terminu "ekolog" zamiennie z "ekoterrorysta"? Nie wydaje mi się. Poza tym, hmmmm... http://kopalniawiedzy.pl/forum/index.php/topic,4945.msg15403.html#msg15403 chyba tyle w tej kwestii.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Metoda SIT jest z oczywistych powodów mało skuteczna - pewnie jedno pokolenie u takich muszek to kilka tygodni (max z miesiąc) rozwoju.. A sterylne samce są 'skuteczne' w zasadzie tylko w pierwszym zapłodnieniu... w kolejnym pokoleniu wymierają, a ich miejsce zastępują samce płodne z nowo narodzonego pokolenia..

 

Wg mnie lepszym rozwiązaniem by było wprowadzenie do genomu samca lub samicy genu, który np u samic byłby niektywny (nosicielstwo), ale u samców powodowałby mutacje letalne. Gen mógłby się automatycznie rozprzestrzeniać i regulować liczebność populacji... Aczkolwiek z takimi metodami trzeba bardzo uważać, gdyż można wywołać bardzo szkodliwe efekty uboczne.. (np wybicie całej populacji na danym terenie, później śmierć zwierząt dla których te muszki są pokarmem itd..)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sprzedam wam wiadomość uzyskaną na konferencji dendrologicznej w Poznaniu w zeszłym roku. Rzecz dotyczy owada szrotówka kasztanowianeczka - niszczącego nasze kasztanowce (okazuje się, że badacze nie znają przypadku zniszczenia kasztanowca przez szrotówka!). Okazuje się, że zaleceniem dendrologicznym i ekologicznym wcale nie jest niszczenie chemiczne tego owada. Z analiz ekologicznych wynika, że owad ten po prostu nie ma u nas naturalnego i skutecznego wroga. Zaleca się zatem "hodowlę" tych owadów - ale w szczególnych warunkach. Tak, aby nie mogły wylecieć do środowiska, ale jednak żyły. Robią to Austriacy na dużą skalę. Wic polega na tym, że liście z kasztanowca nie powinny być palone, tylko składane w specjalnych pojemnikach. Otwory powinny być tak małe, aby owad dorosły nie mógł wylecieć. Jednak ma rozsyłać informację w środowisku o swoim istnieniu. W ten sposób, całkiem naturalnie dokonana ma być zmiana w relacjach przyrodniczych. Uruchomić się ma naturalny wróg szrotówka. Ten wróg już u nas istnieje od dawna i są nim owady opierające swój rozród na innych owadach. Problem jest tylko w tym, że należy stworzyć odpowiednie warunki dla rozwoju populacji owadów pasożytujących na szrotówku. Tego w żaden sposób nie uzyskamy poprzez palenie szrotówka na stosie. I ja to widzę jako znakomity pomysł ekologów. Ale tych prawdziwych, a nie tylko "zzieleniałych". Taki pomysł w rzeczywistości nie jest pomysłem, a wynika z wieloletnich badań i z rzetelnej wiedzy o przyrodzie.

Człowiek zwykle zaburza równowagi przyrodnicze swymi działaniami. Nie jest jedynym w takim działaniu. Ponad 10 tys lat temu na terenie Irlandii były same krzaje. Ale rozmnożył się tam pewien gatunek jelenia, który zżarł te krzaje i krajobraz stał się łąkowy. Wszystko jest zatem tłumaczone poprzez relacje ilościowe w strukturze biosfery. Milion chrabąszczy na ha to klęska przyrodnicza. Ale jeden chrabąszcz na 1000 km2 wymaga działań ochronnych dla gatunku ginącego. Ocenę zaś nie ustala sam chrabąszcz, tylko człowiek. On ponosi tego koszty i tylko on się tym przejmuje. Gdybyśmy teraz mieli kilka dinozaurów na 1000 km2, to też byśmy je chronili z wielkimi kosztami. A może nawet bez względu na koszty.

Zapominamy o tym, że ewolucja całej przyrody polega właśnie na eliminacji niektórych gatunków oraz sukcesie innych. Być może my sami staniemy się w przyszłości gatunkiem na wymarciu - tego nie wiemy. Ale wtedy kto będzie to oceniał? Chrabąszcz, diplodok, czy nosorożec włochaty? Kto znajdzie równowagę w tym szaleństwie?

