Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  

Recommended Posts

Przymocowanie do sieci rybackich zielonych diod LED może znacząco (o ok. 85%) zmniejszyć liczbę zaplątujących się w nie ptaków morskich.

W ramach studium zespół dr. Jeffreya Mangla z Uniwersytetu w Exeter porównywał 114 par sieci skrzelowych z Peru.
Okazało się, że w sieciach wyposażonych w zasilane bateriami diody LED znajdowało się 85% mniej kormoranów peruwiańskich (Phalacrocorax bougainvilliorum).

W przeszłości ten sam zespół wykazał, że oświetlenie LED o 64% zmniejsza liczbę żółwi morskich złapanych w sieci. Brytyjczycy uważają więc, że mocowanie świateł to tani i skuteczny sposób na ograniczenie liczby zaplątujących się i umierających zwierząt (nie wpływa on zaś na wielkość połowu).

Wyniki są bardzo zachęcające. Pokazują, że możemy być w stanie wskazać tanie sposoby zredukowania przyłowu wielu chronionych gatunków, nie blokując przy tym rybakom działalności zarobkowej - podkreśla Mangel.

Studium, którego rezultaty ukazały się w piśmie Open Science, przeprowadzono w zatoce Sechura w północnym Peru. Diody LED mocowano do sieci skrzelowych w regularnych odstępach.

Naukowcy wykorzystali 114 par sieci (zwykle miały one ok. 500 m długości). W każdej parze jedna sieć była oświetlona rozmieszczonymi co 10 m diodami LED, a druga, kontrolna, nie. Okazało się, że w sieci kontrolne zaplątało się 39 kormoranów, a w sieci z LED-ami tylko 6.

Gdy w ramach poprzedniego badania zliczano przyłów żółwi, stwierdzono, że w sieci kontrolne zaplątało się 125 żółwi zielonych (Chelonia mydas), a w oświetlone - 62. Zabieg nie zmniejszał jednak właściwego połowu, czyli liczby złapanych ryb z rodziny rochowatych.

Obecnie naukowcy pracują z większymi peruwiańskimi przedsiębiorstwami połowowymi i oceniają inne kolory świateł, by sprawdzić, czy wyniki odnoszą się do bardziej zagrożonych gatunków.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites
18 godzin temu, Ksen napisał:

A ile ryb się łowi?

Tyle samo.

W dniu 12.07.2018 o 12:49, KopalniaWiedzy.pl napisał:

Brytyjczycy uważają więc, że mocowanie świateł to tani i skuteczny sposób na ograniczenie liczby zaplątujących się i umierających zwierząt (nie wpływa on zaś na wielkość połowu).

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Eksperci próbują ustalić, co doprowadziło do śmierci tysięcy ptaków w pobliżu jeziora Sambhar w Radżastanie. Najpierw mówiono o ponad 2 tys. ofiar, jednak ze względu na to, że padłe ptaki pokrywają teren w promieniu 12-13 km od zbiornika wodnego, wiele wskazuje na to, że ich ostateczna liczba wzrośnie nawet do 5 tys.
      Sambhar, największe naturalne słone jezioro Indii, jest popularnym miejscem gromadzenia się ptaków migrujących, w tym flamingów czy szczudłaków.
      W zeszłą niedzielę powiadomiono władze, że jak okiem sięgnąć brzeg Sambharu pokrywają martwe ptaki. Ciał było tyle, że początkowo ludzie pomylili je z pryzmami krowich odchodów. Dopiero później okazało się, że to truchła przedstawicieli co najmniej 10 ptasich gatunków, m.in. kazarek rdzawych i szablodziobów.
      Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Z tajemniczych powodów zginęło tu ponad 5 tys. ptaków - powiedział India Today Abhinav Vaishnav, miejscowy obserwator ptaków.
      Na razie nie wiadomo, co się stało. Wysnuto jednak parę teorii. Jedna wskazywała na burzę gradową, która przeszła przez okolice w zeszłym tygodniu. Inne wspominały o chorobie zakaźnej i zawierających pestycydy nasionach z pola.
      Jak dotąd najbardziej prawdopodobną przyczyną wydaje się zanieczyszczenie wody, ale rozstrzygną to dopiero testy. Próbki wody i kilka okazów ptaków wysłano do dalszych badań do laboratorium w Bhopalu.
      Niektórzy specjaliści uważają, że w grę mogą wchodzić wyższa temperatura i wysoki poziom wody po ostatniej porze deszczowej. W takich warunkach śmiertelność wyczerpanych długiem lotów ptaków bywa wyższa.
      Obecnie miejscowi zajmują się grzebaniem ciał ptaków w głębokich dołach.
       

