Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Ekoinżynieria – bizony i konie uratują Arktykę przed globalnym ociepleniem?

Recommended Posts

Przywrócenie Arktyce pierwotnego stepowego charakteru mogłoby powstrzymać rozmarzanie wiecznej zmarzliny i zmniejszyć ryzyko związane z globalnym ociepleniem. Aby tego dokonać należy masowo reintrodukować w Arktyce dużych roślinożerców, wynika z badań naukowców z Uniwersytetu w Oksfordzie.

Duże zwierzęta roślinożerne, jak konie, żubry czy bizony nadają kształt krajobrazowi. Zjadając i zadeptując siewki moga one ograniczać wzrost drzew i krzewów. W wielu miejscach na świecie lasy stanowią ważny element zapobiegania globalnemu ociepleniu, gdyż wycofują węgiel z atmosfery. Jednak w Arktyce zamiana krajobrazu na bardziej trawiasty, stepowy zwiększa ochronę bogatej w węgiel gleby przed rozmarzaniem i uwalnianiem węgla do środowiska.

Tego typu ekosystem, zwany „mamucim stepem” istniał tam w plejstocenie, jednak wraz z wyginięciem mamutów doszło do jego zmiany. Uczeni z Oksfordu uważają, że konie i bizony mogłyby obecnie zastąpić mamuty. Zwierzęta te, usuwając rośliny drzewiaste, zrobiłyby miejsce dla traw, przywracając „mamuci step”. Zaś dzięki zwiększeniu wzrostu traw i ubijaniu śniegu podczas wędrówek, zwiększyłyby albedo tych terenów, czyli ilość energii słonecznej, jaka jest odbijana a nie pochłaniana. Ponadto trawy, dzięki swojemu rozległemu systemowi korzeniowemu, dobrze odprowadzają węgiel wgłąb ziemi, umożliwiają chłodowi głębiej wniknąć w glebę. Naukowcy uważają, że taka zmiana przyczyniałaby się ochłodzenia Arktyki i opóźniłaby rozmrażanie wiecznej zmarzliny.

Arktyka bardzo szybko się zmienia. Jeśli nic nie zrobimy, dojdzie do wielkich, nieodwracalnych zmian. Chociaż ekoinżynieria Arktyki nie została przetestowana w sposób naukowy, tkwi w niej olbrzymi potencjał, który warto rozważyć, mówi główny autor najnowszych badań, doktor Marc Macias-Fauria.

Z badań prowadzonych na Oksfordzie wynika, że w XXI wieku z roztapiającej się Arktyki może trafić do atmosfery 4,35 miliarda ton węgla rocznie. By zmniejszyć tę ilość można, jak twierdzą brytyjscy naukowcy, przywrócić na te tereny dużych roślinożerców. Tym bardziej, że eksperyment o nazwie Park Plejstoceński, prowadzony w północno-wschodniej Rosji, daje obiecujące wyniki. Konieczne jest jednak przeprowadzenie prób na znacznie większą skalę.

Do oceny gęstości występowania zwierząt na badanym przez siebie terenie naukowcy wykorzystali skamieniałości i stwierdzili, że na każdy kilometr kwadratowy przypadał 1 mamut, 5 bizonów, 7,5 konia, 15 reniferów, 0,25 lwa jaskiniowego i 1 wilk. To zagęszczenie porównywalne z afrykańskimi rezerwatami na sawannach.

Uczeni proponują, by początkowo przeprowadzić trzy duże eksperymenty i wprowadzić na kontrolowane obszary po 1000 zwierząt na każdy z nich. Szacunkowy koszt prowadzenia takich eksperymentów wyniósłby 114 milionów dolarów w ciągu 10 lat. Emisja węgla z tych terenów powinna zmniejszyć się o nawet 72 000 ton rocznie, co przyniesie w ciągu roku przychód w wysokości 360 000 USD.

