Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
KopalniaWiedzy.pl

Prezydent Biden proponuje 50 miliardów USD na wsparcie rodzimego przemysłu półprzewodnikowego

Recommended Posts

Prezydent Biden wezwał Kongres, by przyznał 50 miliardów USD na wsparcie rodzimego przemysłu półprzewodnikowego. Jeśli Kongres wyrazi zgodę, będzie oznaczało to spory wzrost w porównaniu z ubiegłorocznymi ustawami American Foundries Act of 2020 i Creating Helpful Incentives to Produce Semiconductors, gdzie na wsparcie przewidziano 37 miliardów USD.

Prezydent Biden wierzy, że w naszym kraju powinniśmy wytwarzać technologie i towary, które spełniają dzisiejsze wymagania i pozwolą wykorzystać przyszłe szanse, oświadczył Biały Dom. Biden chce, by w ramach Departamentu Handlu powstało nowe biuro, które zajmie się monitorowaniem krajowego przemysłu półprzewodnikowego i wsparciem inwestycji w tym zakresie. Prezydent chciałby uzyskać w Kongresie wsparcie obu największych partii, jednak jest to mało prawdopodobne. Lider mniejszości, Mitch McConnell, skrytykował plan Białego Domu, nazywając go koniem trojańskim, za którym ukrywają się podwyżki podatków szkodzące przedsiębiorstwom i klasie średniej.

Jednak propozycję Bidena trzeba widzieć w szerszym kontekście. Tylko w bieżącym roku wydatki inwestycyjne dwóch wielkich azjatyckich producentów półprzewodników – TSMC i Samsunga – sięgną co najmniej 55,5 miliarda dolarów. Zatem w ciągu roku będzie to kwota większa, niż rozłożona na wiele lat propozycja Bidena.

Ponad 70 lat temu cała światowa produkcja półprzewodników odbywała się w USA. Obecnie w Stanach Zjednoczonych produkowanych jest 12% półprzewodników powstających na świecie. Co prawda USA produkują większość kluczowego oprogramowania i sprzętu dla przemysłu półprzewodnikowego, ale same półprzewodniki powstają głównie na Tajwanie, w Korei Południowej i Chinach.

W ubiegłym miesiącu największy amerykański producent półprzewodników, Intel, ogłosił, że wchodzi na rynek produkcji chipów na zlecenie. Chce na nim konkurować z TSMC i Samsungiem. Rozpoczyna od zainwestowania 20 miliardów USD w Arizonie. Do życia powoływane jest osobne przedsiębiorstwo o nazwie Intel Foundry Services. Co istotne, plany Intela nie są uzależnione od rządowego wsparcia.

Rosnąca dominacja Samsunga i TSMC niesie ze sobą istotne skutki biznesowe i geopolityczne. Południowokoreański Samsung znajduje się w zasięgu broni atomowej Korei Północnej, a Tajwanowi wciąż zagrażają Chiny, uznające ten kraj za swoją zbuntowaną prowincję.

Od kilkunastu miesięcy USA i poszczególne kraje Europy próbują zmniejszyć swoje uzależnieni od dostaw półprzewodników z zagranicy i chcą odbudować możliwości produkcyjne swojego przemysłu półprzewodnikowego. Jednak tego typu działania mogą spalić na panewce.

Jak mówi Bill McClean, prezes firmy IC Insight specjalizującej się w badaniu rynku półprzewodników, by realistycznie myśleć o przynajmniej częściowym powrocie przemysłu półprzewodnikowego do USA rząd musiałby wydawać co najmniej 30 miliardów USD rocznie przez co najmniej pięć lat. Z kolei Mark Liu, przewodniczący TSMC stwierdza, że rządowe projekty budowy własnych krajowych łańcuchów dostaw mogą skończyć się zablokowaniem zdolności produkcyjnych i spadkiem marginesu zysku. Zdaniem Liu, działania takie są nierealistyczne z ekonomicznego punktu widzenia.

Oczywiście sensownym jest, by największe światowe gospodarki były w stanie produkować układy scalone na potrzeby swojej obronności i infrastruktury na własnym terytorium. Jednak przeniesienie całego łańcucha dostaw i samodzielność w dziedzinie półprzewodników jest całkowicie nieefektywna. Te dodatkowe moce produkcyjne nie byłyby ekonomicznie opłacalne, stwierdza Liu.

