Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Tylko widzisz, tu pojawia się problem, z którym nawet najwięksi liberałowie sobie nie dają rady: jak pogodzić tworzenie wolnego rynku usług i jednocześnie kontrolować ceny leków, a raczej: zapobiegać ich nadmiernemu wzrostowi tak, by były w miarę dostępne.

 

Inna rzecz, że leki tak naprawdę muszą tyle kosztować, bo koszt prowadzenia badań klinicznych idzie w grube miliony dolarów, a niekiedy przekracza miliard. Tymczasem testy przedkliniczne i kliniczne leku trwają łącznie 12-14 lat, a patent na niego obowiązuje przez 17 lat od złożenia wniosku. Okazuje się więc, że producent ma tylko 3-5 lat na odrobienie sobie całego miliarda USD i jeszcze wyjście na tym "do przodu". Dziękujmy urzędnikom za takie fajne procedury, bo to oni w dużym stopniu są odpowiedzialni za absurdalneceny leków.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Tylko widzisz, tu pojawia się problem, z którym nawet najwięksi liberałowie sobie nie dają rady: jak pogodzić tworzenie wolnego rynku usług i jednocześnie kontrolować ceny leków, a raczej: zapobiegać ich nadmiernemu wzrostowi tak, by były w miarę dostępne.

 

Jak to nie? Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta: zlikwidować wszelkie dopłaty, ulgi i takie tam. Producent leku ustali jego cenę na takim poziomie, by sprzedać go jak najwięcej za jak najwyższą cenę. Jak każdy inny towar. "Jak najwięcej" i "jak najdrożej" nawzajem się wykluczają, przez co "kontrolują". Konsumenci szukają "jak najtaniej" i cena samodzielnie ukształtuje się na akceptowalnym poziomie. Na pewno będzie to poziom niższy niż w przypadku leków dotowanych przez państwo. Bo w momencie, gdy wpisujemy lek na listę refundowanych to mamy niejako "przymus" jego kupowania z podatków. A coś, co musisz kupić nigdy nie jest tanie.

I nie przekona mnie argument, że ludzie muszą kupować leki, bo chodzi o zdrowie. Dla każdego lekuk znajdziesz jego zamiennik. Oczywiście, może być mniej skuteczny. Ale producent będzie miał wówczas wybór: albo ustali cenę bardziej skutecznego leku na wysokim poziomie i musi się liczyć z tym, że sprzeda go mniej i zarob mniej, albo obniży cenę i sprzeda go więcej, ale może zarobić więcej.

Leki podlegają takim samym prawom rynku jak każdy inny towar. Skoro żywność, która jest daleko bardziej niezbędny towarem niż leki, może podlegać prawom wolnego rynku (no, prawie wolnego. W UE nie mamy wolnego rynku żywności i jest ona zdecydowanie droższa niż w USA, gdzie wpływ państwa na rynek żywności jest znacznie mniejszy), to mogą mu podlegać też leki.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Konsumenci szukają "jak najtaniej" i cena samodzielnie ukształtuje się na akceptowalnym poziomie.

Czyli standardowe frazesy, które w praktyce nijak się sprawdzają. W Stanach nie ma żadnych dopłat, a mimo to leki są dla ogromnej części społeczeństwa zbyt drogie. Tańsze zresztą nie będą, bo firmy też muszą zarobic, a przy obecnych obostrzeniach dot. testów klinicznych leki wcale wiele tańsze być nie mogą, tzn. nie w stopniu, który diametralnie zmieniłby ich dostępność. Także liberalne frazesy w tym wypadku się nie sprawdzają.

Dla każdego leku znajdziesz jego zamiennik.

Kompletna nieprawda.

 

A co do żywności, chyba zapominasz o tym, że na żywność, w przeciwieństwie do leków, nie ma patentów.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Czyli standardowe frazesy, które w praktyce nijak się sprawdzają.

 

Oczywiście, że się sprawdzają. W przypadku KAŻDEGO towaru, który jest regulowany przez państwo jego cena rośnie, a zatem dostępność się zmniejsza. Dlaczego więc z lekami miałoby być inaczej?

Podajesz przykład USA... masz jakieś dane na ten temat? Konkretne liczby?

Bo jestem przekonany, że w USA więcej ludzi stać na najnowsze leki, niż w Polsce.

Policz zresztą, ile w Polsce kosztuje Cię leczenie. Weź przykład swoich rodziców - kilkadziesiąt lat pracy, pomnóż to przez comiesięczne składki, dodaj do tego średnie zyski jakie można osiągnąć inwestując te pieniądze na giełdzie. A teraz policz, ile z tego wykorzystali, a więc po jakiej cenie tak naprawdę kupowali te leki/usługi.

Jak myślisz, co by się stało z ceną chleba, gdyby rząd wyznaczył w każdym mieście kilka piekarń, które będą otrzymywały budżetowe dopłaty i tylko one miałyby prawo dostarczać chleb na rynek?

Lekarstwa podlegają takim samym prawom rynku. Ten, kto ma pieniądze, jest w stanie kupić droższy towar/lekarstwo. I tak jest pomimo wszelkich dopłat i wtrącania się państwa w rynek. Osoba z pieniędzmi będzie miała lepszą opiekę, niż osoba bez pieniędzy. Problem jednak w tym, że państwo wtrącając się w rynek powoduje, że ceny rosną dla wszystkich. A więc cierpią na tym osoby z mniejszą liczbą pieniędzy.

Wiem, że R&D w medycynie są drogie. Ale drogie są też R&D w IT, a mimo to cena produktu końcowego jest niższa. Problem w tym, że ochrona zapeniana przez państwo pewnym działom gospodarki powoduje, iż są one nieefektywne. Bez tej ochrony (koncesje, pozwolenia, zezwolenia, rejestracje itp. itd. - czyli to wszystko, co utrudnia wejście na rynek starupom) działające na rynku firmy musiałyby obniżyć koszty, zaczęłyby konkurować ceną. Obecnie konkurują dojściami do kieszeni urzędników i polityków.

 

Skoro twierdzisz, że w USA sytuacja jest gorsza, bo tam ponoć nie ma dopłat, to wyjaśnij mi, jak to się dzieje, że sytuacja gorsza, ale poziom opieki medycznej wyższy?

