Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Jeleń olbrzymi, zwany też łosiem irlandzkim, był jednym z największych jeleniowatych, jakie kiedykolwiek zamieszkiwały Ziemię. Do tej pory pozostawało tajemnicą, czemu nagle wyginął ok. 10600 lat temu. Analiza zębów wykazała, że Megaloceros giganteus nie przetrwał zmiany klimatu. Północna Europa stawała się coraz chłodniejsza i bardziej sucha, przez co zmniejszał się dostęp do pokarmu (Palaeogeography, Palaeoclimatology, Palaeoecology).

Szczątki jelenia odkryto na początku XIX wieku. Przywołano wiele teorii nt. przyczyn wyginięcia ssaka: od biblijnego potopu po wytrzebienie przez człowieka. Dane archeologiczne sugerują jednak, że tym razem przedstawiciele naszego gatunku nie przyłożyli do tego ręki, ponieważ pierwsi osadnicy przybyli do Irlandii po zakończeniu ostatniej epoki lodowcowej, czyli już po śmierci większości jeleni. Nie ma też danych, które świadczyłyby o tym, że Megaloceros giganteus miał na Zielonej Wyspie jakichkolwiek naturalnych wrogów w postaci drapieżników.

Dużą popularnością cieszyła się hipoteza, że wskutek doboru płciowego rogi jelenia olbrzymiego stały się zbyt duże. Dość powiedzieć, że ich rozpiętość sięgała nawet 3,6 m, a waga 40 kg. Samicom podobały się byki ze sporym porożem i to z nimi chętniej kopulowały. Wg zwolenników opisywanej teorii, ciężar noszony na głowie doprowadził do grzęźnięcia samców w gliniastej ziemi. Jak się to kończyło, nietrudno zgadnąć.

Kendra Chritz, autorka najnowszego studium, która obecnie pisze doktorat na University of Utah, podkreśla, że takie wyjaśnienie nagłego wyginięcia doskonale wcześniej prosperującej populacji jeleni było zbyt dużym uproszczeniem. Stąd pomysł na zbadanie szkliwa zębów 7 skamielin samców jelenia olbrzymiego. Analizując stężenie izotopów węgla i tlenu, a także kostniwo pokrywające korzenie zębów, członkowie zespołu mogli określić porę roku, kiedy urodził się dany osobnik, jego dietę oraz ewentualne zmiany zwyczajów/zachowania w miarę upływu lat.

Stosunek izotopów ujawnił, że ekosystem stawał się coraz bardziej suchy. Las przekształcił się w tundrę. Nastąpiło ogólne ograniczenie wegetacji. Jelenie rodziły się wiosną lub wczesnym latem, lecz w okresie wymierania gatunku średnie temperatury roczne spadły. Młodym jeleniom bardzo trudno było sobie poradzić ze wszystkimi zmianami związanymi z epoką lodowcową, podobnie zresztą jak z zaspokajaniem potrzeb energetycznych rosnących organizmów – zaznacza Chritz. Badanie kostniwa, które przyrasta każdego roku jak słoje drzewa, wykazało, że jelenie olbrzymie żyły od 6,5 do 14 lat

Najwięcej szczątków Megaloceros giganteus znaleziono w Irlandii, lecz gatunek ten występował także w Azji Północnej i północnej Afryce. Choć na większości tych obszarów jeleń wyginął pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, na Syberii znajdowano szczątki datowane na 7 tys. lat. Oznacza to, że zwierzęta ze stałego lądu znalazły sobie jakieś ostoje. Mogły migrować w poszukiwaniu lepszego środowiska. Jelenie z Irlandii wpadły w pułapkę wyspy i nie miały gdzie pójść.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Przywołano wiele teorii nt. przyczyn wyginięcia ssaka: od biblijnego potopu po wytrzebienie przez człowieka.

