Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Rozważania na temat praw autorskich, ich zakresu obowiązywania i oddziaływania na społeczeństwo bardzo często ograniczają się do krytyki prawodawstwa USA. Tymczasem, jak wynika z raportu organizacji Consumers International, w Stanach Zjednoczonych obowiązuje... jedno z najbardziej przyjaznych rozwojowi i konsumentom praw ochrony własności intelektualnej.

Jednak to nie USA przewodzą liście najbardziej przyjaznych krajów. W zestawieniu CI najwyższą pozycję zdobyły Indie. Na drugim miejscu uplasował się Liban, następnie Izrael, za nim USA. Miejsce piąte zajmuje Indonezja, szóste RPA, a kolejne przypadły Bangladeszowi, Maroko, Szwecji i Pakistanowi. Z kolei za kraje z najmniej przyjaznym prawem uznano Chile, Jordanię, Wielką Brytanię, Kenię, Tajlandię, Argentynę, Brazylię, Zambię, Egipt i Japonię.

Trudno nie zauważyć, że sąsiadujące ze sobą na liście kraje dzieli wszystko - zamożność obywateli, kultura, religia czy historia.

W tegorocznym zestawieniu CI wzięło pod uwagę 34 kraje. To dwukrotnie więcej niż przed rokiem. Niestety, nie uwzględniono w nim Polski.

Podczas badań brano pod uwagę następujące czynniki: zakres i długość ochrony zapewnianej przez prawo autorskie, możliwość dostępu i wykorzystywania dzieła (kategorię tę podzielono na podkategorie - dla użytkowników domowych, na potrzeby edukacji, online, przez twórców treści, przez prasę, przez biblioteki, przez niepełnosprawnych oraz w sprawach publicznych), wolność dzielenia się i transferu dzieła oraz egzekwowanie i ochronę praw autorskich.

Poszczególne kategorie oceniano za pomocą liter od A (najlepsza) do F (najgorsza). Indie, mające najbardziej przyjazny system praw autorskich, uzyskały łączną ocenę B. Najlepiej wypadły w kategoriach dostępności dzieła online, na potrzeby twórców zawartości, na potrzeby prasy oraz pod względem egzekucji ochrony praw. W kategoriach tych uzyskały oceny A. Najgorzej (na D) oceniono możliwość dzielenia się dziełem. Wspomniane na wstępie USA również otrzymały ocenę łączną B. Najlepiej (na A) ocenione kategorie to dostępność dzieła online, dla bibliotek i niepełnosprawnych. Najgorzej (na D) oceniono egzekwowanie prawa.

Krajem, który ma najmniej przyjazny system praw autorskich, uznano Chile. Najwyższe oceny © państwo to uzyskało w kategoriach dostępności online, wolności dzielenia się i transferu oraz egzekucji prawa. Najgorzej (F) w kategoriach długości obowiązywania i zakresu ochrony praw, dostępności dla użytkowników domowych, edukacji, bibliotek, niepełnosprawnych i w sprawach publicznych.

Surowo oceniona Wielka Brytania uzyskała wynik C-. Najlepiej (A) wypadła w dostępności dzieła dla niepełnosprawnych. Najgorzej (F) w dostępności dla użytkowników domowych, edukacji, w sprawach publicznych i pod względem egzekucji praw.

Pełny raport można pobrać z Sieci.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Można mieć pewne wątpliwości co do znaczenia słowa "przyjaznym". Prawo autorskie jest przyjazne dla autorów czy dla użytkowników ?

 

Myślę że właściwie dobrane prawo autorskie, tzn nie zbyt restrykcyjne ale jednocześnie nie zbyt pobłażliwe to klucz do jego respektowania i walki z piractwem. Na myśl przychodzi mi analogia to świateł na przejściach dla pieszych - jeśli nic nie jedzie a czas oczekiwania na zielone światło jest długi to piesi przestają na nie zwracać w ogóle uwagę.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Najgorzej (F) w kategoriach długości obowiązywania i zakresu ochrony praw, dostępności dla użytkowników domowych, edukacji, bibliotek, niepełnosprawnych i w sprawach publicznych.

Cokolwiek to znaczy...

a konkretnie:

chodzi o to, że długość i zakres ochrony praw jest zbyt długi, czy zbyt krótki? z perspektywy twórcy czas jest zawsze zbyt krótki, z perspektywy konsumenta dokładnie na odwrót.

