Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Władze dystryktu Papakura w Nowej Zelandii rozpoczęły drastyczną kampanię społeczną, przestrzegającą kierowców przed nieostrożną jazdą w czasie deszczu. Na billboardach widnieje twarz chłopca, która zaczyna ociekać krwią, gdy tylko spadną pierwsze krople wody. Zamieszczony pod spodem napis głosi: "Deszcz zmienia wszystko. Dostosuj się do pogody".

Eksperci podkreślają, że do największej liczby wypadków dochodzi w tym rejonie, gdy kończy się lato. Kierowcy nie dopasowują stylu jazdy do pogarszającej się pogody, dlatego pierwszy deszcz zbiera najkrwawsze żniwo.

Choć niektórzy uważają, że zdjęcie jest tak szokujące, że rozprasza prowadzących auta, inni twierdzą, że spełnia swoją funkcję, bo od czasu wdrożenia kampanii nie doszło do wypadku śmiertelnego. Projekt billboardu powstał w agencji reklamowej Colenso BBDO, która została za niego nagrodzona na festiwalu w Cannes.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

O lol.. Prezenterka na filmie mówi że od piątku do poniedziałku zginęło u nich (!!!) 15 osób. U nas to by był rekord bezpieczeństwa.. i to na skalę o czasu wynalezienia samochodu chyba.

 

I nasi politycy chcą się pchać między cywilizowane, wysokorozwinięte narody.. Jak nam bliżej do krajów trzeciego świata.

 

Niech najpierw się wezmą za poprawę sytuacji i gospodarki w naszym kraju, a dopiero później rzucają na międzynarodową arenę..

Share this post


Link to post
Share on other sites

lucky_one@

Bo tam jest zupełnie inne podejście do problemu. Przypominam sobie doniesienie ze Szwecji. Zginął w wypadku drogowym pracownik naprawiający drogę. Jeden! Rozpoczęto w związku z tym w Szwecji analizę tego - dlaczego on zginął. No i zmieniono zasady oznaczania odcinków drogi podlegających pracom remontowym.

O co tu chodzi? Chodzi o to, że w "niektórych" krajach śmierć jednego człowieka wstrząsa wszystkimi - a specjalistami w szczególności. I poszukuje się wtedy przyczyn tej tragedii, aby w miarę możliwości wykluczyć powtórzenie się tego. Tam nie chodzi o statystykę - tam chodzi o ludzką tragedię oraz jej przyczyny. W Polsce śmierć na drodze spowszedniała do rozmiarów stalinowskiego powiedzenia o statystyce. Ja z przerażeniem czytam komentarze na różnych forach o wypadkach drogowych w Polsce. Corocznie ginie u nas wiele tysięcy ludzi na drogach. W większości młodych. Statystycznie biorąc największe żniwo zbierają drzewa przydrożne. Dzieje się tak dlatego, że drzewo przydrożne jest najbardziej niebezpiecznym wyposażeniem pasa drogowego. Nawet najechanie na pieszego lub rowerzystę nie kończy się śmiercią w tak wielkim odsetku przypadków. To są fakty.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Statystycznie biorąc największe żniwo zbierają drzewa przydrożne. Dzieje się tak dlatego, że drzewo przydrożne jest najbardziej niebezpiecznym wyposażeniem pasa drogowego. Nawet najechanie na pieszego lub rowerzystę nie kończy się śmiercią w tak wielkim odsetku przypadków. To są fakty.