Ten, co wyciągnął teorię o biblijnym potopie powinien iść się zaorać. Nie, wcale nie nabijam się z wiary (tym razem), po prostu każde małe dziecko wie, że NOE miał wziąć po 2 zwierzątkach każdego gatunku. Skoro zostało powiedziane biblijne A, to musi również zostać powiedziane biblijne B.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Trafiłem jakiś czas temu na pracę sprzed kilku lat. Wykazywano w niej, że środowisko Irlandii zostało zmienione przez tego jelenia. Wcześniej miał to być teren silnie zakrzewiony, a jeleń spowodował zanik krzewów i dominację terenów trawiastych. Coś mi to podpadało, ale przecież nie robiłem w Irlandii badań nad tym problemem.

W referowaniu sprawy tego jelenia też mi sporo nie pasuje. Ten okres to był schyłek zlodowacenia, a nie jego rozwój. Od bardzo dawna wskazuje się jednak na to, że ten schyłek zlodowacenia to nie było tylko jedno konsekwentne ocieplenie klimatu. Były liczne zmiany fluktuacyjne. Nie jestem zatem przekonany do wniosków przedstawionych przez tych badaczy, aczkolwiek ich wyniki rzucają sporo światła na problem. Podejrzewam, że wnioski z przyszłych badań będą się mocno różniły od tu przedstawionych. Ale tak to już jest w nauce.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naukowcy z Korea Advanced Institute of Science and Technology (KAIST) postanowili sprawdzić, w jaki sposób kwaśne i słodkie napoje wpływają na szkliwo zębów w skali nano. By ocenić zmiany mechaniczne i morfologiczne zachodzące w czasie indukowanej napojami erozji szkliwa, zespół posłużył się mikroskopem sił atomowych (AFM).
      Nieleczona, utrata szkliwa może prowadzić do różnych problemów, w tym przebarwień, pęknięć czy nadwrażliwości. Raz uszkodzone szkliwo nigdy się już nie odbuduje, dlatego badania wyjaśniające, jak erozja szkliwa się rozpoczyna i rozwija, zwłaszcza w najwcześniejszych etapach, mają spore znaczenie dla utrzymania zdrowia zębów.
      Doktorzy Panpan Li i Chungik Oh wybrali do badań 3 popularne napoje: Coca-colę, Sprite'a i sok pomarańczowy. Za pomocą AFM badano topografię powierzchni i sporządzano mapę modułu sprężystości.
      Od ochotników w wieku 20-35 lat, którzy odwiedzili KAIST Clinic, pozyskano 5 zdrowych zębów trzonowych. Po wyrwaniu trzymano je w wodzie destylowanej. Napoje kupiono i otwarto tuż przed eksperymentem z zanurzaniem.
      Naukowcy zaobserwowali, że wraz z czasem zaburzenia chropowatość powierzchni szkliwa znacząco rosła, a moduł sprężystości drastycznie spadał. Zademonstrowano, na przykład, że po 5 min przebywania w cieczy moduł sprężystości był 5-krotnie niższy.
      Dodatkowo Koreańczycy zaobserwowali preferencyjne wytrawianie uszkodzonego szkliwa. Zbyt mocne szczotkowanie zębów i pasty z cząsteczkami polerującymi, które są reklamowane jako sposób na usunięcie biofilmu, mogą zaś powodować zadrapania szkliwa.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W opuszczonym kamieniołomie w pobliżu miejscowości Cairo w stanie Nowy Jork odkryto pozostałości najstarszego znanego nam lasu. W skałach liczących sobie 385 milionów lat znaleziono skamieniały system korzeniowy dziesiątków drzew. Pojawienie się lasów to punkt zwrotny w historii naszej planety. Gdy pojawiły się drzewa z ich rozległym systemem korzeniowym, zaczęły one pobierać z atmosfery dwutlenek węgla i zamknęły go w glebie, radykalnie zmieniając klimat.
      Christopher Berry z Cardiff University, jeden z odkrywców skamieniałości, mówi, że to wyjątkowe miejsce. On i jego koledzy zwrócili na nie uwagę w 2009 roku i od tamtej pory analizują znalezione tam skamieniałości. Niektóre z korzeni mają 15 centymetrów średnicy i rozciągają się na 11 metrów od miejsca, w którym niegdyś stały drzewa.
