Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Miłośnik biegunów marzy o Kostaryce

Recommended Posts

Czy z Pana perspektywy widać globalne ocieplenie? Czy jest coś, co szczególnie rzuca się w oczy osobie często przebywającej w okolicach biegunów?

W rejonach polarnych pracuję od szesnastu lat. Jako naukowiec muszę podkreślić, że to oczywiście zbyt krótko, by moje obserwacje mogły o czymkolwiek świadczyć w skali globalnych procesów. O zmianach klimatu wiemy z innych badań, na przykład z odwiertów w lodowcach pozwalających nam badać klimat nawet setki tysięcy lat temu. Jednak nawet w tak krótkim czasie widzę, że zarówno w Arktyce, jak i w Antarktyce, jest coraz więcej ciepłych dni. Dwa lata temu byłem na Grenlandii i rozmawiałem z miejscowymi. Był piękny, słoneczny dzień, kilkanaście stopni ciepła. Mój rozmówca powiedział mi, że jeszcze niedawno w ciągu lata mieli po trzy–cztery takie dni, a teraz mają po trzy–cztery dni, kiedy jest zimno i wietrznie. Widzę też, że lodowce, które znam od kilkunastu lat, takie jak Lodowiec Ekologii w pobliżu stacji Arctowski, cofnęły się za naszej znajomości po kilkaset lub nawet po kilka tysięcy metrów. I to chyba właśnie najbardziej rzuca się w oczy. Przy każdym lodowcu, który odwiedzam, widać ślady na skałach świadczące o jego wcześniejszym zasięgu. Nieodmiennie kojarzy mi się to z kredowym obrysem sylwetki ciała ofiary na miejscu zbrodni.

Jakie suplementy i jakie wyżywienie są dobre na wyprawy arktyczne lub dla osób pracujących w zimnych regionach? Co się je i czy trzeba liczyć kalorie?

Je się dużo i syto. Na stacji polarnej trudno na przykład zachować dietę wegetariańską, o wegańskiej nie wspominając, bo roślinne produkty niezbyt dobrze się przechowują, są tylko mrożonki. Od wielu lat pracuję jednak jako przewodnik na statkach turystycznych, tam nie ma z tym problemu. Co do suplementów, to na stacji musimy brać mieszanki minerałów, bo woda, którą pijemy, pochodzi z roztopionego, bardzo czystego śniegu, czyli to prawie woda destylowana, która wypłukuje minerały z naszych ciał i nie dostarcza nowych. Można powiedzieć, że jest wręcz zbyt czysta. Na statku nie ma z tym problemu, jedzenie jest bardziej zróżnicowane i świeższe, więc nie trzeba brać żadnych suplementów. Kalorie spala się w czasie intensywnej pracy. Zawsze tyłem, płynąc na stację – to jest czterdzieści dni podróży z Polski, kiedy karmią polarników tak samo jak rosyjskich marynarzy, tylko oni dużo pracują, a my nie. Na stacji zawsze chudłem.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Niedźwiedzie polarne umierają z głodu. Jeśli obecny trend globalnego ocieplenia będzie kontynuowany, do roku 2100 wyginą niemal wszystkie populacje tych zwierząt. Jak donoszą autorzy badań opublikowanych właśnie w Nature Climate Change, niektóre populacje niedźwiedzi polarnych już teraz skazane są na zagładę. Tam, gdzie mieszkają, znacząco zmniejszyła się liczba dni z taką pokrywą lodową na oceanie, by zwierzęta mogły polować na foki. Wydłużył się więc okres postu i zwierzęta umierają z głodu.
      Czas pomiędzy ponownym pojawieniem się lodu wydłuża się. A to oznacza dłuższy post, mówi Steven Amstrup, główny naukowiec organizacji Polar Bears International.
      Amstrup kierował badaniami, które wykazały, że w ciągu najbliższych 80 lat aż 12 z 13 badanych populacji zostanie zdziesiątkowanych przez globalne ocieplenie. Dla 6 innych populacji brak jest odpowiedniej liczby danych.