 

Nie mogę się zgodzić z tym stwierdzeniem. Drzewo nie jest wyposażeniem pasa drogowego. Drzewo znajduje się nawet poza poboczem ! Nie jest winą drzew, że ludzie w nie wjeżdżają. Nawet gdybyśmy wycięli wszystkie drzewa w promieniu 100 metrów od dróg to co byłoby następne ? Wyrównywanie rowów, wysuszanie jeziorek, wyburzanie budynków ? Nie da się zrobić dróg idioto-odpornych, ale nie zwalajmy winy z kierowców na elementy krajobrazu.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Thibris - pełne poparcie. W ogóle kierowcy mają jakąś dziwaczną tendencję do szukania winnych wszędzie dookoła. Wspominałem już o tym wielokrotnie, ale to zjawisko jest podwójnie niebezpieczne, bo nie dość, że jest zakłamaniem rzeczywistości, to jeszcze nie skłania kierowców do autorefleksji i zmiany zachowań.

 

Lucky_One - weź pod uwagę populację NZ. Jest ona 10-krotnie mniej liczna, niż u nas. W przeliczeniu na 100 000 mieszkańców, łączna roczna śmiertelność wypadków u nich jest niższa o 20%, niż u nas. Biorąc jednak pod uwagę warunki atmosferyczne w obu krajach, śmiem przypuszczać, że po zniwelowaniu ich wpływu odsetek ofiar mógłby być dość podobny.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Również popieram thibrisa - przecież drzewa nie wychodzą kierowcom na drogę.. Rozumiem że jest coś takiego jak wypadki losowe - poślizg na piasku, wyrzucenie z trasy, i łup w drzewo.. Albo wjechanie w drzewo ze względu na próbę uniknięcia zderzenia z wariatem, który myśli że cała droga jest jego..

 

Ale przypuszczam, że są to nieliczne przypadki - znacznie częściej po prostu drzewa nabierają magnetyzmu proporcjonalnie do zawartości alkoholu w krwi kierowcy - ostatnio co najmniej kilka razy było nagłaśniane, że zabiły się młode gnojki (w sumie sam jestem w tej grupie wiekowej, ale po pierwsze nie mam samochodu, po drugie nawet jakbym miał, to nie jeździłbym ani po pijaku, ani jak wariat - ja tam wolę się 5 minut spóźnić, ale mimo wszystko - żyć dalej) wracające z dyskoteki. I może wyrażę tu dość skrajne poglądy, ale wolę żeby taki pijany debil zabił siebie i ewentualnie sobie podobnych (skoro pozwolili mu wsiąść za kółko i wsiedli z nim) na drzewie, niż żeby z braku drzewa dojechał do miasta/wsi i wjechał we mnie lub innych ludzi.

 

Ktoś na jednym forum a'propos tego dobrze powiedział - kwestią jest zawsze dostosowanie prędkości do warunków jazdy. Wisi znak z ograniczeniem do 80, ale wieje wichura i leje jak diabli? Pewnie ograniczenie do 80 nie zostało przewidziane na takie warunki i kierowca powinien mieć na tyle wyobraźni żeby jechać 40km/h albo nawet wolniej w razie potrzeby. A nie tłumaczyć się, że pisało 80, on jechał 80 (a może trochę szybciej, wszak 'te ograniczenia są zaniżane') i stracił panowanie nad pojazdem

 

@j50 - właśnie o to mi chodziło, że u nas jest taka paranoja. Śmierć ludzi nie jest przyczynkiem do podjęcia działań w celu uniknięcia takich wypadków w przyszłości - jest tylko dobrym materiałem na reportaż dla jakichś pismaków, albo kolejną cyferką do statystyk dla polityków czy urzędników. A w innych krajach to z powodu takiej jednej osoby jest niemalże cała obsługa dróg stawiana w stan najwyższej gotowości.. I sztab ludzi siedzi i myśli, co było przyczyną i co zrobić aby to się nie powtórzyło..