A co do rolnictwa, to mogę powiedzieć tylko jedno. Jest to aktualnie najbardziej szkodliwa działalność człowieka w środowisku! Wcale nie przemysł. Rolnictwo i jego rozwój odpowiada za zdecydowaną większość szkód w przyrodzie. To nie jest sprawa ostatnich dekad. To jest sprawa rozwoju naszej cywilizacji w perspektywie ostatnich kilku tysięcy lat. Dopiero w ostatnich dekadach nasza cywilizacja osiągnęła poziom, w którym staramy się sprostać problemowi wyżywienia nas samych. Oczywiście nie sprostamy temu problemowi bez zniszczenia przyrody. Właśnie przez rolnictwo!

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      W 1985 roku Charles Hockett wysunął hipotezę, zgodnie z którą używanie zębów i szczęki jako narzędzi w społecznościach łowiecko-zbierackich spowodowało, że ich przedstawiciele nie mogli wymawiać dźwięków, do produkcji których używa się jednocześnie dolnej wargi i górnych zębów (spółgłoski wargowo-zębowe), czyli dźwięków „f” [f] i „w” [v].
      Damian Blasi z Instytutu Historii Człowieka im. Maksa Plancka, Steven Moran z Instytutu Lingwistyki w Zurichu oraz ich koledzy z Francji, Holandii i Singapuru połączyli dane paleoantropologiczne, lingwistyki historycznej oraz biologii ewolucyjnej i na tej podstawie dostarczyli dowodów, że w neolicie doszło do ogólnoświatowej zmiany dźwięków w językach. Języki zostały więc ukształtowane poprzez zmiany spowodowane zmianą sposobu gryzienia, na co wpłynęło rolnictwo, zmiany dietetyczne oraz zmiany w zachowaniu.
      Ludzka mowa jest bardzo zróżnicowana, a wydawane dźwięki rozciągają się od bardzo rozpowszechnionych „m” czy „a”, po unikatowe głoski mlaszczące w niektórych językach afrykańskich. Uważa się, że zdolność do wymawiania ponad 2000 różnych dźwięków pojawiła się wraz z ewolucją i istnieje co najmniej od pojawienia się Homo sapiens. Jednocześnie specjaliści sądzą, że rozpowszechnienie się danego dźwięku w językach świata zależy od tego, na ile łatwo dźwięk ten wymówić, odróżnić od innych i nauczyć się go. Również te umiejętności są na stałe wbudowane w nasz gatunek.
      Biorąc pod uwagę powyższe uwarunkowania można spodziewać się, że każda zmiana w ludzkim aparacie mowy, słuchu czy w zdolności do uczenia się powinna wpływać na prawdopodobieństwo, a może nawet na zakres, występowania dźwięków w języku.
      Dowody paleoantropologiczne wskazują, że w neolicie doszło do dużej zmiany w ludzkim aparacie mowy. Prawidłowy jest odpowiedni nagryz pionowy i poziomy, gdy zęby górne i dolne nie nachodzą całkowicie na ciebie. Jednak w paleolicie ludzie używali zębów jako narzędzi, przez co już w wieku nastoletnim wykształcał się u nich zgryz, w którym zęby całkowicie na siebie nachodziły. Przez to dźwięki, wymagające kontaktu dolnej wargi z górnymi zębami były trudne do wymówienia.
      Odpowiedni nagryz pionowy i poziomy u dorosłych widzimy w danych paleontologicznych pochodzących z czasu, gdy upowszechniło się rolnictwo, a wraz z nim bardziej intensywne przetwarzanie żywności, dzięki czemu ludzie zaczęli jeść bardziej miękkie pożywienie. Wówczas aparat mowy H. sapies ukształtował się tak, że można było z łatwością wymawiać dźwięki „f” [f] i „w” [v].