      Do roku 2100 narodziny młodych niedźwiedzi będą niemożliwe lub niezwykle utrudnione we wszystkich populacjach z wyjątkiem – być może – populacji zamieszkującej Wyspę Królowej Elżbiety, mówi Amstrup.
      Rozważany przez naukowców scenariusz zakłada, że do roku 2100 średnie temperatury na Ziemi zwiększą się o 3,3 stopnia w porównaniu z okresem sprzed rewolucji przemysłowej. Dotychczas ogrzaliśmy Ziemię o około 1 stopień Celsjusza, a już wiąże się to z pojawieniem się fal upałów, susz i innymi gwałtownymi zjawiskami atmosferycznymi.
      Nawet jeśli uda się zatrzymać globalne ocieplenie na poziomie 2,4 stopnia Celsjusza to i tylko oddali to chwilę załamania się populacji niedźwiedzi polarnych. To większe zmiany, niż to, czego niedźwiedzie doświadczyły w ciągu ostatniego miliona lat swojej ewolucji, mówi Amstrup.
      Problemem nie są same rosnące temperatury, a to, co ze sobą niosą oraz niezdolność niedźwiedzi do dostosowania się do tak szybkich zmian. Jeśli w jakiś magiczny sposób morska pokrywa lodowa zostałaby utrzymana na dotychczasowym poziomie, niedźwiedzie polarne mogłyby sobie poradzić, stwierdza uczony. Problem w tym, że ich habitat się po prostu roztapia, dodaje.
      Obecnie połowa lądowej megafauny jest zagrożona wyginięciem. Jednak tylko niedźwiedzie polarne są zagrożone głównie z powodu zmian klimatycznych. Taki stan nie potrwa jednak długo. Autorzy raportu ostrzegają, że w najbliższych dekadach zmiany klimatu mogą zagrozić kolejnym gatunkom wielkich ssaków.
      Amstrup i jego zespół badali szanse niedźwiedzi polarnych korzystając z dwóch rodzajów danych. Pierwszy z nich to informacje, jak długo w poszczególnych regionach trwa czas przymusowego postu, gdy morski lód jest na tyle skąpy, że niedźwiedzie nie mogą polować. Okazuje się, że w niektórych regionach stan taki trwa nawet ponad pół roku. Drugi zestaw danych to prognozy dotyczące zmian zasięgu lodu morskiego.
      Szacując jak chude i jak grube mogą być niedźwiedzie polarne oraz modelując ich zużycie energii, byliśmy w stanie obliczyć, jak długo niedźwiedzie mogą pościć zanim odsetek przeżycia młodych i dorosłych zacznie spadać, mówi profesor Peter Molnar z University of Toronto. Z badań nad niedźwiedziami wiemy, że na przykład samiec z populacji West Hudson Bay, który w momencie rozpoczęcia postu ma 80% normalnej wagi ciała, może przetrwać 125 dni zamiast normalnych 200 dni. W jeszcze gorszej sytuacji są młode, szczególnie, gdy ich matka pościła zbyt długo i nie jest w stanie zapewnić im mleka odpowiedniej jakości. Najbardziej wytrzymałe na długotrwały post są samice, które nie posiadają młodych.
      Naukowcy mówią, że obecna klasyfikacja niedźwiedzi polarnych, które Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody (IUCN) uznaje za gatunek narażony – a nie zagrożony czy krytycznie zagrożony – nie oddaje powagi sytuacji. IUCN bierze bowiem pod uwagę głównie takie zagrożenia jak kłusownictwo czy wkraczanie człowieka na tereny zajęta przez dany gatunek. Tymczasem niedźwiedziom zagrażają zmiany klimatu, a nie możemy wybudować płotu, by chronić ocean przed wzrostem temperatury, mówi Amstrup.
      Pomyślmy o tym w ten sposób: jeśli zepchniemy Cię z dachu 100-piętrowego budynku, to czy należy uznać, że Twój poziom zagrożenia życia jest tylko "narażony" dopóki nie miniesz 10. piętra czy też będziesz „zagrożony” przez całą drogę w dół?, wyjaśnia Amstrup. W przypadku niedźwiedzi polarnych nie istnieje żaden Plan B. Jedynym sposobem ochrony ich habitatu jest zatrzymanie globalnego ocieplenia, dodaje uczony.
