Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Androidowa wojna na słowa

Recommended Posts

Przedstawiciel Google'a oskarżył firmy antywirusowe o sianie bezpodstawnej paniki i nazwał je szarlatanami i oszustami. Chrisa DiBonę zirytowały ostatnie raporty, które donoszą o szybkim wzroście liczby malware'u na system Android. Nie tylko Juniper Networks informuje o zaobserwowaniu takiego zjawiska. Także McAfee twierdzi, że niemal cały nowy szkodliwy kod, który pojawił się w III kwartale bieżącego roku, był przeznaczony na platformę Google'a.

Firmy antywirusowe grając na strachu próbują sprzedać oprogramowanie zabezpieczające dla Androida, RIM-a i iOS-a. To szarlatani i oszuści. Jeśli pracujesz dla firmy, która sprzedaje programy antywirusowe dla Androida, RIM-a i iOS-a, to powinieneś się wstydzić - napisał na Google+ menedżer Google'a ds. open source i programów sektora publicznego.

Komentarz DiBony ukazał się dzień po publikacji raportu Junipera, a dzień później swój raport zaprezentował McAfee. W dokumencie tym czytamy, że w bieżącym kwartale Android był jedynym celem twórców nowego złośliwego oprogramowania.

Irytację DiBony musiał spowodować też raport Bit9, w którym wymieniono „Parszywą dwunastkę" najbardziej dziurawych urządzeń przenośnych. Wszystkie miejsca na liście zajmują urządzenia z Androidem.

DiBona stwierdza, że żaden z dużych producentów telefonów komórkowych nie ma problemów z wirusami w tradycyjnym sensie, tak jak to widzimy w przypadku platform Windows czy Macintosh. Są pewne drobne problemy, ale rzeczy nie posunęły się daleko, dzięki modelowi ‚piaskownicy' oraz naturze jąder wykorzystywanych przez systemy mobilne.

Specjaliści ds. bezpieczeństwa nie zgadzają się z DiBoną i martwi ich podejście Google'a do kwestii związanych z ochroną użytkowników. Dzisiaj szkodliwy kod dla Androida to jeden z największych problemów na rynku malware'u dla urządzeń przenośnych. W ciągu ostatnich 5 miesięcy zauważamy znaczący wzrost liczby szkodliwego oprogramowania dla Androida. W czerwcu odkryliśmy 112 modyfikacji, w lipcu 212, w sierpniu 161, we wrześniu 559, a w październiku 808 - mówi Denis Maslennikov, starszy analityk z Kaspersky Lab. Z kolei Trend Micro donosi o 1410 nowych fragmentach złośliwego kodu odkrytych w pierwszej połowie bieżącego roku.

Malennikov podkreśla, że główną słabością Androida jest niedostateczna kontrola nad aplikacjami i brak mechanizmów, które zapobiegałyby umieszczaniu w Android Market zarażonych programów. Przypomina, że niektóre złośliwe aplikacje były rozpowszechniane za pomocą oficjalnego sklepu całymi tygodniami lub miesiącami, zanim zostały wykryte i usunięte.

