Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Jeleń Alfreda wciąż na wolności

Recommended Posts

Podczas niedawnej ekspedycji na Filipinach naukowcy zdobyli dowód, że jeleń Alfreda (Rusa alfredi), najrzadszy jeleniowaty i jeden z najrzadszych ssaków na świecie, wciąż jeszcze żyje na wolności.

Jeleń Alfreda to jeden z trzech jeleni występujących endemicznie na Filipinach. Już w roku 1991, gdy po raz ostatni przeprowadzano poszukiwania przedstawicieli tego gatunku na wolności, okazało się, że występuje on jedynie na 5% wcześniej zajmowanych terenów. Craig Turner i James Sawyer przez pięć lat przygotowywali się do ekspedycji na tereny leśne North Negros Natural Park (NNNP) na wyspie Negros. Park to bardzo istotny obszar dla bioróżnorodności. Jednak znajdujący się w nim ekosystem jest bardzo delikatny. Na 80 000 hektarach parku las tropikalny zajmuje jedynie 16 500 hektarów i należy do najsłabiej zbadanych lasów na Ziemi.

Głównym celem ekspedycji było poszukiwanie jelenia Alfreda oraz zbadanie samego lasu i występujących w nim roślin oraz zwierząt. Po trzech dniach znaleziono ślady jelenia, a po kolejnych trzech - następne. Odległość pomiędzy nimi sugeruje, że mamy do czynienia z dwoma różnymi stadami. Wkrótce naukowcy natrafili na odchody zwierzęcia.

Dzięki temu odkryciu wiemy, że jeleń Alfreda wciąż zamieszkuje dwie (z siedmiu poprzednio zamieszkiwanych) wysp: Negros i Panay. Nie wiadomo jednak, ile osobników żyje na wolności i czy gatunek ma jakiekolwiek szanse przetrwania. Największym zagrożeniem dla tych zwierząt są kłusownicy oraz wycinanie lasów.

Podczas ekspedycji natrafiono też na niezwykłe orchidee, liczne gatunki ptaków i żab. Uczeni chcą zbadać je w przyszłości.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.
Note: Your post will require moderator approval before it will be visible.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Jeśli filipiński uczeń czy student chce skończyć szkołę, musi posadzić 10 drzew. Zobowiązuje go do tego nowa ustawa - Graduation Legacy for the Environment Act (House Bill 8728).
      Między 1990 a 2005 r. Filipiny straciły 32,3% okrywy leśnej. Ponieważ nielegalny wyrąb od dawna jest dużym problemem, Izba Reprezentantów postanowiła go rozwiązać w unikatowy sposób - ustawowo. Inicjatorami akcji są 2 politycy - Gary Alejano i Strike Revilla. Teraz ustawa musi jeszcze zostać przegłosowana przez Senat.
      Biorąc pod uwagę, że rokrocznie szkołę podstawową kończy ponad 12 mln uczniów, liceum blisko 5 mln, a college niemal 500 tys., przy prawidłowym wdrożeniu ustawa zagwarantuje posadzenie co najmniej 175 mln drzew rocznie. W związku z tym na przestrzeni życia jednego pokolenia posadzimy przynajmniej 525 mld drzew - wyjaśnia Alejano, członek partii Magdalo.
      Od 2015 r. widać niewielki wzrost powierzchni zalesionego obszaru Filipin. Ma to związek z inicjatywami rządowymi i zwiększoną wymagalnością obowiązującego prawa.
      Graduation Legacy for the Environment Act zakłada, że przed ukończeniem podstawówki, liceum czy studiów każdy powinien posadzić 10 drzew. Wg CNN Philippines, drzewa mają być sadzone w lasach, m.in. namorzynowych, na obszarach chronionych, w dawnych kopalniach i na wybranych terenach miejskich. Gatunek ma być dobierany pod kątem lokalizacji, klimatu i topografii. Rząd podkreśla, że preferowane będą rodzime drzewa.
      Poza wpływem na poziom dwutlenku węgla drzewa chodzi o uświadomienie ekologiczne młodego pokolenia i zainspirowanie kolejnych "zielonych" akcji.
