Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

W USA obserwuje się od pewnego czasu znaczący spadek liczby śmiertelnych wypadków na drogach. Zdaniem naukowców, to efekt nie tylko zmniejszenia liczby podróży, ale również zmian w proporcjach poszczególnych rodzajów podróży.

Jednym ze skutków trwającego kryzysu jest mniejsza liczba podróży samochodem, które odbywają Amerykanie. Już to spowodowało zmniejszenie liczby wypadków. Jednak akademicy z University of Michigan wskazują jeszcze inne przyczyny - zmniejszenie się liczby podróży poza miastem oraz mniejsza liczba wyjazdów rekreacyjnych.

Ludzie mieszkający poza dużymi miastami osiągają zwykle mniejsze dochody, a więc muszą bardziej oszczędzać. Jednocześnie jazda samochodem poza terenem zabudowanym jest bardziej ryzykowna, przede wszystkim z powodu większych prędkości. Zmniejszenie się liczby podróży poza miastami skutkuje zatem znaczącym zmniejszeniem się liczby ofiar śmiertelnych.

Amerykanie mniej jeżdżą też rekreacyjnie. To również wpływa na znaczny spadek liczby wypadków śmiertelnych, gdyż rekreacyjne podróże związane są z większymi prędkościami, spożywaniem alkoholu i długotrwałą jazdą w godzinach nocnych.

Profesor Michael Sivak, który badał te kwestie, posługując się statystykami z okresu od stycznia 2007 do grudnia 2008, informuje, że trzy czynniki - przebyty dystans, proporcja podróży poza miastem do tych w mieście oraz cena benzyny - odpowiadają za 81% różnic w liczbie śmiertelnych wypadków na drodze.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Ciekawe co trzeba by zrobić u nas? Bieda już jest, i to od iluś lat, rekreacyjnie też często się nie jeździ... Może wydanie prawa jazdy od testów IQ i psychologicznych uzależniać? I pozwalać na kupno samochodu jedynie przy okazaniu prawa jazdy lub wyników w/w testów?

Share this post


Link to post
Share on other sites

A gdzie tam! Strzelać bez ostrzeżenia za przekroczenie Vmax o >10 km/h. Po miesiącu dostrzeglibyśmy skuteczną prewencję, a po roku - całkowitą eliminację osobników opornych na edukację. Przecież lepiej zabić n idiotów, niż pozwolić im zabić 2n Bogu ducha winnych użytkowników dróg

Share this post


Link to post
Share on other sites

'' A gdzie tam! Strzelać bez ostrzeżenia za przekroczenie Vmax o >10 km/h.  ''

 

 

 

[/size]Ponieważ znak ograniczenia prędkości jest stawiany z myślą o najgorszych  warunkach atmosferycznych (zima, śliska nawierzchnia, długa droga hamowania) to powinien być przepis który pozwala w lecie przekroczyć ograniczenie o 20km/h znacznie zwiększy to przepustowość dróg , obniży stres związany z ciągłą kontrolą prędkości, obniży zużycie paliwa (wyższy bieg), pozwoli zaoszczędzić czas i pieniądze. Oczywistym jest że gminy zarabiają na foto-radarach więc głupawych znaków ograniczenia prędkości będzie tylko przybywać (na autostrady przyjdzie jeszcze zaczekać z 30 lat(a i tak będą w ciągłym remoncie)).

Share this post


Link to post
Share on other sites
Ponieważ znak ograniczenia prędkości jest stawiany z myślą o najgorszych  warunkach atmosferycznych (zima, śliska nawierzchnia, długa droga hamowania) to powinien być przepis który pozwala w lecie przekroczyć ograniczenie o 20km/h

Pomysł dobry, ale zrealizowałbym go inaczej. Lepsze byłyby bardziej liberalne ograniczenia, ale z bardziej stanowczym karaniem za niedostosowanie prędkości do warunków na drodze (choć i tu kontrowersji byłoby mnóstwo, bo co zrobić np. latem w czasie ulewy? konflikt z policjantem gotowy). Innym rozwiązaniem byłoby stawianie aktywnych znaków, tzn. takich mogących zmieniać wyświetlane ograniczenia, a do tego nadanie istniejącym wyświetlaczom statusu znaku drogowego (obecnie z punktu widzenia prawa są one wyłącznie gadżetem, nie można w ten sposób niczego nakazywać ani zakazywać).