James Lyne, dyrektor ds. strategii w Sophosie mówi: Jeszcze nie czas, by panikować. Ale na pewno najwyższy czas, by zacząć się zabezpieczać, zamiast chować głowę w piasek i twierdzić, że nic złego się nie stanie, a urządzenia są w jakiś magiczny sposób bezpieczne.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Eksperci wpadli na ślad dwóch cyberprzestępczych kampanii, w ramach których zainfekowano ponad 200 aplikacji na Androida, a aplikacje te zostały pobrane ponad 250 milionów razy.
      Obie kampanie skierowano wyłącznie przeciwko użytkownikom Androida, a przeprowadzono je nakłaniając programistów do używania złośliwych pakietów SDK (software development kits). W ramach jednej z kampanii aplikacje zostały zarażone adware'em, a w ramach drugiej – dokonują kradzieży informacji.
      Jeden z ataków, nazwany „SimBad” gdyż zainfekował głównie gry, doprowadził do zarażenia 206 aplikacji, które zostały pobrany 150 milionów razy. Szkodliwe oprogramowanie znalazło się w SKD o nazwie RXDroider oferowanego przez witrynę addroider.com. Gdy tylko użytkownik zainstaluje jedną z zainfekowanych aplikacji, SimBad rejestruje się na jego urządzeniu i zyskuje prawo do anonimowego przeprowadzania różnych działań. Szkodliwy program łączy się z serwerem, z którego otrzymuje polecenia. Może to być zarówno polecenie połączenia się za pośrednictwem przeglądarki z konkretnym adresem, jak i nakaz usunięcia ikony jakiejś aplikacji. Najważniejszymi funkcjami szkodliwej aplikacji są wyświetlanie reklam, otwieranie witryn phishingowych oraz oferowanie użytkownikowi innych aplikacji. Napastnik ma też możliwość instalowania dodatkowych aplikacji na urządzeniu ofiary, co daje mu możliwość dalszego infekowania.
      Obecnie SimBad działa jako adware, ale dzięki możliwości wyświetlania reklam, otwierania witryn i oferowania innych aplikacji może on wyewoluować w znacznie poważniejsze zagrożenie, stwierdzili badacze w firmy CheckPoint Research.
      Druga z cyberprzestępczych operacji została nazwana „Operation Sheep”. W jej ramach napastnicy zainfekowali 12 aplikacji na Androida, które zostały pobrane już ponad 111 milionów razy. Aplikacje te na masową skalę kradną dane o kontaktach przechowywanych w telefonie. Tutaj ataku dokonano za pomocą SDK o nazwie SWAnalytics, za pomocą którego powstały aplikacje obecne przede wszystkim w sklepach chińskich producentów telefonów, takich jak Huawei App Store, Xiaomi App Store i Tencent MyApp.
      Badacze trafili na ślad tej kampanii we wrześniu 2018 roku. Stwierdzili, że po zainstalowaniu którejś ze szkodliwych aplikacji, cała lista kontaktów użytkownika jest pobierana na serwery firmy Shun Wang Technologies. Jako, że z samego tylko Tencent MyApp pobrano szkodliwe aplikacje ponad 111 milionów razy, to teoretycznie Shun Wang Technologies może mieć w swojej bazie nazwiska i telefony co najmniej 1/3 populacji Chin. Jako, że ani Shun Wang nie informuje, w jaki sposób wykorzystuje te dane, ani nie ma nad nimi żadnego nadzoru z zewnątrz, teoretycznie firma może te dane sprzedać np. na czarnorynkowych giełdach internetowych.
      W porównaniu z danymi finansowymi oraz rządowymi dokumentami identyfikacyjnymi dane dotyczące kontaktów osobistych są zwykle traktowane jako mniej wrażliwe. Powszechnie uważa się, że wykorzystanie takich danych i zarobienie na nich jest trudne i niewarte wysiłku. Jednak krajobraz się zmienia, a nielegalne rynki coraz bardziej się specjalizują, powstają nowe modele biznesowe pozwalające na zarobienie na takich danych, stwierdzili eksperci.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Badacze z firmy ESET ostrzegają przed aplikacją na Androida, która kradnie pieniądze użytkownikom PayPala. Ofiarami padają osoby, które pobrały pewną aplikację, która ma rzekomo optymalizować pracę baterii. Aplikacja jest dostępna wyłącznie na stronach trzecich, nie ma jej w Google Play.
      Po zainstalowaniu aplikacja prosi użytkownika o zgodę na gromadzenie danych statystycznych. Użytkownik, zgadzając się, w rzeczywistości uruchamia opcję ułatwień dla inwalidów.