 

Ja rozumiem, że jesteś zwolennikiem dopłat i państwowych regulacji. Ale to wynika zapewne z faktu, że jest to jakby "twój" rynek. Na podobnej zasadzie szewcy, piekarze, górnicy czy murarze uważają, że ich zawód jest wyjątkowy, nie podlega prawom rynku i bardzo chętnie widzieliby dofinansowywanie. Tylko co z tymi, którzy muszą za to płacić?

Share this post


Link to post
Share on other sites
Bo jestem przekonany, że w USA więcej ludzi stać na najnowsze leki, niż w Polsce.

Dobrze wiemy jak wygląda lecznictwo w Polsce. Chociażby sam fakt dotyczący leczenia SM. Na świecie pojawiają się już nowe, skuteczniejsze leki na stwardnienie rozsiane... tymczasem w Polsce dla chorych nie zostały udostępnione leki, które na świecie funkcjonują już od 16 lat(!) szkoda słów ::P

Share this post


Link to post
Share on other sites
Podajesz przykład USA... masz jakieś dane na ten temat? Konkretne liczby?

http://www.fiercepharma.com/story/europe-pays-40-less-drugs-u-s/2009-07-08 wystarczy? Jakoś się Twoja idealistyczna wersja kiepsko sprawdza - jest wolny rynek, a ceny wyżśze.

Policz zresztą, ile w Polsce kosztuje Cię leczenie. Weź przykład swoich rodziców - kilkadziesiąt lat pracy, pomnóż to przez comiesięczne składki, dodaj do tego średnie zyski jakie można osiągnąć inwestując te pieniądze na giełdzie.

Mieszasz cenę opieki i cenę leków.

Lekarstwa podlegają takim samym prawom rynku.

Nie podlegają ze względu na bardzo nietypowy charakter produktu oraz na prawo patentowe. Patent na lek de facto jest często patentem na życie, czego zaślepione oczy liberałów nie dostrzegają.

Problem jednak w tym, że państwo wtrącając się w rynek powoduje, że ceny rosną dla wszystkich.

Co szczególnie dobrze widać to po Stanach ;D

Wiem, że R&D w medycynie są drogie. Ale drogie są też R&D w IT, a mimo to cena produktu końcowego jest niższa.

Tylko dlatego, że komputery są produktami znacznie bardziej masowymi.

Bez tej ochrony (koncesje, pozwolenia, zezwolenia, rejestracje itp. itd. - czyli to wszystko, co utrudnia wejście na rynek starupom) działające na rynku firmy musiałyby obniżyć koszty, zaczęłyby konkurować ceną.

Najlepiej wprowadzajmy leki bez testów klinicznych, wtedy będzie dopiero wesoło.

Skoro twierdzisz, że w USA sytuacja jest gorsza, bo tam ponoć nie ma dopłat, to wyjaśnij mi, jak to się dzieje, że sytuacja gorsza, ale poziom opieki medycznej wyższy?

Czyżby dlatego, że kasa przeznaczona na tamten system jest rekordowo wielka i niewspółmierna do jakiegokolwiek kraju świata? I czyżby dlatego, że wbrew temu, co się Tobie wydaje, w rzeczywistości niemal cała medyczna wiedza akademicka powstaje w tym kraju dzięki budżetom państwowych NSF, DoE, NIH i paru innych?

Ja rozumiem, że jesteś zwolennikiem dopłat i państwowych regulacji.

A napisałem to gdzieś? Ja napisałem jedynie tyle, że wcale nie jest prawdą, że na wolnym rynku leki są automatycznie tańsze. Bo wcale nie są.

Share this post


Link to post
Share on other sites

http://www.fiercepharma.com/story/europe-pays-40-less-drugs-u-s/2009-07-08 wystarczy? Jakoś się Twoja idealistyczna wersja kiepsko sprawdza - jest wolny rynek, a ceny wyżśze.

 

Przeczytaj uważnie to, co jest napisane w linku, który podałeś. Bo są tam dwie ważne informacje:

1. różnica dotyczy starszych leków, a więc jeśli chodzi o najnowsze metody leczenia, to jej nie ma;

2. różnica spowodowana jest obecnością generyków na europejskich rynkach, co oznacza, że tych generyków nie ma w USA. Pytanie brzmi: producenci generyków sami rezygnują z najbogatszego rynku na świecie, czy też RZĄDOWE REGULACJE powodują, że generyków nie ma w USA?

3. nie jest też jasne, co wzięto pod uwagę licząc cenę. Czy tylko to, co bezpośrednio musi zapłacić klient? Bo jeśli tak, to szacunki można sobie rozbić.... Przecież za leki refundowane też płaci pacjent, ale płaci nie bezpośrednio, a więc cały system jest droższy, bo trzeba opłacić urzędników zajmujących się przekazywaniem pieniędzy.

 

Reasumując: podany przykład to głos za wolnym rynkiem leków.

 

Mieszasz cenę opieki i cenę leków.

 

Jedno z drugim jest nierozerwalnie związane. Państwo zabierając podatki "na opiekę zdrowotną" zabiera w nich również na leki. Policz, ile przeciętny Polak wydaje na lekarzy, a ile naprawdę korzysta. Wtedy uzyskasz cenę opieki lekarskiej w PL.

 

Nie podlegają ze względu na bardzo nietypowy charakter produktu oraz na prawo patentowe. Patent na lek de facto jest często patentem na życie, czego zaślepione oczy liberałów nie dostrzegają.

 

Patenty funkcjonują we wszysktich dziedzinach gospodarki i wszystkie one podlegają prawom rynku.

 

Co szczególnie dobrze widać to po Stanach ;D

 

Patrz pkt. 1

 

Tylko dlatego, że komputery są produktami znacznie bardziej masowymi.Najlepiej wprowadzajmy leki bez testów klinicznych, wtedy będzie dopiero wesoło.

 

Tak sądzisz? Uważasz, że więcej osób w Polsce kupiło komputer niż kupiło leki? To się gruuubo mylisz.

