Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Przez pandemię misja na Marsa przesunięta o 2 lata. Nie zdążą rozwiązać problemów technicznych

Recommended Posts

Druga część europejsko-rosyjskiej misja marsjańska ExoMars została przełożona o dwa lata. Decyzji o poczekaniu na kolejne okienko startowe została podjęta w związku z problemami technicznymi oraz niepewnością spowodowaną pandemią COVID-19. Pierwsza część ExoMars odbyła się w 2016 roku i zakończyła się umieszczeniem na orbicie Czerwonej Planety pojazdu Trace Gas Orbiter oraz spektakularnym rozbiciem lądownika Schiparelli o powierzchnię Marsa.

Początki prac nad misją sięgają roku 2001. W końcu w 2009 roku, po licznych perturbacjach, zapadła decyzja, że dwuczęściowa misja odbędzie się w 2016 i 2018 roku. Dwa lata później zdecydowano, że z przyczyn budżetowych na Marsa trafi jeden, a nie dwa łaziki. W 2013 roku NASA oznajmiła, że wycofuje się z misji. Amerykanie uznali, że wobec cięć budżetowych priorytetem jest dla nich finansowanie Teleskopu Kosmicznego Jamesa Webba. Europejska Agencja Kosmiczna podpisała więc umowę z Roskosmosem. W 2016 roku ogłoszono, że druga część misji odbędzie się w roku 2020, a nie 2018.

Później przeprowadzono częściowo udaną pierwszą część misji. Czekaliśmy na część drugą, w ramach której na Marsa ma trafić łazik Rosalind Franklin.

Jednak kłopoty nie przestawały trapić ExoMars. W listopadzie ubiegłego roku informowaliśmy, że specjaliści nie potrafią sobie poradzić ze spadochronami, które mają posadowić łazik na Marsie. ESA zwróciła się o pomoc do Amerykanów, ci zorganizowali szkolenia i przysłali własnych inżynierów, by przyjrzeli się spadochronom. ESA wdrożyła porady, jakie otrzymała od NASA.

Później w USA w Jet Propulsion Laboratory prowadzono testy wyciągania spadochronów z pokrowców, bo to właśnie podczas ich rozwijania pojawiały się problemy. Na koniec marca zaplanowano testy ze zrzucaniem spadochronów z dużej wysokości. Testy miały odbyć się w USA, jednak w związku z pojawieniem się SARS-CoV-2 i wprowadzonymi ograniczeniami, pojawiły się wątpliwości, czy będzie można je przeprowadzić na czas. A czas się kończy. Spadochrony muszą być bowiem gotowe na kwiecień, by mogły przejść ostatnie sprawdzenie przez inżynierów. Później miały zostać zainstalowane we Francji, a całość dostarczona do Kazachstanu.

Jakby jeszcze tego było mało, okazało się, że są problemy z elektroniką rosyjskiego lądownika Kazaczok. Jeden z elementów prawdopodobnie będzie musiał wrócić do Rosji w celu naprawy, stwierdzili przedstawiciele ESA. Jednak ograniczenia w podróżowaniu i wprowadzone kwarantanny powodują, że bardzo trudno jest zorganizować wszystko tak, by europejscy i rosyjscy specjaliści mogli sprawnie zebrać się w jednym miejscu.

W tej sytuacji zdecydowano, że druga część ExoMars wystartuje pomiędzy kwietniem a październikiem 2022, a na Marsa dotrze najwcześniej w kwietniu 2023.

 