 

@mikroos - nie wiem czy należało by tę śmiertelność wypadkową przeliczać na ilość mieszkańców.. Bardziej trafne było by na ilość osób posiadających samochód - bo może jest nas więcej, ale wiele osób u nas jest mniej zamożnych i procentowo pewnie więcej osób u nich korzysta z samochodów. Rozumiem o co Ci chodziło, ale mam wrażenie że w tej sprawie kwestia nie leży w statystyce tylko w podejściu do wartości ludzkiego życia.. Tak jak napisał j50 - tam tragedią jest jak 1 osoba zginie - nieważne czy jest to 1ppm czy 1% populacji. I robią wszystko aby więcej do tego typu wypadków nie doszło. A u nas? U nas czy zginie jedna osoba czy 100, to co najwyżej Kaczor zarządzi żałobę narodową przez 3 dni, i na tym się wszelkie postępowanie zakończy.. Aha, jeszcze zrobią jakiś sensacyjny temat we wszystkich wiadomościach jednego dnia z tego. A następnego dnia już będzie inny temat...

Share this post


Link to post
Share on other sites

Spoko :P Nie twierdzę, że u nas nie ginie wiele osób, bo mimo wszystko statystyki mamy katastrofalne. Chciałem jedynie zwrócić uwagę na samo to, że porównywanie ze sobą dwóch krajów o populacjach różniących się o 1000% to mało udany pomysł :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tak sobie ostatnio myślałem nad tym, co piszecie o tym, jak traktuje się śmierć ludzi na drogach w innych krajach, a jak u nas... zaczynam nabierać coraz silniejszego przekonania, że przyczyną tej różnicy są okoliczności śmierci kierowców/pieszych/kogokolwiek na drodze.

 

Ostatnio bardzo dużo jeżdżę rowerem po Niemczech. Nie mam co prawda radaru, ale nie widziałem jeszcze kierowcy, który przekraczałby dozwoloną prędkość (lub jeśli już, przekraczał ją minimalnie). Nie widziałem też kierowcy, który na złej nawierzchni, śliskiej drodze albo w złej pogodzie jechałby tak szybko, jak tylko pozwalają przepisy - WSZYSCY zwalniają, bo tak jest bezpieczniej. Nie widziałem wymuszania, a wprost przeciwnie - kierowcy wolą ustąpić czasem wręcz niepotrzebnie, ale mieć pewność, że wypadku nie będzie.

 

A u nas? Spróbuj jechać przepisowo, zostaniesz otrąbiony i zwyzywany (pod nosem albo i nie) przez innych kierowców. Zwalnianie przy złych warunkach pogodowych to rzecz nie do pomyślenia, rzadkością jest także prawdziwie asekuracyjne jeżdżenie.

 

Do czego dążę? Chodzi mi o to, że w Polsce przyczyna wypadków jest w ogromnej większości przypadków jedna i jest nią ludzka głupota. Niemiec na fatalnej drodze będzie jechał powoli, nawet jeśli znaki pozwalają poruszać się szybciej, ale dojedzie do celu; Polak będzie jechał tak szybko, jak tylko pozwala stan samochodu (i przeważnie znacznie szybciej, niż pozwalają jego umiejętności). I tu właśnie jest różnica - w Niemczech państwo wie, że jeżeli zdarza się wypadek, współwinny z dużym prawdopodobieństwem jest system/stan dróg/państwo. W Polsce nietrudno zauważyć, że czołowe przyczyny wypadków są ściśle związane z ludźmi i jest to przekraczanie prędkości (zarówno tej dozwolonej, jak i tej, którą powinno się jechać z uwagi na warunki drogowe) oraz, niezmiennie, pijaństwo. Dlatego też w Polsce nie ma sensu powoływanie komisji, która i tak w 80% przypadków stwierdzi, że "idiota sam siebie zabił".

 

Tyle w temacie. Rozpisałem się, ale jakoś mi to ciążyło.

Share this post


Link to post
Share on other sites

W 100% Cię popieram.. Jest to przykra prawda, ale jednak prawda. Nawet dałbym Ci pochwałę za tę wypowiedź, ale niedawno dawałem więc nie da rady :P

 

Jeśli chodzi o mentalność ludzi, to niestety właśnie przez nią w naszym kraju jest tak źle i to na wszystkich płaszczyznach - bo oprócz dróg jeszcze w polityce, urzędach czy nawet na ulicy w sensie podwórek, chodników, klatek schodowych.

