Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Wydawać by się mogło, że spożywanie posiłków dużych objętościowo, lecz mało wartościowych, to "specjalność" ludzi. Okazuje się jednak, że czasami także zwierzęta, choć pokarmu mają pod dostatkiem, nie są w stanie właściwie karmić własnego potomstwa. Dlaczego tak się dzieje, wyjaśniają naukowcy z Uniwersytetu w Sztokholmie.

Do odkrycia doszło dzięki obserwacji nurzyków - ptaków zamieszkujących m.in. nad Morzem Bałtyckim. Podstawą ich diety są szprotki - powszechnie znane ryby żywiące się planktonem. Od kilkunastu lat dysponują one w Bałtyku wyjątkowo dobrymi warunkami do rozwoju, gdyż w wyniku masowych połowów znacznie ucierpiał ich naturalny wróg, dorsz. Okazuje się jednak, że brak zagrożenia ze strony drapieżnika niekoniecznie oznacza idealne warunki do rozwoju. Paradoksalnie okazuje się, że zmniejszenie liczebności dorszy wpływa negatywnie zarówno na szprotki, jak i na nurzyki.

Podczas analizy zależności pokarmowych pomiędzy zwierzętami żyjącymi w najbliższym nam morzu zauważono, że szprotki, choć teoretycznie powinny rosnąć znacznie większe ze względu na mniejsze ryzyko przedwczesnej śmierci, są od pewnego czasu wyraźnie mniejsze. Badacze zaobserwowali, że znaczny przerost populacji szprotek spowodował niedobór planktonu, przez co rybki te, choć wyjątkowo liczne, nie są w stanie osiągnąć rozmiarów uznawanych dotąd za typowe dla tego gatunku. Nadal nie wyjaśniało to jednak, dlaczego miałyby na tym zjawisku cierpieć nurzyki, dla których polowanie stało się w ostatnich latach wyjątkowo proste ze względu na liczebność ryb stanowiących podstawę ich menu.

Ekologiczną zagadkę wyjaśnił dr Henrik Österblom, który swoją próbę wytłumaczenia tego zjawiska nazwał "hipotezą śmieciowego jedzenia" (ang. junk food hypothesis). Badacz zaobserwował, że choć szprotki są znacznie liczniejsze i polowanie na nie jest bez porównania prostsze, pojedyncza rybka ma znacznie mniejszą wartość odżywczą. Co prawda nie jest to problemem dla dorosłych nurzyków, które mogą po prostu wykonać więcej pojedynczych ataków na ławicę ryb, lecz wykarmienie nimi potomstwa nie jest takie proste. Okazuje się bowiem, że ptak jest w stanie dostarczyć do gniazda tylko jedną szprotkę naraz, przez co wyżywienie pisklaków jest trudniejsze niż wcześniej. Właśnie dlatego dr Österblom określił pokarm nurzyków jako junk food: pod względem ilości jest go pod dostatkiem, lecz zaspokojenie z jego użyciem potrzeb dorastającego organizmu jest bardzo trudne.

Niestety nurzyki nie są jedynym gatunkiem cierpiącym z powodu zaburzenia równowagi ekologicznej wśród ryb. Podobne problemy mają najprawdopodobniej inne zwierzęta, jak np. krowy morskie Stellera czy ptaki z rodzaju Rissa. One również nie mogą wykarmić siebie i/lub potomstwa, choć liczebność zwierząt stanowiących ich naturalny pokarm jest w ostatnich latach bardzo wysoka.

Szczegółowe informacje na temat badania dr. Österbloma publikuje czasopismo Oikos.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czy ten plankton przypadkiem nie odżywia się zawiesiną ze ścieków dostających się do rzek ?? może za dużo oczyszczalni ?? albo trujące ścieki. 8)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Dzięki jednemu z najdłużej trwających eksperymentów naukowych tego rodzaju wiadomo, czemu jaja nurzyków mają tak niezwykły spiczasty kształt.
      Nurzyki składają i wysiadują pojedyncze jajo na półkach skalnych klifów. Z tego powodu naukowcy i ornitolodzy amatorzy uznawali, że są one spiczaste, by przemieszczać się łukiem i nie staczać się w pobliże krawędzi.
      Prof. Tim Birkhead z Uniwersytetu w Sheffield, który prawie od 50 lat bada nurzyki, alki zwyczajne i maskonury z walijskiej wyspy Skomer, odkrył jednak, że unikatowy kształt jaj wyewoluował, by w pierwszym rzędzie zapobiec jakiemukolwiek toczeniu.
      Jaja nurzyków uchodzą za jedne z najpiękniejszych jaj na świecie. Kiedyś wzdłuż wybrzeży hrabstwa Yorkshire i miejscowości Benton działali zbieracze zwani climmers, którzy wspinali się na klify w poszukiwaniu najbardziej nietypowo zabarwionych jaj nurzyków. Sprzedawali je potem muzeom i bogatym prywatnym kolekcjonerom. Obecnie w Wielkiej Brytanii wybieranie jaj jest zakazane.
      Wyniki studium Birkheada, które ukazały się w piśmie Auk: Ornithological Advances, pokazują, że kształt jaj nurzyków sprawia, że są one bardziej stabilne na zajmowanych często przez te ptaki pochyłych powierzchniach.
      Nurzyki są jednym z najbardziej fascynujących gatunków ptaków w Wielkiej Brytanii. Często znajdują się one jednak w cieniu sąsiadów - maskonurów, które bardzo się ludziom podobają. Ze względu na zachowanie nurzyki są jednak o wiele bardziej interesujące dla obserwatorów. Oglądanie nurzyków przypomina śledzenie opery mydlanej opery. Mamy niekończącą się mieszaninę uczuć małżeńskich, niewierności i niesnasek. Nic nie pobije też nurzyków, jeśli chodzi o przydatność do monitorowania stanu zdrowia oceanu; ich liczebność, przeżywalność i sukces reprodukcyjny można bowiem badać łatwiej niż u innych ptaków morskich.
      Birkhead zajmował się na Skomer nie tylko kształtem jaj nurzyków. Długofalowe badania dały mu niepowtarzalny wgląd w ekologię i zachowanie 300 tys. par gniazdujących ptaków morskich. Dzięki temu wiadomo np., jak zmiana klimatu wpłynęła na ich populacje. Ostatnie badania zademonstrowały, że większa liczba sztormów uderzających w okolice doprowadziła do śmierci kilkudziesięciu tysięcy ptaków, głównie nurzyków i maskonurów.
       