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Osocze ozdrowieńców jest często poszukiwanym środkiem mającym pomagać w leczeniu COVID-19. Pojawiają się doniesienia, głównie na podstawie danych obserwacyjnych, że pomaga ono w leczeniu chorych. Tymczasem na łamach The New England Journal of Medicine (NEJM) ukazał się raport z randomizowanych badań klinicznych, których autorzy donoszą, że osocze nie pomaga w powrocie do zdrowia.
      Osocze ozdrowieńców używane jest w leczeniu chorób zakaźnych od ponad 100 lat. Pomysł na jego wykorzystanie wziął się z założenia, że jego podanie może skłonić układ odpornościowy do kontrolowania ewolucji choroby do czasu, aż pojawi się specyficzna reakcja odpornościowa.
      Pomimo olbrzymiego zainteresowania tą metodą, dotychczas jedynie w przypadku argentyńskiej gorączki krwotocznej jednoznacznie wykazano, że osocze ozdrowieńców jest skuteczną metodą leczenia i stanowi ono standardowy sposób zwalczania tej choroby. Dotychczas pojawiały się informacje – pochodzące z nierandomizowanych badań klinicznych bez ślepej próby – że osocze ozdrowieńców może pomagać w leczeniu SARS, MERS, H1N1, H5N1 oraz Eboli, brak było danych z randomizowanych badań z podwójną ślepą próbą, czytamy na łamach NEJM.
      Z dotychczasowych doświadczeń wiemy, że plazma ozdrowieńców jest bezpieczna dla chorych na COVID-19. Brak natomiast jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy im pomaga.
      Badania PlasAr były podwójnie ślepą próbą kliniczną z grupą placebo. Prowadzono je w 12 klinikach w Argentynie, a całość koordynował Hospital Italiano w Buenos Aires. W badaniach wzięły udział osoby pełnoletnie, u których za pomocą testu RT-PCR potwierdzono zarażenie SARS-CoV-2 i które trafiły do szpitali z powodu ciężkiego przebiegu COVID-19.
      W grupie otrzymującej osocze było 228 pacjentów, a 105 osób otrzymywało placebo. Oceny skutków leczenia dokonano po 30 dniach od jego rozpoczęcia.
      Autorzy badań informują, że nie zauważono znaczącej różnicy w przebiegu choroby u obu grup. W grupie, której podawano osocze śmiertelność wyniosłą 10,96%, w grupie przyjmującej placebo było to 11,43%. Różnica nie jest więc statystycznie istotna.
      W konkluzji badań czytamy: użycie osocza ozdrowieńców nie przyniosło znaczących korzyści klinicznych u pacjentów z poważnym zapaleniem płuc wywołanym COVID-19. [...] Spostrzeżenie to stoi w sprzeczności z całą serią nierandomizowanych badań, których autorzy twierdzili, że stosowanie plazmy przynosi korzyści i pokazuje, jak ważne jest prowadzenie randomizowanych kontrolowanych studiów, szczególnie w kontekście pandemii.
      Autorzy badań zauważają jednak, że ich eksperyment miał pewne ograniczenia. Wszyscy badani pacjenci mieli ciężką postać zapalenia płuc wywołaną COVID-19. Wyniki naszych badań nie mogą być więc ekstrapolowane na inne grupy kliniczne, w tym na pacjentów z łagodnym do umiarkowanego przebiegiem COVID-19 czy na osoby ze schorzeniami zagrażającymi życiu. Nie można też wykluczyć, że wcześniejsze podanie osocza, przed pojawieniem się poważnych objawów ze strony układu oddechowego, jest skuteczne.