       


      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Zdumieni strażnicy z National Trust znaleźli na bezludnej wyspie Mullion u wybrzeży Kornwalii tysiące jasnobrązowych, żółtych i zielonych gumek recepturek. Wydaje się, że trafiły tu, bo ptaki morskie pomyliły je ze swoim pożywieniem. Co istotne, w regionie uprawiane są kwiaty, które wiąże się w pęczki właśnie za pomocą gumek.
      Gumki znajdowały się w wypluwkach (zrzutkach) wydalonych na drodze regurgitacji.
      Zjedzone tworzywa sztuczne i guma to kolejna pozycja na długiej liście wyzwań, z którymi mewy i inne ptaki morskie muszą się zmagać, by po prostu przeżyć. Choć mewy są hałaśliwe i wydają się rozpowszechnione, tak naprawdę ich liczebność spada - opowiada strażniczka Rachel Holder.
      Miejsca takie jak wyspa Mullion powinny być dla ptaków morskich ostojami, przykro więc widzieć, że stały się one ofiarami ludzkiej aktywności.
      W niestrawionym pokarmie znaleziono też niewielkie fragmenty sieci rybackich i sznurka. Jedna z mew zginęła po złapaniu się na 10-cm haczyk.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naszym rozmówcą jest Marek Pióro – popularyzator „ptasiarstwa”, autor książek „Kalendarz ptaków” i „Plamka mazurka”. Od 12 lat prowadzi blog Plamka mazurka, a od 10 lat pełni funkcję ambasadora Rzeczpospolitej Ptasiej. Znawca ptaków, który bada ich obecność w mitologii, kulturze czy zabobonach. Pisze o ptakach wielowymiarowo. Jak sam mówi, zawdzięcza im naprawdę dużo, między innymi wzbogacenie kontaktów z ludźmi czy rzucenie palenia.