      Szczegóły badań zostały zaprezentowane w artykule Fasting season length sets temporal limits for global polar bear persistence

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Od ostatnich 30 lat Biegun Południowy ociepla się ponadtrzykrotnie szybciej niż średnia globalna, wynika z badań przeprowadzonych przez profesora Ryana Fogta i Kyle'a Clema z Ohio State University. Naukowcy informują, że ocieplanie to jest głównie powodowane przez naturalną zmienność klimatu i dodatkowo wzmacniane przez emisję gazów cieplarnianych.
      Clem, który obecnie pracuje na nowozelandzkim Victoria University, mówi, że zawsze pasjonowała go pogoda, jej potęga i nieprzewidywalność. Dzięki pracy z Ryanem nauczyłem się wszystkiego o klimacie Antarktyki i półkuli południowej. Przede wszystkim zaś dowiedziałem się wiele o Antarktyce Zachodniej, jego ocieplaniu się, topnieniu lodu i wzrostu poziomu oceanów. Antarktyka doświadcza jednych z największych ekstremów i zmienności pogodowych na planecie, a w powodu jej izolacji, bardzo niewiele o tym kontynencie wiemy. Co roku zaskakuje nas czymś nowym, mówi Clem.
      Wiemy, że przez cały XX wiek większość Antarktyki Zachodniej oraz Półwysep Antarktyczny ogrzewały się i dochodziło do utraty lodu. Jednocześnie zaś Biegun Południowy, znajdujący się w odległym wysoko położonym regionie, ochładzał się aż do lat 80. ubiegłego wieku. Od tamtej pory znacząco się ocieplił.
      Clem i jego zespół przeanalizowali dane ze stacji pogodowej na Biegunie Południowym oraz wykorzystali modele klimatyczne do zbadania mechanizmu ocieplania się wnętrza Antarktyki. Okazało się, że w latach 1989–2018 Biegun Południowy ocieplił się o 1,8 stopnia Celsjusza. Średnie tempo ogrzewania wynosiło więc 0,6 stopnia na dekadę, było więc trzykrotnie większe niż średnia globalna w tym czasie.
      Autorzy badań stwierdzili, że ogrzewanie się wnętrza Antarktyki jest spowodowane głównie przez tropiki, szczególnie zaś przez wysokie temperatury wód oceanicznych zachodniego Pacyfiku, które doprowadziły do zmiany rozkładu wiatrów na Południowym Atlantyku, przez co zwiększył się transport ciepłego powietrza nad Biegun Południowy. Te zmiany na południowym Atlantyku to, zdaniem uczonych, ważny mechanizm powodujący anomalie klimatyczne we wnętrzu Antarktyki.
      Zdaniem Clema i Fogta, ogrzewanie się wnętrza kontynentu, mimo iż sam mechanizm zmian jest naturalny, nie miałoby miejsca gdyby nie działalność człowieka. Naturalny mechanizm, czyli zmiana układu wiatrów u atlantyckich wybrzeży Antarktyki spowodowana przez temperatury wód na zachodnim Pacyfiku, został bowiem bardzo wzmocniony przez emisję gazów cieplarnianych, przez którą wody Pacyfiku są wyjątkowo gorące.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Psy ciągnące sanie od wieków pomagają ludziom przetrwać na północy. Mimo, że odgrywają tan ważną rolę, niewiele wiemy o ich pochodzeniu i ewolucji. Cieszyły się dotychczas znacznie mniejszym zainteresowaniem naukowców, niż inne rasy.
      Znalezione na Syberii artefakty, takie jak kościane rzeźby i narzędzia podobne do używanych obecnie przez Eskimosów do mocowania uprzęży psów sugerują, że już w górnym paleolicie psy pomagały człowiekowi. Na syberyjskiej wyspie Żochowa znaleziono szczątki psa oraz dowody, że było to zwierzę pociągowe wykorzystywane przez kulturę Sumnagin przed 9 tysiącami lat.