I nie mówię o wprowadzaniu leków bez badań. Wyżej masz informację o tym, że w PL nie są dostępne leki najnowszej generacji na SM. Co oznacza, że nasz kraj świadomie skazuje obywateli na kalectwo. Jeśli nie są one dostępne dlatego, że nie zostały zarejestrowane, to dlaczego nie mam prawa na własne ryzyko sprowadzić sobie takiego leku z kraju, w którym jest on zarejestrowany? Tylko dlatego mam ryzykować zdrowie i życie, bo jakiś urzędas powoli papierki przekłada? To jest normalne?

 

Czyżby dlatego, że kasa przeznaczona na tamten system jest rekordowo wielka i niewspółmierna do jakiegokolwiek kraju świata?

 

Czyżby to była pochodna tego, że ich po prostu stać na takie wydatki? A czyż ich bogactwo nie wynika z tego, że ich rządy tradycyjnie mniej wtrącają się w rynek? A zatem.... mniejsze wtrącanie się rządu w rynek skutkuje większym bogactwem społeczeństwa, co skutkuje lepszą opieką zdrowotną.

I kółko się zamyka liberalizm=bogactwo=zdrowie

 

Ja napisałem jedynie tyle, że wcale nie jest prawdą, że na wolnym rynku leki są automatycznie tańsze. Bo wcale nie są.

 

Każdy towar na wolnym rynku jest tańszy. Leki też.

Share this post


Link to post
Share on other sites
1. różnica dotyczy starszych leków

Bo na nowe są patenty, a więc pewna forma licencji. Tyle tylko, że jak na ironię, patenty generalnie popierasz.

a więc jeśli chodzi o najnowsze metody leczenia, to jej nie ma;

Ale wcześniej amerykańscy podatnicy zrzucają się na granty badawcze na badania nad nowymi lekami. A jeśli cena rynkowa ma być potem taka sama, to wychodzi na to, że jednak Amerykanie przepłacją, bo płacą za ten lek dwa razy: raz zrzucając się na badania i drugi raz, płacąc w aptece.

Pytanie brzmi: producenci generyków sami rezygnują z najbogatszego rynku na świecie, czy też RZĄDOWE REGULACJE powodują, że generyków nie ma w USA?

Tak jak już mówiłem, te "rządowe regulacje" to po prostu patenty, których sam wielokrotnie broniłeś. Strzał we własną stopę :P

3. nie jest też jasne, co wzięto pod uwagę licząc cenę. Czy tylko to, co bezpośrednio musi zapłacić klient?

Z pewnością nie, bo gdyby to liczono, nigdy nie uzyskanoby 40%, tylko średnią na poziomie dobrych 70%

Reasumując: podany przykład to głos za wolnym rynkiem leków.

Jak widać, nie bardzo.

Jedno z drugim jest nierozerwalnie związane. Państwo zabierając podatki "na opiekę zdrowotną" zabiera w nich również na leki.

Zawiera, ale nie jest równoznaczne.

Patenty funkcjonują we wszysktich dziedzinach gospodarki i wszystkie one podlegają prawom rynku.

ale jednocześnie blokują powstawanie generyków, więc jakoś kiepsko się Twoja teoria trzyma.

Tak sądzisz? Uważasz, że więcej osób w Polsce kupiło komputer niż kupiło leki? To się gruuubo mylisz.

Na pewno więcej osób kupiło komputer, niż Herceptin, Avastin, Epogen czy choćby stosunkowo tani Gleevec.

I nie mówię o wprowadzaniu leków bez badań.

Ależ oczywiście, że mówisz, bo burzysz się przeciwko licencjom rządowym i innym takim. Tymczasem prawda jest taka, że ze strony rządu jedyne ograniczenia, jakie są, to konieczność przejścia testów klinicznych i nienaruszania patentów należących do innych firm.

Jeśli nie są one dostępne dlatego, że nie zostały zarejestrowane, to dlaczego nie mam prawa na własne ryzyko sprowadzić sobie takiego leku z kraju, w którym jest on zarejestrowany?

Ależ oczywiście, że masz prawo. Warto poczytać nieco o rynku leków, zanim się zabiera za dyskusję :D

A zatem.... mniejsze wtrącanie się rządu w rynek skutkuje większym bogactwem społeczeństwa, co skutkuje lepszą opieką zdrowotną.

I droższymi lekami, bo obowiązują patenty.

I kółko się zamyka liberalizm=bogactwo=zdrowie

Jakbym czytał Gomułkę, tylko hasła troszkę inne. Fanatyzm nawet w imię słusznej idei to mało ciekawa postawa.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Bo na nowe są patenty, a więc pewna forma licencji. Tyle tylko, że jak na ironię, patenty generalnie popierasz.

 

Podobnie jak w Europie. Dlaczego więc generyki trafiają do Europy, a do USA nie? Jedyne wyjaśnienie: rząd blokuje.

 

 

Ale wcześniej amerykańscy podatnicy zrzucają się na granty badawcze na badania nad nowymi lekami. A jeśli cena rynkowa ma być potem taka sama, to wychodzi na to, że jednak Amerykanie przepłacją, bo płacą za ten lek dwa razy: raz zrzucając się na badania i drugi raz, płacąc w aptece.

 

Jeśli masz na myśli "zrzucanie się" w formie finansowania badań przez państwo, to i tak są w lepszej sytuacji niż Europejczycy, którzy płacą na badania, na leki i na dopłaty do leków.

 

Tak jak już mówiłem, te "rządowe regulacje" to po prostu patenty, których sam wielokrotnie broniłeś. Strzał we własną stopę :P

 

Rządowe regulacje w przypadku generyków na które patenty wygasły to blokady celne i prawne - nie patenty. Jeśli przyczyną różnicy pomiędzy USA i Europą byłoby działanie rynku, to różnica ta błyskawicznie by zanikła. Po prostu w USA masowo pojawiłyby się firmy, które zarabiałyby na ściąganiu leków z Europy i sprzedaży ich na tamtejszym rynku. Skoro się nie pojawiają, to mamy do czynienia z jedną z następujących sytuacji:

 

1. leków nie można transportować lub też tracą one podczas transportu znacznie na wartości,

2. koszy transportu są tak wysokie, że całość jest nieopłacalna,

3. przeszkadzają czynniki pozarynkowe, czyli rząd.

 

Punkty 1 i 2 są nieprawdziwe. Wnioski wyciągniesz sam.

