Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Groteskowy

Users
  • Content Count

    131
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    1

Everything posted by Groteskowy

  1. Naukowcy i Wy sami wymyślacie niestworzone historie. Jak widzę powtarza się również bzdury o wielkim i zbędnym skomplikowaniu języka. Odpowiedź jest zapewne znacznie prostsza. Wraz z demokracją, następnie demokracją medialną, a obecnie wręcz anarchią internetową, rażącej prymitywizacji uległa grupa dysponentów języka tj. osób mających na jego rozwój szczególny wpływ. Ktoś tutaj pisał o potrzebie zwięzłości symbolizowanej przez język sms-ów. To zabawne stwierdzenie. Sms-y są pisane szablonowo. W sposób nierzadko prymitywny. Wcale nie niosą zwięzłych sensów jeśli przez takie rozumieć zbliżanie się do maksymalnego stopnia kompresji językowej. Z taką sytuacją mielibyśmy do czynienia w sytuacji, gdyby sms-y przekazywały w skrótowej formie złożone treści. Tak nie jest. Przekazują w skrótowej formie treści nadzwyczaj trywialne, często zupełnie zbędne. W tym zachowaniu wyrażają się czasy współczesne. Jesteśmy wyjątkowo rozgadani, ale mamy też zarazem nadzwyczaj ubogie treści do przekazania. Stąd giną słowa. Np. nikt nie rozróżni nudy od melancholii, złości od poczucie zawiedzenia itd. Napisze zamiast tego, że "ma doła" lub że "jest wq*******" i tylko ktoś o wyjątkowo płytkim podejściu do świata może twierdzić, że to w porządku, bo takie rozróżnienia są zbędne. Bywają zbędne. Np. gdy służą zwykłemu zaznaczeniu, że nie ma się nastroju by iść do pubu. Często jednak, np. kiedy chcemy opisać drugiej osobie własne doświadczenia, lub dojść do tego co się dzieje z bliską nam osobą, są rzeczą bardzo ważną. Problem zaczyna się wtedy, gdy psychika - idąc w ślady języka - przestaje te sprawy rozróżniać i człowiek staje się emocjonalnym analfabetą. To podobnie jak z literaturą. Trzeciorzędna książka może być świetną rozrywką, ale żeby wypowiedzieć bardziej złożone i subtelne prawdy potrzeba czegoś więcej.
  2. WhizzKid 1. W sprawie snów i widzianych w nich osób - wyssana z palca informacja. Nie da się tego zbadać. Osobiste doświadczenie (w tym rzadkich, a jednak, snów świadomych) potwierdza coś zupełnie odwrotnego. Stan przed snem nie jest też stanem snu. Jest się wtedy świadomym, choć nieco pogrążonym w sobie (w myślach). W każdym razie można w każdej chwili wstać, zacząć rozmawiać i jest się w pełni w stanie usłyszeć otaczające dźwięki. Obrazowość myśli wynika wówczas z odprężenia (wyrzucenia poza świadomość problemów codzienności) i wyjątkowej koncentracji. 2. Strasznie wąsko rozumiesz "obraz", jakby to musiałbyś obraz jak na papierze. Można mieć np. quasi-obrazowe wyobrażenie dotyków związanych z przedmiotem i nie jest to nic wyjątkowego wśród osób niewidomych. Chodzi więc raczej o pewne formalne pole doświadczeń. Czy to będą piksele doświadczenia wzrokowego, czy momenty dotyku, czy odczucia odległości (jak np. w muzyce) jest mniej istotne. Można rzutować jeden rodzaj pola na drugi. Pomijam już to, że jest dyskusyjne, czy osoba niewidoma nie może "wewnątrz" widzieć. Wiadomo, że osoby widzące do pewnego okresu życia są jak najbardziej w stanie. Przede wszystkim wiemy już, że osoby niewidome mogę zacząć do pewnego stopnia widzieć za pomocą słuchu. Bada się już specjalne urządzenia, które przekładają dane przestrzenne na odpowiednie częstotliwości dźwięku i wibracje. Osoby z nich korzystające po pewnym treningu nie tylko mogą się do pewnego stopnia dzięki nim przemieszczać, ale też część z nich relacjonuje, że ma dzięki nim wrażenie widzenia (choć odmiennego). Udowodniono, że