      Wszystko wskazuje na to, że korzenie należą do drzew z rodzaju Archeopteris. Ich liście i korzenie były w nieco podobne do korzeni i liści współczesnych drzew. Nie wiadomo, kiedy drzewa ewoluowały do formy dzisiejszej. Wiadomo natomiast, że dotychczas najstarsi znani przedstawiciele tego rodzaju pochodzili sprzed nie więcej niż 365 milionów lat.
      Patricia Gensel, paleobotanik z University of North Carolina zauważa, że jeszcze do niedawna nie sądzono, by drzewa o tak rozległych i złożonych systemach korzeniowych pojawiły się tak wcześnie.
      Naukowcy zwracają uwagę, jak wielką rolę odegrały drzewa w historii planety. Ich korzenie sięgały głęboko w glebę, kruszyły skały, co rozpoczynało dodatkowy proces wycofywania węgla z atmosfery i zamieniania go w jony węglanowe w wodzie gruntowej. Dzięki nim powstały wapienie. Drzewa wycofały też z atmosfery dwutlenek węgla i umożliwiły powstanie takie atmosfery, jaką znamy obecnie. Poziom CO2 w atmosferze znacznie spadł po pojawieniu się lasów. Jeszcze kilkadziesiąt milionów lat wcześniej był on 10–15 razy wyższy niż obecnie.
      Niektórzy badacze uważają, że to właśnie dzięki zmniejszeniu ilości dwutlenku węgla w atmosferze mogło pojawić się tam więcej tlenu. Mniej więcej 300 milionów lat temu w atmosferze było około 35% tlenu. To zaś doprowadziło do pojawienia się gigantyczny owadów, a rozpiętość skrzydeł niektórych z nich sięgała 70 centymetrów. Lasy, które pojawiły się w ciągu kolejnych kilkudziesięciu milionów lat utworzyły pokłady węgla, który umożliwił człowiekowi rozpoczęcie epoki przemysłowej.
      Las w Cairo jest też wyjątkowy pod innym względem. Od 2010 roku Berry i jego koledzy prowadzą badania nad odkrytymi w XIX wieku skamieniałościami lasu z miejscowości Gilboa w stanie Nowy Jork. Znajdują się one około 40 kilometrów od Cairo. Las ten, którego najstarsze drzewa pochodzą sprzed 282 milionów lat, ma jednak bardziej prymitywny system korzeniowy, który nie sięgał tak głęboko i nie kruszył skał. Nie miał bowiem zdrewniałych korzeni. To zaś oznacza, że las w Cairo odegrał ważną rolę w historii planety. Tego typu drzewa z liśćmi dającymi cień i rozległym systemem korzeniowym to coś nowoczesnego, coś, czego wcześniej nie było, mówi Berry.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Pasożyty nie mają dobrej opinii. Na pierwszy rzut oka, chyba nikt by się nie zmartwił na wieść, że wszystkie pasożyty na świecie wyginęły. Jednak grupa biologów ostrzega, że pasożyty należy chronić jak inne gatunki. Tym bardziej, że również i im grozi masowe wymieranie.
      Pasożyty odniosły duży sukces ewolucyjny. Nawet połowa ze znanych nam 7,7 miliona gatunków roślin i zwierząt prowadzi pasożytniczy tryb życia. Teraz na łamach Science Advances ukazały się badania, których autorzy ostrzegają, że do roku 2070 wyginąć może ponad 30% gatunków pasożytów. To byłaby katastrofa.
      W ciągu ostatniej dekady dowidzieliśmy się, że pasożyty odgrywają niezwykle ważną rolę w ekosystemie. Przez lata nauka nie brała tego pod uwagę, mówi Colin Carlson z University of California Berkeley, który prowadzi badania nad zmianami w ekosystemach.
      Młody uczony od dawna bada zmiany w liczebności gatunków spowodowane globalnym ocieplenie. Przed 4 laty postanowił przyjrzeć się pasożytom. W ciągu ostatnich dekad przeprowadzono wiele badań dotyczących wymierania wielkich ssaków czy reakcji upraw na zmiany klimatu. Jednak istnieje wiele gatunków roślin i zwierząt, o których niezbyt dużo wiemy", stwierdza.