 

Z pewnością nie, bo gdyby to liczono, nigdy nie uzyskanoby 40%, tylko średnią na poziomie dobrych 70%

 

Skąd ta pewność? W artykule nie masz żadnych wskazówek. Równie dobrze ja mógłbym stwierdzić, że z pewnością liczono tylko to, co klient płaci bezpośrednio, a więc w rzeczywistości leki są droższe.

 

Na pewno więcej osób kupiło komputer, niż Herceptin, Avastin, Epogen czy choćby stosunkowo tani Gleevec.

 

No to teraz policzmy, ile te leki mogą kosztować w USA i w Europie (może zrozumiesz, o co chodzi z tym państwowym przymusem. Wyobraźmy sobie, że opakowanie każdego z tych leków kosztuje 1000 USD. Amerykanin idąc do apteki płaci za to opakowanie 1000 USD. A ile płaci Europejczyk? Ano w aptece zapłaci np. 200 USD. Problem jednak w tym, że aby on mógł zapłacić 200 USD to inni Europejczycy musieli dodać do tego jeszcze 1000 USD. Bo firma farmaceutyczna wycenia ten lek na 1000 USD i tyle za niego otrzymuje. Jednak Europejczycy nie dają tej kasy bezpośrednio firmie, a urzędnikom, których usługi też kosztują (wynagrodzenia, tworzenie miejsc pracy, tworzenie odpowiednich przepisów, koszty obsługi samego przekazywania pieniędzy, koszty afer korupcyjnych, pomyłek księgowych itp. itd.). Przecież dobrze sobie zdajesz sprawę z tego, że cała obsługa związana z czymkolwiek (a więc też i z rynkiem leków) kosztuje. Pieniądze te muszą zostać wydane. Zanim więc lek trafi do pacjenta należy wydać sporo pieniędzy na to "trafianie". W sumie więc Europejczycy płacą 1000 USD za lek + 200 USD za obsługę związaną z tym, by lek był "tani". Więc ten "tani" lek kosztuje 1200 USD. A to więcej niż 1000 USD, prawda?

 

 

Tymczasem prawda jest taka, że ze strony rządu jedyne ograniczenia, jakie są, to konieczność przejścia testów klinicznych i nienaruszania patentów należących do innych firm.

 

I rządy nie stosują żadnych innych ograniczeń tak? Żadnych ceł, zezwoleń, licencji, nic? Wystarczy, że firma A udowodni np. na Islandii, że lek działa i jest bezpieczny, a wówczas będzie mogła go bez najmniejszych problemów sprzedawać w Polsce?

 

Ależ oczywiście, że masz prawo. Warto poczytać nieco o rynku leków, zanim się zabiera za dyskusję

 

Serio? Mogę sobie sprowadzić dowolny lek zarejestrowany w dowolnym kraju na świecie? Jak dobrze być Polakiem. Nie wszystkim Europejczykom jest jednak tak dobrze:

"Colette Mills has been condemned to death by the NHS. We should pay attention to her story now, because one day it could very well be our own. Mrs Mills, a former nurse who has breast cancer, was told back in September that her local hospital trust would not pay for Avastin, a drug which would double the time her disease was kept under control. Colette, 58, and her husband Eric, said they would buy the Avastin out of their savings. Imagine their shock when they learned that, if they purchased the drug, the mother-of-two would have to pay for all her future NHS care - to the tune of £15,000 a month. Health Secretary Alan Johnson has ruled that patients can no longer combine private and NHS care as this creates a "two-tier" system."

 

Widzisz, do czego prowadzi przymusowa służba zdrowia? Do sytuacji, ze mimo płaconych składek nie pozwolą Ci kupić leku, a jednocześnie uniemożliwią jego kupno na własną rękę. W prasie znajdziesz wiele podobnych historii, gdy przymusowy klient przymusowej służby zdrowia nie mógł kupić lepszych leków, bądź musiał o to prawo walczyć sądownie.

 

Tak sobie sprawdziłem Avastin o którym wspomniałeś. Pewnie źle szukałem, ale gdy wpisałem "buy Avastin" od razu znalazłem witryny z USA i Kanady, gdzie mogę go kupić. Natomiast jakoś nie znalazłem witryny w Wielkiej Brytanii.

 

Jakbym czytał Gomułkę, tylko hasła troszkę inne. Fanatyzm nawet w imię słusznej idei to mało ciekawa postawa.

 

Gomułka raczej wspierał proponowany przez Ciebie model służby zdrowia. no, ale mogę się mylić :D

Share this post


Link to post
Share on other sites

.Ależ oczywiście, że masz prawo. Warto poczytać nieco o rynku leków, zanim się zabiera za dyskusję :P

 

Wiesz, tak z głupia frant postanowiłem sprawdzić. I wyszło, że chyba nie ja powinienem czytać.

 

Czytaj zatem:

 

"Do obrotu dopuszczone są bez konieczności uzyskania pozwolenia produkty lecznicze, sprowadzane z zagranicy, jeżeli:

a) ich zastosowanie jest niezbędne dla ratowania życia lub zdrowia pacjenta,

:D dany produkt leczniczy jest dopuszczony do obrotu w kraju, z którego jest sprowadzany,

c) posiada aktualne pozwolenie dopuszczenia do obrotu w kraju, z którego jest sprowadzany,

d) nie może być zarejestrowany w Polsce odpowiednik z tą samą substancją czynną.

 

Podstawą sprowadzenia produktu leczniczego jest:

⇒ zapotrzebowanie szpitala, albo

⇒ zapotrzebowanie lekarza prowadzącego leczenie poza szpitalem, potwierdzone przez konsultanta z danej dziedziny medycyny.

 

Nie dopuszcza się do obrotu bez konieczności uzyskania pozwolenia produktów leczniczych sprowadzanych z zagranicy, w odniesieniu do których:

a) Minister Zdrowia wydał decyzję o odmowie wydania pozwolenia, odmowie przedłużenia okresu ważności pozwolenia;

:D Zawierających tę samą lub te same substancje czynne, tę samą dawkę i postać, co produkty lecznicze, które otrzymały pozwolenie."