      Hipoteza taka znajduje wsparcie w modelach biomechanicznych. Dzięki nim wiemy, że przy prawidłowym nagryzie wymówienie głosek wargowo-zębowych „f” [f] i „w” [v] wymaga o 30% mniej wysiłku niż wówczas, gdy zęby dokładnie na siebie nachodzą. Problem ten nie występuje w wypadku dźwięków takich jak „m” [m] czy „p” [p], które powstają dzięki zetknięciu obu warg. Te dźwięki ludzie paleolitu mogli bez problemu wymawiać. Modele takie wykazały również, że taki jak obecnie nagryz pionowy i poziomy zmniejsza od 24 do 70 procent odległość pomiędzy zębami a wargą przy artykulacji spółgłosek dwuwargowych („m” [m], „p” [p] i inne), prowadząc w ten sposób do zwiększenia prawdopodobieństwa przypadkowego pojawienia się dźwięków wargowo-zębowych w społecznościach, gdzie prawidłowy nagryz został zachowany w wieku dorosłym.
      Oszacowania występowania prawidłowego nagryzu w zależności od rozpowszechnienia w danej społeczności żywności pochodzącej z rolnictwa wykazały, że w społecznościach łowiecko-zbierackich głoski zębowo-wargowe występują 4-krotnie rzadziej niż w społecznościach rolniczych. Podobne wyniki dały badania rekonstrukcyjne nad językami indoeuropejskimi. Okazało się, że mediana prawdopodobieństwa występowania dźwięków wargowo-zębowych w protojęzyku (6000 do 8000 lat temu) wynosiła około 3%, podczas gdy w istniejących językach indoeuropejskich wynosi ona 76%.
      Dźwięki „f” [f] oraz „w” [v] rozpowszechniły się w ludzkich językach stosunkowo niedawno, a było to możliwe dzięki pojawieniu się rolnictwa.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Do 2040 roku dojdzie do znaczącej zmiany wzorca opadów na terenach uprawy pszenicy, soi, ryżu i kukurydzy. Jak wykazały badania przeprowadzone przez Międzynarodowe Centrum Rolnictwa Tropikalnego (Centro Internacional de Agricultura Tropical – CIAT), zmian należy się spodziewać, nawet jeśli zostaną spełnione warunki paryskiego porozumienia klimatycznego i dojdzie do redukcji emisji dwutlenku węgla.
      Autorzy badań, opublikowanych w PNAS (Proceedings of the National Academy of Sciences), informują, że w ciągu 2 dekad należy się spodziewać, że nawet 14% terenów, gdzie uprawiane są pszenica, soja, ryż i kukurydza będzie bardziej suchych, a 31% – bardziej wilgotnych.
      Zmniejszą się opady nad obszarami uprawnymi w południowo-zachodniej Australii, południowej Afryce, południowo-zachodniej Ameryce Południowej, środkowym Meksyku oraz w basenie Morza Śródziemnego. Bardziej wilgotno będzie w Kanadzie, Rosji, Indiach i na wschodzie USA.
      Wspomniane cztery rośliny dostarczają ludzkości aż 40% kalorii. Specjaliści z CIAT ostrzegają, że właściciele pól już teraz powinni rozpocząć inwestycje, by przygotować się na zmiany wzorców opadów. Te i tak zajdą, nawet jeśli ludzkość zredukowałaby emisję gazów cieplarnianych. Przy scenariuszu wysokiej emisji większość regionów ma 2 dekady na przygotowanie się do zmian, przy niskiej emisji będzie to o 2-3 dekady więcej.
      Zmniejszenie opadów jest spodziewane na polach wielu ważnych producentów pszenicy. W Australii dotknie ono 27% upraw pszenicy, w Algierii będzie to 100% upraw, w Maroko 91%. Odczują je też producenci w RPA (79% upraw), Meksyku (74%), Hiszpanii (55%), Chile (40%), Turcji (28%), Włoszech (20%), Egipcie (15%) i innych krajach.
      "Nasze przewidywania są raczej ostrożne co do tempa zmian. Ponadto zauważalne zmiany w opadach to nie tylko problem dla rolnictwa, ale dla całego systemu zarządzania zasobami wodnymi, więc nasze badania dotyczą też innych dziedzin życia", mówi główna autorka badań, Maisa Rojas z Universidad de Chile.