      Naukowiec stworzył więc grupę badawczą, której celem jest stwierdzenie, jak pasożyty reagują na ocieplający się klimat. "Problem w tym, że niewiele wiemy o tym, gdzie pasożyty żyją, wyjaśnia.
      Swoje kroki skierował więc do National Parasite Collection. To licząca sobie 125 lat kolekcja pasożytów tworzona przez Smithsonian Institution. Znajduje się w niej ponad 20 milionów okazów reprezentujących tysiące gatunków. Większość z nich pochodzi z Ameryki Północnej, jednak znajdziemy tam przedstawicieli wszystkich kontynentów wraz z mniej lub bardziej dokładnymi informacjami na temat miejsca ich zebrania.
      Kurator zbiorów, Anna Phillips, wraz ze swoim zespołem przeprowadziła digitalizację, tworząc największą istniejącą bazę pasożytów. Dzięki temu można było zastosować modele komputerowe i spróbować przewidzieć, co w przyszłości stanie się z 450 gatunkami pasożytów.
      Badania wykazały, że nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu do roku 2070 wyginie 10% gatunków pasożytów. Przy mniej optymistycznych założeniach będzie to ponad 30%.
      Wbrew złej opinii, jaką cieszą się pasożyty, ich wyginięcie nie jest dobrą wiadomością. Wręcz przeciwnie. Będzie to miało katastrofalne skutki. Trzeba bowiem wiedzieć, że pasożyty regulują liczebność gatunków i utrzymują ekosystem w równowadze. Zabijają część z organizmów i powodują, że inne są bardziej podatne na taki drapieżników. Na przykład pardwa mszarna zarażona nicieniem wydziela silniejszy zapach, przez co łatwiej pada łupem drapieżnika, a to pozwala na kontrolowanie populacji tego ptaka. Z kolei pobrzeżka pospolita, gatunek ślimaka morskiego zamieszkujący atlantyckie wybrzeża, gdy zarazi się pewnym gatunkiem przywry, zjada znacząco mniej glonów, przez co więcej zostaje dla innych gatunków.
      Bardzo znamienny jest tutaj przykład krytycznie zagrożonego australijskiego ssaka, kanguroszczurnika pędzloogonowego. Jako, że jednym z powodów zanikania gatunku były choroby pasożytnicze, starano się wyeliminować pasożyty z otoczenia ratowanych zwierząt. Z czasem jednak badania ujawniły, że sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana, niż sądzono. Kanguroszczurnik musi współżyć z niemal 40 gatunkami pasożytów, a nie wszystkie są dla niego zagrożeniem. Po 10 latach badań naukowcy zauważyli, że pasożyty pomagają zwierzęciu w walce z chorobami, regulują rozrodczość, mają pozytywny wpływ na zachowanie kanguroszczurnika. Jest dla nas teraz całkowicie jasne, że większość pasożytów jest nieszkodliwa. Żyją w harmonii ze swoimi gospodarzami. Dopiero jeśli harmonia ta zostanie zakłócona, pojawiają się problemy, mówi profesor Andrew Thompson, który bada kanguroszczurniki. Uczeni zauważyli też, że jeśli pozbędziemy się jednych gatunków pasożytów, organizm może zostać zaatakowany przez inne gatunki, z którymi dotychczas się nie zetknął, a to stwarza dla niego bardzo poważne zagrożenie.
      Musimy też pamiętać, że niewiele wiemy o znanych nam pasożytach i ich interakcjach z gospodarzami, a jakby tego było mało, istnieją miliony nieodkrytych jeszcze gatunków. Trudno jest przewidywać, jaki wpływ na środowisko mają te gatunki, skoro ich nawet nie znamy. To właśnie najbardziej przerażający wniosek płynący z tych badań... powinniśmy jak najszybciej rozpoznać te gatunki, mówi Phillips.