 

Czepiam się braku punktu odniesienia - ot sztuka dla sztuki...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szkoda, że nie uwzględniono Polski, wydaje mi się, że mamy dość znośne prawo autorskie (poza nazbyt wydłużonym okresem ochrony). Z rozwiązań USA warto by zaimportować automatyczne zaliczanie wszystkiego, co wytworzone przez administrację (samo)rządową do domeny publicznej.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sporo rzeczy w niej jest. Ale u nas problemem nie jest kategoryzowanie pod względem prawnym, a fakt, że administracja w Polsce działa niejawnie. Tymczasem 99% dokumentów powinno być jawnych i łatwo dostępnych. Poczynając od wewnętrznych rozporządzeń w urzędach, po listy płac na poszczególnych stanowiskach. Tylko bardzo nieliczne dane powinny być utajniane, a i to w szczególnych przypadkach.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Wojna atomowa pomiędzy Indiami a Pakistanem doprowadziłaby do śmierci 50–125 milionów osób w ciągu zaledwie tygodnia, wynika z analiz przeprowadzonych przez zespół pracujący pod kierunkiem profesora Briana Toon'a. W latach 80. Toon był członkiem zespołu naukowego, który ukuł termin „nuklearna zima” na określenie tego, co wydarzyłoby się w ziemskiej atmosferze w skutek konfliktu atomowego pomiędzy USA a ZSRR.
      Naukowcy z Colorado University Boulder i Rutgerst University przeanalizowali teraz, jakie konsekwencje miałaby wojna atomowa pomiędzy Indiami a Pakistanem. Obecnie każdy z tych krajów posiada około 150 głowic atomowych i ocenia się, że do roku 2025 ich arsenały wzrosną do ponad 200 głowic. Analizy wykonano w związku z rosnącym napięciem pomiędzy oboma krajami, dla których punktem zapalnym jest Kaszmir. W sierpniu Indie zmieniły swoją konstytucję tak, że pozbawiły praw mieszkańców Kaszmiru i wysłały tam dodatkowe oddziały wojskowe.
      Wojna pomiędzy Indiami a Pakistanem dwukrotnie zwiększyłaby normalny poziom śmiertelności na świecie. Byłaby bezprecedensowym wydarzeniem w dziejach ludzkości, mówi Toon. Uczony zauważa, że oba kraje szybko rozbudowują swoje arsenały. Mają olbrzymie populacje, więc arsenały te zagrażają olbrzymiej liczbie ludzi, a na to wszystko nakłada się konflikt o Kaszmir.
      Pakistan posiada m.in. osiem typów pocisków balistycznych o zasięgu do 2750 km, jest więc w stanie zaatakować dowolny cel w Indiach. Jako, że w Indiach znajduje się około 400 miast o liczbie ludności większej niż 100 000 osób to obecnie Pakistan jest w stanie zaatakować około 1/3 z nich, a do roku 2025 będzie zdolny do ataku na 2/3 z nich.
      Z kolei Indie są zdolne do atakowania celów odległych o 3200 km, a w niedalekiej przyszłości zwiększą zasięg do 5200 km. Jako, że w Pakistanie miast o liczbie ludności przekraczającej 100 000 jest około 60, to już w tej chwili Indie mogą zaatakować każde z nich dwiema głowicami.
      Analizując przebieg wojny naukowcy stwierdzili, że w ciągu pierwszego tygodnia wojny nad miastami Indii i Pakistanu mogłoby zostać zdetonowanych około 250 głowic atomowych. Nie wiemy, jaka jest siła każdej z nich, gdyż żaden z tych krajów od dekad nie przeprowadził próby atomowej, jednak uczeni ocenili, że każda z nich może zabić nawet 700 000 osób.
      Większość z ofiar nie umarłaby w wyniku samej eksplozji, a wskutek pożarów przez nią wywołanych. Dla reszty globu te pożary byłyby katastrofą. Naukowcy obliczyli, że w wyniku wojny do atmosfery wydostałoby się ponad 36 milionów ton gęstego czarnego dymu. Zablokowałby on dostęp pomieniom słonecznym, w wyniku czego średnie temperatury na Ziemi na wiele lat spadłyby o 1,25–6,5 stopni Celsjusza. Wkrótce po tym pojawiłyby się niedobory żywności.