      Naukowców najbardziej zaskoczyło tempo zmian. Okresem bazowym, do którego porównywano wyniki badań, były lata 1986–2005. Okazuje się, że już teraz w Rosji, Norwegii, Kanadzie i częściach wschodniego wybrzeża USA mamy do czynienia z zupełnie innymi wzorcami opadów niż wówczas. Naukowcy twierdzą, że aż 36% obszarów uprawnych doświadczy zwiększonych opadów. Rolnicy będą mieli do czynienia z innymi warunkami uprawy niż te, do których są przyzwyczajeni. To będzie warunki całkowicie wykraczające poza historyczne normy, a już teraz wielu rolników ma problemy z olbrzymią zmiennością warunków klimatycznych, mówi Julian Ramirez-Villegas.
      Najbardziej zaludnione kraje świata, Chiny i Indie, znajdą się w grupie, w której pola uprawne będą w przyszłości znacznie bardziej wilgotne niż dotychczas. Podobnych warunków doświadczą inni wielcy producenci ryżu, jak Japonia, Korea i Filipiny. Także rolnicy w północnej Europie, USA, Kanady i Rosji będą musieli zmierzyć się z dodatkową ilością wody opadającą na uprawy pszenicy.
      Naukowcy nie potrafią przewidzieć, jak zmiany odbiją się plonach. Żywności może być więcej, ale może być jej też mniej. Dużo zależy od tego, na ile ludzkość będzie w stanie przygotować się na zmiany.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Rolnictwo, które wydaje się bardziej przyjazne środowisku, a jednocześnie wykorzystuje więcej ziemi, by uzyskać takie same plony, może mieć bardziej negatywny wpływ na przyrodę niż rolnictwo intensywne, używające mniej ziemi, wynika z ostatnich badań.
      Od pewnego czasu ukazują się badania, których autorzy twierdzą, że najlepszym sposobem na ochronę środowiska naturalnego przed negatywnym wpływem działalności rolniczej człowieka, jest jak najbardziej intensywne wykorzystywanie ziemi, dzięki czemu można jej używać mniej. Jednak problem w tym, że z intensywnymi technikami rolniczymi wiąże się nieproporcjonalnie duży poziom zanieczyszczenia, erozji gleby i zużycia wody. Jednak, jak dowodzą autorzy najnowszych badań, to pogląd nieprawdziwy.
      Grupa naukowców postanowiła dokładnie oszacować zanieczyszczenia – takie jak produkcja gazów cieplarnianych, zużycie nawozów i wody – i przeliczyć je na jednostkę żywności wyprodukowanej w sposób intensywny lub w sposób uważany za przyjazny środowisku. W ten sposób mogli porównać koszt środowiskowy obu metod uprawy ziemi.
      Wcześniej prowadzono już podobne badania, lecz tam porównywano wpływ środowiskowy na jednostkę terenu. Jako, że rolnictwo intensywne korzysta z mniejszej ilości ziemi to, jak twierdzą autorzy najnowszych badań, prowadziło to do przeszacowywania zanieczyszczeń z tego typu działalności rolniczej.
      Badania czterech głównych sektorów działalności rolniczej wykazały, że – wbrew temu co się powszechnie uważa – bardziej intensywne rolnictwo, które używa mniej ziemi, powoduje też mniejsze zanieczyszczenie, erozję i zużywa mniej wody.
      Należy jednak wziąć pod uwagę pewne poważne zastrzeżenie. Jeśli intensywne rolnictwo będzie wykorzystywane wyłącznie w celu zwiększania plonów czy obniżania cen żywności, przyspieszy ono niszczenie planety. Zdaniem autorów badań, intensywna działalność rolnicza sprawdzi się jako metoda ochrony przyrody tylko wówczas, jeśli będzie prowadzona właśnie po to, by jak najmniej terenów przeznaczać na działalność rolniczą.
      Rolnictwo to najważniejszy czynnik przyczyniający się do utraty bioróżnorodności planety. Ciągle niszczymy habitaty, by zrobić miejsce na pola uprawne, mówi główny autor badań, profesor Andrew Balmoford z Wydziału Zoologii Cambridge University. Nasze wyniki pokazują, że możemy wykorzystać intensywne rolnictwo by zapewnić wyżywienie ludności chroniąc jednocześnie dziką przyrodę. Jeśli jednak chcemy uniknąć masowej zagłady gatunków musimy połączyć takie działania rolnicze z chęcią uchronienia jak największych obszarów od działalności rolniczej.
