Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Australijskie walabie (nieduże torbacze z rodziny kangurowatych) zjadają maki lekarskie z plantacji medycznych, a gdy są potem na haju, skaczą w kółko, tworząc wydeptane kręgi – poinformowała Lara Giddings, prokurator generalna Tasmanii.

Giddings przedstawiała wyniki dochodzenia w parlamencie. Rozwiązanie tej kwestii było ważne, ponieważ Australia dostarcza 50% uzyskiwanego legalnie na świecie opium.

Rick Rockliff, rzecznik firmy hodującej maki Tasmanian Alkaloids, zaznacza, że walabie nie włamują się wcale tak często, ale w makach widywano również inne dziwnie zachowujące się zwierzęta, m.in. owce. One także charakterystycznie krążyły i udeptywały uprawy.

Share this post


Link to post
Share on other sites

No i przy okazji tajemnicze kręgi w zbożu też zostały wyjaśnione - to rolnicy na haju! ;D

Share this post


Link to post
Share on other sites

[...]<p>Rick Rockliff, rzecznik firmy hodującej maki Tasmanian Alkaloids[...]

 

Chyba powinno być 'uprawiającej maki' :P.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Sie ma,

 

może się mylę, ale od zawsze myślę, że hoduje się zwierzęta, a uprawia rośliny. I tyle.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Zwierzęta można hodować i chować, a rośliny uprawiać i hodować. Hodowla to celowe i świadome udoskanalanie danej odmiany rośliny lub rasy zwierzęcia w celu wytworzenia nowej odmiany lub poprawienia starej. Jeśli ta firma prowadzi hodowle maku w kierunku np zwiększania zawartości opium, albo cokolwiek innego, choćby dążenia do danego pokroju roślin to jest to hodowla. Jeśli tylko zasiewają pola makiem i zbierają go na to opium to jest to uprawa normalna. Tak samo wielu ludzi mówi np że hoduje rybki w akwarium, a de facto większość rybki chowa, bo chyba nikt mi nie powie, że świadomie łączy odmiany w celu uzyskiwania takich, a nie innych krzyżowań.

 

Pozdrawiam i ogólnie witam na forum społeczność, bo to mój pierwszy post :P

Andrzej

Share this post


Link to post
Share on other sites

andrew.xcbiker: dzięki za wyjaśnienie :P. Człowiek codziennie może nauczyć się czegoś nowego :D.

 