      Za implementację ustawy mają odpowiadać krajowy Departament Edukacji oraz Komisja ds. Szkolnictwa Wyższego.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Przyzwyczajeni jesteśmy myśleć, że historia ludzkości to historia postępu. Jednym z najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości jest przejście z łowiecko-zbierackiego trybu życia, do uprawy roli. Tymczasem badania przeprowadzone na Filipinach wskazują, że łowcy-zbieracze, którzy przeszli na rolnictwo, pracują o 10 godzin w tygodniu dłużej. To zaś każe nam zapytać, czy to na pewno postęp, a jeśli tak, to czemu postęp ma służyć. Okazało się też, że zaadaptowanie rolnictwa najbardziej wpłynęło na życie kobiet.
      Antropolog Mark Dyble z University of Cambridge i jego koledzy przez dwa lata żyli wśród Agta, niewielkiej populacji łowców-zbieraczy zamieszkujących północne Filipiny, którzy stopniowo adaptują rolnictwo.
      Każdego dnia pomiędzy godzinami 6 a 18 naukowcy zapisywali, co robią ich gospodarze, a badania takie prowadzili wśród 10 różnych społeczności Agta. Stworzyli w ten sposób szczegółowy zapis zajęć 359 osób. Odnotowywali kiedy ludzie ci odpoczywali, kiedy zajmowali się dziećmi, kiedy wykonywali obowiązki domowe i kiedy pracowali poza domem. Część badanych społeczności Agta prowadzi wyłącznie gospodarkę zbieracko-łowiecką, a część zajmuje się zbieractwem i uprawą ryżu.
      Badania, których wyniki opublikowano właśnie w Nature Human Behaviour wskazują, że im bardziej Agta angażują się w rolnictwo i działalność niepowiązaną ze zbieractwem, tym ciężej pracują i mniej mają czasu na odpoczynek. Obliczono, że Agta, którzy skupiają się głównie na rolnictwie pracują przez 30 godzin tygodniowo, zaś ci, którzy pozostali przy gospodarce zbieracko-łowieckiej pracują 20 godzin tygodniowo. Uczeni odkryli, że tak drastyczna różnica wynika przede wszystkim z faktu, że tam, gdzie zaadaptowano rolnictwo, kobiety zostały oderwane od obowiązków domowych by pracować w polu. Kobiety żyjące w społecznościach zajmujących się rolnictwem mają o połowę mniej czasu na wypoczynek, niż kobiety łowców-zbieraczy.
      Przez długi czas uważano, że przejście na rolnictwo oznacza postęp, gdyż pozwoliło to ludziom na porzucenie ciężkiego i niepewnego trybu życia. Jednak od samego początku badań antropologicznych nad łowcami-zbieraczami zaczęto kwestionować to przekonanie wskazując, że łowcy-zbieracze mają dużo wolnego czasu. Nasze badania dostarczają najmocniejszych dowodów na poparcie tej hipotezy, mówi Dyble.
      Średnio wszyscy Agta spędzali 24 godziny tygodniowo na pracy poza domem, około 20 godzin tygodniowo na obowiązkach domowych i około 30 godzin tygodniowo na odpoczynku za dnia. Jednak podział tego czasu był mocno zróżnicowany.
      Zarówno kobiety i mężczyźni mieli najmniej czasu wolnego gdy byli w wieku około 30 lat. Im byli starsi, tym więcej wolnego mieli. Istniały też różnice pomiędzy płciami. Kobiety spędzały mniej czasu na pracy poza domem, a więcej na pracach domowych i opiece nad dziećmi. Miały tyle samo czasu wolnego co mężczyźni. Jednak przejście na rolnictwo miało nieproporcjonalny wpływ na życie kobiet.
      Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że pracą w polu jest łatwiej się dzielić niż polowaniem czy łowieniem ryb. Niewykluczone jednak, że istnieje jakaś inna przyczyna, dla której mężczyźni nie są gotowi lub zdolni do spędzania większej ilości czasu na pracy w polu. To wymaga dalszych badań, stwierdza Dyble.