      W naszych badaniach użycie osocza ozdrowieńców jako uzupełniania standardowego leczenia pacjentów z ciężkim zapaleniem płuc wywołanym COVID-19 nie zmniejszyło śmiertelności ani nie zmieniło przebiegu choroby w ciągu 30 dni od rozpoczęcia leczenia. Uważamy, że należy ponownie przyjrzeć się wykorzystaniu osocza w leczeniu COVID-19. Kolejne badania nad terapiami przeciwciałami powinny skupiać się na innych grupach pacjentów lub innych sposobach leczenia, takich jak podawanie immunoglobulin lub przeciwciał monoklonalnych, stwierdzają autorzy badań.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      AstraZeneca i University of Oxford poinformowały, że opracowywana przez nie szczepionka przeciwko koronawirusowi znacząco zmniejsza liczbę zachorowań. Na podstawie testów na ponad 22 000 ludzi w USA i Brazylii stwierdzono, że gdy poda się najpierw połowę dawki, a miesiąc później całą dawkę, efektywność szczepionki wynosi 90%. Gdy jednak poda się całą dawkę i miesiąc później znowu całą, to efektywność szczepienia spada do 62%. Naukowcy nie wiedzą, dlaczego tak się dzieje. Łączna efektywność tej szczepionki wynosi 70%.
      W przeciwieństwie do szczepionek Pfizera i Moderny ta opracowana przez AstraZeneca/Oxford nie bazuje na mRNA. Badacze wykorzystali w niej osłabioną wersję adenowirusa, który powoduje przeziębienia u szympansów. Ten sam adenowirus został użyty, by stworzyć szczepionkę przeciwko Eboli. Na potrzeby szczepionki przeciwko SARS-CoV-2 szympansi wirus został zmodyfikowany tak, by infekował ludzkie komórki, ale się w nich nie namnażał.
      Wirus, infekując komórki, dostarcza informację potrzebną do wytworzenia proteiny S, która jest używana przez koronawirusa SARS-CoV-2.. Dzięki temu układ odpornościowy uczy się rozpoznawać tę proteinę i przygotowuje obronę przeciwko niej.
      Testy nowej szczepionki wciąż trwają w USA, Japonii, RPA, Kenii, Rosji i Ameryce Południowej. Planowane są kolejne m.in. w Europie. Wcześniej testy te na krótko przerwano, gdy u jednego z ochotników w Wielkiej Brytanii pojawiła się choroba neurologiczna. Odpowiednie urzędy zgodziły się jednak na ich kontynuowanie.
      Szczepionka AstraZeneki i Oxford University – mimo że mniej efektywna – ma tę olbrzymią przewagę nad szczepionkami Pfizera i Moderny, że nie trzeba jej zamrażać. Może być transportowana w znacznie wyższych temperaturach. W jej wypadku wystarczy zwykła lodówka, nie potrzebuje specjalistycznego systemu chłodzącego. Dodatkowym jej plusem jest fakt, że zmniejsza liczbę transmisji od osób, które nie wykazują objawów choroby. Nie jest jasne, czy szczepionki Pfizera i Moderny również tak działają. AstraZeneca zapewnia, że do końca 2021 roku jest w stanie wyprodukować 3 miliardy dawek swojej szczepionki.
      Obecnie mamy więc trzy szczepionki, których efektywność na pewno wynosi ponad 50% zalecane przez FDA i które znajdują się na ostatnich etapach badań. Oprócz wspomnianej tutaj szczepionki AstraZeneca/Oxford są to opisywana przez nas wcześniej szczepionka Pfizera – której producent już stara się o zgodę na rozpoczęcie szczepień – oraz szczepionka Moderny.
      Ta ostatnia, mRNA-1273, wykazuje skuteczność rzędu 94,5%. W grupie 30 000 pacjentów, na której ją testowano, zachorowało 95 osób, z czego jedynie 5 w grupie, która otrzymywała szczepionkę. U 11 osób rozwinęła się ciężka postać COVID, jednak wszystkie te przypadki miały miejsce w grupie placebo. Moderna podpisała już z USA umowę na dostawę 100 milionów dawek szczepionki. Jeśli szczepionka zostanie dopuszczone na użycia i umowa dojdzie do skutku, rząd USA zapłaci za te dawki 1,525 miliarda USD. Umowa przewiduje opcję na dostawę kolejnych 400 milionów dawek.
      Podsumowując – Pfizer i Moderna wykazały, że ich szczepionki, bazujące na mRNA, mają co najmniej 90-procentową skuteczność. Do transportu i przechowywania wymagają jednak bardzo niskich temperatur, co utrudnia ich dystrybucję. Pfizer już złożył wniosek o dopuszczenie szczepionki do użycia. AstraZeneca/Oxford dowiodły 70-procentowej skuteczności swojej szczepionki bazującej na osłabionym adenowirusie. Szczepionkę można przechowywać w standardowych lodówkach, dzięki czemu będzie łatwiejsza i tańsza w rozprowadzaniu i przechowywaniu.