      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W Morzu Bałtyckim występują największe na świecie martwe strefy, obszary pozbawione tlenu, gdzie większość stworzeń morskich nie jest w stanie przetrwać. Bałtyk od dawna cierpli na niedobór tlenu. Badania przeprowadzone właśnie przez naukowców z Finlandii i Niemiec wykazały, że utrata tlenu w bałtyckich wodach przybrzeżnych jest największa od 1500 lat.
      Zdaniem badaczy głównymi przyczynami utraty tlenu w Bałtyku są różnego typu zanieczyszczenia wprowadzane do morze przez człowieka, od nawozów spływających z pól uprawnych po ścieki bytowe. Rozszerzanie się przybrzeżnych martwych stref będzie miało tragiczne konsekwencje dla samego morza, jak i dla mieszkańców przybrzeżnych miejscowości. Należy liczyć się ze znacznym spadkiem populacji ryb i, być może, z masowym wymieraniem zwierząt morskich.
      W XX wieku Bałtyk został ciężko doświadczony przez zanieczyszczenia wprowadzane przez człowieka i wciąż odczuwa skutki takich działań, stwierdził profesor Tom Jilbert z Uniwersytetu w Helsinkach. Pomimo tego, że w ostatnich latach zredukowano ilość zanieczyszczeń, naukowcy nie zauważyli oznak odradzania się w badanym przez siebie obszarze pomiędzy Finlandią a Szwecją.
      Ich zdaniem może w tym przeszkadzać globalne ocieplenie, gdyż cieplejsze wody mniej efektywnie przechowują tlen. Zmiany klimatyczne nie są główną przyczyną powstawania obecnie istniejących martwych stref, ale są ważnym czynnikiem, który opóźnia odradzanie się tych obszarów, stwierdził Sami Jokinen z Uniwersytetu w Turku.
      Badacze przeprowadzili odwierty w dnie morskim, podczas których pozyskali 4-metrowe rdzenie z osadami. To pozwoliło na zbadanie poziomu tlenu na przestrzeni ostatnich 1500 lat. Badany okres obejmuje też średniowieczne optimum klimatyczne, kiedy to temperatury wzrosły w porównaniu z wcześniejszym okresem. Mogli więc porównać współczesne czasy z okresem, gdy temperatury rosły, ale człowiek znacznie mniej zanieczyszczał Bałtyk.
      Stwierdziliśmy, że na obszarach przybrzeżnych utrata tlenu jest obecnie wyjątkowo duża i ma to związek ze składnikami odżywczymi wprowadzonymi do wody przez człowieka, dodaje Jilbert. Badania wykazały, że do utraty tlenu doszło też w czasie średniowiecznego optimum klimatycznego. Jednak obecnie jest to zjawisko szczególnie dramatyczne.
      Obecnie obserwowany proces szybkiej utraty tlenu rozpoczął się na początku XX wieku. To całe dziesięciolecia szybciej, niż dotychczas sądzono i na długo przed prowadzeniem regularnych pomiarów jakości wód. To zaskakujące, gdyż dotychczas sądzono, że dopiero w latach 50. ludzie zaczęli wprowadzać do Bałtyku tyle materii organicznej, iż doprowadziło to do szybkiej utraty tlenu. Tymczasem okazało się, że zjawisko takie pojawiło się na początku XX wieku, stwierdza Jokinen.
      Wprowadzane przez człowieka zanieczyszczenia są źródłem pożywienia dla glonów. Gdy glonu wymierają, opadają na dno i są rozkładane przez bakterie, a proces ten prowadzi do zużycia tlenu z wody. Jeśli ludzie ograniczą ilość zanieczyszczeń, możemy spodziewać się zmniejszonego zakwitu glonów i kurczenia się martwych stref, mówi Jilbert. Problem w tym, że w martwych strefach rozkładające się glony uwalniają duże ilości fosforu, który przemieszcza się do wód powierzchniowych, gdzie powoduje rozrost populacji cyjanobakterii. Bakterie te wyłapują azot z powietrza. W wyniku tego procesu ogólna ilość składników odżywczych – fosforu i azotu – w wodzie pozostaje na wysokim poziomie nawet wtedy, gdy ludzie zmniejszą ilość zanieczyszczeń. To samopodtrzymujący się mechanizm. Mogą minąć dekady, zanim on wygaśnie, wyjaśnia uczony.