Prowadzenie ekoinżynierii na skalę całej Arktyki byłoby kolosalnym przedsięwzięciem, jednak, jak stwierdzają naukowcy, przyniosłoby olbrzymie korzyści.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Gdy latem obserwujemy stada bizonów pasące się na Parku Narodowym Yellowstone, może wydawać się, że zwierzęta poruszają się chaotycznie i bez celu. To jednak złudne wrażenie. Z każdym kęsem trawy bizony manipulują pastwiskiem tak, by trawa wzrastała jak najkorzystniej dla nich.
      Bez swobodnie pasących się bizonów wiosenny okres wzrostu roślin byłby krótszy, ekosystem byłby mniej zróżnicowany, a trawa mniej pożywna. Co interesujące, odpowiednie gryzienie trawy pozwala bizonom na migracje wedle odmiennych wzorców niż migracje innych gatunków.
      Pomiędzy połową a końcem lata stada bizonów przenoszą się na wyżej położone tereny. Dzięki dużej intensywności wygryzania szaty roślinnej, rośliny powracają do wcześniejszych etapów rozwoju. Innymi słowy, bizony cofają zegar biologiczny roślin do czasu wiosennego. Efekt ten jest tak silny, że wykrywają go satelity NASA, których czujniki są w stanie odróżnić regiony, gdzie bizony pasły się bardziej i mniej intensywnie. Gdy wiele bizonów gromadzi się w jednym miejscu i się pasą, wzorzec wzrostu roślin jest tam zupełnie inny i nie ma to nic wspólnego z pogodą czy lokalnymi warunkami terenowymi. Jedyną przyczyną tej zmiany są bizony.
      To, jak wielką rolę odgrywają bizony jako „inżynierowie roślin”, odkryli właśnie naukowcy z Yellowstone National Park, Chris Geremia i Rick wallen, który stanęli na czele grupy badawczej złożonej ze specjalistów z University of Wyoming, University of Montana i U.S. Geological Survey.
      Badania nad bizonami w Yellowstone trwają od ponad wieku. Jednak ani tutaj, ani nigdzie indziej, nikt nie zauważył, że to bizony, poprzez to gdzie się przemieszczają i jak się pasą, decydują de facto o nadejściu wiosny, mówi Geremia, główny specjalista ds. bizonów w Yellowstone.
      Oczywiście specjaliści od wielu lat wiedzą, że wielkie stada roślinożerców przyczyniają się do powstania swoistych żyznych łąk, na których wygryzanie trawy wraz z ich nawożeniem odchodami zwierząt powoduje niemal ciągły wzrost roślin. Jednak dotychczas efekt ten badano w dość małej skali.
      Geremia i Wallen założyli bizonom nadajniki GPS i przez 13 lat śledzili ich ruchy. Prowadzili też eksperymenty mające na celu ocenę intensywności wygryzania roślin. Przez te lata naukowcy śledzili bizony na terenie całego parku i badali rośliny, na których się pasły. Analizowali też próbki odchodów.
      Dane pokazały, że łąki, na których pasą się bizony, są bardziej produktywne niż te obszary, do których zwierzęta nie mają dostępu. Rośliny te mają wyższy stosunek azotu do węgla, co jest wskaźnikiem ich lepszych właściwości odżywczych. Zazieleniają sie one wcześniej, szybciej, bardziej intensywnie i dłużej pozostają świeże, mówi Matthew Kauffman z U.S. Geological Survey. Uczeni zauważyli też, że to właśnie sposób, w jaki bizony się pasą, determinuje potem ich migracje.
      Od mniej więcej dekady naukowcy zdobywają coraz więcej dowodów na to, że duzi roślinożercy w ciągu roku „surfują po zielonej fali”. Ich migracje są zsynchronizowane z zazielenianiem się kolejnych terenów, dzięki czemu mają ciągły dostęp do najbardziej odżywczych roślin.