      Testy wszystkich szczepionek wciąż trwają, a specjaliści podkreślają, że należy liczyć się ze zmniejszeniem się efektywności szczepionek. Zwykle bowiem jest tak, że szczepionki gorzej sprawują się w rzeczywistości niż podczas testów klinicznych.
      Ponadto wciąż nie wiemy, na jak długo szczepionki zapewnią ochronę przed koronawirusem. Tego dowiemy się dopiero po zaszczepieniu dużej liczby ludzi.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Mutacje w koronawirusach są czymś naturalnym, zachodzić mogą również i u ludzi. Nie ma jeszcze dowodu, że koronawirus zmutował akurat w norkach – komentują w rozmowie z PAP epidemiolodzy weterynaryjni dr Tadeusz Jakubowski i prof. Jan Siemionek.
      Pojawienie się na duńskich fermach koronawirusa, w tym jego niestandardowego wariantu, wpłynęło na decyzję premier Danii Mette Frederiksen o wybiciu wszystkich norek w kraju, bez względu na to, czy są chore czy zdrowe. Okazało się, że decyzja nie ma podstaw prawnych, w związku z czym do dymisji podał się minister ds. żywności Mogens Jensen. Jeszcze jesienią tamtejszy rząd chce jednak uchwalić ustawę pozwalającą na uśmiercenie wszystkich norek.
      Wiadomo już, że na zakażenie wirusem SARS-CoV-2 wrażliwych jest ponad 50 gatunków zwierząt. Wśród nich są m.in. norki, tchórzofretki, koty, psy. I o ile wiadomo, że zwierzęta te mogą być zakażane przez człowieka, to nie ma obecnie dowodów, że człowiek może zakażać się od nich – mówi w rozmowie z PAP epidemiolog weterynaryjny (epizootiolog) dr Tadeusz Jakubowski z Polskiego Związku Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych, wykładowca SGGW i Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. I wyjaśnia, że SARS-CoV-2 niekoniecznie musi mutować przy przekraczaniu barier międzygatunkowych.
      W Danii pojawiły się opinie, że norki mutują wirusa – mówi naukowiec. I zwraca uwagę, że w opiniach tych nie dodaje się, że wirus może się mutować również u człowieka. A takim zmutowanym wirusem można zakazić norki. Nie ma żadnego dowodu, że norki zakażają człowieka zmutowanym wirusem – zauważa. Dodaje, że takie mutacje mogą równie dobrze zajść przy przenoszeniu się wirusa między ludźmi i to oni mogli tą mutacją zakazić norki. Nie ma dowodów, że kiedykolwiek w przeszłości jakieś choroby przeskakiwały z norek na ludzi. Norka jest jednym z najbezpieczniejszych zwierząt hodowanych jako zwierzęta gospodarskie – uważa ekspert.
      Krajowy specjalista chorób zwierząt futerkowych, epizootiolog dr hab. Jan Siemionek, profesor z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, w rozmowie z PAP przypomina, że SARS-CoV-2 uważa się za tzw. zoonozę, czyli chorobę odzwierzęcą. Przeniosła się ona na ludzi prawdopodobnie z nietoperzy (jeszcze nie wiadomo, jakimi drogami). I zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że z człowieka może przenosić się na inny gatunek.
      Tłumaczy jednak, że w koronawirusach zachodzą naturalnie mutacje, niezależnie od tego, czy przenoszą się z jednego gatunku na drugi, czy między osobnikami tego samego gatunku. Zgadza się z opinią dr. Jakubowskiego: Nie ma dowodów, że koronawirus mutował w norkach – mówi.
      W Danii stwierdzono u norek pięć odmian SARS-CoV-2; Duński Statens Serum Institut oznaczył je jako klastry 1–5.