      Jest Pan tropicielem przysłów, herbów i legend związanych z ptakami, a także ptasich śladów w sztuce, religii i historii. Tego typu wątki pojawiają się m.in. w Pana książce pt. „Plamka mazurka”, np. w opowieściach o bocianie albo czapli. Skąd takie zainteresowania?
      Tropienie wspomnianych przez Panią tematów przyszło z rozwojem mnie jako autora bloga. Historia, legendy, przysłowia, sztuka czy mitologie obce mi nie były. Ale dopiero wraz z rozkręcaniem bloga zacząłem coraz głębiej je drążyć. Było to dla mnie radosne przypominanie poszczególnych wątków, jak też poznawanie nowych. Chyba w dużej mierze dzięki temu blog przyciągał uwagę wielu osób. Zapewne dzięki temu „Kalendarz ptaków” i „Plamka mazurka” dostarczają mi wzruszeń od Czytelników chwalących te książki.
      Liczebność populacji ptaków określa się w liczbie par. Są jednak pewne wyjątki. Skąd się one biorą: czy to kwestia biologii gatunku, tradycji czy jeszcze czegoś innego?
      Dobre pytanie, choć chyba niekoniecznie ja powinienem być jego adresatem. Kwestia liczenia ptaków w parach ma jednak swoje ograniczenia. Albo też... zbyt dużo swobody! Mam tu na myśli dwa pierwsze z brzegu gatunki. Dzięciołka i zimorodka. Liczymy je w parach, choć tak na dobrą sprawę różnie z tym bywa. Słyszałem swego czasu o samicy dzięciołka, która miała trzech partnerów i trzy dziuple ze swoimi jajami, a potem pisklętami. Albo o samcach zimorodków, które miały po trzy samice i trzy norki z przychówkiem. Jakże wygląda przy nich liczony w "buczących" samcach bąk? Podobne jest u wodniczek, które liczone są w śpiewających samcach.
      Jednak wszystkie gatunki w naszej awifaunie przebijają remizy. Występuje u nich polyginia (samiec kojarzący się z kilkoma samicami) z poliandrią (samica kojarząca się z kilkoma samcami). Myślę, że niejeden scenarzysta telenowel, gdyby znał remizy, mógłby być szczęśliwy.
      A w dziewiętnastym wieku remizy uznawano za monogamiczny gatunek.
      Co dla Pana oznacza bycie ambasadorem Rzeczpospolitej Ptasiej?
      Nominacja na ambasadora Rzeczpospolitej Ptasiej, na której zloty odbywające się w przedostatnie weekendy każdego kwietnia zapraszam, miała być dostrzeżeniem mojego blogowania. Miała zostać pewnym takim jakby zwieńczeniem pisania o ptakach, a stała się odskocznią, trampoliną do dalszego pisania.
      Z chwilą, gdy zostałem ambasadorem, opuściło mnie ileś nieśmiałości, nabrałem większej pewności siebie. Dzięki temu poznałem wielu fantastycznych ludzi. Po prostu nabrałem w skrzydła pozytywnego wiatru.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Jeśli nielegalne sieci skrzelowe będą nadal zastawiane, uważany za najbardziej zagrożonego wyginięciem przedstawiciela rodziny morświnowatych i w ogóle ssaka morświn kalifornijski (Phocoena sinus) wyginie w ciągu roku. Wg naukowców, pozostało mniej niż 10 tych zwierząt.
      W 2016 r. liczebność populacji szacowano na 30 osobników, ale choć rząd Meksyku zakazał używania sieci skrzelowych, w które morświny kalifornijskie przypadkowo się łapią, stanowiąc przyłów, nielegalne połowy wcale się nie zakończyły.
      Od tamtej pory znaleziono 10 martwych P. sinus. Wszystkie zgony (w przypadkach, gdzie dało się ustalić przyczynę zgonu) były wynikiem utonięcia w sieci skrzelowej.
      Międzynarodowy zespół, w skład którego wchodzili m.in. specjaliści ze szkockiego University of St Andrews, zauważył, że doszło do dużego spadku liczebności gatunku, analizując echolokacyjne "kliknięcia" morświnów. Zgodnie z oszacowaniami, pod koniec ostatnich badań akustycznych w sierpniu 2018 r. w najlepszym razie było 9 P. sinus.
      Warto dodać, że morświn kalifornijski jest endemitem i występuje wyłącznie w płytkich wodach przybrzeżnych na północy Zatoki Kalifornijskiej.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Przez dekady byli postrzegani jako nieszkodliwi dziwacy. Teraz ich hobby stało się bezcennym zbiorem danych naukowych i powodem do wszczęcia alarmu. Mamy oto dowód, że właśnie zachodzi jedno z największych wymierań od czasu dinozaurów.