      Nasze badania, które przeprowadziliśmy za pomocą zaawansowanych modeli całego systemu Ziemi, wykazały znaczne spadki produktywności roślin na lądach i glonów w morzach, co byłoby niebezpieczne dla organizmów znajdujących się na wyższych piętrach łańcucha pokarmowego, w tym dla ludzi.
      Dym początkowo trafiłby do troposfery i rozprzestrzenił na wysokości 9–13,5 kilometra. Naukowcy ocenili, że jeszcze zanim rozprzestrzeniłby się w troposferze, deszcze usunęłyby około 20% dymu. Kolejnych 10–15 procent zostałoby usunięte w ciągu kolejnych dni, przed dotarciem do stratosfery.
      Obecnie ilość energii słonecznej docierającej do powierzchni Ziemi wynosi średnio około 160 W m-2. W zależności od rozważanego scenariusza wojny ilość ta zmniejszy się od 20 do 40 procent, czyli od 32 do 64 W m-2. To olbrzymia ilość. Warto wspomnieć, że w wyniku erupcji Mt. Pinatubo średnia utrata energii słonecznej wyniosłą 4 W m-2 i jest to też poziom rozważany przez zwolenników stosowania geoinżynierii w celu zapobiegania zmianom klimatu. Porównania można też dokonać z wojną atomową pomiędzy USA a Rosją. Z wyliczeń wynika, że w takim przypadku maksymalna strata energii słonecznej przy powierzchni Ziemi wyniesie ok. 75%, czyli 120 W m-2.
      Zmniejszenie ilości energii Słońca oznacza natychmiastowe ochłodzenie, zmniejszenie parowania, konwekcji i opadów. Opady zmniejszyłyby się od 15 do 30 procent. Średnie temperatury przy powierzchni Ziemi zmniejszyłyby się o 1,25 do 6,5 stopnia Celsjusza. Największy spadek miałby miejsce 3 lata po wojnie i minimalne temperatury utrzymywałyby się przez około 4 lata.
      Powrót do poprzednich temperatur i opadów trwałby ponad 10 lat. Warto tutaj przypomnieć, że podczas ostatniej epoki lodowej globalne temperatury były o 3 do 8 stopni niższe niż w epoce przedprzemysłowej, jednak utrzymywały się one przez tysiące lat.
      W wyniku nuklearnej zimy doszłoby do znaczącego spadku produkcji rolnej. Spadki te byłyby większe na Półkuli Północnej. Na szerokościach powyżej 60 stopni szerokości północnej produkcja rolna spadłaby o 100%, a najważniejsze regiony produkcji rolniczej w Ameryce Północnej i Europie doświadczyłyby spadków produktywności o 25 do 50 procent. Olbrzymie spadki notowano by też w Indiach, Chinach, Azji Południowo-Wschodniej, Ameryce Południowej i Afryce. Jeśli zaś chodzi o spadek produktywności oceanów, to najgorsza sytuacja byłaby w Arktyce, gdzie niemal całkowicie by ona zamarła. Na północnym Atlantyku i północnym Pacyfiku produktywność spadłaby – w zależności od scenariusza wojny – o 25–50 procent.
      Autorzy badań zauważają, że zakończenie Zimnej Wojny nie oznacza – wbrew temu co się powszechnie sądzi – końca zagrożenia wojną atomową. Indie i Pakistan podążają drogą USA i ZSRR, a wojna pomiędzy nimi oznaczałaby globalną katastrofę.
      Ze szczegółami badań można zapoznać się na łamach Science Advances.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W III kwartale bieżącego roku 40% energii elektrycznej wykorzystanej w Wielkiej Brytanii pochodziło ze źródeł odnawialnych, a udział paliw kopalnych – tutaj niemal wyłącznie gazu – wyniósł 39%. Pozostałe 21% zapewniły głównie elektrownie atomowe. Zatem po raz pierwszy od czasu uruchomienia pierwszej brytyjskiej elektrowni, co miało miejsce w 1882 roku, paliwa kopalne nie były głównym źródłem energii elektrycznej. Sprawdziły się więc prognozy krajowego operatora sieci przesyłowej, National Grid, że w bieżącym roku źródła odnawialne dostarczą więcej energii niż paliwa kopalne.