Share this post


Link to post
Share on other sites

Takie interaktywne znaki byłyby świetnym pomysłem, ale zanim Polacy do nich dojrzeją, to minie jeszcze z 50 lat - do tego czasu te znaki zaraz po postawieniu będą kradzione..

Share this post


Link to post
Share on other sites

Prędkość należy dostosować do panujących warunków na drodze ale nie więcej niż na znaku ograniczenia prędkości (i o ten cholerny znak chodzi ,równo ze zmianą czasu na letni, powinno być dozwolone jego przekraczanie o 20km/h).

Share this post


Link to post
Share on other sites

No więc jedyna różnica polega na tym, że ty byś wolał zostawienia znaków i zmiany w jego egzekucji, a ja bym wolał zmianę części znaków (ale na pewno nie wszystkich - nie zgodzę się np. na dopuszczenie jazdy 70 km/h wszędzie w mieście) przy zachowaniu sposobu egzekucji. To jedyna różnica, bo generalnie zgadzamy się w tej kwestii.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Uważam, że pomysł mikroosa jest sensowniejszy, bo jak prawo nie jest przejrzyste, tylko daje możliwość interpretacji, to każdy sobie będzie inaczej interpretował - wariaci drogowi, że latem gdy jest burza i ulewa, z silnymi wiatrami, jakich 20lat temu (kiedy stawiali znak) nie było, będą przekraczać o 20kmh, no bo przecież jest lato..  A w praktyce zamiast przekraczać te 70-80kmh jeszcze o 20, powinni zredukować prędkość o 30-50.. Dlatego dobre byłyby interaktywne znaki - do których zależnie od warunków jazdy wysyłane byłoby odpowiednie ograniczenie.

 

Bo jak pokazują statystyki wypadków na drogach w Polsce - większość polskich kierowców nie umie (lub nie chce) dostosować prędkości do warunków jazdy (u mnie przed blokiem nagminnie jeżdżą przez przejście dla pieszych 60-100kmh i nikt się nie zatrzymuje na przykład..)

Share this post


Link to post
Share on other sites
Bo jak pokazują statystyki wypadków na drogach w Polsce - większość polskich kierowców nie umie (lub nie chce) dostosować prędkości do warunków jazdy

A jeszcze bardziej niepokojące jest to, że jeżeli poczyta się dowolną dyskusję na ten temat na większym portalu, to ludzie są święcie przekonani, że ograniczenia są jeszcze zbyt liberalne. To jest dopiero przerażające. Ta arogancja jest chyba jeszcze gorsza od braku umiejętności, który sam też jest nagminnym zjawiskiem.

Share this post


Link to post
Share on other sites

A jeszcze bardziej niepokojące jest to, że jeżeli poczyta się dowolną dyskusję na ten temat na większym portalu, to ludzie są święcie przekonani, że ograniczenia są jeszcze zbyt liberalne. To jest dopiero przerażające. Ta arogancja jest chyba jeszcze gorsza od braku umiejętności, który sam też jest nagminnym zjawiskiem.

 

Założeniem znaków drogowych było informowanie kierowcy o warunkach na drodze ("zwolnij do max 50km/h bo tu często są wypadki") jednakże u nas znacznie się to przekształciło w rozwiązanie na uszkodzone drogi. Zamiast naprawić - postawimy znak i problem z głowy. Absurdalne są też niektóre zapisy w przepisach ruchu drogowego - po co zwiększać ograniczenie prędkości do 60k/h w nocy skoro i tak na większości dróg widzimy znaki 50km/h (a on obowiązuje całą dobę)?