      Możemy też przypuszczać, że w związku z globalnym ociepleniem będą zmieniały się zasięgi poszczególnych gatunków pasożytów. A to zła wiadomość dla ludzi. W wielu regionach mogą pojawić się choroby, które wcześniej tam nie docierały. Pasożyty będą zasiedlały organizmy ludzi, którzy nigdy się z nimi nie zetknęli. Wiele gatunków, w tym ludzie, ewoluowało obok pasożytów. Wypracowaliśmy z nimi delikatną równowagę. Pasożyty zwykle nie mają interesu w tym, by zabijać gospodarza. Jeśli jednak jedne gatunki wyginą lub zmienią swój zasięg terytorialny, pojawi się pusta nisza, w którą mogą wejść gatunki, z jakimi wcześniej nie mieliśmy do czynienia. Tego typu zjawiska już mają miejsce. Choroby tropikalne zaczynają pojawiać się w bardziej umiarkowanych strefach klimatycznych, a w 2014 roku w mózgu pewnego Chińczyka znaleziono pasożyta, który dotychczas nie atakował ludzi. Spowodował on u ofiary drgawki i zapalenie mózgu.
      W wielu przypadkach mamy pozytywny stosunek do zwierząt lub potrafimy nadać im wartość. Jednak w przypadku pasożytów takie odczucia są mniej prawdopodobne. Na szczęście obecnie biologia podchodzi do gatunków neutralnie jeśli chodzi o potrzebę ich ochrony i stoi na stanowisku, że należy chronić zarówno gospodarza jak i organizmy na nim pasożytujące, mówi Kevin Lafferty, ekolog z US Geological Survey.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Pojawiają się coraz większe obawy o to, że ludzkość może doprowadzić do nieodwracalnych katastrofalnych zmian klimatycznych. Wiele wskazuje na to, że potrzebne są radykalne działania, na ich przeprowadzenie zostało niewiele czasu, a nikt nie kwapi się, by działania takie rozpocząć. Jeśli nic się nie zmieni, to do roku 2030 średnia temperatura na Ziemi może być o 1,5 stopnia Celsjusza wyższa niż w epoce przedprzemysłowej. Jednak, jak dowiadujemy się z najnowszego raportu IPCC, jeśli posadzimy dodatkowo 1 miliard hektarów lasu, to wspomniany wzrost temperatury o 1,5 stopnia Celsjusza przeciągniemy do roku 2050. Zyskamy więc dodatkowe 2 dekady na wprowadzenie zmian.
      Miliard hektarów to 10 milionów kilometrów kwadratowych czyli nieco więcej niż powierzchnia USA. Ekolodzy Jean-Francois Bastin i Tom Crowther ze Szwajcarskiego Federalnego Instytutu Technologii w Zurichu postanowili sprawdzić, czy obecnie na Ziemi da się zasadzić tyle dodatkowych drzew i gdzie można by je zasadzić.
      Naukowcy przeanalizowali niemal 80 000 zdjęć satelitarnych, badając obecną pokrywę leśną naszej planety. Następnie skategoryzowali poszczególne obszary Ziemi biorąc pod uwagę 10 cech charakterystycznych gleby i klimatu. Dzięki temu zidentyfikowali obszary, na których może rosnąć konkretny typ lasu. Od powierzchni tych obszarów odjęli powierzchnię zajmowaną obecnie przez lasy, miasta i pola uprawne. W ten sposób obliczyli, ile lasu można zasadzić obecnie na Ziemi.
      Okazało się, że na Ziemi jest obecnie miejsce na 900 milionów hektarów lasu, który można zasadzić nie zajmując przy tym pól uprawnych i terenów miejskich. Ten dodatkowy las w ciągu kilku dekad usunąłby z atmosfery 205 milionów ton węgla, czyli sześciokrotnie więcej niż ludzkość wyemitowała w roku 2018.
      To pokazuje rolę, jaką odgrywają lasy, mówi Greg Asner z Arizona State University. Jeśli chcemy osiągnąć cele, jakie ludzkość sobie wyznaczyła, musimy zaprzęgnąć las do pomocy. Warto tutaj zauważyć, że rola lasów nie ogranicza się tylko do usuwania węgla z atmosfery. Lasy m.in. zwiększają bioróżnorodność, poprawiają jakość wody, zapobiegają erozji gleby.