kora wzrokowa u osoby, która straciła wzrok, nie zanika. Przejmuje inne funkcje. W tym - potrafi się połączyć z korą słuchową czy dotykową i na tej bazie "tworzyć" w głowie przestrzeń. Mamy więc przekształcenie. Czym innym jest widzieć krok, a czym innym słyszeć. Gdyby jednak człowiek był na tyle czuły słuchowo, by wychwycić dźwięk najdrobniejszego ruchu, to pola doświadczeń by się tutaj właściwie pokryły. I mózg mógłby operować na dźwięku równie skutecznie jak na obrazie. Dochodzić równie skutecznie do tych samych możliwych wniosków. Tak pole dźwięku, jak pole wizualne stałyby się dla mózgu tak samo dokładnymi "obrazami". Można pytać, czy tożsamymi pod względem uczuciowym czy w ogóle świadomościowym. Raczej nie, bo czy można np. słyszeć barwy? Więc pewne jakości i tak byłyby niedostępne. Jak widać - tu chodzi raczej o zakres i precyzję pola. Ale ogólnie na takich polach, quasi-obrazach, rozumuje mózg. Przeciwstawia je sobie, zestawia, szereguje, analizuje dynamikę itd. Magazynuje w strukturach (pamięć). Formalne aspekty takiego pola (jako wyodrębnionego doświadczenia; np. wzrokowe doświadczenie kroków danego tańca) to jest pojęcie (sens utrwalony; nieaktywizowany), a operowanie na takich pojęciach, ich uruchomienie i przetwarzanie, to jest myślenie (sens dynamiczny który na moment daje nam wrażenie znaczenia).
  3. WhizzKid -- Mówisz, że nie wiadomo czym jest znaczenie. Nie wydaje Ci się, że zwyczajnie porządkiem i dynamiką sekwencji obrazów? Zgoda - uważa się, że nie każdy myśli obrazami. Nie jestem jednak taki pewien tego poglądu. Osobiście zazwyczaj nie jestem świadomy tego jak myślę, mam wrażenie, że dzieje się to samo w nieokreślony sposób, a jednak wystarczy poważniej się skupić, obserwować stan przed zaśnięciem, nieco pozbawić się tlenu itp. by obrazowy aspekt myślenia objawił się w całej okazałości. Widzisz jeden obraz, drugi, trzeci itd. przeciwstawione jakby sobie w pewnym porządku i to się nagle tasuje względem np. pewnych podobieństw, hierarchii, sekwencji działań (których elementy wyrażały obrazy) itp. w zależności od tego na jakim aspekcie skupiasz uwagę. Znaczenia nie sposób zdefiniować, gdyż to nie jest jakiś oddzielny, magiczny byt, lecz wrodzenie i wyuczenie sortowań oraz dopasowań "danych" do algorytmów sortowania. "Porządkowanie" tych obrazków wynika w pewnej warstwie z sensu świata tj. doświadczenia (i np. wniosek: a, to tak najefektywniej załatwić sprawę w urzędzie), a głębiej zawsze opiera się o wrodzone i/lub wyćwiczone algorytmy sortowania np. obrazek faceta przy niebieskim Golfie jest naznaczony uczuciem, że to twój kumpel, poprzez wrażenie, że on ma taki samochód; ale nagle widzisz obrazek tego kumpla przy innym samochodzie na ostatniej wycieczce, te elementy się do siebie odnoszą i pierwszy obrazek uzyskuje inne znaczenie - to był ktoś obcy. Logiczny wniosek. Odpowiednie dane zostały podpięte pod algorytm sortujący (zestawiający odpowiednie cechy ze sobą i przestawiający podług tego wrażenia), eureka, masz wniosek, też w obrazku ("to nie on" - to już jest inny obrazek np. ma inny komponent uczuciowy). Przesłanką za tym, że gdzieś pod spodem wszyscy myślimy obrazami są np. uszkodzenia mózgu, kiedy nagle ktoś, kto wcześniej nie miał talentu malarskiego, ani zacięcia by malować, po urazie czuje potrzebę malowania i maluje całkiem niezłe obrazy. Można to tłumaczyć tym, że podświadomość, na skutek urazu uzyskała dostęp do świadomości; czasem się wręcz w takich wypadkach narzuca - stąd przymus malowania u niektórych osób. Inni najpewniej rodzą się z mniejszym lub większym świadomym dostępem do takich możliwości.