 

Ponadto:

 

"Sprowadzeniem leku zajmuje się apteka i to ona określa czas oczekiwania. Minister Zdrowia wydaje jedynie zezwolenie na sprowadzenie danego leku z zagranicy w ramach importu docelowego i nie ma wpływu na szybkość jego sprowadzenia. "

 

Czyli, jak jasno widzisz, nie możesz sobie swobodnie sprowadzić leków z zagranicy. Potrzebujesz zezwoleń, pozwoleń, papierków, konsultacji, dobrej woli itp. itd.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Akurat ze sprowadzaniem leków ponoć nie jest tak łatwo. Ostatnio mówili w TV o braku leku na jakieś schorzenie z powodu zaprzestania produkcji w Polsce. Pacjentom została podana sugestia aby sprowadzać odpowiednik z Czech, jednak cały proces okazuje się być kosztowny/czasochłonny.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Czyli, jak jasno widzisz, nie możesz sobie swobodnie sprowadzić leków z zagranicy.

Nigdzie nie napisałem, że możesz to sobie robić na własne życzenie tylko dlatego, że masz ochotę. Warto jednak pomyśleć, dlaczego tak jest.

 

Chodzi o to, żeby nie sprowadzać leków bez powodu. Trudno bowiem kontrolować konsekwencje brania leku, który nie został przetestowany w lokalnych warunkach. Dlatego też musi istnieć konkretna potrzeba i konkretny powód, by taki lek sprowadzić.

Share this post


Link to post
Share on other sites
Podobnie jak w Europie. Dlaczego więc generyki trafiają do Europy, a do USA nie? Jedyne wyjaśnienie: rząd blokuje.

Nie pytaj mnie, dlaczego, ale zapewniam Cię, że do dopuszczenia generyku na rynek wystarczy wykazać, że jest równoważny z oryginałem. Osobiście obstawiałbym raczej, że sam biznes blokuje.

Jeśli masz na myśli "zrzucanie się" w formie finansowania badań przez państwo, to i tak są w lepszej sytuacji niż Europejczycy, którzy płacą na badania, na leki i na dopłaty do leków.

Błąd. Europejczycy płacą znacznie, ZNACZNIE mniej na badania, a podatnicy z USA zrzucają się na cały świat.

No to teraz policzmy, ile te leki mogą kosztować w USA i w Europie (może zrozumiesz, o co chodzi z tym państwowym przymusem.
W sumie więc Europejczycy płacą 1000 USD za lek + 200 USD za obsługę związaną z tym, by lek był "tani". Więc ten "tani" lek kosztuje 1200 USD. A to więcej niż 1000 USD, prawda?
Skąd ta pewność? W artykule nie masz żadnych wskazówek.
I rządy nie stosują żadnych innych ograniczeń tak? Żadnych ceł, zezwoleń, licencji, nic? Wystarczy, że firma A udowodni np. na Islandii, że lek działa i jest bezpieczny, a wówczas będzie mogła go bez najmniejszych problemów sprzedawać w Polsce?

Dopuszczenie leku do użytku w dowolnym kraju UE automatycznie oznacza dopuszczenie go do obrotu w całej UE.

"Colette Mills has been condemned to death by the NHS.(...) if they purchased the drug, the mother-of-two would have to pay for all her future NHS care - to the tune of £15,000 a month.

Dziwisz się? Oczekujesz, że sprowadzi się lek, którego jeszcze w danym kraju nie przetestowano, a potem weźmie się na siebie pełną odpowiedzialność za losy pacjenta? Gdyby tak zrobiono, to dopiero byłby socjalizm!

Widzisz, do czego prowadzi przymusowa służba zdrowia? Do sytuacji, ze mimo płaconych składek nie pozwolą Ci kupić leku

Nie pozwolą? Przecież napisano, że pozwalają.

Tak sobie sprawdziłem Avastin o którym wspomniałeś. Pewnie źle szukałem, ale gdy wpisałem "buy Avastin" od razu znalazłem witryny z USA i Kanady, gdzie mogę go kupić. Natomiast jakoś nie znalazłem witryny w Wielkiej Brytanii.

Kupić, a móc skorzystać na mocy umowy z ubezpieczycielem, to absolutnie nie to samo.

Gomułka raczej wspierał proponowany przez Ciebie model służby zdrowia. no, ale mogę się mylić :P