 

Z drugiej strony zdecydowana większość wypadków powodowana jest przez nieumyślność kierowców - takim nie pomoże nawet najlepsza droga ani inteligentne znaki (pijany kierowca nawet go nie zauważy, dresik go oleje).

 

Wprowadzenie inteligentnych znaków przynajmniej (wg mnie) tylko teorii pomoże w rozwiązaniu problemów - część znaków zostanie zezłomowana przez złodziei, część zostanie skoszona przez "kierowców". I do tego nie ma wcale gwarancji że ludzie będą się do nich stosować.

 

Aby skutecznie walczyć z łamaniem przepisów należy przede wszystkim zmienić sposób karania - nie 500zł tylko 20% pensji, ale nie mniej niż 500zł. W ten sposób ktoś kto zarabia 15000/m-c również odczuje skutki. Gdy autem jedzie syn/córka - karać rodziców bo to oni odpowiadają za wychowanie dziecka. Do tego za 3cie przekroczenie prędkości - zabierać prawo jazdy np. na tydzień (pojeździ środkami komunikacji miejskiej to i państwo zarobi i delikwent(ka) może się opamięta).

 

Ponadto należałoby rzetelnie zweryfikować sensowność znaków na drogach - ograniczenie prędkości do najgorszych możliwych warunków, tam gdzie takie warunki pojawiają się 2x w roku jest bez sensu. Stawianie znaków ograniczenia prędkości do 70km/h a 30m dalej znaku 40km/h również.

 

Pamiętać też należy że przepisy ruchu drogowego narzucają na kierowcę dostosowanie prędkości do warunków na drodze - więc to że jest ograniczenie do 70km/h wcale nie oznacza że "przepisy pozwalają" w zimę przy oblodzonej nawierzchni jechać 70km/h (łatwo to zweryfikować starając się o odszkodowanie u ubezpieczyciela :P).

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tyle że przepis zmienić to jest krótki zabieg (jak zmiana świateł ) beznakładowy ( w mieście powyzej 10tyś mieszkańców ma być po staremu (tu i tak są korki) w mniejszych miejscowościach przy szkołach dorzucić światła na przycisk.

 

 

Takim prostym zabiegiem zmniejszamy ilość CO2 o połowę (liczbę wyrzuconych c...ów pod adresem wójtów gmin o 90% (o 100% się nie da bo zawsze się taki znajdzie).

 

PS. Najekonomiczniejsza jazda to wg. producentów samochodów 90km/h (5-ty bieg).

Share this post


Link to post
Share on other sites
Tyle że przepis zmienić to jest krótki zabieg

Ale jego interpretacja będzie tak bardzo różna, że wzrosną koszty rozpatrywania odwołań przez sądy.

beznakładowy ( w mieście powyzej 10tyś mieszkańców ma być po staremu

A skąd ludzie mają wiedzieć, jakiej wielkości jest miasto? Wymagałoby to ustawienia dodatkowych znaków.

w mniejszych miejscowościach przy szkołach dorzucić światła na przycisk.

I robi się tak przecież coraz częściej. Nie wszystko da się zrobić i robi się naraz, ale gminy coraz bardziej o to dbają.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Do tego za 3cie przekroczenie prędkości - zabierać prawo jazdy np. na tydzień (pojeździ środkami komunikacji miejskiej to i państwo zarobi i delikwent(ka) może się opamięta).

 

Podoba mi się twój pomysł z "chwilówkami", tyle że kwestia odebrania prawka na tydzień-dwa powinna być bardziej uzależniona od stopnia zagrożenia stworzonego przez przekroczenie prędkości niż samej ilości wykroczeń, czy wysokości aktualnego przekroczenia.

 

Najprostszy i najgłupszy przykład - przekroczenie prędkości o 40km/h na drodze z ograniczeniem do 20km/h i na drodze z ograniczeniem 110km/h.