      Tomas Marques-Bonet, Anders J. Hansen i M. Thomas P. Gilbert wraz z międzynarodowym zespołem naukowym przeprowadzili szczegółowe badania genetyczne psów pociągowych. Przeanalizowali DNA psa z wyspy Żochowa (wiek szczątków określono na 9524 lata), syberyjskiego wilka z plejstocenu (wiek to 33 019 lat) oraz 10 współczesnych psów pociągowych używanych przez Inuitów. Do badań wybrano psy, które przez hodowców były uznawane za wzorcowe dla rasy. Próbki pobrano w 5 różnych lokalizacjach geograficznych, od dwóch osobników w każdej z nich. Dzięki temu naukowcy zyskali pewność, że mają pełną reprezentację arktycznych psów pociągowych. Wszystkie wspomniane genomy porównano ze 114 genomami innych psowatych.
      Analizy wykazały, że wilk z plejstocenu był najbardziej podobny do współczesnych wilków, a pies z wyspy Żochowa wykazywał największe podobieństwo do współczesnych psów pociągowych (psa grenlandzkiego, husky'ego i malamuta) oraz rodzimych psów Ameryki, które wyginęły po przybyciu Europejczyków.
      Naukowcy chcieli zbadać przepływ genów oraz odnaleźć wspólnego przodka psa z wyspy Żochowa oraz współczesnych psów i wilków. Stwierdzili, że nie doszło do żadnego znacznego przepływu genów pomiędzy żadną z ras psów pociągowych (w tym psa z wyspy Żochowa), a współczesnymi wilkami z amerykańskiej Arktyki. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 9500 lat geny wilków nie miały wpływu na pulę genetyczną psów pociągowych. To zaskakujące, gdyż wiemy, że już po udomowieniu innych ras psów dochodziło do ich mieszania się z wilkami. Również dowody etnograficzne wskazują, że krzyżowanie się wilków z psami pociągowymi było mało prawdopodobne. To zaś wskazuje, że mieszkańcy Arktyki prowadzili staranną selekcję i wybierali czyste rasy, a nie hybrydy.
      Jednocześnie naukowcy zauważyli, że istnieje przepływ genów pomiędzy psami pociągowymi a niektórym rasami współczesnych psów. Niepochodzące z Grenlandii psy pociągowe wykazują ślady mieszania się z innymi rasami. Najmniej takich domieszek jest u psów grenlandzkich. Możemy się domyślać, że psy na Grenlandii były trzymane w izolacji od innych ras psów, a ich genom ma więcej wspólnego z krewniakami psa z wyspy Żochowa niż z innymi rasami. Dodatkowym elementem potwierdzającym to spostrzeżenie jest rozmiar populacji tych psów. Badania wykazały, że historycznie był on stabilny. Sytuacja zmieniła się około 850 lat temu, gdy populacja zmniejszyła się. Wydarzenie to zbiega się w czasie z kolonizacją Grenlandii przez Inuitów i wskazuje, że od tamtego czasu izolacja populacji była jeszcze większa.
      Analiza genomu psów pociągowych pod kątem przystosowania się do warunków arktycznych wykazała, że różnią się one od innych ras psów. Żyjące w Arktyce psy pociągowe są lepiej przystosowane do diety zawierającej duże ilości tłuszczu, gdy tymczasem inne rasy psów są przystosowane do trawienia dużych ilości skrobi. Pod tym względem psy pociągowe są bardziej podobne do wilków. Istnieje jednak różnica genetyczna pomiędzy współczesnymi psami pociągowymi, a psem z wyspy Żochowa, dotycząca zdolności do tolerancji diety wysokotłuszczowej. Obecność tej różnicy wskazuje, że pojawiła się ona już po oddzielenia psów współczesnych i psa z wyspy Żochowa od ich wspólnego przodka. Co interesujące, adaptacje takie są analogiczne do adaptacji widocznych u ludzi, co wskazuje na wspólną ewolucję psów pociągowych i ludzi wspólnie podbijających Arktykę.