      Po uruchomieniu tej opcji złośliwa aplikacja sprawdza, czy na telefonie jest zainstalowana oficjalna aplikacja PayPala. Jeśli tak, pokazuje się prośba o jej uruchomienie. Jeśli użytkownik to zrobi, złośliwy kod, korzystając z opcji ułatwień dla inwalidów, symuluje kliknięcia i próbuje wysłać pieniądze na konto cyberprzestępców.
      Gdy badacze z ESET analizowali złośliwe oprogramowanie okazało się, że za każdym razem, gdy była uruchomiona aplikacja PayPal, usiłowało ono ukraść 1000 euro. Cały proces trwa około 5 sekund, a użytkownik nie ma żadnej możliwości, by go przerwać. Okradzeni mogą mieć problem z odzyskaniem pieniędzy, gdyż złośliwy kod nie kradnie żadnych danych. To sam użytkownik musi uruchomić aplikację PayPal i się do niej zalogować. Tylko wówczas złośliwy kod dokonuje transferu.
      Atak się nie uda, gdy na koncie użytkownika jest zbyt mała kwota lub gdy jego karta nie jest połączona z kontem PayPal. Wówczas złośliwy kod próbuje ukraść dane dotyczące usług płatniczych w Google Play, WhatsApp, Skype oraz Viber. Próbuje tez ukraść dane logowania do Gmaila.
      Badacze z ESET sądzą, że przestępcy wykorzystują te dane, by zalogować się na pocztę ofiary i usunąć przysyłane przez PayPala informacje o przeprowadzonych transakcjach. W ten sposób ofiara przez dłuższy czas może się nie zorientować, że jest okradana.
      ESET poinformował już PayPala o problemi i dostarczył mu informacje o koncie, na które trafiają ukradzione pieniądze.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Po raz szósty z rzędu Google'owski skaner antywirusowy Google Play Protect okazał się najgorszym spośród testowanych narzędzi do zabezpieczania Androida. Specjaliści z AV-Test przetestowali 21 skanerów antywirusowych.
      Testy prowadzono przy ich fabrycznych ustawieniach, a narzędzia przeanalizować 5600 zainfekowanych aplikacji pod kątem występujących w nich zagrożeń. Wśród nich było 2900 programów, w przypadku których infekcje nastąpiły w ciągu ostatnich 24 godzin. W takich przypadkach sygnatury szkodliwego kodu się nie sprawdzają, gdyż w tak krótkim czasie producent oprogramowania antywirusowego nie zdąży go zaktualizować. Oprogramowanie musiało zatem radzić sobie analizując zachowanie skanowanej aplikacji i wyłapując jego podejrzane cechy. Pozostałe 2700 aplikacji było zarażone kodem nie starczym niż 4 tygodnie. Jeśli producent regularnie aktualizuje swój skaner antywirusowy, nie powinien mieć on problemów z wyłapaniem zarażonej aplikacji na podstawie sygnatury szkodliwego kodu.
      Okazało się, że średnio androidowe skanery wyłapały 97,4% infekcji z pierwszej grupy (na podstawie zachowania aplikacji) i 96,7% z drugiej grupy, gdzie przydatne były sygnatury.
      Produkty takich firm jak AhnLab, Alibaba, Bitdefender, Cheetah, G-Data, ONE, Sophos, Symantec i Trend Micro uzyskały 100-procentowy wynik dla obu grup zainfekowanych aplikacji. Najgorzej poradził sobie  Google Play Protect, który w przypadku pierwszej grupy osiągnął wynik 70,1%, a w przypadku drugiej było to zaledwie 49,4%.
      Każdy ze skanerów mógł uzyskać w teście maksymalnie 13 punktów. Sześć punktów było przyznawanych za wykrywanie zagrożeń, kolejne sześć przyznawano w teście użyteczności, w którym brano pod uwagę zużycie energii, wydajność, liczbę fałszywych pozytywnych alarmów oraz ilość przesyłanych danych. Ostatni punkt przyznawano za dodatkowe elementy, jak np. backup czy mechanizm antykradzieżowy.
      Google Play Protect zdobył 6 punktów w teście użyteczności. Podobny wynik uzyskało tutaj 12 innych skanerów. Jednak w teście wykrywania zagrożeń nie uzyskał żadnego punktu. Najgorzej w teście użyteczności wypadły produkty Antiy, Cheetah, ONE i Sophos.
      Maksymalną liczbę punktów, 13, zdobyło dwanaście skanerów. To Ahnlab, Alibaba, Avast, AVG, Avira, Bitdefender, G-Data, Kaspersky Lab, McAfee, Symantec, Tencent i Trend Micro.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Niemal wszystkie urządzenia z Androidem sprzedane po roku 2012 są podatne na atak RAMpage. To odmiana znanego od co najmniej 3 lat ataku Rowhammer. Atak pozwala napastnikowi na przejęcie całkowitej kontroli nad urządzeniem ofiary.