  4. Oczywiście, że wizualizacja jest pomocna w różnych zastosowaniach. Nadal jednak uważam, że do głębokiego zrozumienia problemu (np. dowodu matematycznego) konieczne jest symultaniczne postrzeganie relacji. Podejście do tego w ten sposób, że się po kolei analizuje kolejne kroki może i po czasie zaowocuje zapamiętaniem drogi rozumowania i upewnieniem się, że jest poprawna; nie zapewni jednak "czucia" dowodu. Chodzi o to, by prawidłowość przedstawioną w dowodzie czuć tj. być zdolnym odruchowo dostrzec jej zachodzenie w jakimś zespole danych. To właśnie wymaga tego, by po wzbudzeniu jakichś faktów w mózgu, automatycznie wzbudzeniu uległy ich wzajemne relacje w tej mierze, w jakiej odpowiadają one owej prawidłowości. I chociaż wizualizacja (jak i inne metody) pozwala upraszczać operowanie danymi w myśli, to sama też - dla określonego prawidła - ma pewną granicę prostoty. Nie da się jej dalej uprościć bez utraty relacji (jakie ma wizualizować). Uważam więc za całkowicie bezpodstawne twierdzenie, że pamięć operacyjna nie ma tutaj znaczenia. Jeśli nawet można dyskutować o tym, czy istnieją prawidłowości, których przy danym poziomie pamięci operacyjnej w ogóle nie da się pojąć; to nie ulega żadnej wątpliwości, że przy jakimkolwiek bardziej złożonym problemie duży zasób pamięci operacyjnej daje olbrzymią przewagę w myśleniu. Odpowiada za jakość i szybkość myśli. Prawdopodobnie zresztą ten fakt leży u podłoża testów inteligencji (szczególnie tych, które mają mierzyć tzw. inteligencję płynną, jak test matryc Ravena). Nie sądzę by bardziej skomplikowane zadania w tego typu matrycowych testach dawały się (przynajmniej w czasie wyznaczonym w teście) rozwiązać rozkładem na czynniki i zastanawianiem się po kolei nad możliwościami: albo się to po prostu "widzi" (bo umysł potrafi podtrzymać w myśli wiele zależności), albo nie. I w tym wypadku żadne metody wiele nie pomogą.
  5. Jakież to wątki naukowe pojawiają się w TBBT? Jak pisałem - czysto anegdotyczne. W IT Crowd mamy chociaż socjologiczne i psychologiczne obserwacje związane z pracą w firmie oraz stosunkami jakie czasami łączą działy IT z resztą pracowników. To znacznie więcej - pod względem rzeczywistości jakoś związanej z pracą naukową lub techniczną - niż w TBBT. W TBBT ciekawy jest Sheldon - jako postać z którą identyfikują się osoby z Zespołem Aspengera. To, obok Penny, właściwie jedyny bohater warty głębszej uwagi. Penny jest postacią niezbędną dla wielu bardziej interesujących interakcji. Sezon 4 spotkał się z tak chłodnym przyjęciem m.in. przez zmarginalizowanie tych wątków. Poza tym to zwyczajny, często antyedukacyjny (np. stosunek do kobiet jak w Dwóch i pół) sitcom. Przyznam jednak, że gdzieś w okolicach połowy drugiego sezonu, staje się znacznie lepszy, niż to się z początku wydaje. Może żartów luźno związanych z nauką jest mniej, ale za to postacie nabierają jakiejkolwiek głębi. Poprawia się również narracja, która częściej rozgałęzia się w równoległe wątki.