 

Swoją drogą ostatnio jechałem "8" pomiędzy Wrocławiem i Oleśnicą - super droga, w zasadzie ekspresowa - gładki asfalt, pasy ruchu oddzielone od siebie barierką, brak przejść dla pieszych/skrzyżowań i... ograniczenie do 70 km/h + ze 6 fotoradarów na 15km... Przynajmniej była informacja o radarach, więc miały na celu poprawienie bezpieczeństwa, a nie wyłudzenie kasy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Co to za ekspresowa droga gdzie jest 70 i ty mówisz że te radary nie wyłudzały kasy?? jak ich było 6 to próbowały wyłudzić prawo jazdy.

Naucz się czytać "w zasadzie ekspresowa" znaczy, że tak powinna być sklasyfikowana, ale zamiast tego sklasyfikowano drogę jako "polną serpentynę"

Share this post


Link to post
Share on other sites

Nie ma to jak polskie realia ;)  Ciekaw jestem czy te wszystkie absurdy się kiedyś w naszym kraju skończą...

 

Chyba by musieli Niemcy nas podbić - może wtedy by został wprowadzony porządek..

Share this post


Link to post
Share on other sites
Chyba by musieli Niemcy nas podbić[/size] 

Brak takiej możliwości ... możesz sam to zmienić , dążąc do sytuacji idealnej z całych dostępnych sił, nie szczędząc środków i czasu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Niedługo po ataku na saudyjskie instalacje naftowe, który miał miejsce 14 września, Stany Zjednoczone przeprowadziły cyberatak na Iran, poinformowały dziennikarzy dwa anonimowe źródła w USA. Jeden z informatorów stwierdził, że atak miał na celu ograniczenie możliwości Teheranu w zakresie propagandowym. Miało też dojść do fizycznych uszkodzeń sprzętu, jednak brak tutaj szczegółowych danych.
      Wydaje się, że atak ten był bardziej ograniczony niż inne tego typu operacje przeciwko Iranowi, do których doszło od czerwca, kiedy to Iran zestrzelił amerykańskiego drona.
      Pentagon odmówił komentarzy. Ze względu na naszą politykę oraz z powodów bezpieczeństwa nie omawiamy operacji w cyberprzestrzeni, operacji wywiadowczych czy planistycznych, powiedziała rzecznik prasowa Pentagonu, Elissa Smith.
      Nie wiadomo, jaki skutek odniósł ten atak. Jednak działania w cyberprzestrzeni są postrzegane jako mniej prowokujące i łagodniejsze niż działania zbrojne. Można niszczyć przeciwnika bez zabijania ludzi czy wysadzania infrastruktury w powietrze. To zapewnia dodatkowe opcje, których wcześniej nie mieliśmy i mamy zamiar ich używać, mówi James Lewis, ekspert ds. cyberprzestrzeni w waszyngtońskim Center for Strategic and International Studies. Ekspert dodaje, że całkowite odstraszenie Iranu mogłoby być niemożliwe nawet za pomocą konwencjonalnych uderzeń zbrojnych.
      Wiadomo też, że Iran również aktywnie działa w cyberprzestrzeni. Hakerzy powiązani z rządem w Teheranie próbowali niedawno włamać się na konta pocztowe osób przygotowujących najbliższą kampanię prezydencką Donalda Trumpa. Iran jest też ważnym graczem na polu rozprzestrzeniania fałszych informacji na arenie międzynarodowej.
      Napięcie w tamtym regionie świata rośnie od maja ubiegłego roku, kiedy to USA wycofały się z porozumienia zawartego w 2015 roku. W jego ramach Teheran miał ograniczyć swój program nuklearny w zamian za złagodzenie sankcji gospodarczych. Podczas niedawnej konferencji prasowej prezydent Hassan Rouhani wykluczył możliwość dwustronnego porozumienia z Waszyngtonem do czasu, aż USA nie powrócą do porozumienia i nie złagodzą sankcji.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W ubiegłym tygodniu odbyła się 3-dniowa burza mózgów, w czasie której około 200 naukowców i przedstawicieli pacjentów chorujących na nowotwory dyskutowało o propozycji prezydenta Trumpa, który podczas styczniowego State of the Union zapowiedział przeznaczenie w ciągu 10 lat 500 milionów dolarów na badania nad nowotworami u dzieci. Jednym z głównych elementów planu jest utworzenie olbrzymiej bazy danych.