      Przypomnijmy, że rolnictwo pojawiło się przed ponad 12 000 laty, a około 5000 lat temu zdominowało ludzką działalność. Współautorka badań, doktor Abigail Page, antropolog z London School of Hygiene and Tropical Medicine mówi: Musimy być bardzo ostrożni ekstrapolując dane na temat współczesnych łowców-zbieraczy na prehistoryczne społeczności. Jeśli jednak pierwsi rolnicy naprawdę musieli pracować ciężej, by się utrzymać, to powstaje ważne pytanie – dlaczego ludzie zaadaptowali rolnictwo?.
      Uczona zauważa też, że ilość czasu wolnego, jaki mają Agta do dowód na wydajność gospodarki łowiecko-zbierackiej. Tak dużo wolnego pozwala również wyjaśnić, w jaki sposób społeczności łowiecko-zbierackie są w stanie nabyć tak wiele wiedzy i umiejętności w czasie własnego życia oraz życia kolejnych pokoleń.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Homo sapiens, neandertalczyk i inne gatunki człowieka mogły doprowadzać do zagłady całych gatunków dużych ssaków co najmniej 90 000 lat wcześniej, niż dotychczas sądzono. Mamuty, leniwce wielkości słonia czy tygrysy szablozębne to tylko przykłady wielkich ssaków, które istniały na Ziemi pomiędzy 2,6 miliona a 12 000 lat temu.
      Dotychczasowe badania wskazywały, że przed 35 000 lat w Australii doszło do zanikania większych ssaków. Proces ten był znacznie szybszy niż w przypadku małych ssaków. Najnowsze badania pokazują jednak, że zagłada dużych ssaków rozpoczęła się już co najmniej 125 000 lat temu w Afryce. Już wówczas przeciętny ssak zamieszkujący ten kontynent był o 50% mniejszy od przeciętnego ssaka na innych kontynentach, mimo że zwykle na większych masach lądowych występują większe ssaki. W miarę, jak ludzie migrowali z Afryki, dochodzi do zagłady dużych ssaków na innych kontynentach, a zjawisko to jest skorelowane z kolejnymi falami ludzkiej migracji. Z czasem średnia wielkość ciała ssaków z innych kontynentów stała się znacznie mniejsza niż średnia wielkość ssaków afrykańskich. Te gatunki, które przetrwały były zaś – ogólnie rzecz biorąc – znacznie mniejsze o tych, które wyginęły.
      Badania przeprowadzone przez naukowców z University of New Mexico, University of Nebraska-Lincoln, Stanford University i University of California San Diego dowodzą, że ta oparta na rozmiarach ciała zagłada ssaków była największym wymieraniem gatunków od czasu zagłady dinozaurów. To czynnik ludzki spowodował, że wielkie ssaki stały się bardziej podatne na wymieranie niż ssaki mniejsze. Z danych archeologicznych wiemy, że Homo sapiens pojawił się jako gatunek przed około 200 000 lat. Do wymierania dużych ssaków doszło niedługo potem. Wydaje się, że mieliśmy z tym coś wspólnego, mówi Kate Lyons z University of Nebraska-Lincoln. To ma sens. Jeśli zabijesz królika, nakarmisz rodzinę przez jeden dzień, jeśli zaś zabijesz dużego ssaka, nakarmisz całą wioskę, dodaje.
      Naukowcy nie znaleźli też dowodów, by do zagłady dużych ssaków przyczyniły się zmiany klimatyczne. Zarówno duże jak i małe ssaki są na nie podatne, a mimo to widzimy wyraźnie, że wyginęły duże gatunki.
      Uczeni zadali sobie też pytanie, w jaki sposób zanik dużych ssaków wpłynął na bioróżnorodność. By to sprawdzić, przeprowadzili symulację, w której założono, że w ciągu najbliższych 200 lat wyginą wszystkie ssaki, które obecnie są zagrożone. Jak mówi Lyons, w takim scenariuszu, największym ssakiem na Ziemi będzie krowa, a średnia masa ciała ssaków zmniejszy się o mniej niż 3 kilogramy. Jeśli taki trend się utrzyma i wyginą wszystkie obecnie zagrożone ssaki, to dojdzie do całkowitego przebudowania systemu przepływu energii oraz układu taksonomicznego. Rozmiary ssaków powrócą do stanu sprzed około 40 milionów lat, mówi profesor Felisa Smith z University of New Mexico.