      Wspomniane osiągnięcie było możliwe dzięki uruchomieniu pomiędzy lipcem a wrześniem nowych farm wiatrowych. Dzięki większym, bardziej efektywnym turbinom farmy wiatrowe stają się coraz bardziej opłacalnym przedsięwzięciem, dzięki czemu przemysł ten intensywnie się rozwija.
      Jednak w tej beczce miodu znajdziemy łyżkę dziegciu. Otóż 12% energii elektrycznej wyprodukowanej na Wyspach pochodziło z biomasy. Jest to co prawda paliwo odnawialne, ale emituje węgiel do atmosfery. Co więcej, w niektórych okolicznościach emisja z biomasy może być większa niż z paliw kopalnych. Dlatego też eksperci zalecają brytyjskiemu rządowi rezygnację z elektrowni na biomasę.
      Widać zatem, że Wielka Brytania czyni wielkie postępy w odchodzeniu od paliw kopalnych. Jeszcze 10 lat temu z paliw takich pozyskiwała 80% energii.
      Dla światowej emisji węgla do atmosfery najważniejsze jest jednak to, co dzieje się w Chinach i USA. Państwo Środka ze źródeł odnawialnych pozyskuje niemal 27% swojej energii elektrycznej, a w USA odsetek ten wynosi 18%.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W tym samym czasie, gdy Egipcjanie i Sumerowie wznosili pierwsze monumentalne budowle, w dolinie Indusu rozwijała się kolejna z wielkich miejskich cywilizacji, której centrami były Harappa i Mohendżo-Daro.
      Cywilizacja doliny Indusu pojawiła się około roku 3000 przed Chrystusem i upadła około roku 1700. W szczycie swojego rozkwitu zajmowała obszary dzisiejszych północno-zachodnich Indii oraz wschodniego Pakistanu. W kilku jej największych miastach mogło mieszkać nawet 5 milionów ludzi.
      Teraz, po 5000 lat, po raz pierwszy przeaalizowano genom przedstawicieli tej cywilizacji. Cywilizacja doliny Indusu od dawna stanowi tajemnicę. To bardzo ekscytujące, że możemy się dowiedzieć czegoś o jej przeszłości i późniejszych dziejach, mówi genetyk Priya Moorjani z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, która nie była zaangażowana w najnowsze badania.
      Dotychczas odnaleziono szczątki setek przedstawicieli cywilizacji harappiańskiej, jednak wilgotny klimat szybko niszczy DNA, dlatego też dotychczas nie zbadano ich genomu. W ostatnich latach dokonano ważnego postępu. Okazało się, że w kości skalistej znajduje się wyjątkowo dużo DNA, które można pozyskać nawet ze szkieletów, które uległy poważnemu rozkładowi.
      Zespół prowadzony przez genetyka Davida Reicha z Uniwersytetu Harvarda oraz archeologa Vasanta Shinde z Deccan College w Indiach, postanowił wykorzystać tę wiedzę i spróbować pozyskać DNA ze szkieletów z doliny Indusu. Przebadali ponad 60 fragmentów szkieletów i w końcu udało się pozyskać materiał z jednego z nich. Uzyskanie niemal kompletnego genomu wymagało przeprowadzenia ponad 100 analiz. To bez wątpienia najszerzej zakrojone działania, jakie kiedykolwiek podjęliśmy w celu uzyskania DNA z pojedynczej próbki, mówi Reich.
      DNA pochodziło najprawdopodobniej od kobiety, pochowanej wśród ceramicznych naczyń na stanowisku archeologicznym Rakhigarhi, w odległości około 150 kilometrów na północny-zachód od Delhi. Dane archeologiczne wskazują, że kobieta żyła w okresie pomiędzy 2800–2300 lat przed Chrystusem. Jej genom jest blisko powiązany z genomem 11 innych osób, których szczątki znaleziono w Iranie i Turkmenistanie, gdzie warunki naturalne zapewniają lepsze przechowywanie DNA. Te 11 osób to część grupy 523 osób, których DNA wykorzystano podczas innych badań populacyjnych na temat historii Azji Południowej.