      Dowody z wyspy Żochowa, takie jak genom psa oraz narzędzia z obsydianu pochodzącego z miejsc odległych o 1500 kilometrów wskazują, że już przed 9500 lat istniały psy pociągowe, które odgrywały kolosalną rolę w ekspansji człowieka na tamte tereny.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Zespół naukowy prowadzony przez profesor Lindy Elkins-Tanton z Arizona State University zdobył pierwszy dowód na to, że intensywne palenie się węgla na Syberii mogło być główną przyczyną największego wymierania w historii Ziemi – wymierania permskiego. Wyniki badań opublikowano na łamach pisma Geology.
      Naukowcy skupili się na badaniach skał wulkanicznych w syberyjskich trapach. Trapy te to największe na Ziemi pokrywy lawowe. Powstały one w wyniku jednego z najbardziej intensywnych okresów erupcji wulkanicznych z ostatnich 500 milionów lat. Erupcje trwały przez niemal 2 miliony lat i wyznaczyły granicę pomiędzy permem a triasem. Trapy syberyjskie pokrywają obecnie 2 miliony kilometrów kwadratowych, a ich miąższość sięga 3700 metrów. Pierwotnie trapy mogły pokrywać nawet 7 milionów km2.
      Do powstania trapów doszło około 252 miliony lat temu, a w wyniku erupcji, które je utworzyły, zginęło nawet 96% gatunków morskich i do 70% lądowych kręgowców. Obliczenia dotyczące temperatury oceanów wskazują, że w szczytowym okresie wymierania na Ziemi doszło do śmiercionośnego ocieplenia klimatu, a temperatura wody w oceanach na równiku sięgnęła 40 stopni Celsjusza. Po takiej katastrofie ekosystem odradzał się przez miliony lat.
      Jedna z obecnie obowiązujących hipotez mówi, że globalne ocieplenie zostało spowodowane przez zapłon olbrzymich pokładów węgla. Elkins-Tanton i jej zespół postanowili poszukać potwierdzenia tej hipotezy właśnie w trapach syberyjskich. W jednym z artykułów naukowych trafili na informację o istnieniu wypiętrzeń trapów w okolicach rzeki Angara. Naukowcy udali się więc w tamten region. Znaleźliśmy rzeczne klify składające się wyłącznie ze skał wulkanicznych. Otaczały one brzegi rzeki na długości setek kilometrów. Z geologicznego punktu widzenie to coś wyjątkowego, mówi Elkins-Tanton.
      Naukowcy wracali na Syberię przez sześć kolejnych lat. W czasie swoich badań zebrali około 500 kilogramów skał, które zostały poddane analizie przez zespół 30 uczonych z 8 krajów. Badania wykazały, że w skałach znajdują się ślady spalonego drewna oraz węgla. Elkins-Tanton poprosiła o pomoc Steve'a Grasby'ego z Geological Survey of Canada, który wcześniej znalazł podobne ślady w skałach zebranych na arktycznej kanadyjskiej wyspie. Okazało się, że ślady z trapów syberyjskich są bardzo podobne do tych z Kanady i pochodzą z tego samego okresu.
      Nasze badania wykazały, że magma trapów syberyjskich zawiera w sobie węgiel i materiał organiczny. To bezpośredni dowód, że podczas erupcji magmy doszło do spalenia olbrzymich ilości węgla i materiału organicznego, stwierdza Elkins-Tanton.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Oceany są tak czułe na poziom dwutlenku węgla w atmosferze, że zmniejszenie jego emisji szybko prowadzi do mniejszego pochłaniania go przez wodę. Autorzy najnowszych studiów uważają, że w bieżącym roku oceany pochłoną mniej CO2, gdyż w związku z epidemią COVID-19 ludzkość mniej go wyemitowała.