      Wyginięcie dużych ssaków miałoby olbrzymi wpływ na środowisko. Zwierzęta takie są zwykle roślinożercami, spożywają olbrzymią ilość roślin i rozprowadzają nasiona oraz substancje odżywcze na wielkich obszarach. Jeśli ich zabraknie pozostałe ssaki nie będą w stanie ich zastąpić. Znaczenie wielkich ssaków dla ekosystemu jest zupełnie inne niż małych ssaków. W przyszłości ekosystemy będą wyglądały zupełnie inaczej. Ostatni raz ssaki wyglądały tak i miały tak małe rozmiary wkrótce po zagładzie dinozaurów. To, co robimy jako gatunek, to wymazywanie w bardzo krótkim czasie 40-45 milionów lat ewolucji rozmiarów ciała ssaków.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Francuscy badacze dowodzą, że priony mogą przemieszczać się pomiędzy gatunkami znacznie łatwiej niż dotąd przypuszczano. W opublikowanym w Science artykule informują, iż priony po wprowadzeniu do mózgu myszy, pojawiły się w innych organach, co wskazuje, że same autopsje mózgu są niewystarczające.
      Dotychczas sądzono, że istnieją bariery znacznie utrudniające migrację prionów pomiędzy gatunkami. Przypuszczenia te bazowały jednak na badaniach mózgu. Tymczasem Francuzi pobrali priony od od łosi, chomików i bydła domowego i wszczepili je do mózgów myszy, które zmodyfikowano genetycznie tak, by posiadały ludzką lub owczą wersję proteiny PrP (priony to nieprawidłowe wersje tych protein).
      Gdy następnie przeprowadzono autopsję myszy okazało się, zgodnie z oczekiwaniami, że tylko w nielicznych przypadkach (3 na 43) priony znaleziono w mózgu. Jednak autopsja innych organów - przede wszystkim migdałków i śledziony - wykazały, że aż w 26 na 41 przypadków priony były jednak obecne w ciałach zwierząt. Zauważono też, że u tych zwierząt, u których priony znaleziono w innych organach niż w mózgu, nie występowały żadne objawy chorobowe. To z kolei może oznaczać, że znacznie więcej zwierząt i ludzi jest nosicielami prionów.
      Odkrycie francuskich badaczy budzi obawy, że ludzie mogą zarażać się nawzajem prionami w czasie transfuzji krwi, przekazywanie organów czy nawet za pośrednictwem narzędzi chirurgicznych, gdyż priony są odporne na standardowe procesy odkażania.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Jak monitorować zwierzęta żyjące w jakimś akwenie wodnym? Można je wyławiać, określać prawdopodobną wielkość stada/populacji czy zliczać (także w nowocześniejszy sposób, np. znakując obrożami z GPS-em), ale najnowsze badania zespołu z Muzeum Historii Naturalnej w Kopenhadze demonstrują, że wystarczy nabrać kieliszek wody. Okazuje się, że w próbce o pojemności ok. 20 ml znajdują się ślady DNA wszystkich zwierząt zamieszkujących jezioro czy staw.
      Metoda okazała się tak skuteczna nie tylko w określaniu, jakie istoty zamieszkują wody, ale także ile ich jest, że Duńczycy przypuszczają, że w ten sposób będzie się kiedyś zliczać ryby.
      "W próbce wody znaleźliśmy DNA tak odmiennych zwierząt, jak wydra i ważka. Wykazaliśmy, że metoda wykrywania materiału genetycznego działa w szerokim spektrum rzadkich gatunków zamieszkujących wody słodkie - wszystkie one zostawiają w środowisku ślady DNA, które można wykryć nawet w niewielkiej ilości wody z habitatu" - opowiada doktorant Philip Francis Thomsen.
      Zespół z Kopenhagi badał faunę 100 jezior i strumieni europejskich. Posłużono się zarówno zliczaniem, jak i techniką bazującą na DNA. Okazało się, że 2. z metod jest skuteczna nawet w przypadku bardzo rozrzedzonej i nielicznej populacji. Poza tym udowodniono, że ilość DNA w środowisku koreluje z zagęszczeniem osobników, czyli można w ten sposób określić wielkość populacji.
×
×
  • Create New...