      Prof. Siemionek podsumowuje, że na kilkunastu fermach norek w Holandii i u 12 osób stwierdzono mutacje (tzw. klaster 5 - przyp. PAP), które odbiegają od mutacji występujących najczęściej przy tym wirusie u ludzi. Część naukowców przestraszyła się, że w związku z tą mutacją może dojść do problemów ze skutecznością szczepionki i że zmutowane wirusy u ludzi będą trudniejsze do wykrycia przy zastosowaniu testów antygenowych. Inni naukowcy uważali zaś jednak, że na to dowodów naukowych nie ma. To spowodowało panikę w Danii. I rząd podjął decyzję, obawiając się, że norki mogą stać się tzw. zbiornikiem, rezerwuarem dla utrzymywania się zakażeń covidowych dla ludzi. Premier Danii podjęła decyzję o wybiciu norek ze wszystkich ferm – streszcza prof. Siemionek.
      W czwartek duński resort zdrowia poinformował, że obserwowana na fermach norek mutacja koronawirusa, tzw. klaster 5, prawdopodobnie wyginęła.
      W ocenie dr. Jakubowskiego duńska decyzja o wybiciu norek nie ma podłoża merytorycznego, popartego nauką, ale jest decyzją polityczną. Jak przypomina, rządzące tam partie lewicowe od jakiegoś czasu dążyły do tego, by zlikwidować niektóre hodowle zwierząt. W ocenie dr. Jakubowskiego COVID-19 stał się więc okazją, by szybciej doprowadzić do likwidacji hodowli norek. Jego zdaniem, jeśli parlament duński chce wybić norki, musi stworzyć do tego odpowiednie podstawy prawne.
      Pytany, czy ma uzasadnienie wybijanie norek ze wszystkich ferm, prof. Siemionek odpowiada: Z mojego punktu widzenia to totalny błąd. Jeśli chce się wybijać zwierzęta, trzeba to robić w stadach, gdzie się stwierdziło się coś takiego (zakażenie - przyp. PAP) i monitoruje się je. Zaznacza jednak, że hodowla norek w Danii ma inną specyfikę niż w Polsce - hodowle norek skupione są bowiem w północnej części tamtego niedużego kraju. Ubój dotyczy regionów, gdzie ferma jest przy fermie – mówi. Dodaje, że koncentracja hodowli w jednym miejscu może sprzyjać przenoszeniu się jakiejkolwiek choroby. Zwraca uwagę, że w Polsce takiej koncentracji ferm norek nie ma. Badacz zaznacza, że polskie fermy norek (może poza pewnymi wyjątkami niektórych małych zakładów) to nowoczesne obiekty, na światowym poziomie pod względem bezpieczeństwa biologicznego. Nie ma możliwości wyjścia wirusa poza obręb ferm – ocenia.
      Naukowiec z UWM zauważa jednak, że pracownicy ferm, aby nie stali się dla zwierząt źródłem zakażenia, powinni zachować ostrożność. Poza rękawicami powinni też nosić maski, a u personelu warto kontrolować temperaturę ciała. W przypadku zachorowań u człowieka i norek zaś – być może jego zdaniem warto przeprowadzić screeningowe badania. Zaznacza, że u norek choroba objawia się m.in. dusznością, wymiotami, biegunką. Jeśli u norek wystąpią takie symptomy, właściciel powinien zgłosić się do lekarza weterynarii, a on sam powinien być w kontakcie z Państwowym Instytutem Weterynaryjnym – PIB, który monitoruje zoonozy w Polsce. Badacz apeluje jednak o odpowiedzialne działania, aby w ramach walki z koronawirusem nie doszło do zubożenia kolejnej grupy społecznej – hodowców.
      10 listopada br. polski resort rolnictwa poinformował, że służbom weterynaryjnym zlecono przeprowadzenie badań na fermach norek na obecność koronawirusa u tych zwierząt.
      To eksperyment, a nie badanie urzędowe – komentuje dr Jakubowski. Zaznacza, że powiatowy lekarz weterynarii ma prawo wejść na fermy, bo one są przez niego nadzorowane, ale nie ma podstawy prawnej, aby prowadzić urzędowe badania norek na obecność SARS-CoV-2. Tłumaczy, że SARS-CoV-2 nie jest wpisane na listę chorób zakaźnych w załączniku 2. do Ustawy o ochronie zdrowia zwierząt oraz zwalczaniu chorób zakaźnych zwierząt. A norki nie są wpisane na listę gatunków, za które przysługuje odszkodowanie – w przypadku poddania ich ubojowi przy okazji zwalczania chorób zakaźnych. Skoro zaś norki mogą – jak ok. 50 innych gatunków – zakazić się SARS-CoV-2, należałoby je wpisać do ustawy – uważa naukowiec.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...