Mówię o fanatycznym stylu wypowiedzi.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Ostatnie badania wykazały, że osoby z otyłością i nadwagą są podatne na insulinooporność mózgu. Naukowcom z Uniwersytetu w Tybindze zależało więc na sprawdzeniu, czy ćwiczenia mogą poprawić insulinowrażliwość i funkcjonowanie poznawcze w tej grupie osób.
      Zespół dr Stephanie Kullman zebrał grupę 22 osób prowadzących siedzący tryb życia. Wszyscy mieli nadwagę bądź otyłość (średni wskaźnik masy ciała, BMI, wynosił 31). Ochotnicy wzięli udział w 8-tygodniowym programie treningowym, w którym uwzględniono m.in. jazdę na rowerze i marsz. Skanowanie mózgu miało miejsce przed i po interwencji. Funkcje mózgu mierzono przed i po donosowym podaniu insuliny. Naukowcy badali także nastrój, funkcje poznawcze i metabolizm obwodowy.
      Okazało się, że choć program ćwiczeń doprowadził jedynie do marginalnej utraty wagi, funkcje mózgu ważne dla metabolizmu znormalizowały się po zaledwie 8 tygodniach. Ćwiczenia zwiększyły np. miejscowy przepływ krwi w zależnych od dopaminy regionach kontroli motorycznej i procesów nagrody.
      Insulinowrażliwość wzrosła zwłaszcza w prążkowiu; reakcja mózgu osoby otyłej przypominała po 8 tygodniach odpowiedź człowieka z prawidłową masą ciała. Co ciekawe, im więcej ktoś stracił tłuszczu brzusznego, tym większa była poprawa funkcji mózgu.
      Ochotnicy wspominali też o poprawie nastroju i zdolności przełączania między zadaniami, co wskazuje na poprawę funkcji wykonawczych.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Powszechnie uważa się, że globalna epidemia otyłości jest napędzana przez obszary miejskie. Jednak najnowsze zakrojone na szeroką skalę badania pokazują, że to przybieranie na wadze mieszkańców wsi jest głównym czynnikiem stojącym za tą epidemią.
      Urbanizacja jest postrzegana jako główny czynnik wzrostu otyłości. Problem jednak w tym, że związek pomiędzy urbanizacją a otyłością badano głównie na podstawie BMI ludności w momencie zbierania danych. Nie badano dotychczas dynamiki zmian BMI osobno dla terenów miejskich i wiejskich.
      Przekonanie o tym, że jest to problem miast ma swoje uzasadnienie. W miastach dostęp do żywności jest znacznie większy i łatwiejszy niż na wsiach. Mieszkańcy miast mają też do wyboru olbrzymią różnorodność wysoce przetworzonej żywności, bogatej w sól, cukier i tłuszcze nasycone. Ponadto wiele ubogich obszarów miejskich jest określanych mianem żywieniowych pustyń, gdyż tamtejsi mieszkańcy mają w swojej okolicy dostęp wyłącznie do taniej, wysoko przetworzonej, powodującej otyłość żywności. Z kolei obszary wiejskie to inny rodzaj żywnościowej pustyni. Są one postrzegane jako miejsca, gdzie ludzie spożywają przede wszystkim to, co sami wyhodują i mają mniejszy dostęp do żywności wysoko przetworzonej. Jakby jeszcze tego było mało mieszkańcy miast mają lepszy dostęp do transportu, telewizji kablowej, kin, teatrów, internetu i smartfonów, a więc mają większy wybór rozrywek niewymagających aktywności fizycznej. Dodatkowo z większym prawdopodobieństwem zawód wykonywany przez przeciętnego mieszkańca miasta wiąże się z mniejszym wysiłkiem fizycznym, niż zajęcie przeciętnego mieszkańca wsi.
      Wszystkie te czynniki powodują, że to miasta uważa się za miejsca napędzające epidemię otyłości.
      I rzeczywiście, badania prowadzone w krajach o niskich dochodach, jak Chiny, wykazywały, że dieta mieszkańców miast znacząco różni się od diety mieszkańców wsi, a w ciągu ostatnich dwóch dekad zmiana nawyków żywieniowych wśród zamieszkujących miasta Chińczyków wywołała tam epidemię otyłości i powiązanych z nią chorób.
      Zaczęły się jednak pojawiać badania, które sugerowały, że poziomy nadwagi i otyłości na terenach wiejskich, nawet w krajach o niskich i średnich dochodach, rosną szybciej niż w miastach. Miało się tak dziać z tego powodu, że do wsi dotarły źródła nowoczesnej żywności, poprawił się transport, a coraz więcej prac jest wykonywanych za pomocą maszyn. Coraz częściej z badań wynikało, że wysoko przetworzona żywność pojawia się w menu wiejskiej biedoty i są nią karmione nawet niemowlęta. Mimo to polityki krajów i organizacji międzynarodowych były skupione na walce z otyłością w miastach, gdyż wsie uważano za miejsca, gdzie ludzie są raczej narażeni na głód czy niedobór składników odżywczych, niż na otyłość.
      Właśnie opublikowano przełomowe badania przeprowadzone przez NCD Risk Factor Collaboration (NCD-RisC). To ogólnoświatowa sieć naukowców specjalizujących się w zagadnieniach zdrowotnych, której celem jest dostarczanie szczegółowych, wiarygodnych danych na temat chorób niezakaźnych oraz analiza danych i ich opracowywanie. Najnowsze badania są przełomowe w tym znaczeniu, że po raz pierwszy zebrano dane z niemal wszystkich krajów świata i na tej podstawie przeanalizowano trendy odnośnie zmian BMI ludzkości.
      Okazało się, że w krajach o wysokich dochodach poziom nadwagi i otyłości na wsiach jest wyższy niż w miastach. Z kolei w krajach o niskich i średnich dochodach dynamika zmian BMI ludności wiejskiej jest tak duża, że wkrótce będziemy obserwowali tam zjawisko podobne do tego, zauważonego właśnie w krajach bogatych – z nadwagą i otyłością będzie się zmagał większy odsetek mieszkańców wsi niż miast.
      Głód i niedożywienie na wsiach są szybko zastępowane przez nadwagę i otyłość. Wyjątkiem są tutaj Afryka Subsaharyjska, Azja Południowa i niektóre kraje w innych regionach świata.
      Badania przeprowadzone przez NCD-RisC są niezwykle ważne, gdyż globalne wysiłki walki z otyłością są nakierowane na miasta. Na przykład w Ameryce Południowej w ramach zwalczania epidemii nadwagi i otyłości przystosowuje się ulice w miastach tak, by zachęcały do poruszania się pieszo lub rowerem, również budynki projektowane są w taki sposób, by ich użytkownicy jak najwięcej chodzili, powstaje coraz więcej miejskich terenów aktywności fizycznej, władze współpracują ze sklepami, zachęcając je do sprzedaży zdrowszej żywności. Ludności wiejskiej działania takie niemal nie obejmują.