 

Pytanie tylko, kiedy ta mentalność się zmieni i co zrobić aby ją zmieniać. Kiedy w końcu większy ogół a nie jakieś kilka jednostek zrozumie, że uprzejmość i uczynność się zwraca z nawiązką i jeśli większość ludzi będzie pozytywnie nastawiona to wszystkim będzie się żyło lepiej?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Pokonując 2000 km, dym z olbrzymich pożarów buszu w Australii dotarł do Nowej Zelandii. Doprowadziło to do znaczącego spadku widoczności. W powietrzu czuć też woń spalenizny.
      Dym dotarł nad Wyspę Południową 31 grudnia. Niebo zabarwiło się na żółto. Przestało być widać szczyty i lodowce Alp Południowych, np. Lodowiec Tasmana. W mediach społecznościowych pojawiły się dokumentujące zjawisko zdjęcia i filmiki.
      Szczególnie źle było w środę po południu - opowiada Arthur McBride z firmy wycieczkowej Alpine Galciers.
      Tak naprawdę przebarwienia lodowca dostrzegaliśmy już od kilku tygodni, a więc [na długo] przed pojawieniem się samego dymu - dodaje Dan Burt z Mount Cook Skiplanes and Helicopters. Jego firma odwołała w ostatnich dniach parę wycieczek. Loty są nadal bezpieczne, ale nie ma już mowy o podziwianiu zapierających dech w piersi widoków.
      Australię i Nową Zelandię dzieli ok. 2 tys. km. Opublikowane przez Weather Watch mapki i zdjęcia satelitarne pokazują, jaką dokładnie drogą dym znad Australii przemieszcza się nad Morzem Tasmana nad Nową Zelandię.
      Dym zasłonił nie tylko słynne lodowce, ale i Queenstown, Dunedin czy Akaroa w regionie Canterbury. Do czwartku dym i woń spalenizny dotarły nad Wyspę Północną. W Auckland nie czuć [co prawda] spalenizny, ale wschód słońca i poranek robiły upiorne wrażenie. Morze znaczyła złota poświata, niebo było zachmurzone, a gdy wreszcie przebiło się słońce, miało pomarańczowy kolor - opowiada Ena Hutchinson. Mieszkanka największego miasta Nowej Zelandii dodaje, że w ostatniej dekadzie, kiedy Australię także trawiły pożary, pojawiało się zadymienie, ale nigdy tak duże. Coś takiego nigdy wcześniej się nie zdarzyło. Wyspa Południowa jest całkowicie zakryta, a teraz dym kieruje się na północ.
       


      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Parkując samochód na zewnątrz, zwłaszcza w okolicy, gdzie występują wiewiórki, warto od czasu do czasu zapobiegawczo zajrzeć pod maskę. Przekonała się o tym Holly Persic z Pensylwanii, która wybrawszy się autem do biblioteki, poczuła swąd spalenizny i miała wrażenie, że SUV wydaje dziwne dźwięki. Kobieta zadzwoniła do męża, który poradził jej, by zajrzała pod maskę. Okazało się, że w środku znajduje się cała masa orzechów czarnych i trawy - jednym słowem, wiewiórcze zapasy na zimę.
      Wyjęcie ponad 200 orzechów zajęło prawie godzinę. Później małżonkowie pojechali do warsztatu. Tam po rozmontowaniu podwozia udało się wyjąć resztę orzechów (dobre pół wiaderka). Te, które leżały na bloku cylindrów, były czarne i miały charakterystyczną woń spalenizny - opowiada Chris Persic. Na szczęście nie doszło do jakichś poważniejszych uszkodzeń.
      Skarb spod maski wyjaśnił, co się stało z orzechami, które spadły z dużego drzewa. Na ziemi nie pozostało ich za dużo, a Chris zachodził ostatnio w głowę, gdzie się podziały...