  6. Z jednej strony, dość dziwne - serial jest naprawdę popularny. Z drugiej - to tylko kolejny, wcale nie jakoś specjalnie udany sitcom. Tyle z Kopalnią tu związku, że bohaterami są naukowcy, a serial luźno nawiązuje do kwestii naukowych. W sposób całkowicie anegdotyczny, bez żadnych głębszych eksploracji. O ile się orientuję, nadaje bądź nadawało go nawet Discovery (nie wiem czy polskie). Zadziwiające! Tęsknota za poprawnie rozpisanymi równaniami na tablicach światów przedstawionych okazała się silniejsza, niż intelektualna potrzeba namysłu nad tym, czy rzeczywiście serial w rodzaju TBBT pełni - lub wręcz czy w ogóle może pełnić - jakąkolwiek rolę edukacyjną.
  7. Ja w taką interpretację szczerze nie wierzę Nie wiem jakich karkołomnych zabiegów myślowych należałoby użyć, ażeby tak ścisły związek wysokości IQ z rozmiarem nałogu uzasadnić. Niestety nie czytałem tekstu samych badań, ale z tego co autor (poprzez prasę) nam udostępnił, taka interpretacja w ogóle nie wynika, jest skrajnie wątpliwa,uderzająco mniej przekonująca, niż odwrotna. Może się okazać, że za cały jego wniosek odpowiada tak banalna i możliwa do wytłumaczenia na wiele sposobów* obserwacja, jak niższe IQ tych, którzy później w wojsku zaczęli palić. *Kolejny jaki mi przychodzi do głowy to np. fakt specyfiki wojska. Bo wcześniejsze tło społeczne, jak nam się mówi, zbadano, ale co z tłem w wojsku. Jest oczywiste, że w wojsku istnieje mniejsza, lub większa fala i prześladuje się przede wszystkim tych, którzy są w jakiś sposób niekumaci. Związek zaś tego typu kłopotów z paleniem wydaje się istnieć.
  8. Wpisałem w googlu nazwisko autora, IQ i smoking i szperałem po stronach. W niektórych artykułach jest przytoczona wypowiedź, iż związek przyczynowo-skutkowy jest niejasny. W innych, autor w cytatach (nawet kilkuzdaniowych) mówi, że jego badania stwierdzają, iż to niskie IQ powoduje sięganie po papierosy, a nie papierosy niskie IQ. Oczywiście, ale mi chodzi o to, że gość twierdzi, iż przyczynowości jest odwrotna; to niskie IQ ma sprawiać, że ludzie palą. Chyba nawet w tłumaczeniu na Kopalni jest fragment o tym, że testy IQ były przeprowadzane w czasie deprywacji palenia, a więc wyróżniono specjalnie osoby, które zaczęły palić dopiero w wojsku (a więc po 18 roku życia), ażeby rolę deprywacji wyeliminować. I okazało się, że te osoby również mają niższe IQ. To jakoby również jedna ze wskazówek, że przyczynowość zachodzi w kierunku: niskie IQ -> palenie. Można to jednak tłumaczyć na różne inne sposoby. Korelację zakładamy odmienną, niż autor: palenie -> niższe IQ. Osoby, które paliły od małego mają niskie IQ. Osoby o niższym IQ w wojsku kolegują się raczej z osobami o zbliżonym IQ i częściej popadają w nałóg (bo częściej kolegują się z palącymi). Wymyśliłoby się jeszcze kilka takich interpretacji. Możliwe też, że przyczynowość idzie w dwóch kierunkach. Ale - jak mówiłem - gość specjalnie podkreślał, że jego badania jasno wskazują na to, że to niskie IQ (z tego by wynikało również, że: tak precyzyjnie) przekłada się na zaistnienie i rozmiar przyszłego nałogu.
  9. PS. I ciekaw jest jeszcze jednego jego tłumaczenia: jak wytłumaczy fakt, że z samych jego badań wynika, iż osoby, które zaczęły palić po 18 roku życia, mają statystycznie IQ bliższe niepalącym, niż osoby, które zaczęły palić wcześniej. Że niby ten, kto sięga po fajki już w wieku świadomym, jest bardziej inteligentny? A może wszyscy z naprawdę niskim IQ już dawno w tym wieku palą? I jak to jest, że istnieją państwa w których pali znakomity odsetek osób. Czy tam przeciętna IQ jest niższa? Wyniki badań jakie przedstawił wprost sugerują związek przyczynowo-skutkowy tego rodzaju, że palenie obniża IQ; a jednak twierdzi, że jest na odwrót.