      Na potrzeby najnowszych badań naukowcy skupieni w NCD-RisC przeanalizowali 2009 badań populacyjnych, które objęły ponad 112 milionów dorosłych osób z 200 krajów. Pod uwagę wzięto lata 1985–2017, a analizy dokonano pod kątem miejsca zamieszkania badanych. Okazało się, że w badanym okresie ludność wiejska odpowiadała za 55% globalnego wzrostu średniego BMI. Natomiast w niektórych regionach o niskich i średnich dochodach odsetek ten rósł do ponad 80%. Zauważono, że – z wyjątkiem kobiet w Afryce Subsaharyjskiej – BMI ludności wiejskiej z regionów o niskich i średnich dochodach, rośnie szybciej niż BMI ludności miejskiej z tych regionów. Zjawisko to spowodowało, że odsetek osób z nadwagą i otyłych w miastach i wsiach się wyrównał, a w niektórych miejscach jest już wyższy na wsiach. Z kolei w krajach o wysokich dochodach odsetek osób z nadwagą i otyłych jest na wsiach stale wyższy niż w miastach, szczególnie wśród kobiet.
      W latach 1985–2017 odsetek ludności żyjącej w miastach wzrósł z 41% do 55%. W tym samym czasie średnie BMI ludzkości zwiększyło się w przypadku kobiet z 22,6 do 24,7, a w przypadku mężczyzn z 22,2 do 24,4. Wzrost średniego BMI wyniósł w przypadku mieszkańców wsi 2,09 dla kobiet i 2,10 dla mężczyzn, a w przypadku mieszkańców miast było to 1,35 dla kobiet i 1,59 dla mężczyzn. Rozpiętość wzrostu BMI z podziałem na kraje wahała się od niewielkich wzrostów w 12 krajach Europy oraz regionu Azji i Pacyfiku po wzrost o ponad 5 punktów BMI wśród mieszkanek Egiptu i Hondurasu. W badanym okresie najmniejsze średnie BMI zaobserwowano w 1985 roku wśród kobiet mieszkających na wiejskich terenach Bangladeszu (średnie BMI t0 17,7) oraz wśród mężczyzn mieszkających na etiopskich wsiach (BMI 18,4). Z kolei z największym średnim BMI mieliśmy do czynienia w 2017 roku wśród mieszkańców Amerykańskiego Samoa, gdzie wynosiło ono 35,4 dla kobiet mieszkających w miastach i 34,6 dla mężczyzn zamieszkujących wsie.
      W roku 1985 kobiety i mężczyźni mieszkający w miastach w krajach wschodnich, południowych i południowo-wschodnich części Azji, Oceanii, Ameryki Łacińskiej, centralnej Azji, Bliskiego Wschodu i północnej Afryki mieli większe średnie BMI od swoich rodaków mieszkających na wsiach. Różnica ta wynosiła średnio 3,25 BMI dla kobiet i 3,05 dla mężczyzn. Jednak do roku 2017, jako że średnie BMI znacznie szybciej rosło na wsiach, różnice te wszędzie zmniejszyły się o co najmniej 40%, a w 14 krajach, w tym w Armenii, Chile, Jordanii, Malezji, Turcji, na Jamajce i Tajwanie doszło do odwrócenia tego zjawiska wśród kobiet i mieszkanki wsi mają wyższe średnie BMI. Wśród mężczyzn średnie BMI również szybciej rośnie na wsiach, jednak jeszcze nie przekroczyło średniej z terenów miejskich.
      W badanym okresie zaobserwowano coraz większą mechanizację prac na wsi, zmechanizowanie transportu oraz dotarcie na wieś oferty międzynarodowych koncernów spożywczych sprzedających wysoko przetworzoną żywność bogatą w węglowodany i cukry.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Carolyn Ross z Uniwersytetu Stanowego Waszyngtonu znalazła sposób na to, by pokarmy były odbierane jako słone, a jednocześnie zawierały mniej chlorku sodu.
      To podstępne podejście, nic w rodzaju kupowania opcji o obniżonej zawartości soli, która zazwyczaj ludziom nie odpowiada.
      Amerykanie przyglądali się mieszankom, które mają w składzie mniej chlorku sodu i zawierają inne sole, np. chlorek potasu i wapnia. Żadna z nich nie ma niekorzystnego wpływu na zdrowie, a potas może nawet pomóc obniżyć ciśnienie. Niestety, nie są one zbyt smaczne...
      Szczególnie chlorek potasu jest mocno gorzki i ludzie naprawdę go nie lubią - podkreśla Ross.
      Naukowcy skorzystali z pomocy panelu testerów i uniwersyteckiego elektronicznego języka, by ustalić, ile można dodać zastępnika, zanim ludzie stwierdzą, że jedzenie nie nadaje się do spożycia.
      Niektóre grupy panelistów próbowały różnych roztworów soli, innym podawano doprawioną nimi zupę pomidorową.
      Okazało się, że przy wykorzystaniu wszystkich trzech soli najlepszym rozwiązaniem była mieszanka złożona z 96,4% chlorku sodu, 1,6% chlorku potasu i 2% chlorku wapnia. Ilość chlorku sodu można było zmniejszyć w jeszcze większym stopniu, gdy jako zastępnik stosowano sam CaCl2; w tym przypadku akceptowalny stosunek wynosił 78% NaCl do 22% CaCl2.
      To połączenie dwóch soli nie różniło się znacząco w porównaniu ze 100% NaCl. Gdy jednak dodaliśmy chlorek potasu, akceptacja konsumentów spadała.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Nie jest tajemnicą, że ubożsi Amerykanie są bardziej narażeni na otyłość i cukrzycę. Od dawna jest znana negatywna korelacja pomiędzy przychodami gospodarstwa domowego, a wagę i zachorowaniem na cukrzycę. Jednak, jak donosi brytyjsko-amerykański zespół naukowy, ta korelacja pojawiła się przed zaledwie 30 laty.
      Od roku 1990 wzrost liczy osób otyłych i chorujących na cukrzycę jest największy w najbiedniejszych regionach USA, mówi Alexander Bentley z University of Tennessee. A wzrost ten jest skorelowany z upowszechnieniem się syropu glukozowo-fruktozowego, dodawanego do żywności. Tymczasem jeszcze przed 100 laty otyłość była czymś niezwykle rzadkim w krajach rozwiniętych.
      Bentley i jego zespół przeanalizowali dane z CDC dotyczące otyłości, poziomu aktywności fizycznej, dochodów oraz cukrzycy. Z kolei z danych zebranych w ramach Food Access Research Atlas dowiedzieli się, jaka jest dostępność do samochodów i jaka odległość od supermarketów i wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych.
      Analizy wykazały, że jeszcze w roku 1990, gdy odsetek osób otyłych był w USA 3-krotnie niższy niż obecnie, nie istniała zależność pomiędzy otyłością a dochodami. Obecnie korelacja taka jest niezwykle silna. W takich stanach jak Alabama, Mississippi i Wirginia Zachodnia, w których średnie dochody gospodarstwa domowego wynoszą mniej niż 45 000 dolarów otyłych jest aż 35% osób. Natomiast w bogatszych Kolorado, Kalifornii i Massachusetts, gdzie średnie dochody to 65 000 USD, otyłych jest 25% mieszkańców.