      Naukowcy przeanalizowali dane dotyczące zanieczyszczeń powodowanych przez cztery wielkie sektory produkcji rolnej: uprawy ryżu w Azji, uprawy pszenicy w Europie, produkcję wołowiny w Ameryce Łacińskiej i produkcję mleka i jego przetworów w Europie.
      Uzyskane wyniki wskazują, że wiele systemów intensywnej uprawy i hodowli ma mniejszy negatywny wpływ na środowisko naturalne i, co najważniejsze, używa mniej terenów, niż mniej intensywna działalność rolnicza. Na przykład okazało się, że wykorzystywane w intensywnej uprawie ryżu nieorganiczne związki azotu nie zwiększają emisji gazów cieplarnianych, ale skutkują wyższymi plonami i mniejszym zużyciem wody na tonę ryżu. Z kolei przy niektórych intensywnych metodach hodowli krów możliwe jest zmniejszenie emisji gazów cieplarnianych aż o połowę, jeśli na pastwiskach zasadzi się drzewa zapewniające bydłu cień. Badania organicznych farm mlecznych w Europie wykazały, że do produkcji tej samej ilości mleka potrzebują one o co najmniej 30% ziemi uprawnej i dwukrotnie więcej ziemi do wypasu niż tradycyjne farmy mleczne.
      Organiczne systemy hodowli i uprawy roli są często postrzegane jako bardziej ekologiczne od systemów tradycyjnych, jednak nasze badania wskazują, że jest wręcz przeciwnie. Systemy organiczne, poprzez wykorzystywanie większej przestrzeni, mogą w ostatecznym rozrachunku bardziej szkodzić środowisku naturalnemu, mówi współautor badań, doktor David Edwards z University of Sheffield.
      Autorzy badań podkreślają, że intensywne rolnictwo musi być połączone z mechanizmami zapobiegającymi jego rozprzestrzenianiu się. Można to zrobić np. poprzez dopłaty do działalności rolniczej, gdzie rolnicy, w zamian za zwrócenie części swojej ziemi do środowiska naturalnego i rozpowszechnienie intensywnych metod upraw i hodowli na pozostałych częściach, otrzymywali by pieniądze pochodzące z podatków. W ten sposób można by ograniczyć ich chęć rozszerzania areałów upraw i zwiększania swoich zysków.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Analiza wzorców zachowań mieszkańców Chin ujawniła, że osoby związane z południową kulturą uprawy ryżu, nawet jeśli od dawna mieszkają w miastach, są bardziej zależne od siebie nawzajem i mniej kontrolują swoje otoczenie niż osoby pochodzące z północnej kultury uprawy pszenicy.
      Podczas badań zatytułowanych „Moving chairs in Starbucks: Observational studies find rice-wheat cultural differences in daily life in China” Thomas Talhelm z Chicago Booth School of Business obserwował 8964 klientów sieci Starbucks w 6 chińskich miastach. Naukowiec zauważył, że mieszkańcy południa Chin z mniejszym prawdopodobieństwem siadają przy stoliku sami. Po tym spostrzeżeniu naukowcy tak przestawiali krzesła w kawiarni, by stanowiły one barierę, utrudniającą dostęp do stolików. Okazało się, że osoby z północny Chin z większym prawdopodobieństwem przesuwały krzesła, by dotrzeć do wybranego miejsca. Jest to zgodne z wcześniejszymi spostrzeżeniami psychologów, z których wynika, iż ludzie mieszkający w bardziej indywidualistycznych kulturach z większym prawdopodobieństwem próbują kontrolować swoje otoczenie. Codzienność rolników uprawiających pszenicę różni się m.in. tym od codzienności rolników uprawiających ryż, że przy uprawie pszenicy nie trzeba w takim stopniu polegać na współpracy z sąsiadami, co przy uprawie ryżu.