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Od czasu, gdy ludzie zasiedlili Nową Zelandię, wyginęła połowa miejscowych gatunków ptaków, a wiele innych jest zagrożonych. Teraz na łamach Current Biology ukazał się artykuł, którego autorzy obliczają, że powrót do takiej liczby gatunków jak przed kolonizacją człowieka zająłby nowozelandzkiej naturze około 50 milionów lat.
      Podejmowane przez nas dzisiaj decyzję dotyczące ochrony środowiska będą odczuwalne przez miliony lat. Niektórzy ludzie sądzą, że wystarczy zostawić naturę samą sobie, a szybko się ona odrodzi. Prawda jednak jest taka, że – przynajmniej w Nowej Zelandii – natura potrzebowałaby milionów lat, by odrodzić się po zniszczeniach dokonanych przez człowieka, a być może nigdy by się naprawdę nie odrodziła, mówi Luis Valente z berlińskiego Muzeum Historii Naturalnej.
      Dzisiejszy poziom bioróżnorodności to skutek milionów lat ewolucji. Ludzie w ciągu kilku tysiącleci wymazali te miliony lat. Naukowcy potrafią stwierdzić, jak dużo bioróżnorodności utraciliśmy wskutek działalności człowieka, ale rzadko zajmują się pomiarami wpływu ludzi na bioróżnorodność wysp.
      Valente i jego koledzy opracowali metodę oszacowania, jak długo wyspiarskiej przyrodzie zajmie odrodzenie się po utracie bioróżnorodności spowodowanej przez człowieka. Stwierdzili, że idealnym modelem do zademonstrowania działania nowej metody będzie zastosowanie jej do ptaków Nowej Zelandii. Antropogeniczne wymieranie nowozelandzkich zwierząt jest dobrze udokumentowane dzięki dziesięcioleciom pracy paleontologów i archeologów. A dostępne zsekwencjonowane DNA wymarłych gatunków ptaków Nowej Zelandii pozwala nam na zastosowanie naszej metody, mówi Valente.
      Naukowcy obliczyli, że powrót do takiej samej liczby gatunków ptaków, jakie żyły na Nowej Zelandii przed przybyciem człowieka, zająłby naturze 50 milionów lat. Gdyby zaś wyginęły wszystkie zagrożone obecnie gatunki, to natura potrzebowałaby 10 milionów lat, by ich liczba powróciła do liczby obecnej.
      Teraz Valente chce zastosować swoją metodę do innych wysp, by sprawdzić, jak tam wygląda sytuacja. Naukowcy spróbują też ocenić, które z czynników antropogenicznych odgrywają najważniejszą rolę w utracie gatunków.
      Uczony z optymizmem spogląda na przyszłość nowozelandzkiej przyrody. "Podejmowane tutaj inicjatywy są wysoce innowacyjne, wydają się działać i mogą zapobiec kolejnym stratom, które natura będzie odrabiała przez miliony lat", stwierdza uczony.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naturalne drgania samochodu sprawiają, że ludzie stają się coraz bardziej senni. Wpływa to na koncentrację i czujność już po kwadransie za kierownicą.
      Zważywszy, że ok. 20% śmiertelnych wypadków ma związek ze zmęczeniem kierowcy, naukowcy z RMIT University w Melbourne liczą, że ich wyniki zostaną wykorzystane przez producentów samochodów do opracowania foteli wspomagających czujność.
      Prof. Stephen Robinson podkreśla, że dotąd nie rozumiano dokładnie wpływu drgań na kierowców (coraz więcej dowodów wskazywało jednak, że wibracje przyczyniają się do senności).
      Odkryliśmy, że delikatne drgania fotela podczas jazdy usypiają mózg i ciało. Nasze badanie pokazuje, że stałe wibracje o niskiej częstotliwości, czyli takie, jakich doświadczamy, prowadząc samochód czy ciężarówkę, stopniowo powodują senność nawet u osób, które są wypoczęte i zdrowe. Po 15 min [...] senność zaczyna działać. Po 30 min ma już znaczący wpływ na zdolność zachowania koncentracji i czujności.
      W eksperymentach Robinsona i prof. Mohammada Farda wzięło udział 15 ochotników. Przechodzili oni symulację monotonnej jazdy po 2-pasmowej autostradzie. Symulator ustawiano na platformie, która może drgać z różną częstotliwością. Badani przechodzili 2 testy. Raz częstotliwość drgań była niska (4-7 Hz), a raz drgań w ogóle nie było.
      Zmęczenie wywoływane przez drgania psychologicznie i fizjologicznie utrudnia wykonanie zadań, dlatego układ nerwowy musi to kompensować (pojawiają się np. zmiany tętna). Badając zmienność rytmu zatokowego (ang. heart rate variability, HRV), naukowcy mogli więc obiektywnie zmierzyć, jak bardzo ktoś czuł się senny w danym momencie godzinnego testu.
      Okazało się, że objawy senności pojawiają się w ciągu kwadransa. Po 30 min senność jest już znacząca (trzeba sporego wysiłku, by podtrzymać czujność i formę poznawczą). Zmęczenie narasta przez godzinę, osiągając szczyt po 60 min.
      Fard podkreśla, że dzięki większej próbie w przyszłości powinno się udać określić, jak wiek może wpływać na czyjąś podatność na senność wywołaną drganiami. Interesują nas też potencjalne oddziaływania problemów zdrowotnych, np. bezdechu sennego.
      Nasze badania sugerują także, że drgania w pewnych częstotliwościach mają odwrotne działanie i mogą podtrzymywać czujność. Chcemy więc przetestować większy zakres częstotliwości [...].