Na razie nie wiadomo, jak miałoby wyglądać wzmocnienie pozycji USA na rynku produkcji półprzewodników. Czy polegałoby to na zachęceniu TSMC i Samsunga do budowy fabryk w Stanach Zjednoczonych, czy na wsparciu dla rodzimych producentów czy też byłoby połączeniem obu tych projektów. Wiadomo za to, że TSMC i Samsung zapowiedziały zwiększenie inwestycji w USA, jednocześnie zaś lobbują o wsparcie rządowe.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bardziej zgodnie z rzeczywistością brzmiałoby sformułowanie "Amerykańska administracja ...".
Prezydent Biden ma problemy by zapamiętać jak się nazywa i gdzie przebywa.
 

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Na pustyni Negew zidentyfikowaną najstarszą w Izraelu fabrykę mydła. Zabytek odkryto w miejscowości Rahat, największym na świecie mieście Beduinów. Fabryka pochodzi sprzed 1200 lat, a fakt, że podstawowym surowcem do produkcji mydła była oliwa z oliwek wskazuje na wpływy islamskie. W Europie mydło produkowano w tym czasie z tłuszczu wieprzowego.
      Jak wyjaśnia archeolog, doktor Elena Kogen, przemysł mydlarski wykorzystujący oliwę z oliwek pojawił się w czasach Abbasydów, którzy od 750 roku rządzili w Kalifacie Bagdadzkim. Wyznawcy islamu podbili Ziemię Świętą już w 636 roku, jednak dopiero w IX wieku islam stał się dominującą religią na tych terenach. Jednak islamskie wpływy widać już wcześniej. W ubiegłym roku w Rahat odkryto pozostałości jednego z najwcześniejszych meczetów na terenie Izraela i na świecie. Pochodził on z VII/VIII wieku. Muzułmańska fabryka mydła sprzed 1200 lat to kolejny dowód na wpływy islamu na tych terenach.
      Fabryka była duża, budynek zawierał wiele kolumn, dlatego też archeolodzy sądzą, że należała do bogatej rodziny utrzymującej się z produkcji mydła. Było ono zapewne sprzedawane lokalnie, niewykluczone, że produkowano też na eksport.
      Warto przypomnieć, że to nie Arabowie wpadli na pomysł wykorzystania oliwy z oliwek w celach higienicznych. Używali jej już starożytni Grecy i Babilończycy, którzy nacierali się oliwą, a następnie zeskrobywali ją wraz z brudem. Arabowie zaczęli robić z niej mydło.
      Jednak prawdziwa produkcja mydła na skalę przemysłową rozpoczęła się w średniowiecznej Europie. Tam wykorzystywano świński tłuszcz, którym jest łatwiej manipulować niż oliwą z oliwek. Wyznawcy islamu, dla których świnia jest zwierzęciem nieczystym, nie mogli pójść w ślady chrześcijan, dlatego też wynaleźli trudniejsze w wyprodukowaniu mydło z oliwy z oliwek.
      Na terenie właśnie odkrytej fabryki mydła znaleziono pozostałości po wykorzystywanych materiałach. Dzięki temu wiemy, że oliwa z oliwek była mieszana z popiołem z roślin żyjących w słonym środowisku na wybrzeżach morza. Popiół ten zawiera wodę i potaż. Mieszanina była gotowana przez około 7 dni, następnie płyn wylewano do płytkich basenów, gdzie przez 10 dni zastygał. Uzyskany materiał cięto w kostki, a te suszono jeszcze przez 2 miesiące. Dopiero wówczas nadawały się do sprzedaży.
      Po raz pierwszy odnaleźliśmy tak starą fabrykę mydła. Pozwala nam to odtworzyć tradycyjny proces produkcyjny. To unikatowe znalezisko. Dotychczas bowiem znaliśmy podobne zakłady pochodzące ze znacznie późniejszego okresu panowania Ottomanów, mówi doktor Elena Kogen-Zehavi.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Międzynarodowy zespół przybliżył się do wyjaśnienia tajemnicy, jaką owiane są handel i produkcja zdobionych jaj strusich ok. 5 tys. lat temu. Jak podkreślają naukowcy, na długo przed pojawieniem się sławnych jaj Fabergé elity cywilizacji śródziemnomorskich zachwycały się w epokach brązu i żelaza pięknymi jajami strusimi.
      Ekipa pod kierownictwem dr Tamar Hodos z Uniwersytetu w Bristolu badała jaja strusie z kolekcji Muzeum Brytyjskiego. Dzięki skaningowemu mikroskopowi elektronowemu dr Caroline Cartwright mogła zdobyć informacje na temat składu chemicznego i wskazać pochodzenie jaj. Drobne ślady dostarczyły wskazówek związanych z ich produkcją.