Pozdrawiam

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Na wielu skamieniałościach amonitów z Wybrzeża Jurajskiego – stanowiącego fragment północnego wybrzeża kanału La Manche - widnieją ślady ugryzień. Co ciekawe, zawsze znajdują się one w tym samym miejscu. Zoolog Chris Andrew i geolog Paddy Howe z Muzeum w Lyme Regis, którzy je analizowali, sądzą, że głowonogi te były zjadane przez inne głowonogi, najprawdopodobniej przypominające kałamarnice.
      Panowie podkreślają, że zwierzęta te miały dzioby, ułatwiające im rozłupywanie muszli amonitów. To musiało być coś, co potrafiło chwytać amonity i obracać nimi, by ustawić je sobie we właściwej pozycji – współczesne głowonogi są zdolne do takiego zachowania. Kałamarnica Humboldta może osiągać długość 1,5-1,8 m i potrafi odgryzać kawałki pianki bądź ciała nurka, dlatego jej prehistoryczny krewny bez problemu byłby w stanie odgryźć niewielki kawałek muszli amonitów.
      Amonity, uznawane za przodków współczesnych głowonogów, wyginęły pod koniec kredy. Cokolwiek zabiło dinozaury, [w przypadku Ammonoidea] zadziałał ten sam czynnik – uważa Howe.
      Czemu ślady ugryzień tak często (bo u 1 amonita na 4) odkrywa się właśnie w skamieniałościach z Wybrzeża Jurajskiego? Andrew i Howe tłumaczą, że chodzi o liczebność populacji w tych rejonach. W jakiejkolwiek okolicy, gdzie występuje obfitość pożywienia, będzie dużo drapieżników, które mogą na tym skorzystać.
      Richard Edmonds, menedżer naukowy z wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego Ludzkości UNESCO Wybrzeża Jurajskiego, przychyla się do teorii zaproponowanej przez dwóch badaczy. Dodaje, że byłoby fantastycznie, gdyby udało się znaleźć homara lub rybę uśmiercone, a następnie skamieniałe w trakcie procesu wgryzania.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Wenus i Mars to jeden z nielicznych obrazów mitologicznych Botticellego. Dotąd wspominano jedynie o jego miłosnych przesłaniach: choćby o tym, że miłość wyczerpuje mężczyznę, lecz dodaje sił kobiecie. Teraz David Bellingham, dyrektor programowy Instytutu Sztuki domu aukcyjnego Sotheby's, zauważył, że satyr w prawym dolnym rogu dzieła trzyma w ręku owoc rośliny o działaniu halucynogennym – bielunia dziędzierzawy. Stąd sugestia, że uwieczniony przez mistrza bóg wojny jest po prostu na haju...
      Datura stramonium rozhamowuje zażywającą ją osobę, wywołuje też omdlenia oraz uczucie gorąca, które skłania do zdjęcia z siebie ubrań. Efekty działania rośliny opisano w starogreckich tekstach i od tej pory stosowano ją jako afrodyzjak i truciznę. Bellingham pokazał obraz specjalistom z Królewskich Ogrodów Botanicznych w Kew. To tam udało się zidentyfikować okaz.
      Bellingham dokonał odkrycia, studiując przedstawienia Wenus w sztuce. Owoc jest oferowany widzowi, co wskazuje na jego [duże] znaczenie. Botticelli posługuje się roślinami symbolicznie. W tle widać np. wawrzyn, czyli odniesienie do jego mecenasów Medyceuszy. Wg pana dyrektora, twórca zamierzał przedstawić nie tylko Wenus i Marsa, ale także Adama i Ewę, a owoc datury symbolizuje owoc z drzewa poznania dobra i zła. Najczęściej przedstawia się go jako jabłko, Biblia nazywa go jednak owocem, co pozostawia pewien margines dowolności (zgodnie z tradycją hebrajską, był to np. owoc krzewu winnego).
      Alison Wright, historyk sztuki z Uniwersyteckiego College'u Londyńskiego, uważa, że satyr wygląda raczej psotnie niż podle. Dla niej aluzja do pierwszych rodziców nie jest już tak oczywista jak dla Bellinghama. Stąd powątpiewanie w celowość zabiegu renesansowego mistrza.
      O co zatem bardziej chodziło malarzowi: o uwypuklenie przesłania dot. cywilizującej i zwyciężającej mocy miłości czy o coś bardziej przewrotnego?
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Eksperymenty pokazały, że dzieci zjadają niemal 2-krotnie więcej owoców, jeśli poda się je w atrakcyjny i zabawny sposób.
      Naukowcy zbadali niemal 100 dzieci w wieku od 4 do 7 lat z Belgii i Holandii. Każdorazowo proponowano identyczną ilość tych samych owoców (jabłek, truskawek i bezpestkowych winogron), prezentowano je jednak na dwa różne sposoby: pokrojone w kostkę i poukładane na białym talerzu bądź uformowane w jeża. W tym drugim przypadku owoce nawleczone na parasolki do koktajli wbijano w kawałek arbuza.