      Głównym celem najnowszych badań było sprawdzenie, jak dobrze bizony radzą sobie z „surfowaniem po zielonej fali”. Okazało się, że nie idzie im to zbyt dobrze.
      Naukowcy zauważyli, że zamiast ciągle przenosić się na coraz wyższe tereny, bizony zatrzymują się w dwóch trzecich drogi i pozwalają, by „zielona fala” je ominęła. Jednak, zatrzymując się, tworzą sobie alternatywne pastwiska, dzięki czemu mają dostęp do pożywienia wysokiej jakości i nie są uzależnione od wzorców wzrostu roślinności. To zdecydowanie odróżnia bizony od innych dużych północnoamerykańskich roślinożerców, których migracje są ściśle uzależnione od pory roku, temperatury, opadów i topnienia śniegu. Gatunki takie są „niewolnikami zielonej fali”. Jest to jeszcze bardziej oczywiste, gdy uświadomimy sobie, że o ile zwierzęta takie muszą podążać za „zieloną falą”, to fakt, że się na niej pasą, nie jest istotny dla samej fali.
      Inaczej ma się sprawa z bizonami. Duże stada bizonów kształtują „zieloną falę”. Wiedzieliśmy, że bizony migrują, zauważyliśmy, że podążają za „zieloną falą”, ale nie wiedzieliśmy, że oddziaływanie, jakie wywierają na krajobraz, ma wpływ na sposób, w jaki wiosna przesuwa się po górach i dolinach Yellowstone. One nie przemieszczają się w poszukiwaniu najlepszego pożywienia, one tworzą sobie najlepsze pożywienia. Dzieje się tak, gdyż bizony tworzą duże stada liczące setki, a nawet tysiące zwierząt, mówi profesor Jarod Merkle.
      Możemy tylko wyobrażać sobie, jak odmiennie od dzisiejszego wyglądał krajobraz Ameryki Północnej zanim dotarli tam Europejczycy. Po całym kontynencie wędrowały dziesiątki milionów bizonów, zatem musiały być to niezwykle produktywne tereny.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Od kilku dziesięcioleci archeolodzy na Islandii badają ponad 350 grobów z epoki wikingów. W około 150 z nich znaleziono kości lub zęby koni. Specjaliści przebadali DNA 19 z nich i okazało się, że wszystkie konie, z wyjątkiem jednego, były samcami.
      Jeszcze do lat 70. IX wieku Islandia była niezamieszkana i gęsto zalesiona. Jak dowiadujemy się ze średniowiecznej „Księgi o Zasiedleniu” (Landnamabok), pierwszymi wikingami, którzy tam trafili, byli możni uciekający przed rządzącym twardą ręką królem Haraldem Pięknowłosym. Około roku 930 populacja Islandii wynosiła już około 9000 osób. Dlatego też archeologów dziwi fakt, że dotychczas znaleziono jedynie około 350 grobów z tego okresu.
      Tutaj powinny być tysiące grobów,  mówi doktorantka Albina Hulda Palsdottir z Uniwersytetu w Oslo. Dzięki interdyscyplinarnym badaniom prowadzonym przez uczonych z Islandii, Norwegii, Danii, Wielkiej Brytanii i Francji dowiedzieliśmy się więcej o rytuałach grzebalnych wikingów.
      Dość rozsądnie jest przypuszczać, że jeśli w grobie wikinga znajdujemy konia, to grób musiał należeć do osoby znaczącej. Chcieliśmy zatem dowiedzieć się więcej o samych koniach, na przykład poznać ich płeć, mówi Palsdottir.
      Dotychczasowe badania wykazały, że 18 na 19 pogrzebanych koni było samcami. Poza tym wszystkie w chwili śmierci cieszyły się dobrym zdrowiem. Nie wiadomo jedynie, czy pogrzebane konie to były ogiery czy wałachy.