  10. W tej dyskusji zaszła pewna pomyłka. Autor badań uparcie bowiem obstaje przy twierdzeniu, że z jego badań wynika, iż to ci, co sięgają po papierosy mają niższe IQ, a nie, że palenie skutkuje obniżeniem IQ. Nie wiem jak on to widzi w związku z tak ścisłą korelacją do ilości wypalanych papierosów, ale to właśnie twierdzi. I nie wiem dlaczego nie zbadał w takim razie bliźniaków jednojajowych, którzy statystycznie mają zbliżone IQ.
  11. Ależ, oczywiście, że Mariusz Błoński manipuluje dyskusją. I to jak. Reklama? Zacznijmy od tego, że reklama to nie jest produkt, którym mógłbym się zainteresować, lecz usługa, która jestem zainteresowany. Nie ma najmniejszej możliwości, ażeby ktoś, kto nie myśli o reklamowaniu siebie, się reklamował. Natomiast jest cała masa osób (setki milionów), które ściągają coś tylko dlatego, że istnieje taka możliwość: by sprawdzić. Podobnie istnieje ściąganie tych samych rzeczy po kilkadziesiąt razy. Po drugie - oczywiście, że tak samo jak w przypadku własności intelektualnej, sam fakt, że ktoś, kogo inaczej na to by nie było stać (czy też - stać, go, ale nie jest gotów tyle zapłacić), reklamuje się na google, nie przynosi żadnych strat google. Tutaj jest chytra zagwozdka, że google obciąża np. serwery itp. ale właśnie to nie ma miejsca w przypadku kopiowania danych. Podobnie - wmawia nam się (psychologicznie), że ktoś krząta się wokół naszego fałszu, co również jest bzdurą w przypadku kopiowania danych. Po trzecie - chytrze się wmawia nam sytuację, w której powyższe jednak mogłoby przynieść poważne straty, w związku z tym, że zaangażowane jest tutaj rozumowanie firmowe, a nie jednostkowe. Jakaż to firma nie oszczędziłaby sobie taką możliwością? A to położyłoby tę usługę. Tym czasem psychologia firmy, a psychologia jednostki, to zupełnie różne kwestie (i zupełnie inne stosunki finansowe).
  12. Jak już powiedziano - straty wirtualne. Jurgi już zauważył, że wiele niezależnych wyliczeń jest zupełnie niezgodnych z taką apokaliptyczną propagandą; dodam jeszcze, że istnieją również wyliczenia, które uważają piractwo za czynnik stymulujący. Wiem, to się może wydawać dziwne z polskiej perspektywy, gdzie wiele osób mogłoby kupić, ale ponieważ byłoby to dla nich spore obciążenie, więc ściąga z sieci. Jednak na zachodzie, w stosunku do zarobków, koszta oryginalnego oprogramowania, muzyki, filmów, są - przynajmniej relatywnie - znikome. Co to w ogóle za wyliczenia, na czym one jakoby bazują? Bo wydaje mi się, że po prostu uznano, że spadek zatrudnienia jest proporcjonalny do zmniejszenia zysków. Przecież to bzdura! Mam uwierzyć, że wielkość produkcji, dystrybucji itp. jest w tak ścisłej proporcji do zatrudnienia? Że w zębach dystrybucja po jednej płycie do sklepów nosi? Ciekaw jestem zresztą - bo jakoś takimi danymi się nie chwalą - o ile im produkcja spadła. Badanie tego zjawiska na podstawie dynamiki rynku skorelowanej z piractwem byłoby bardziej sensowne, lecz bardzo trudne. Należy zauważyć, że oba te zjawiska mogą być sprzężone nie tylko w ten sposób, że wzrost piractwa hamuje rozwój rynku, ale i np. wzrost cen płyt w stosunku do zarobków, może powodować rozwój piractwa, a spadek sprzedaży (i już można - nie zauważywszy tego - wyciągnąć całkowicie fałszywy wniosek); podobnie np. jakość produktów przekłada się nie piractwo - jeżeli mamy dwie płyty jednego wykonawcy i jedna zawiera wiele znakomitych utworów, a druga tylko jeden hit na podpuchę, to może to skłonić część osób, które kupiły pierwszą płytę, do ściągnięcia drugiej z sieci. Można by też zbadać - w miejscach w których szybki internet jest udostępniany za darmo - jak ma się wielkość nielegalnego transferu, do zarobków. Dlaczego nikt nie robi takich podstawowych, cząstkowych badań, które umożliwiłyby wreszcie sensowne analizy tego problemu? Problem jest bardzo złożony i łatwo o odwrócenie związku przyczynowo-skutkowego, a tutaj tak - zdaje się - żałośnie propagandowe i naiwne badania.