      Obecnie, i prawdopodobnie też w przyszłości, na badanym przez nas obszarze ciągle będzie dochodziło do utraty tlenu wskutek przenikania składników odżywczych z pól uprawnych, uwalnianie się fosforu z osadów dennych i jego wędrówki w górę kolumny wody oraz wskutek globalnego ocieplenia, dodaje Jokinen.
      Dobra wiadomość jest taka, że wiele krajów leżących nad Bałtykiem zredukowało ilość zanieczyszczeń, zatem jest nadzieja, że po kilku dekadach stan wód w Morzu Bałtyckim ulegnie poprawie.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W reakcji na narastający problem otyłości i nadwagi wśród młodzieży w krajach rozwiniętych, pojawiło się wiele inicjatyw, w wielu państwach szkoły nałożyły restrykcje na niezdrową, zbyt tuczącą żywność. Badania pokazują, że przynosi to pierwsze efekty w postaci redukcji wagi uczniów.
      Sprawdzeniem, jak zmiana szkolnej polityku żywnościowej wpływa na zdrowie uczniów zajęli się naukowcy z University of Nebraska-Lincoln: Patricia Kennedy i Mary McGarvey oraz Bree Dority, z University of Nebraska w Kearney. Do badania wytypowano osiem szkół z terenów środokowo-zachodnich stanów USA w których jakiś czas temu zmieniono zasady żywieniowe. Przy pomocy ankiet odpytano uczniów w wieku około 13 i 18 lat, a także ich rodziców oraz administrację szkoły.
      Okazało się, że jedna tylko zmiana - wyeliminowanie tuczących i śmieciowych potraw z serwowanych na szkolnej stołówce posiłków - powoduje spadek otyłości i nadwagi o 18%. W skali 30 milionów uczniów jadających co dzień szkolne obiady i prawie 10 milionów spożywających tam również śniadania, to potencjalnie olbrzymia rzesza nastolatków uchronionych przed kłopotami zdrowotnymi.
      Autorki studium podkreślają, że zmiana polityki, wymuszona dekretem amerykańskiego Departamentu Rolnictwa nie obejmuje jedzenia sprzedawanego w szkolnych kioskach, automatach, czy okolicznych sklepach. Ograniczenie również tego źródła coli, czipsów, ciastek i batonów z pewnością dałoby znacznie lepsze wyniki. Obecnie sprzedawcy z rozmysłem przyzwyczajają młodzież do śmieciowego jedzenia, daje im to bowiem gigantyczne zyski.
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Choć wielu z nas nie docenia Bałtyku i woli spędzać czas nad cieplejszymi akwenami, "polskie" morze jest wyjątkowo interesujące dla biologów. Powód jest prosty: jest ono najmłodszym morzem świata, stanowi więc idealne miejsce do obserwacji procesu ewolucji. Ta ostatnia tymczasem, jak się okazuje, zachodzi niespodziewanie szybko.
      Odkrycia dokonali uczeni z uniwersytetów w Göteborgu i Sztokholmie. Podczas badania nowego gatunku wodorostów, odkrytego 4 lata temu, zaobserwowali oni, że proces jego odróżniania od ewolucyjnego poprzednika jest zadziwiająco szybki w stosunku do oczekiwań. 
      Opisywany glon, nazwany Fucus radicans, wywodzi się od morszczynu pęcherzykowatego. Choć odkryto go bardzo niedawno, okazuje się, iż jest on niezwykle pospolitym składnikiem ekosystemu Zatoki Botnickiej. Nie byłoby w tym jednak nic dziwnego, gdyby nie fakt, że gatunek ten rozwinął się... maksymalnie 2500, a być może nawet zaledwie 400 lat temu. Tak szybka kolonizacja środowiska przez zupełnie nowy gatunek jest zjawiskiem wyjątkowo rzadkim.
      Ricardo Pereyra, pracownik Wydzału Ekologii Morza należącego do Uniwersytetu w Göteborgu i jednocześnie jeden z autorów odkrycia, tłumaczy, że zrozumienie dziejów nowoodkrytego gatunku jest istotnym zadaniem z punktu widzenia biologii. Jak wyjaśnia badacz, Fucus radicans jest bardzo pospolity w bałtyckiej Zatoce Botnickiej, więc chcemy zrozumieć jego znaczenie dla ekosystemu. 
×
×
  • Create New...