      Każdego roku nowotwory są diagnozowane u około 16 000 dzieci w USA. Nie wszystkie z nich przeżyją, a te, którym się to uda, często zmagają się ze skutkami ubocznymi leczenia. A gdyby wszystkie dane dotyczące takich dzieci, włącznie z datami ich urodzenia, wynikami testów genetycznych, informacjami o zażywanych lekach i wszelkimi danymi zdrowotnymi trafiły do jednej bazy danych, do której mieliby dostęp naukowcy zajmujący się badaniami nad nowotworami?
      Childhood Cancer Data Initiative (CCDI), jak taki projekt jest nazywany w National Cancer Institute (NCI), to ważna część planu zarysowanego przez prezydenta Trumpa. Mogłaby ona przynieść olbrzymie korzyści. Naukowcy mogliby dzięki niej opracować mniej szkodliwe metody leczenia czy w końcu dowiedzieć się, dlaczego u około 10% małych pacjentów chorujących na białaczkę choroba albo nie reaguje na leczenie, albo nawraca. Taka baza pomogłaby też w zwalczaniu rzadkich nowotworów, na które obecnie nie ma lekarstwa, gdyż naukowcy mogąc przeanalizować większą liczbę przypadków mogliby wyciągnąć jakieś wnioski.
      Jednak, jak zauważa szef NCI, Doug Lowy, gdyby stworzenie takiej bazy było prosto, to już byśmy ją stworzyli.
      Problem w tym, że dane medyczne dzieci i młodych dorosłych cierpiących na nowotwory są porozrzucane po wielu niekompatybilnych bazach danych. Znajdują się one m.in. w stanowych rejestrach osób cierpiących na nowotwory, bazach zawierających zsekwencjonowane genomy guzów nowotworowych, które są tworzone na potrzeby konkretnych projektów badawczych, znajdziemy je w bazie bazie Children's Oncology Group NCI, która prowadzi testy kliniczne. Wiele innych użytecznych danych pacjentów znajduje się w prywatnych praktykach lekarskich, różnych szpitalach, klinikach. Bardzo często nie są one zdigitalizowane, więc trzeba by te informacje ręcznie wprowadzić do systemów komputerowych. Osobny problem to dane z badań obrazowych, które trzeba by umieścić w takiej bazie wraz z odpowiednimi opisami i oznaczeniami. Żeby stworzyć taką jednolitą bazę trzeba  podjąć wiele decyzji dotyczących tego, jak głęboko sięgać w przeszłość. Czy na przykład, NCI powinna tworzyć profile genetyczne posiadanych przez siebie próbek guzów nowotworowych itp. itd.
      Eksperci, którzy uczestniczyli we wspomnianej burzy mózgów, zgodzili się co do tego, że w pierwszym etapie prac NCI musi stworzyć spis wszystkich istniejących baz danych i magazynów próbek. Pojawiła się też sugestia, że Instytut powinien w ciągu roku opracować sposób na połączenie pięciu największych istniejących pediatrycznych onkologicznych baz danych w jedną. Inny pomysł to wprowadzenie przez NCI numerów identyfikacyjnych pacjentów tak, by możliwe było ich śledzenie w różnych bazach. Jeszcze inny pomysł to stworzenie federalnej bazy danych badań przedklinicznych na zwierzętach, na wzór już istniejącej bazy danych badań klinicznych.
      Najbardziej jednak śmiałą propozycją było wpisanie każdego pacjenta nowotworowego do długoterminowego projektu danych populacyjnych. Niektórzy uczestnicy spotkania ostrzegali jednak przed „wynajdywaniem prochu na nowo”. Zauważyli, że istnieją już rozbudowane projekty badań populacyjnych, które obejmują wiele tysięcy ludzi. Nie ma sensu uwzględnianie w nich każdego człowieka, gdyż spowoduje to znaczące zwiększenie kosztów.