      Pozostaje też pytanie, ile kosztowałoby zalesianie Ziemi na masową skalę. Crowther szacuje koszt posadzenia jednego drzewa na około 30 centów, a to oznacza, że koszt całego przedsięwzięcia wyniósłby około 300 miliardów USD.
      Naukowcy przyznają, że szacunki dotyczące ilości węgla pochłanianego przez przyszłe lasy nie są zbyt precyzyjne. Jednak wkrótce się to zmieni. Pod koniec ubiegłego roku NASA wysłała na Międzynarodową Stację Kosmiczną urządzenie GEDI (Global Ecosystem Dynamics Investigation), które za pomocą laserów tworzy precyzyjną trójwymiarową mapę lasów, od ściółki po korony drzew. Dane z GEDI pozwolą uczonym znacznie bardziej precyzyjnie oceniać ilość węgla pochłanianego przez roślinność.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Nawet przy dość optymistycznym scenariuszu rozwoju sytuacji klimatycznej, ludzkość może w ciągu najbliższych dziesięcioleci czekać poważny kryzys. Australijski think-tank Breakthrough - National Centre for Climate Restoration, opierając się na badaniach naukowych, m.in. na opublikowanej w PNAS pracy „Well below 2 C: Mitigation strategies for avoiding dangerous to catastrophic climate changes”, zarysował bardzo prawdopodobny scenariusz tego, co czeka nas już w ciągu kilku dekad.
      Australijczycy uważają, że w latach 2020–2030 politycy i społeczeństwa nie zrealizują celów zakładanych w Porozumieniu Paryskim, zatem nie przeprowadzimy zmian niezbędnych, by ograniczyć globalne ocieplenie do 3 stopni powyżej okresu sprzed rewolucji przemysłowej. Ich zdaniem do roku 2030 średnia roczna koncentracja CO2 w atmosferze wzrośnie do 437 ppm, czyli do poziomu, jaki nie występował od 20 milionów lat. Tutaj trzeba przypomnieć, że średnia roczna koncentracja tego gazu wyniosła w ubiegłym roku 409,92 ppm, czyli w ciągu jednego tylko roku zwiększyła się o 2,87 ppm. Osiągnięcie do roku 2030 wartości 437 ppm jest więc jak najbardziej realnym scenariuszem. Przy takiej koncentracji dwutlenku węgla średnia temperatura na Ziemi będzie o 1,6 stopnia Celsjusza wyższa, niż w epoce przedprzemysłowej.
      Rok 2030 to jednocześnie zakładany szczyt emisji gazów cieplarnianych. Ma ona od tej pory spadać, by w roku 2100 stanowić jedynie 20% tego, co ludzkość emitowała w roku 2010. Jednak taki scenariusz – o ile rzeczywiście antropogeniczna emisja zacznie się od roku 2030 zmniejszać – oznacza, że do roku 2050 średnie temperatury na Ziemi zwiększą się o 2,4 stopnia Celsjusza w porównaniu z epoką przedprzemysłową. Dodatkowo takie zwiększanie temperatury spowoduje, że zostanie uruchomionych wiele mechanizmów zwrotnych, jak zmniejszenie pokryw lodowych, zmiany w pokrywach chmur, uwolnienie dodatkowych ilości metanu z gruntu. Mechanizmy te spowodują dodatkowe ogrzewanie się Ziemi, co w sumie oznacza, że w tym scenariuszu do roku 2050 temperatura będzie o 3 stopnie Celsjusza wyższa niż w epoce przedprzemysłowej.
      Takie zmiany spowodują, że Zachodnia Antarktyka ociepli się o 1,5 stopnia Celsjusza, Grenlandia o 2 stopnie, a obszary wiecznej zmarzliny i Amazonia doświadczą ocieplenia o 2 stopnie. Mechanizmy te spowodują dodatkowe ocieplenie o jeden stopień. Poziom oceanów wzrośnie do roku 2050 o 0,5 metra, a do roku 2100 wzrost może wynieść 2–3 metry. Z historii geologicznej Ziemi wiemy jednak, że możliwy jest wzrost o ponad 25 metrów.