      System produkcji zdobionych strusich jaj był o wiele bardziej skomplikowany, niż to sobie wyobrażaliśmy. Znaleźliśmy dowody sugerujące, że świat starożytny był silniej skomunikowany, niż sądziliśmy.
      Śródziemnomorskie strusie pochodziły ze wschodniego regionu basenu Morza Śródziemnomorskiego i z Afryki Północnej. Za pomocą wskaźników izotopowych byliśmy w stanie odróżnić jaja składane w różnych strefach klimatycznych (chłodniejszej, wilgotniejszej i gorętszej, bardziej suchej). Najbardziej zaskakujące było dla nas to, że jaja z jednej strefy występowały też w drugiej, co wskazywało na intensywny handel.
      Dr Hodos i pozostali autorzy artykułu z pisma Antiquity uważają, że jaja były podbierane dzikim ptakom (mimo dowodów, że w owym okresie strusie były trzymane w niewoli). Nie było to w żadnym razie zwykłe polowanie na jaja; strusie bywają bardzo niebezpieczne, dlatego podbieranie im jaj nie należało do łatwych zadań.
      Odkryliśmy, że jaja potrzebują czasu, by wyschnąć przed rzeźbieniem i dlatego wymagają bezpiecznego magazynu. Ma to swoje ekonomiczne implikacje, ponieważ przechowywanie oznacza długoterminową inwestycję, a to, w połączeniu ze wspomnianym ryzykiem, podwyższa luksusową wartość jaj.
      Naukowcy dodają, że opisywane badanie jest częścią projektu dot. starożytnych towarów luksusowych - Globalising Luxuries. Oceniamy nie tylko to, jak towary luksusowe niegdyś wytwarzano, ale i jak były one wykorzystywane przez różnych ludzi.
      Hodos i inni zmienili podejście do zagadnienia jaj, gdyż wcześniejsze badania nad dekorowanymi jajami strusimi koncentrowały się na technikach zdobniczych oraz ikonografii, by w ten sposób scharakteryzować producentów, warsztaty i szlaki handlowe. Na tej zasadzie zrównywano styl zdobienia z tożsamością kulturową i lokalizacją geograficzną. To problematyczne, gdyż rzemieślnicy byli mobilni i służyli zagranicznym mecenasom z rodzin królewskich.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Epidemia koronawirusa to nie tylko problem medyczny, ale i coraz poważniejszy problem ekonomiczny. Część analityków przewiduje załamanie na chińskim rynku smartfonów. W pierwszym kwartale bieżącego roku z pewnością dojdzie do olbrzymiego spadku produkcji. W optymistycznym scenariuszu, jeśli epidemia zostanie opanowana do końca lutego, spadek ten wyniesie 9%.
      To zła wiadomość dla firm działających na rynku smartfonów. Niektóre z nich, jak mający silną pozycję MediaTek, mogą zanotować dwucyfrowy spadek przychodów. Jednak, co ciekawe, wielki producent układów scalonych, tajwański TSMC, nie planuje zmiany prognoz sprzedaży. Firma wciąż twierdzi, że dojdzie do minimalnych spadków.
      Tymczasem wiele firm w Chinach jeszcze nie podjęło pracy po chińskim Nowym Roku. Najprawdopodobniej zakłady produkcyjne ruszą ponownie w najbliższy poniedziałek, jest jednak mało prawdopodobne, by pracowały pełną parą. Głównym problemem mogą być niedobory towarów i pracowników, spowodowane ograniczeniami w ruchu ludzi i towarów nałożonymi przez władze lokalne.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naukowcy z Uniwersytetu Stanforda i SLAC National Accelerator Laboratory stworzyli pierwszy na świecie akcelerator cząstek na chipie. Za pomocą podczerwonego lasera na długości ułamka średnicy ludzkiego włosa można cząstkom nadać energię, którą  mikrofale nadają im na przestrzeni wielu metrów.
      Akcelerator na chipie to prototyp, ale profesor Jelena Vuckovic, która kierowała zespołem badawczym, mówi, że zarówno projekt jak i techniki produkcyjne, można skalować tak, by uzyskać strumienie cząstek o energiach wystarczających do prowadzenia zaawansowanych eksperymentów chemicznych, biologicznych czy z nauk materiałowych. Akcelerator na chipie przyda się wszędzie tam, gdzie nie są wymagane najwyższe dostępne energie.