      Z danych widzimy, że korelacja nie istniała w 1990 roku. Rozwinęła się ona w ostatnich dekadach, stwierdza Bentley.
      Zdaniem naukowców za eksplozję otyłości odpowiada obecność na rynku napojów i żywności zawierających dużą ilość syropu glukozowo-fruktozowego. W przeszłości w diecie mieszkańców USA było bardzo mało cukru i niemal nie było rafinowanych węglowodanów. Jeszcze w 1909 roku z cukrów pochodziło 12% energii spożywanej przez mieszkańca USA. Do roku 2000 odsetek ten wzrósł do 19%.
      Syrop glukozowo-fruktozowy pojawił się w amerykańskiej żywności w latach 70. Gwałtowny wzrost liczby osób otyłych jest zatem ściśle skorelowany z pojawieniem się pierwszego pokolenia żywionego tym produktem. Do roku 2000 przeciętny mieszkaniec USA zjadał rocznie 27 kilogramów syropu glukozowo-fruktozowego, czyli połowę całego spożycia cukru. Syrop ten jest głównym źródłem cukru w napojach gazowanych. Tymczasem w 2016 roku przeciętne amerykańskie gospodarstwo domowe wydawało na napoje gazowane 7% swoich dochodów, a w ubogich gospodarstwach domowych było to 9%.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Otyłość to, po paleniu tytoniu, drugi najważniejszy czynnik ryzyka występowania nowotworów. Jednak naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis zauważyli zadziwiające zjawisko – otyli pacjenci czasem lepiej reagują na leczenie przeciwnowotworowe niż pacjenci o niższej wadze ciała. Spostrzeżenie to daje onkologom możliwość lepszego dobrania leków pod kątem konkretnego pacjenta.
      To sprzeczne z intuicją, gdyż dotychczas wszystkie badania wykazywały, że z otyłością wiąże się większa toksyczność immunoterapii przeciwnowotworowej. Nasze spostrzeżenie zmienia reguły gry, gdyż możemy uwzględnić BMI w leczeniu. Zbyt wysokie BMI będzie czasami działało na niekorzyść pacjenta, a czasami na jego korzyść, mówi współautor badań William Murphy.
      Wiadomo, że otyłość jest czynnikiem ryzyka dla wielu nowotworów, przyspiesza też rozwój choroby, wspomaga jej nawrót i zmniejsza szanse na wyleczenie. Otyłość wiąże się też z upośledzeniem układu odpornościowego. Dotychczasowe badania nad stosowaniem immunoterapii wykazały, zarówno w modelu mysim jak i ludzkim, że podanie leków do stymulowania układu odpornościowego wiąże się u otyłych z nadmiernym jego pobudzeniem i poważnymi skutkami ubocznymi.
      Autorzy najnowszych badań sprawdzali działanie inhibitorów punktów kontrolnych. Działanie tych leków polega na blokowaniu aktywności punktów kontrolnych, dzięki którym komórki nowotworowe unikają ataku ze strony limfocytów T. Wśród tych leków jest np. opisywany już przez nas pembrolizumab (Keytruda), który daje spektakularne efekty u wielu pacjentów z czerniakiem i nowotworem płuc. Najnowsze badania wykazały, że inhibitory punktów kontrolnych lepiej działają u osób otyłych niż u innych pacjentów.
      Naukowcom udało się odkryć przyczynę tego zagadkowego zjawiska. Okazało się, że ma to związek zarówno z tym, jak otyłość wpływa na układ odpornościowy, jak i ze sposobem działania inhibitorów punktów kontrolnych.
      Nowotwory mogą powodować zwiększenie ekspresji białek punktów kontrolnych, co ratuje komórki nowotworowe przez atakiem układu odpornościowego. Inhibitory punktów kontrolnych blokują te białka, dzięki czemu limfocyty T są w stanie zaatakować komórki nowotworowe.
      Naukowcy z Kalifornii odkryli właśnie, że jako iż otyłość osłabia układ odpornościowy i zwiększa ekspresję białek punktów kontrolnych, to podanie inhibitorów punktów kontrolnych działa znacznie mocniej na otyłych pacjentów.
      Uczeni najpierw zbadani różnice w funkcjonowaniu limfocytów T u myszy otyłych i o prawidłowej wadze. Odkryli, że u myszy otyłych limfocyty T słabiej działały, a ekspresja proteiny punktu kontrolnego PD-1 była wyższa niż u nieotyłych myszy. Takie same zjawiska zaobserwowano też u makaków i ludzi. Dodatkowe badania wykazały, że u otyłych myszy guzy nowotworowe – niezależnie od ich rodzaju – rosły szybciej i były bardziej agresywne niż u myszy o prawidłowej wadze. "U zwierząt otyłych guz rośnie szybciej, gdyż ma tam więcej składników odżywczych, a układ odpornościowy słabiej działa", mówi Murphy.
      Bardziej szczegółowe badania wykazały, że gorsze funkcjonowanie limfocytów T było częściowo spowodowane przez leptynę, hormon regulujący wagę produkowany w komórkach tłuszczowych. Wykazano też, że zwiększona koncentracja leptyny u otyłych ludzi i myszy jest skorelowana ze zwiększoną ekspresją proteiny punktu kontrolnego PD-1.
      Gdy otyłym myszom podano inhibitory punktu kontrolnego PD-1 przeżywały one znacząco dłużej, niż nieotyłe myszy leczone w ten sam sposób. Takie samo zjawisko zauważono u 251 ludzi z czerniakiem. Otyli znacznie lepiej reagowali na leczenie.
      Te badania sugerują, że otyłość może być bardzo ważnym biomarkerem odpowiedzi na immunoterapię inhibitorami punktów kontrolnych, mówi współautorka badań, profesor Arta Monjazeb. Nie zalecamy otyłości jako metody na poprawienie leczenia u pacjentów nowotworowych. Jednak wydaje się, że otyłość zaburza funkcjonowanie układu odpornościowego i przyspiesza wzrost guza w sposób, który za pomocą leczenia inhibitorami punktów kontrolnych może być skutecznie odwrócony.
      Murphy przestrzega przed wyciąganiem zbyt pochopnych wniosków. Odkrycie jest ważne dla lepszego stosowania immunoterapii, jednak istnieje wiele czynników, które mogą wpływać na efektywność konkretnych leków, od płci pacjenta, poprzez jego dietę i mikrobiom, aż po moment rozpoczęcia leczenia. Otwieramy nowe drzwi pozwalające lepiej zrozumieć, jak czynniki takie jak wiek, płeć, dieta i otyłość wpływają na układ odpornościowy i reakcję na immunoterapię, stwierdza uczony.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...