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W temperaturze 71 stopni Celsjusza można usmażyć jajko, giną bakterie salmonelli, a człowiek doświadcza oparzeń trzeciego stopnia. Taką właśnie temperaturę może osiągnąć deska rozdzielcza samochodu zaparkowanego w pełnym słońcu. Dwuletnie dziecko pozostawione w takim samochodzie może umrzeć w ciągu godziny.
      Badacze z Arizona State University i University of California San Diego przeprowadzili badania, w ramach których porównywali, jak różna typy samochodów nagrzewają się podczas letnich dni pozostawione w miejscach o różnym stopniu nasłonecznienia i zacienienia. Przeprowadzono też symulację wpływu temperatur w samochodach na pozostawione w nich 2=-letnie dziecko.
      Nasze badanie nie tylko pokazało nam różnice temperatury w samochodach pozostawionych w cieniu i na słońcu, ale wykazało również, że małe dziecko może umrzeć nawet, jeśli samochód, w którym je zostawiliśmy, będzie zaparkowany w cieniu, mówi profesor klimatologii Nancy Selover z Arizona State University. Każdego roku w Stanach Zjednoczonych umiera średnio 37 dzieci pozostawionych w samochodach.
      Podczas badań wykorzystano dwa identyczne srebrne sedany średniej wielkości, dwa identyczne srebrne małe samochody osobowe i dwa identyczne srebrne miniwany. Podczas gorących letnich dni samochody były parkowane w różnych miejscach i przez różny czas były zacienione i ogrzewane bezpośrednio padającymi promieniami słonecznymi. Badacze o różnych porach dnia mierzyli temperaturę wewnątrz kabiny oraz temperatury na powierzchni różnych elementów pojazdów.
      Okazało się, że w samochodzie zaparkowanym w pełnym słońcu, gdy temperatura na zewnątrz wynosi 37,7 stopnia Celsjusza, po godzinie temperatura w kabinie sięga średnio 46,6 stopnia Celsjusza, temperatura deski rozdzielczej to 69,4 stopnia, temperatura kierownicy to 52,7 stopnia, a temperatura foteli wyniosła 50,5 stopnia. Jeśli samochód zaparkowany był w cieniu, temperatura kabiny była podobna do temperatury otoczenia, deska rozdzielcza rozgrzewała się do 47,7 stopnia, kierownica do 41,6 stopnia,a temperatura siedzeń po godzinie wynosiła 40,5 stopnia Celsjusza. Jak można się było spodziewać, mniejsze samochody nagrzewały się szybciej niż większe.
      Każdy z nas zetknął się z sytuacją, gdy wracał do zaparkowanego samochodu i ledwie mógł dotknąć kierownicy. Wyobraźcie sobie jak to jest być dzieckiem uwięzionym na siedzeniu. A gdy w samochodzie znajduje się człowiek, to oddychając zwiększa wilgotność we wnętrzu pojazdu. Im większa wilgotność, tym organizm trudniej się chłodzi, gdyż pot wolniej odparowuje, mówi Selover.