      Największe akceleratory są jak potężne teleskopy. Na świecie jest ich tylko kilka i naukowcy muszą przyjeżdżać do takich miejsc jak SLAC by prowadzić eksperymenty. Chcemy zminiaturyzować technologię akceleratorów, by stała się ona bardziej dostępnym narzędziem naukowym, wyjaśnia.
      Uczeni porównują swoje osiągnięcie do przejścia od potężnych mainframe'ów do posiadających mniejszą moc obliczeniową, ale wciąż użytecznych, pecetów. Fizyk Robert Byer mówi, że technologia accelerator-on-a-chip może doprowadzić do rozwoju nowych metod radioterapii nowotworów. Obecnie maszyny do radioterapii do wielkie urządzenia emitujące promieniowanie na tyle silne, że może ono szkodzić zdrowym tkankom. W naszym artykule stwierdzamy, że może być możliwe skierowanie strumienia cząstek precyzyjnie na guza, bez szkodzenia zdrowym tkankom, mówi uczony.
      Za każdym razem, gdy laser emituje impuls – a robi to 100 000 razy na sekundę – fotony uderzają w elektrony i je przyspieszają. Wszystko to ma miejsce na przestrzeni krótszej niż średnica ludzkiego włosa.
      Celem grupy Vukovic jest przyspieszenie elektronów do 94% prędkości światła, czyli nadanie im energii rzędu 1 MeV (milion elektronowoltów). W ten sposób otrzymamy przepływ cząstek o energii na tyle dużej, że będzie je można wykorzystać w medycynie czy badaniach naukowych.
      Stworzony obecnie prototyp układu zawiera 1 kanał przyspieszający. Do nadania energii 1 MeV potrzebnych będzie tysiąc takich kanałów. I, wbrew pozorom, będzie to prostsze niż się wydaje. Jako, że mamy tutaj w pełni zintegrowany układ scalony, znajdują się już w nim wszystkie elementy potrzebne do wykonania zadania. Vukovic twierdzi że do końca bieżącego roku powstanie chip w którym elektrony zyskają energię 1 MeV. Będzie on miał długość około 2,5 centymetra.
      Inżynier Olav Solgaard nie czeka na ukończenie prac nad chipem. Już teraz zastanawia się nad wykorzystaniem go w onkologii. Obecnie wysokoenergetyczne elektrony nie są używane w radioterapii, gdyż doprowadziłyby do oparzeń skóry. Dlatego też Solgaard pracuje rodzajem lampy elektronowej, którą wprowadzałoby się chirurgicznie w pobliże guza i traktowało chorą tkankę strumieniem elektronów generowanych przez akcelerator na chipie.
      Warto w tym miejscu przypomnieć o rewolucyjnym laserze BELLA (Berkeley Lab Laser Accelerator), o którym informowaliśmy przed kilku laty. To najpotężniejszy kompaktowy akcelerator na świecie. Na przestrzeni 1 metra nadaje on cząstkom energie liczone w gigaelektronowoltach (GeV).

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Prawo Moore'a żyje i ma się dobrze, uważa Mark Liu, przewodniczący zarządu TSMC. Firma poinformowała właśnie o rozpoczęciu prac badawczo-rozwojowych nad 3-nanometrowym procesem technologicznym. Jak stwierdził Philip Wong, wiceprezes ds. badawczych, Prawo Moore'a będzie obowiązywało jeszcze przez dziesięciolecia i pozwoli na tworzenie układów scalonych w technologii 2 i 1 nanometra.
      Największym problemem dla przemysłu półprzewodnikowego, przynajmniej na Tajwanie, może być niedobór inżynierów. To brak specjalistów może zagrozić dalszemu rozwojowi TSMC. Problem z odpowiednią ilością wykształconych pracowników będzie się jeszcze pogarszał, gdyż firmy z Chin agresywnie rekrutują inżynierów w innych państwach. Chcą, wykorzystując ich dotychczasowe doświadczenie, w sposób skokowy nadrobić przepaść technologiczną, jaka dzieli je od zagranicznej konkurencji.
      Już w tej chwili Chińczycy agresywnie rekrutują na Tajwanie i w Korei Południowej, oferując tamtejszym inżynierom znacznie wyższe płace niż te, na jakie mogą liczyć u siebie.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...