      Zanim na Islandii osiedlili się wikingowie, jedynym występującym tu ssakiem był lis arktyczny. Ludzie wprowadzili tu psy, świnie, owce, kozy i konie. Z ludźmi grzebano samce koni będące okazami zdrowia. "Łatwo sobie wyobrazić, że zabicie zdrowego samca podczas rytuału pogrzebowego miało na celu podkreślenie statusu i znaczenia zmarłej osoby", mówi archeolog Runar Leifsson. "Poza 19 końmi znalezionymi w grobach, zbadaliśmy też szczątki 3 koni spoza grobów. Okazało się, że były to klacze", dodaje. Te zwierzęta nie stanowiły części rytuału pogrzebowego. Najprawdopodobniej zostały zjedzone. Wygląda więc na to, że w społeczności wikingów samce i samice koni miały różny status.
      Badanie grobów islandzkich wikingów stanowi poważne wyzwanie. Po pierwsze jest ich niewiele, po drugie, znaczną ich część znaleziono podczas prac budowlanych prowadzonych nawet 100 lat temu. W czasie odkrycia groby nie zostały odpowiednio zbadane przez naukowców i tylko niewielka część materiału trafiła do Muzeum Narodowego Islandii. Większość szkieletów jest niekompletnych.
      Uderzający jest fakt, że w grobach znajdujemy niemal wyłącznie szczątki mężczyzn w średnim wieku. Niemal nie ma tam niemowląt i dzieci, jest niewiele kobiet. Nie wiemy więc, w jaki sposób grzebano pozostałą część populacji. Może chowano ich w bagnach, jeziorach lub w morzu, zastanawia się Palsdottir. Uderzające jest też to, że wikingowie z Islandii rozwinęłi własne zwyczaje pogrzebowe.
      W Skandynawii, skąd pochodzili wikingowie, ciała były palone. Jednak na Islandii nie znaleźliśmy żadnych śladów kremacji. Inne zespoły badawcze analizowały obecność izotopów w kościach pochowanych i okazało się, że kobiety, które tutaj grzebano, trafiły na Islandię jako dorosłe osoby. To może wskazywać, że mężczyźni, którzy się tutaj osiedlili jako pierwsi, przywieźli swoje żony ze Skandynawii, dodaje Palsdottir.
      Uczeni wyjaśniają też, że nie powinniśmy nakładać współczesnego sposobu myślenia, na kulturę sprzed wieków. Zabicie zdrowego konia wyłącznie dla podkreślenia statusu, wydaje się obecnie bezsensownym marnotrawstwem zasobów. Jeśli jednak wikingowie wierzyli w życie po śmierci, to zabranie ze sobą konia do drugiego świata było jak najbardziej racjonalne.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Konie zapamiętują wyrazy ludzkich twarzy. Później mogą wykorzystywać te informacje np. do identyfikowania osób będących zagrożeniem.
      Podczas eksperymentów przeprowadzanych przez naukowców z 2 uniwersytetów - w Portsmouth i Sussex - koniom pokazywano zdjęcia złych bądź szczęśliwych ludzkich twarzy. Parę godzin później konie spotykały się z człowiekiem z fotografii, który tym razem miał neutralną minę.
      Neutralność najwyraźniej nie pomogła, bo spojrzenie koni ujawniało, że postrzegały człowieka bardziej negatywnie, jeśli wcześniej widziały na fotografii jego złość.
      Brytyjczycy przypominają, że wcześniejsze badania, m.in. specjalistów z Sussex, pokazały, że zwierzęta wykazują tendencję do postrzegania negatywnych zdarzeń lewym okiem. Dzieje się tak, bo w przetwarzaniu zagrażających bodźców specjalizuje się prawa półkula.
      Autorzy publikacji z pisma Current Biology dodają, że by uniknąć zmian w zachowaniu, wchodząc do boksu, ludzie nie wiedzieli, które ze zdjęć konie wcześniej widziały.
      Naukowcy podkreślają, że konie bez cienia wątpliwości rozpoznają i zapamiętują ludzkie emocje. Uderzające jest to, że wystarczyła krótka styczność ze zdjęciem człowieka wyrażającego jakąś emocję. Konie nie miały silnie pozytywnego czy negatywnego kontaktu z tą osobą - podsumowuje dr Leanne Proops z Uniwersytetu w Portsmouth.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...