      Z drugiej strony osoby z południa z większym prawdopodobieństwem dostosowywały się do otoczenia, przeciskając się pomiędzy krzesłami. Przyczyną takiego stanu rzeczy są zakorzenione zachowania kulturowe. Rolnicy uprawiający ryż są bowiem zależni od sąsiadów, z którymi muszą koordynować prace irygacyjne oraz pomagać sobie podczas uprawy. Przez to bardziej zależą od więzi społecznych, a bardziej cenioną umiejętnością jest dobre poruszanie się w sieci powiązań międzyludzkich niż niezależne działanie.
      Wydaje mi się, że ludzie w Chinach mają od dawna poczucie, że ci z północy różnią się od tych z południa. Nasze badanie sugeruje, że przyczyną mogą być różnice pomiędzy uprawą ryżu a pszenicy. Różnice, które przetrwały we współczesnym społeczeństwie, mówi Talhelm.
      To własne doświadczenia skłoniły naukowca do przeprowadzenia badań. Wspomina, że gdy mieszkał w południowym Guangzhou zauważałem pewne drobiazgi w zachowaniu ludzi. Na przykład gdy ktoś przypadkiem potrącił mnie w sklepie, wydawał się zdenerwowany. To wyglądało tak, jakby ludzie tam byli zdystansowani, skupieni na unikaniu konfliktów. Później przeniosłem się na północ, do Pekinu i szybko zauważyłem, że bycie zdystansowanym z pewnością nie jest częścią tamtejszej rzeczywistości.
      Podczas przeprowadzonych badań Talhelm zauważył, że nawet w najbardziej nowoczesnych chińskich miastach, jak Pekin czy Szanghaj, widać różnice pomiędzy zachowaniem ludzi z północy i z południa.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Wraz z pojawieniem się rolnictwa w Europie nastąpiła nie tylko rewolucja w kwestii pozyskiwana żywności, ale również zmiany w stosowanych źródłach światła – powiedział w rozmowie z PAP archeolog dr Krzysztof Tunia.
      Na terenach obecnej Polski do mniej więcej V tysiąclecia p.n.e. do rozświetlania ciemności stosowano światło z ogniska oraz zapewne, co najwyżej, żagwie, czyli pochodnie w formie drewnianych szczap. Zmiana w kwestii oświetlenia pojawiła się wraz z nadejściem z Bliskiego Wschodu do Europy znajomości rolnictwa i hodowli.
      Dlaczego tak się stało? Wraz z bardziej zaawansowanym systemem gospodarowania pojawiła się umiejętność wytwarzania różnorodnych naczyń ceramicznych. Wśród nich w czasie wykopalisk natrafiamy, również na terenie Polski – głównie na wybrzeżach Bałtyku – nie tylko na formy kuchenne, ale też na takie, których funkcja musiała być inna. Zapewne były prostymi lampkami - wyjaśnia archeolog z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN dr Krzysztof Tunia. Wskazuje te w formie płytkich „wanienek” czy „łódek”. Jak dodaje, ich główną część stanowił zbiornik na substancję łatwopalną. Światło uzyskiwano dzięki zapaleniu zatopionego w niej knota roślinnego.
      Zdaniem rozmówcy PAP „najjaśniej” na przełomie mezolitu i neolitu zrobiło się w strefie nadbałtyckiej, m.in. w północnej części obecnej Polski, gdzie archeolodzy znajdują szczególnie wiele naczynek o funkcji lampek. Im dalej w głąb kontynentu europejskiego, tym znalezisk źródeł światła jest zdecydowanie mniej. Tam nadal dominowały – jego zdaniem – łuczywa. Te nie zachowują się z reguły do naszych czasów i archeolodzy nie natrafiają na nie w czasie wykopalisk.
      Część ceramicznych lampek używanych w Środkowej Europie prawdopodobnie była podwieszana za pomocą sznurków – świadczy o tym wygląd tych przedmiotów: są to sześciany o krawędziach o długości kilku centymetrów z zagłębieniem pośrodku i czterema otworkami w narożnikach. Inne wykonano w formie figurek byków, także zaopatrzonych w zagłębienie na grzbiecie oraz otworki.