      Maluchy jadły 2-krotnie więcej śmiesznych owoców, chociaż same przyznały, że wiedzą, że zarówno w jeżyku, jak i z talerza smakują tak samo. Doktor Esther Jansen z Uniwersytetu w Maastricht uważa, że pociągającą wzrokowo wersję prezentowania warzyw i owoców mogą wykorzystać tak rodzice i szkoła, jak i supermarkety chcące zachęcić rodziny małych klientów do kupowania zdrowej "surowizny". Sklepy mogłyby, wg pani psycholog, pomyśleć np. o dodawaniu zabawki do opakowania. Dorośli muszą jednak pamiętać, że urozmaicenia kiedyś się maluchom opatrzą, dlatego stale trzeba wymyślać coś nowego.
      Podczas eksperymentu w pierwszej sesji kosztowania badani mogli jeść owoce z talerza i jeżyka (grupa bez ograniczeń) lub wyłącznie zwykłe owoce bądź ułożone w zabawny sposób (grupa z ograniczeniem odnośnie do zwykłych owoców i grupa z ograniczeniem jeżykowym). W drugiej sesji wszystkie dzieci mogły jeść jabłka, truskawki i winogrona z obydwu źródeł. Jak można się domyślić, prezentacja atrakcyjna dla oka silnie wpływała na konsumpcję. Jeśli wprowadzano ograniczenia, efekt nie występował.
      Dietetycy podkreślają, że niejadkom i dzieciom, które przywykły do pokarmów określonego rodzaju, można podawać nie tylko wymyślne konstrukcje w rodzaju zwierzątek, pojazdów czy twarzy, ale produkty pokrojone w figury geometryczne, np. trójkąty i kwadraty.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Zamieszkująca łąki i lasy mysz zaroślowa (Apodemus sylvaticus) gustuje w zarodnikach endemicznej europejskiej paproci Culcita macrocarpa. Jest tym samym jedynym małym ssakiem o takich upodobaniach. Współczesne kręgowce rzadko się decydują na taki dobór menu, ponieważ paprocie zawierają toksyczne związki. W przeszłości stanowiły one jednak ulubiony pokarm zauropodów (Mammalian Biology).
      Paprocie to ważna część diety dinozaurów, a zwłaszcza dużych zauropodów, np. diplodoków. W dzisiejszych czasach bezkręgowce – owady bądź ślimaki – żywią się nimi do pewnego stopnia, podobnie postępują tylko nieliczne kręgowce.
      Ku swemu zdziwieniu Marisa Arosa z Uniwersytetu w Coimbrze i jej zespół zauważyli ślady ugryzień na liściach C. macrocarpa. Postanowili więc sprawdzić, kto napoczyna paprocie rosnące w hiszpańskiej Galicji. Wcześniej pani Arosa obserwowała gile azorskie (Pyrrhula murina), które włączyły do swojej diety zarodniki 4 gatunków paproci. Poza nimi dotąd znano tylko jednego kręgowca – nietoperza Mystacina tuberculata – o tak specyficznych upodobaniach "kulinarnych".
      Naukowcy przeanalizowali wiele egzemplarzy rośliny, odnotowując, w jaki sposób usunięto liście i zarodniki. Podłożyli pod spodem kawałki waty, by zebrać do nich odchody tajemniczego zwierzęcia. Okazało się, że należały one do myszy zaroślowej, a w bobkach znajdowały się zarodniki. Gryzonie żerowały najintensywniej w rejonach, gdzie było najwięcej paproci. Większość zarodników uległa strawieniu, ale niewykluczone jednak, że myszy pomagają w ich rozprowadzeniu.
      Myszy z rozmysłem wybierały określone części rośliny – pogryzały tylko te służące do rozmnażania. Zarodniki stanowiły pokarm sezonowy, wykorzystywany między grudniem a lutym. W okresie zimowym to bardzo cenna i kaloryczna zdobycz, gdyż zawiera tłuszcze i białka.
      Paprocie są rzadko zjadane przez zwierzęta, ponieważ wytaczają przeciwko nim broń chemiczną. Nie wiadomo jednak, czy toksyczne związki występują we wszystkich bez wyjątku częściach rośliny. Być może nie ma ich właśnie w zarodnikach.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Tasmańska policja posłużyła się krwią spożytą przez znalezioną na miejscu zbrodni pijawkę, by dzięki analizie DNA zidentyfikować jednego z dwóch mężczyzn, którzy 8 lat temu napadli na 71-letnią staruszkę.
      Jak opowiada detektyw Mick Johnston, pijawka była tylko jednym z wielu dowodów znalezionych na farmie Fay Olson. Skoro jednak nie zauważono śladów ugryzień ani na ciele ofiar, ani policjantów, stróże prawa uznali to za okazję do zidentyfikowania kryminalisty.
      W 2008 roku krew z pijawki została dopasowana do 54-letniego Petera Cannona, aresztowanego i sądzonego za przestępstwa związane z narkotykami. Dzięki temu prokurator mógł oskarżyć mężczyznę także o napad z początku XXI wieku. Razem z kolegą, który nie został dotąd złapany, wtargnął on do domu Olson. Napastnicy zasłonili twarze czarnymi kapturami. Byli uzbrojeni w pałki. Związali staruszkę i skrępowali jej kostki paskiem. Po splądrowaniu domu ukradli 500 dolarów.
      Prokurator John Ransom wyjawił, że pijawkę znaleziono obok łóżka. Sprawa z wysysającym krew zwierzęciem jest ewenementem na skalę światową. Nigdy dotąd śledczy i sąd nie wykorzystali uzyskanego w ten sposób dowodu.
×
×
  • Create New...