      Rowhammer wykorzystuje fakt, że współczesne układy pamięci są bardzo gęsto upakowane. Dzięki wielokrotnie powtarzanym operacjom odczytu/zapisu w jednym obszarze pamięci, można doprowadzić do przeskoczenia bitu w innym obszarze, do którego nie ma się dostępu. W ten sposób złośliwy proces może wpłynąć na zawartość pamięci w innym procesie. Wykazano na przykład, że dzięki atakowi Rowhammer możliwe jest uzyskanie praw roota przez aplikację, która została uruchomiona z prawami użytkownika.
      RAMpage to odmiana Rowhammera wyspecjalizowana w atakowaniu podsystemu pamięci systemu Android. Narażone na atak są wszystkie urządzenia z Androidem, które korzystają z układów LPDDR2, LPDDR3 lub LPDDR4 i zostały wyprodukowane w roku 2012 lub później. Zdaniem ekspertów, z urządzeń tych łatwo jest ukraść poufne informacje. Na razie nie istnieją żadne łaty, które chroniłyby Androida przed tym atakiem. Eksperci, którzy odkryli RAMpage, przygotowali bezpłatne narzędzie GuardiON, które zabezpiecza Androida. Udostępnili też aplikację, dzięki której możemy sprawdzić, czy nasze urządzenie jest podatne na atak.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Każde oprogramowanie zawiera błędy, ale jak mogliśmy się dowiedzieć podczas konferencji Black Hat Europe, najwięcej błędów zawiera oprogramowanie tworzone przez instytucje państwowe lub na ich potrzeby.
      Chris Wysopal z firmy Veracode, która specjalizuje się w wyszukiwaniu dziur w programach, poinformował o wynikach badań przeprowadzonych pomiędzy drugą połową roku 2010 a końcem roku 2011.
      W tym czasie jego firma przeanalizowała 9910 różnych aplikacji. Eksperci stwierdzili, że 80% programów nie spełnia wymagań bezpieczeństwa firmy Veracode. Oprogramowanie tworzone dla instytucji państwowych wypadło znacznie gorzej, niż programy komercyjne. Okazało się bowiem, że jedynie 16% stworzonych przez rząd i dla rządu aplikacji sieciowych można było uznać za bezpieczne z punktu widzenia standardów OWASP (Open Web Application Security Project). Dla  sektora finansowego odsetek ten wynosił 24%, a dla innego komercyjnego oprogramowania - 28%.
      Z kolei do wyników badań innych programów niż programy sieciowe posłużono się kryteriami opracowanymi przez SANS Institute. Za bezpieczne uznano 18% oprogramowania rządowego, 28% oprogramowania finansowego i 34% innego oprogramowania komercyjnego.
      Rząd zachowuje się tak, jakby bezpieczeństwo było problemem sektora prywatnego i próbuje go ściśle regulować. Jeśli jednak bliżej się temu przyjrzymy to okazuje się, że sektor prywatny jest zdecydowanie bardziej bezpieczny niż sektor rządowy - mówi Wysopal.
      Aż 40% aplikacji sieciowych wytworzonych dla agend rządowych było podatnych na ataki SQL injection. Dla sektora finansowego odsetek ten wynosił 29%, a dla oprogramowania komercyjnego 30%. Na ataki typu XSS (cross-site scripting) narażonych było 75% rządowych aplikacji sieciowych, 67% aplikacji wytworzonych przez sektor finansowy oraz 55% aplikacji komercyjnych.
      Alan Paller, dyrektor ds. badań w SANS Institute mówi, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest to, iż sektor prywatny karze firmy za błędy, a sektor rządowy je nagradza. Jeśli przedsiębiorstwo stworzy komercyjne oprogramowanie zawierające błędy, to ryzykuje utratę klientów oraz dobrego imienia, co wpłynie na jego wyniki finansowe w przyszłości. Jeśli zaś napisze wadliwe oprogramowanie dla sektora rządowego, to zostanie nagrodzone kolejnym kontraktem na poprawienie tego oprogramowania. Nie twierdzę, że nie próbują wykonać swojej pracy właściwie. Ale w ten sposób działa system nagród i zachęt - mówi Paller. To powoduje, że błędy w oprogramowaniu rządowym istnieją nawet wówczas, gdy zanikają w oprogramowaniu komercyjnym. Specjaliści od dwóch lat obserwują spadek odsetka dziur typu SQL injection i XSS w oprogramowaniu komercyjnym. W programach rządowych  nic się w tym zakresie nie zmieniło.
      Wszystkie powyższe dane dotyczą USA.
×
×
  • Create New...