      Jako, że wiemy, iż cywilizacja doliny Indusu prowadziła handel z obszarami, na których znaleziono wspomnianych 11 osób oraz że ich genom miał niewiele wspólnego z innymi osobami pochowanymi na obszarach, na których te 11 osób znaleziono, Reich i jego koledzy wysunęli hipotezę, że najprawdopodobniej osoby te to emigranci z doliny Indusu.
      Uczeni dokonali też porównań posiadanych teraz 12 genomów przedstawicieli cywilizacji harappiańskiej, czyli kobiety z doliny Indusu i 11 migrantów, z DNA przedstawicieli innych starożytnych cywilizacji Eurazji oraz ze współczesnymi populacjami. Okazało się, że mimo iż cywilizacja doliny Indusu upadła około 4000 lat temu, to jej pula genetyczna jest obecna u większości współczesnych mieszkańców Indii.
      Reich zauważa też, że współcześni mieszkańcy północy Indii posiadają w swoim DNA zapis mieszania się tamtejszej ludności w mieszkańcami stepu euroajzatyckiego. Jako, że mieszkańcy stepu wcześniej mieszali się też z mieszkańcami Europy, mamy tutaj do czynienia z widocznym związkiem genetycznym pomiędzy Europą a Azją Południową. Kolejne epizody przenikania się ludności stworzyły przez tysiące lat dzisiejszą mieszankę genetyczną na terenie Indii.
      Badania Reicha przyniosły też pewne zaskakujące spostrzeżenie dotyczące starożytnych mieszkańców Iranu. Otóż już wcześniej znaleziono ślady ich DNA wśród współczesnej populacji Azji Południowej. Wydawało się więc, że potwierdza to pogląd mówiący, iż migranci z Żyznego Półksiężyca, gdzie narodziło się rolnictwo, w pewnym momencie dotarli na subkontynent indyjski i wprowadzili tam rolnictwo. Jednak nowe badania wskazują, że irańskie DNA zarówno u przedstawicieli cywilizacji doliny Indusu jak i u współczesnych mieszkańców Indii pojawiło się tam na około 2000 lat przed pojawieniem się rolnictwa. Innymi słowy DNA z terenu współczesnego Iranu zawędrowało do Indii w ramach krzyżowania się społeczności łowców-zbieraczy i społeczności rolnicze nie były w to zaangażowane. Niewykluczone zatem, że mieszkańcy Azji Południowej przyjęli rolnictwo od swoich sąsiadów, z którymi się nie mieszali.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Premier Indii, Narendra Modi, poinformował, że w ciągu ostatnich czterech lat krajowa populacja tygrysów wzrosła o 33%. Z okazji Międzynarodowego Dnia Tygrysa przedstawiono wyniki ogólnokrajowego spisu tych zwierząt za rok 2018. Szacuje się, że obecnie na terenie Indii na wolności żyje 2967 tygrysów. To około 80% światowej populacji tego gatunku.
      W 2010 roku podczas odbywającego się w St. Petersburgu Tiger Summit przyjęto zobowiązanie, by do roku 2022 postarać się o dwukrotne zwiększenie światowej populacji tygrysów. Większość pracy musiały wykonać Indie, gdzie żyje większość światowych tygrysów. Indie wywiązały się z podjętego zobowiązania cztery lata przed wyznaczonym terminem.
      Walkę o uratowanie tygrysów podjęto w Indiach w 1973 roku, kiedy to w ramach projektu Tiger Initiative założono 9 rezerwatów. Obecnie w kraju istnieją 502 rezerwaty, które pokrywają 2,21% jego powierzchni. Prowadzone są bardzo różne działania na rzecz zachowania populacji tygrysów, a jedną z najważniejszych inicjatyw jest program dobrowolnych relokacji siedzib ludzkich za odszkodowaniem.
      Premier Modi mówi, że Indie są obecnie jednym z najbezpieczniejszych krajów dla tygrysów. Mimo to ludzie wciąż stanowią zagrożenie dla tych zwierząt, które podchodzą zbyt blisko wsi.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W brytyjskich mediach społecznościowych karierę robią zdjęcia niemal 13-kilometrowej „rzeki dzikich kwiatów” posianej na zlecenie rady miejskiej wzdłuż jeden z głównych ulic miasta Rotherham. Podobne widoki cieszą też oczy mieszkańców Nottinghamshire, Derbyshire, Sheffield, Birmingham czy Newcastle. A wszystko to zasługa niestrudzonej pracy organizacji Plantlife.