      Wszystko to oznacza, że do roku 2050 aż 35% lądów i 55% ludzkości będzie doświadczało rocznie ponad 20 dni, w których wysokie temperatury będą stanowiły zagrożenie dla ludzkiego życia. W przeszłości wspominaliśmy już o tym, że takie temperatury mogą panować m.in. w szybko rozwijających się miastach nad Zatoką Perską czy w Mekce. Wyjaśnialiśmy też, czym jest temperatura mokrego termometru oraz, że śmiertelnym zagrożeniem dla człowieka jest temperatura przekraczająca 35 stopni Celsjusza.
      Zmiany takie doprowadzić mogą do destabilizacji prądów strumieniowych w atmosferze, co niekorzystnie wpłynie na intensywność i rozkład geograficzny monsunów w Azji i Afryce Zachodniej przez co dojdzie do osłabienia Prądu Zatokowego i negatywnych konsekwencji dla Europy. Z kolei Ameryka Północna doświadczy ekstremalnych zjawisk pogodowych, w tym potężnych pożarów, susz, fal upałów oraz powodzi. Nad Chinami przestanie pojawiać się letni monsun, a w wielkich rzekach Azji – z powodu redukcji o 1/3 lodowców w Himalajach – dramatycznie spadnie ilość wody. W Andach powierzchnia lodowców skurczy się o 70%, a w Meksyku i Ameryce Środkowej opady zmniejszą się o połowę. Ponad 30% obszaru lądów doświadczy problemów z dostępem do wody, a w południowej Afryce, południowych obszarach basenu Morza Śródziemnego, zachodniej Azji, na Bliskim Wschodzie, w australijskim interiorze i południowo-zachodnich częściach USA dojdzie do poważnego pustynnienia.
      Załamie się wiele ekosystemów, w tym rafy koralowe, amazoński las deszczowy i Arktyka. Wiele terenów w ubogich krajach się wyludni, gdyż ludzie nie będą w stanie się tam schłodzić w czasie upałów. Śmiertelne upały będą panowały przez ponad 100 dni w roku w Afryce Zachodniej, na Bliskim Wschodzie, w Azji Południowo-Wschodniej oraz w tropikalnych częściach Ameryki Południowej. Spowoduje to, że ponad miliard osób zamieszkujących obszary tropikalne przeniesie się w inne regiony globu. Aż dwa miliardy ludzi doświadczy problemów z dostępem do wody pitnej, upadnie też rolnictwo w suchych obszarach subtropikalnych.
      Należy spodziewać się znacznego spadku produkcji żywności i związanego z tym gwałtownego wzrostu cen. Sytuację dodatkowo pogorszy zmniejszająca się wartość odżywcza roślin uprawnych, spadek populacji owadów zapylających, zmiany w rozkładzie monsunów, pustynnienie oraz upały w wielu ważnych obszarach obecnej produkcji rolnej. Należy też spodziewać się zatopienia delt Mekongu, Gangesu i Nilu oraz zalania znacznych części wielkich miast, jak Dżakarta, Hongkong, Szanghaj, Bangkok, Lagos czy Manila. Niektóre małe wyspy staną się niezdatne do życia, a w samym tylko Bangladeszu aż 15 milionów ludzi zostanie zmuszonych do migracji.
      Australijscy specjaliści stwierdzili też, że nawet jeśli ocieplenie zostanie zatrzymane na poziomie 2 stopni Celsjusza, należy spodziewać się migracji ponad miliarda ludzi. Bardziej pesymistyczne scenariusze wykraczały poza możliwości modelowania, jednak mówi się o wysokim prawdopodobieństwie końca cywilizacji w znanej nam obecnie formie. Nie można wówczas wykluczyć bowiem olbrzymich, nieprzewidywalnych zmian społecznych związanych z migracjami olbrzymiej liczby ludzi, konfliktami zbrojnymi o wodę i pożywienie. O tym, że taki scenariusz jest jak najbardziej prawdopodobny świadczyć może rosnące od kilku lat napięcie między Etiopią, Egiptem a Sudanem spowodowane przez etiopskie plany budowy wielkiej zapory wodnej na Nilu.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...