      Mowa tutaj o Towarzystwie Entomologów-Amatorów z Krefeld przy granicy niemiecko-holenderskiej, którego członkowie od 1982 roku zbierają okazy owadów w swojej okolicy. Od 1982 roku pułapki na owady, które sami produkujemy zostały przez nas ustandaryzowane i są ściśle kontrolowane. Wszystkie są tych samych rozmiarów, wykonane z tych samych materiałów, ustawiamy je w tych samych 63 lokalizacjach i opróżniamy w tych samych momentach, mówi prezes Towarzystwa Marin Sorg.
      Siedziba Towarzystwa mieści się w budynku byłej szkoły. To tam, do pomieszczeń chronionych przed nadmiarem światła za pomocą grubych kotar trafiają zebrane okazy.
      Kolekcja stworzona przez entomologów-amatorów składa się obecnie z 80 milionów okazów. To więcej niż jakiekolwiek inne zbiory na świecie. Nawet amerykański Smithsonian Institution czy londyńskie i paryskie Muzeum Historii Naturalnej mogą pochwalić się „jedynie” 30 milionami okazów.
      Entomolodzy z Krefeld są dumni ze swoich zbiorów i jednocześnie przerażeni tym, co zaważyli. Alarmują, że od kiedy prowadzą badania masa chwytanych owadów latających zmniejszyła się o 76%. Na potwierdzenie tych słów technicy z laboratorium pokazują dwie pułapki. W tej z roku 1994 złapało się 1400 gramów owadów. W tej współczesnej jest ich zaledwie 300 gramów.
      To, z jak szybkim spadkiem mamy do czynienia, zauważyliśmy w 2011 roku. I od tamtego czasu jest coraz gorzej, mówi Sorg.
      Entomolodzy z Krefeld już przed laty bili na alarm, jednak ich głos nie przebijał się do opinii publicznej. Media zajmowały się wówczas zagrożeniami wiszącymi nad wielkimi ssakami, a ludzie tacy jak Sorg i jego koledzy byli postrzegani jako dziwacy niemający wiele wspólnego z nauką.
      W tym samym 2011 roku, pod drugiej stronie granicy, w Holandii, profesor Hans de Kroon próbował wyjaśnić zagadkę zmniejszającej się populacji ptaków. Wysunął hipotezę, że ma to związek z coraz mniejszą dostępnością pożywienia, szczególnie owadów. Jednak nie miał dostarczających dowodów. Wtedy skontaktowali się ze mną koledzy z Krefeld i powiedzieli, że mają dane, że widzą olbrzymie spadki, że są zaniepokojeni i poprosili mnie o analizę danych. Tak się to wszystko zaczęło, mówi de Kroon.
      Naukowiec zaczął szukać przyczyn szybkiego spadku populacji owadów i odkrył jedną z nich. To intensywne rolnictwo. Cóż z tego, że w okolicy istnieje rezerwat przyrody, gdy zaraz za jego granicami, po drugiej stronie drogi uprawiane są buraki cukrowe, a pola są ciągle poddawane opryskom. Rezerwat nie jest więc chroniony tak, jakby się wydawało, mówi Sorg. Musimy sobie zdawać sprawę z tego, że w Europie Zachodniej obszary naturalne stają się coraz mniejsze, a rolnictwo jest niezwykle wrogie owadom. Owady nie mają pożywienia i są trute. A obszary chronione są coraz bardziej i bardziej izolowane. Owady nie są w stanie przenosić się między nimi. To dla nich zbyt daleko, dodaje profesor Kroon. Uczony nie ma wątpliwości, że przyczyny zanikania owadów, a co za tym idzie, zanikania ptaków, są antropogeniczne. Obawia się, że przekroczyliśmy granicę, spoza której nie ma już odwrotu, że utrata bioróżnorodności jest bezpowrotna.
      Dane z Krefeld odegrały też główną rolę w metaanalizie przygotowanej przez australijskich naukowców z Uniwersytetów w Sydney i Queensland.
      Przeprowadzili oni syntezę 73 badań nad insektami, jakie ukazały się w ciągu ostatnich 40 lat. Badania obejmowały cały świat. Na podstawie tej analizy Australijczycy obliczyli, że obecnie zagrożonych wyginięciem jest 40% gatunków owadów, a każdego roku kolejny 1% jest dodawany do tej listy. Owady stanowią 2/3 wszystkich gatunków lądowych. Mamy więc do czynienia z największym wymieraniem od czasów dinozaurów.
      Głównymi przyczynami takiego stanu rzeczy są utrata habitatów, zajmowanie kolejnych obszarów pod intensywną produkcję rolną, urbanizacja, zanieczyszczenie środowiska głównie przez pestycydy i nawozy, wprowadzanie przez człowieka gatunków inwazyjnych oraz zmiana klimatu.
      Jeśli nie zmienimy sposobu produkcji żywności, w ciągu kilku dekad owady jako cała gromada, znajdą się na skraju zagłady, stwierdzili australijscy uczeni.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...