      National Cancer Institute zapowiada zebranie wszystkich pomysłów i przygotowanie podsumowania spotkania. Na razie wielką niewiadomą jest, jakie decyzje zapadną w Kongresie. Administracja prezydenta domaga się, by w budżecie na rok 2020 uwzględniono 50 milionów USD na rozpoczęcie prac nad CCDI. Kwota ta została uwzględniona w propozycji budżetowej Izby Reprezentantów, jednak Senat nie zaprezentował jeszcze projektu swojego budżetu.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Narastająca wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami ma coraz poważniejsze konsekwencje. Groźba nałożenia 25-procentowych ceł na produkty z Chin spowodowała, że wiele japońskich, amerykańskich, koreańskich i tajwańskich przedsiębiorstw opuszcza Chiny i przenosi produkcję do Azji Południowo-Wschodniej. Podobnie zaczynają postępować chińskie przedsiębiorstwa robiące interesy w USA, które przenoszą część, a czasem wszystkie swoje linie produkcyjne poza Państwo Środka.
      Chiny, największy światowy rynek elektroniki, od dawna były miejscem walki i magnesem dla zagranicznych przedsiębiorstw, które chciały skorzystać na taniej chińskiej sile roboczej. Z czasem pensje w Chinach zaczęły rosnąć, a gdy na to nałożyło się pogorszenie stosunków gospodarczych Chin i USA, firmy zaczęły coraz powszechniej opuszczać Chiny.
      Eksodus nie dotyczy jednak całości działań zagranicznych przedsiębiorstw. Większość ponadnarodowych koncernów przemieszcza poza Chiny jedynie te wydziały swoich firm, które mają związek z robieniem interesów z USA. Pozostałe wydziały i fabryki wciąż pracują, dostarczając towary na rynek chiński oraz inne rynki z wyjątkiem amerykańskiego. Zyskują na tym takie kraje jak Wietnam, Indie, Tajlandia czy Malezja, gdzie powstają fabryki obsługujące rynek USA.
      Wraz z przenoszeniem produkcji zmienia się też cały łańcuch dostaw. Dotychczas był skoncentrowany on w Chinach, jednak stopniowo rozprasza się po całej Azji Południowo-Wschodniej i do Indii. Wietnam stał się centrum intensywnej produkcji, w Malezji zagościły przedsięwzięcia związane z testowaniem i pakowaniem półprzewodników, a Indie stały się mekką dla producentów smartfonów i ich dostawców.
      Na amerykańsko-chińskim sporze handlowym wygrywa przede wszystkim Wietnam. W ubiegłym roku wartość zagranicznych inwestycji ulokowanych w tym kraju wyniosła 35,46 miliarda USD, a przemysł prywatny wytwarza już nawet 70% wietnamskiego PKB. Wietnam stosuje preferencyjne stawki podatkowe, jest członkiem WTO i TPP, a w październiku ubiegłego roku podpisał porozumienie o wolnym handlu z Unią Europejską. Ponadto firmom IT Wietnam oferuje 4-letnie zwolnienia podatkowe, a przez kolejnych 9 lat płacą one połowę normalnej stawki podatkowej. POnadto zagraniczni inwestorzy, który na własne potrzeby samodzielnie sprowadzają towary, jakich nie można kupić w Wietnamie, nie płacą ceł. Dotyczy to maszyn, pojazdów, urządzeń i wyposażenia linii produkcyjnych itp. Jakby jeszcze tego było mało, średni koszt siły roboczej w Wietnamie jest o 70% niższy niż w Chinach, niższe są też ceny ziemi. Swoją produkcję do Wietnamu przenoszą Foxcon, Compal, Liteon, Intel, LG, Lens Technology, Luxshare, Samsung czy Lumens.