      Galen McKinley z należącego do Columbia University Lamont-Doherty Earth Observatory uważa, że w bieżącym roku oceany nie będą kontynuowały obserwowanego od wielu lat trendu, zgodnie z którym każdego roku pochłaniają więcej węgla niż roku poprzedniego. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego zjawiska, dopóki nie przeprowadziliśmy badań na temat wymuszania zewnętrznego. Sprawdzaliśmy w ich ramach, jak zmiany wzrostu koncentracji atmosferycznego dwutlenku węgla wpływają na zmiany jego pochłaniania przez ocean. Uzyskane wyniki nas zaskoczyły. Gdy zmniejszyliśmy emisję i tempo wzrostu koncentracji CO2, oceany wolniej go pochłaniały.
      Autorzy raportu, którego wyniki opublikowano właśnie w AGU Advances, chcieli sprawdzić, co powoduje, że w ciągu ostatnich 30 lat oceany pochłaniały różną ilość dwutlenku węgla. Takie badania pozwalają lepiej przewidywać zmiany klimatyczne i reakcję oceanów na nie.
      Oceany są tym środowiskiem, które absorbuje największą ilość CO2 z atmosfery. Odgrywają więc kluczową rolę w ochronie planety przed ociepleniem spowodowanym antropogeniczną emisją dwutlenku węgla. Szacuje się, że oceany pochłonęły niemal 40% całego CO2 wyemitowanego przez ludzkość od początku epoki przemysłowej. Naukowcy nie rozumieją jednak, skąd bierze się zmienne tempo pochłaniania węgla. Od dawna zastanawiają się np., dlaczego na początku lat 90. przez krótki czas pochłaniały więcej CO2, a później tempo pochłaniania zwolniało do roku 2001.
      McKinley i jej koledzy wykorzystali różne modele za pomocą których sprawdzali i analizowali różne scenariusza pochłaniania dwutlenku węgla i porównywali je z tym, co działo się w latach 1980–2017. Okazało się, że zmniejszenie pochłaniania dwutlenku węgla w latach 90. najlepiej można wyjaśnić przez zmniejszenie jego emisji. W tym bowiem czasie z jednej strony poprawiono wydajność procesów przemysłowych i doszło do upadku ZSRR, a gospodarki jego byłych satelitów przeżywały poważny kryzys. Stąd spowolnienie pochłaniania w latach 90. Skąd zaś wzięło się krótkotrwałe przyspieszenie tego procesu na początku lat 90? Przyczyną była wielka erupcja wulkanu Pinatubo na Filipinach z roku 1991.
      Jednym z kluczowych odkryć było stwierdzenie, że takie wydarzenia jak erupcja wulkanu Pinatubo mogą odgrywać ważną rolę w zmianach reakcji oceanów na obecność węgla w atmosferze, wyjaśnia współautor badań Yassir Eddebbar ze Scripps Institution of Oceanography.
      Erupcja Pinatubo była drugą największą erupcją wulkaniczną w XX wieku. Szacuje się, że wulkan wyrzucił 20 milionów ton gazów i popiołów. Naukowcy odkryli, że z tego powodu w latach 1992–1993 oceany pochłaniały więcej dwutlenku węgla. Później ta ilość zaczęła spadać i spadała do roku 2001, kiedy to ludzkość zwiększyła emisję, co pociągnęło za sobą też zwiększenie pochłaniania przez oceany.
      McKinley i jej zespół chcą teraz bardziej szczegółowo zbadać wpływ Pinatubo na światowy klimat i na oceany oraz przekonać się, czy rzeczywiście, zgodnie z ich przewidywaniami, zmniejszenie emisji z powodu COVID-19 będzie skutkowało zmniejszeniem pochłaniania CO2.
      Uczona zauważa, że z powyższych badań wynika jeszcze jeden, zaskakujący wniosek. Gdy obniżymy antropogeniczną emisję dwutlenku węgla, oceany będą mniej go wchłaniały, więc nie będą kompensowały emisji w tak dużym stopniu jak w przeszłości. Ten dodatkowy, niepochłonięty przez oceany, węgiel pozostanie w atmosferze i przyczyni się do dodatkowego ocieplenia.
      Musimy przedyskutować ten mechanizm. Ludzie muszą rozumieć, że po obniżeniu emisji nastąpi okres, gdy i ocean obniży swoją efektywność jako miejsce pochłaniania węgla, mówi McKinley.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...