  13. Przecież od razu widać, że te badania to feministyczne bzdury. Nie chodzi o to, że wnioski są z całą pewnością fałszywe. Chociaż język raczej kierowałby się zasadą ekonomii, to niewykluczone, że pewne wyobrażenia były swego czasu tak silne, że były w stanie nadać priorytet określonym formom. Chodzi o to, że badanie te są bezcelowe. Jeśli ktoś jeszcze zaraz stwierdzi, że należy w związku z tym zmienić nasze przyzwyczajenia, to mnie szlak trafi. Lewackie prądy zniszczyły uniwersytecką myśl humanistyczną. W USA jest to szczególnie widoczne.
  14. PS. I w tym miejscu przyznaję, że przykład z symulatorem zrzucania ze schodów, w tej mierze był nietrafiony. To rzeczywiście byłoby zbyt naznaczone głupotą, ażeby poważnie wpłynęło na psychikę.
  15. czesiu Ja mam problem z logiką? Chyba nie bardzo. Po pierwsze - kolejny raz powielasz błąd logiczny. Załóżmy mamy osoby, które chcą pić Whiskey za 400 zł. i dlatego mamy je na rynku. Czy to oznacza, że nikt inny nie może wpaść w alkoholizm z powodu tego whiskey, mimo, iż wcześniej sam z siebie nie odczuwał potrzeby picia takiego alkoholu? Oczywiście, że NIE! Po drugie - jest wyjątkowo dziwacznym pomysłem sądzić, że człowiek pierwotny marzył o whiskey za 400 zł. Nie sądzisz? I to mi właśnie chodziło - człowiek zaczął tworzyć pornografię z potrzeby wewnętrznego instynktu, ale nie oznacza to, ani tego, że pornografia nie może rozbudzić rozpasania w osobach, którego same z siebie by go w sobie nie wykształciły, ani tego, że nie następuje stopniowa "sublimacja" popędów w bardziej wyszukane (właśnie na bazie pornografii). Oczywiście - pornografia to nie jedyna droga ku temu! Ale bardzo łatwa i szeroko dostępna. Tak samo jak od żytniego piwa wyrabianego chałupniczymi metodami doszliśmy do wysublimowanych drinków za bajońskie sumy. Wpisz sobie w google angielskim odpowiednie hasła i znajdziesz wiele artykułów: od poświęconych grom, po wykazujące związki między akceptacja przemocy w stosunkach seksualnych, a oglądaniem tego typu nagrań. Wyborne. Czyli według Ciebie samo patrzenie ma większą moc wpływu, niż dodatkowo działanie. Nie wiem w jakiej psychologii, może jakiejś marsjańskiej. Oczywiście, że jeśli gra jest groteską, to będzie miała mniejszy wpływ, niż poważny film. Tak samo przemoc w filmach takiego Tarantino również odbieramy z przymrużeniem oka w porównaniu z realistycznym dramatem, który angażuje głębokie odczucia. Ale istnieją zarówno gry jak i filmy, które nie sprawiają wrażenia głupich, lecz - już prędzej - chorobliwych. Tak się składa, że akurat wczoraj trafiłem na artykuł, który dość dobrze to wyjaśnia: http://film.onet.pl/0,0,1602805,1,600,artykul.html Zresztą, co tu dużo mówić. Czym innym jest przemoc w filmach wspomnianego Tarantino, a czymś zupełnie innym w takim "Pewnego razu w Ameryce" (chociaż ten film już dziś tak nie szokuje). I przemoc w growym thrillerze psychologicznym, może być znacznie bliższa tej drugiej, niż pierwszej. M.in. to rozumiem przez realizm. Realistyczne flaki w grze o superbohaterze rodem z komiksu to żaden realizm. Jeśli tak trudno Ci sobie wyobrazić wpływy, to obejrzyj parę filmów ze wspomnianego artykułu.