      Dobrym przykładem skutków wojny celnej jest historia firmy Luxshare Precision, która dostarcza podzespołów dla Apple'a i Huawei. Już w 2016 roku firma zainwestowała 21 milionów dolarów w budowę fabryki w Wietnamie. Jej rzecznik prasowy informował, że krótkoterminowo przedsiębiorstwo jest w stanie dostarczyć towar swoim klientom bez potrzeby zmiany łańcucha dostaw, jeśli jednak spór na linii USA-Chiny będzie trwał, to w średnim i krótkim terminie firma zostanie zmuszona do przeniesienia produkcji poza Państwo Środka. Obecnie anonimowe źródła informują, że Luxshare rozważa zwiększenie możliwości produkcyjnych swojej wietnamskiej fabryki.
      Firmy uciekają też z Chin do Malezji. W latach 2017–2018 chińscy producenci półprzewodników Suzhou Good-Ark, Tongfu Microelectronics i Huatian Technology przejmowali kolejne malezyjskie zakłady testowania i pakowania półprzewodników. Fabryki w Malezji budują już Intel, Infineon, ASE i ST. Inwestują tam też Samsung, Jinjing Science & Technology i OSRAM. Rząd Malezji już w 2010 roku wprowadził liczne ułatwienia dla zagranicznych inwestorów.
      Inny przykład to Indie, które zwiększają produkcję smartfonów w obliczu osłabienia rynku tych urządzeń. Produkcja smartfonów w Indiach rośnie, a rząd zwiększa cła na sprowadzane telefony, co jest dodatkowym impulsem do lokowania produkcji w Indiach. Swoje urządzenia wytwarzają już tam Xiaomi, Huawei, OPPO czy Vivo, a ich dostawcy, tacy jak Yington Telecommunication, Holitech, Everwin Precision i inni podążają za klientami. Indyjska siła robocza jest tańsza niż chińska, a do budowy nowych fabryk w Indiach dodatkowo zachęca fakt, że te istniejące rzadko spełniają standardy oferowane przez chińskie fabryki, zatem bardziej opłaca się kupno ziemi i wybudowanie nowej fabryki niż przejmowanie już istniejącej.
      Wietnam, Malezja i Indie to główne kierunki migracji firm z Chin. Część z nich przenosi1 też produkcję do Tajlandii, Indonezji, na Filipiny, a nawet do USA i Meksyku. Wiele międzynarodowych koncernów unika koncentrowania zbyt dużych mocy produkcyjnych w jednym kraju. W obliczu ostatnich zawirowań politycznych uznają bowiem, że bardziej zdecentralizowane operacje są bezpieczniejsze i bardziej odporne na kryzysy polityczne.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Podczas tworzenia mapy struktur geologicznych pod dnem oceanu u północno-wschodnich wybrzeży USA naukowcy dokonali zaskakującego odkrycia. Zauważyli gigantyczne pokłady relatywnie słodkiej wody uwięzionej w porowatych osadach pod dnem oceanicznym. Wydaje się, że to największy taki zbiornik na świecie. Rozciąga się on pomiędzy Massachusetts po New Jersey. Gdyby zbiornik znajdował się na lądzie, utworzyłby jezioro o powierzchni około 39 000 kilometrów kwadratowych. Badania sugerują, że tego typu zbiorników może być znacznie więcej, a to dobra wiadomość dla świata, w którym coraz częściej mamy do czynienia z niedoborami wody pitnej.
      Wiedzieliśmy, że w izolowanych miejscach pod dnem uwięziona jest woda pitna. Nie znaliśmy jednak rozmiarów złóż. Mogą się one okazać niezwykle cenne w wielu cierpiących na niedobory wody częściach planety, mówi główna autorka badań, doktorantka Chloe Gustafson z Columbia University.
      Pierwsze wskazówki, że pod dnem jest słodka woda, pojawiły się w latach 70. kiedy firmy poszukujące ropy naftowej czasami trafiały na wodę pitną. Od tamtej pory naukowcy zastanawiali się, czy mamy do czynienia z izolowanymi kieszeniami z wodą, czy też z czymś większym.