      O tym, na ile wysoka temperatura jest dla nas śmiertelna, decyduje nasz wiek, waga, stan zdrowia, ubranie i inne czynniki. Nauka nie jest w stanie jednoznacznie przewidzieć, kiedy dziecko dozna udaru cieplnego, jednak większość udarów u dzieci ma miejsce, gdy temperatura organizmu przez dłuższy czas przekracza 40 stopni Celsjusza. Na potrzeby badań użyto cyfrowego modelu temperatury ciała 2-letniego chłopca. Badacze symulowali, co się stanie, jeśli dziecko zostanie zamknięte na godzinę w samochodzie zaparkowanym w pełnym słońcu i na dwie godziny w samochodzie zaparkowanym w cieniu.
      Symulacje wykazały, że w każdym przypadku dochodzi do hipertermii i udaru cieplnego, a uszkodzenia organów wewnętrznych mają miejsce w temperaturach poniżej 40 stopni Celsjusza. Część osób, które w rzeczywistości przeżyły udar cieplny doświadczyła stałych uszkodzeń mózgu i organów wewnętrznych.
      Gene Brewer, profesor psychologii, który nie brał udziału w powyższych badaniach, mówi, że zapomnienie dziecka w samochodzie może przydarzyć się każdemu. Brewer, który specjalizuje się w procesach pamięciowych, był ekspertem w sprawie przeciwko rodzicom, których dziecko zmarło pozostawione w samochodzie. Często w takich przypadkach mamy do czynienia z roztargnieniem rodziców. Kłopoty z pamięcią to poważna sprawa i mogą dotknąć każdego, niezależnie od wieku, płci, pochodzenia, osobowości, klasy społecznej czy innych cech. Z funkcjonalnego punktu widzenia nie ma dużej różnicy pomiędzy zapomnieniem kluczy, a zapomnieniem dziecka w samochodzie, mówi uczony.
      Większość ludzi oddaje się codziennie tym samym rutynowym czynnościom. Tą samą drogą jeżdżą do pracy, wiozą dziecko do tego maego przedszkola, pozostawiają kluczyki od samochodu w tym samym miejscu. Czynności te nie wymagają myślenia. Jeśli rutyna ta zostanie przerwana przez jakieś wydarzenie, na przykład telefon od szefa czy zmianę dni odwożenia dziecka do przedszkola, może dojść do zaburzeń pamięci. Takie zaburzenia nie mają nic wspólnego z dzieckiem. Zdarzają się one, gdyż czyjś mózg musiał pomyśleć o czymś innym i została przerwana rutyna. Zaczynamy nagle myśleć o czymś nowym, a to prowadzi do zapomnienia. Nikt nie ma pamięci doskonałej, wyjaśnia Bewer.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...