  16. PS. Wyjaśniając rzecz - myślę - istotną: jestem graczem od czasów Amigi, Pegasusa itp., do tej pory grywam często i namiętnie, w rozmaite gatunki gier. Jak najdalej mi do potępiania tej formy rozrywki. Z drugiej strony - nie jestem ślepo zapatrzonym w gierki maniakiem, którego boli jakakolwiek krytyczna analiza odnośnie możliwych wpływów wirtualnej rozgrywki na psychikę. Tak jak wierzę, że wiele gier potrafi rozwijać zdolności poznawcze człowieka, tak samo jestem gotów się zgodzić, że niektóre gierki mogą mieć negatywny psychologicznie wpływ na mentalność znaczącej statystycznie liczby graczy. Po prostu i za jednym i za drugim mamy naukowe przesłanki.
  17. Ciekawe. Zdaje się jednak, że to samo pisałem tłumacząc Ci, że można - z powodu sytuacji życiowej - być podatnym na wpływy i że współcześnie dotyczy to masy osób. Osób, które nie są genetycznie chore, czy z natury złe, ale są po prostu zaburzone. I możesz twierdzić, że to nie wina gier. Co z tego? Nie jest winą broni atomowej, że może doprowadzić do zagłady ludzkości, ale fakt pozostaje faktem - może! Bo jesteśmy właśnie ludźmi! Chcesz powiedzieć, że od początku istnienia ludzkości istniała potrzeba wysublimowanych alkoholi? Zapewne nie. A więc przemyśl ponownie to, co napisałeś. To akurat jest już całkowita bzdura. Faktem jest, że nie można stwierdzić, że każdy kto zaczął nadużywać alkoholu stanie się agresywny, ale faktem jest również, że człowiek, który nigdy nie przejawiał agresji, może pod wpływem nadużywania alkoholu stać się agresywny. Trochę mniej jednoznacznie wygląda to w przypadku oddziaływania czysto psychologicznego (a nie chemicznego), ale prawdą jest - tak samo - że czasami człowieka niszczy psychologicznie właśnie to, że jest "prawidłowy". Mogą go np. zniszczyć wyrzuty sumienia, kiedy inna osoba - pozbawiona tych wyrzutów - właśnie dzięki temu wyjdzie z danych doświadczeń bez szwanku i zachowa przystosowanie społeczne.
  18. UPDATE: To wszystko są kwestie banalne: fakt, że niesłusznie zarzucano coś Doomowi i że często zrzuca się odpowiedzialność na gry, nie oznacza, że nie istnieje żaden związek przyczynowo-skutkowy między graniem w brutalne gry, a agresją. Podobnie pornografia (pomijając fakt, że była znana już w starożytności), jeśli nie odpowiada za wszelkie parafilie, to nie oznacza to, że nie odpowiada za żadne parafilie. Ściśle biorąc - fakt, że w ogromie przypadków odgrywa poważną rolę w ich rozwoju, jest już dawno dowiedziony. I nie potrzeba być jakoby z urodzenia "skrzywionym", ażeby tego wpływu doświadczyć. Polega on na mechanizmach psychologicznych obecnych w każdym człowieku. Powiedziałbym, że nawet w tym wątku jeden z typowych mechanizmów psychologicznych można zaobserwować, w Twoim zachowaniu: nazywa się on "dysonans poznawczy".