      Takie znaleziska pochodzą z terenów na południe od Karpat, być może zostaną znalezione i na +naszych+ terenach – mówi dr Tunia.
      Jak dodaje, w południowej Polsce odkryto dotąd bardzo nieliczne formy ceramiczne w kształcie dwustożkowatych, niewielkich naczyń, zaopatrzonych w służące do zawieszania otworki. Nie można wykluczyć, iż i one służyły za lampki – uważa dr Tunia.
      Podstawowym problemem był dostęp do substancji łatwopalnych. Tylko nad morzem występowała odpowiednio duża ilość dostępnego surowca do produkcji materiału palnego stosowanego w lampkach - był to tłuszcz pozyskiwany ze zwierząt morskich. Im dalej na południe od Bałtyku tym częściej stosowano pochodnie. Sądzę, iż łuczyw w zasadzie nie owijano, ani niczym ich nie smarowano, korzystając z naturalnych żywic zawartych w surowcu drewnianym – uważa dr Tunia.
      Archeolodzy, podobnie jak detektywi, znajdują pośrednie dowody na użycie pochodni w pradziejach. Na przykład w czasie wykopalisk w kopalni krzemienia pasiastego, użytkowanej już w okresie neolitu w Krzemionkach Opatowskich, natknęli się na węgle drzewne. Są to najprawdopodobniej pozostałości wypalonych łuczyw lub palonych tam ognisk. Choć raczej ta pierwsza możliwość jest bardziej prawdopodobna, ponieważ ognisko konsumowałoby zbyt dużo tlenu potrzebnego do oddychania górnikom. Ogniska palono raczej w pobliżu den pionowych szybów, gdzie odpalano kolejne pochodnie niezbędne do rozświetlenia ciemności w szybie wydobywczym – uważają archeolodzy.
      Świadectwem wykorzystania łuczyw mają być też widoczne na ścianach kopalni kreski wykonane węglem drzewnym. Dr Tunia uważa, że są to ślady po utrąceniu zwęglonej końcówki pochodni przez otarcie jej o ścianę celem uzyskania większego płomienia.
      Jak opowiada archeolog od okresu neolitu wśród mieszkańców Europy widać co prawda stopniowo chęć rozświetlenia ciemności, ale życie ówczesnych regulował naturalny rytm dnia. Oświetlenie było z reguły potrzebne tam, gdzie światło słoneczne po prostu nie docierało nigdy - we wspomnianych już kopalniach, jaskiniach, albo... chatach. W domostwach w miejscu palenisk, ognisk powstawały coraz bardziej zaawansowane piece wykonane z gliny. Mniej kopciły, dłużej trzymały ciepło, ale były kiepskim źródłem światła.
      Egipskie ciemności pogłębiał fakt, że ówczesne domostwa nie miały zbyt wielu otworów. Wydaje mi się, iż główną funkcją chaty było zapewnienie schronu i ogrzania dla jej mieszkańców, a aspekt oświetlenia wnętrza – szczególnie przez otwory w ścianach, czyli okna i drzwi – był rzeczą wtórną. Zresztą przez te otwory uciekało z wewnątrz cenne ciepło - uważa Tunia. Sztuczne światło, nawet w ograniczonym zakresie było potrzebne o każdej porze dnia, na przykład w celu przygotowania posiłku.
      Do naszych czasów zachowują się co najwyżej zarysy pradziejowych domostw i ich fundamenty, albo wręcz część podziemna. Stąd próba ich rekonstrukcji jest bardzo trudna. Najczęściej jest podejmowana w oparciu o analogie etnograficzne. A tu najczęściej widać, że w społecznościach, które nadal żyją poza głównym nurtem cywilizacji chaty są ciemne, bez otworów okiennych, zadymione, ale dające schronienie i ciepłotę. Miałem okazję takie zaobserwować na przykład w społecznościach andyjskich – dodaje archeolog.
      W ocenie dr. Tuni postęp w badaniach nad pradziejowym oświetleniem mogłyby przynieść analizy specjalistyczne domniemanych lampek ceramicznych. Pod takim kątem do tej pory ich nie analizowano. Będzie to zatem kolejny krok do poznania ważnego aspektu życia naszych przodków – kończy naukowiec.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...