      Ekolodzy z Plantlife od 2013 roku prowadzą kampanię zachęcającą władze lokalne do zachowania bioróżnorodności i zaoszczędzenia pieniędzy. Chcą, by pozwolono rosnąć dzikim roślinom, by nie wykaszano wszędzie trawników, by dbano o różnorodność. Plantlife szczególną uwagę zwraca na pobocza dróg. Organizacja alarmuje, że w czasie krótszym niż 100 lat Wielka Brytania straciła 97% naturalnych łąk, a szczególnie ucierpiała roślinność wzdłuż dróg. Ekolodzy zachęcają władze lokalne oraz władze odpowiedzialne za utrzymanie dróg i autostrad, by kosiły mniej i rzadziej. Chcemy, by kwiaty mogły zakwitnąć, by zapylacze miały szansę je zapylić, by pojawiły się nasiona, które opadną na ziemię. Dzięki temu z roku na rok będzie coraz więcej kwiatów i będziemy cieszyli się coraz piękniejszymi widokami, apeluje Plantlife.
      Władze lokalne w niektórych miejscach dały się namówić i rozpoczęły programy pilotażowe. Nottinghamshire Conty Council poinformował, że na swoim bardzo ograniczonym programie pilotażowym, który z czasem jeszcze bardziej ograniczono, zaoszczędził 150 funtów na kosztach koszenia. Znacznie lepsze wyniki uzyskał Rotherham Borough Council, który wdrożył projekt na szerszą skalę, dzięki czemu podatnicy zaoszczędzili 23 000 funtów.
      Władze w wielu lokalizacjach przyznają, że wystarczy po prostu pozwolić roślinom rosnąć, a większość mieszkańców szybko zaczyna chwalić te decyzje. Oczywiście wzrost nie może być nieograniczony. Koszenie prowadzi się tam, gdzie jest to konieczne ze względów bezpieczeństwa, szczególnie na skrzyżowaniach.
      Projekt Plantlife i decyzje władz lokalnych chwali Pam Hunter, szefowa wydziału badawczego Brytyjskiego Towarzystwa Pszczelarskiego. Pani Hunter również jednak zwraca uwagę na kwestie bezpieczeństwa. Nie można po prostu zostawić roślin samopas. Jednak tam, gdzie to możliwe, należy pozwolić roślinom rosnąć. Przez wiele lat łąki były koszone bardzo często, co negatywnie odbiło się na różnorodności i populacji owadów. Teraz, wraz ze wzrastającą świadomością społeczeństwa, które coraz częściej popiera projekty dotyczące zachowania bioróżnorodności, jest nadzieja na odrodzenie się populacji owadów.
      Zarówno przedstawiciele Stowarzyszenia Samorządów oraz Highway England obiecali, że tam, gdzie nie wpłynie to negatywnie na widoczność, a zatem i na bezpieczeństwo, będą pozwalali roślinom rosnąć dłużej.
      Niektórzy ludzie uważają niewykoszone pobocza dróg za zaniedbane. Jednak większość kierowców uważa taki widok za przyjemny, a badania wykazały, że łąki w pobliżu dróg znacząco zmniejszają stres u kierowców. Władze lokalne reagują na zamianę opinii publicznej, biorą pod uwagę możliwe do osiągnięcia oszczędności oraz bezpieczeństwo na drogach, mówi Franziska Schrodt z University of Nottingham.
      My naukowcy wiemy obecnie więcej niż jeszcze pięć lat temu o znaczeniu przydrożnej roślinności zarówno dla bioróżnorodności jak i jej wpływie na zmniejszenie zanieczyszczenia, utrzymaniu prawidłowej struktury i zdrowia gleby czy zmniejszenie ryzyka powodzi, dodaje uczona.
      Organizacja Plantlife ma bardzo ambitne plany. Ekolodzy chcą, by wzdłuż wszystkich dróg poza obszarami zabudowanymi pozwalano łąkom rosnąć. Już obliczyli, że łączna długość miejsc, w których mogłyby istnieć dzikie łąki wynosi 500 000 kilometrów. To połowa obecnej powierzchni zajmowanej przez dzikie łąki w Wielkiej Brytanii. Pobocza dróg mają olbrzymi potencjał, stwierdzają przedstawiciele Plantlife.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...