  19. czesiu Jeszcze gdybyś był tak dobry i wykazał, że w przytoczonych przez Ciebie cytatach zachodzą jakieś błędy logiczne. To, że takowe zachodzą w Twoich, pokazałem w niejednym miejscu. Zachodzi różnica między tym, że uważasz jakieś przesłanki za błędne (co nie ma nic wspólnego z logiką), a nielogicznością rozumowania. I Twoje twierdzenia typu: 'piszesz, że słuszne są zarzuty względem gier realistycznych, a przecież sam stwierdziłeś, że znane ci są przykłady zarzutów odnośnie Dooma, a więc mylisz się w sprawie zarzutów odnośnie gier realistycznych' są alogiczne tzn. zawierają błędy we wnioskowaniu. I tutaj nie ma z czym dyskutować. Twierdzenie o formie: hipoteza - A jest X, ale przecież wiele razy niesłusznie twierdzono, że B jest X, a więc A nie jest X; jest i zawsze będzie błędem w rozumowaniu (a tak wygląda Twoje rozumowanie o Doomie). Podobnie twierdzenie o formie: hipoteza - A pociąga za sobą X, ale X istniało już w czasach, kiedy nie zachodziło jeszcze A, a więc A nie pociąga za sobą X; jest tak samo błędem w rozumowaniu (a właśnie w taki sposób rozumowałeś o pornografii).
  20. Wmawiaj sobie dalej wygodne dla Ciebie moje jakoby twierdzenia. Ku Twojej wiadomości: pornografia również istnieje od starożytności. Nic by się jednak nie zmieniło, gdyby nie istniała. Po prostu: to, że A powoduje X, a nie zachodzi A, nie oznacza, że nie zachodzi X, bo może istnieć B, które również X powoduje. Podstawy logiki. Jestem w szczerym szoku. Toż ten zarzut, jest kompletnie alogicznym rozumowaniem. I co Ty mi znowu wmawiasz? Nigdzie nie prowadzę rozumowań "tego typu". Natomiast Twoje twierdzenia skąd bierze się słabość psychiki, są powtarzaniem tego co dopiero masz udowodnić. Jednym słowem - banalny błąd logiczny błędnego koła.
  21. lucky_one PS. Przed chwilą oglądałem program na TVN Turbo, w którym laska prowadząca samochód, opowiadała jakie miała na początku miała myśli związane z jeżdżeniem. Spadające na nią tunele, wyjeżdżające innym pasem samochody z naprzeciwka itp. Owszem - to może być wychowanie, a przynajmniej wkręcenie sobie bzdur z apokaliptycznych artykułów o wypadkach, statystyk drogowych itd. Ale właśnie współcześnie ludzie są "zabijani" psychicznie przez takie rzeczy. I ta kobieta jest niebezpieczeństwem na drodze. Właśnie przez niezgodę z normalnością. Jest to analogiczne do niezgody z normalnością, jaką ktoś może uzyskać w stosunkach międzyludzkich, jeśli bawi się co dzień mordowaniem ludzi na ekranie w realistycznej grze.
  22. lucky_one Nie uwzględniasz jednego: nie trzeba kogoś zabić, czy czegoś realnie (fizycznie) przeżyć, ażeby zaszło coś takiego: Samobójca natomiast, jest człowiekiem niebezpiecznym. Jak każdy człowiek niestabilny emocjonalnie. W sposób uproszczony, na przykładzie zrzucania ze schodów, próbowałem właśnie taki mechanizm opisać. Mechanizm prześladowania przez myśli i skojarzenia. To nie jest tak, że gra wpaja w człowieka mordercę. Wpaja w niego chorobliwe przebiegi myślowe, które mogą zwichrować mu umysł. Z tego punktu widzenia bywa, że właśnie sumienie czyni człowieka złym.
  23. Bo się uczą czego innego? Kolejny raz powtarzasz tezę, której starasz się dowieść.
  24. Nie tylko wierzę, ale pamiętam wiele tego typu przypadków. Twierdzisz jednak coś takiego: wiele razy pomawiano kogoś o zbrodnię, Hitlera oskarża się o zbrodnie, a więc Hitlera się pomawia.
×
×
  • Create New...