      Przed 20 laty współautor obecnych badań, Kerry Key, rozpoczął w firmami naftowymi współpracę przy rozwoju technologii elektromagnetycznego obrazowania struktur pod dnem morskim. Przed kilku laty uczony zaczął się zastanawiać, czy nie można tej technologii zmodyfikować tak, by poszukiwać za jej pomocą słodkiej wody.
      Niedawno przeprowadzone badania i pomiary pól elektromagnetycznych. Wykorzystano przy tym wiatr słoneczny, wyładowania atmosferyczne oraz fakt, że słona woda jest lepszym przewodnikiem fal elektromagnetycznych niż woda słodka. Analizy wykazały, że mamy do czynienia z bardziej lub mniej ciągłym złożem słodkiej wody, rozciągającym się na odległość nawet 120 kilometrów i znajdujących się średnio na głębokości 180 metrów pod dnem, a głębokość zbiornika wynosi również około 180 metrów. Znajduje się tam około 2800 km3 słodkiej wody.
      Naukowcy przypuszczają, że zbiornik mógł powstać pod koniec ostatniej epoki lodowej, gdy roztapiały się lodowce. Poziom oceanów był wówczas znacznie niższy, osady niesione przez roztapiające się słodkie wody uformowały potężne delty rzeczne i uwięziły pod sobą wodę. Ponadto nowe badania sugerują, że zbiornik może być nadal zasilany przez wody opadowe. Wskazuje na to fakt, że woda w zbiorniku jest bardziej słodka bliżej brzegów, a bardziej słona w głąb oceanu. To sugeruje, że powoli dochodzi do mieszania się wody pitnej z wodą oceanu.
      Jeśli ludzie chcieliby wykorzystywać wodę z tego zbiornika, to do większości zastosowań musiałaby ona zostać poddana procesowi odsalania. Byłby on jednak mniej kosztowny niż odsalanie wody morskiej. Prawdopodobnie nie będziemy potrzebowali tej wody, jeśli jednak podobne zbiorniki występują w innych regionach świata, mogą tam stać się ważnym źródłem wody pitnej, mówią naukowcy. Takie regiony to np. Kalifornia, Australia, Środkowy Wschód czy Sahara.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Amerykańska prasa donosi, że Stany Zjednoczone przeprowadziły cyberatak na irańskie systemy kontroli i wystrzeliwania rakiet. Był to odwet za zestrzelenie amerykańskiego drona. Za atak odpowiedzialna była US Cyber Command, nikt w nim fizycznie nie ucierpiał, a sam atak uznano za bardzo udany. Oczywiście wszystko to są informacje nieoficjalne. Oficjalnie wiceprezydent Mike Pance odświadczył, że administracja nigdy nie komentuje tajnych operacji.
      Jak dowiedzieli się reporterzy The New York Times i Washington Post, atak był przygotowywany od wielu tygodni, a może nawet od miesięcy. Zestrzelenia drona przyspieszyło decyzję o jego przeprowadzeniu.
      Jak pamiętamy, Iran zestrzelił amerykańskiego drona twierdząc, że naruszył on irańską przestrzeń powietrzną. USA twierdzą, że działanie Teheranu było bezprawne, gdyż dron nie wleciał w przestrzeń powietrzną Iranu. Prezydent Trump wyraził swoje oburzenie, a później poinformował, że rozkazał bombardowania celów w Iranie, jednak w ostatniej chwili odwołał rozkaz. Nie wiemy, oczywiście, czy wydarzenie takie miało miejsce, czy też Biały Dom blefuje w ramach strategii negocjacyjnej.
      Wracając do amerykańskiego cyberataku, nie wiemy, w jaki sposób został on przeprowadzony, jakimi siłami, co dokładnie było jego celem i jakie były jego rezultaty. Jednak widzimy tutaj jasny przykład na coraz większe zacieranie się granic pomiędzy wojną konwencjonalną a wojną w cyberprzestrzeni. Warto tutaj przypomnieć, że w ubiegłym miesiącu Izrael przeprowadził atak rakietowy na budynek w Strefie Gazy, z którego – jak poinformował Tel Awiw – członkowie Hamasu prowadzili cyberatak przeciwko Izraelowi.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...