Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Osadnictwo na Wyspie Wielkanocnej od początku skazane było na porażkę

Recommended Posts

Historycy sprzeczają się, co przyczyniło się do upadku społeczności Wyspy Wielkanocnej (Rapa Nui). W ostatnim czasie pojawiają się badania wskazujące, że upadek rozpoczął się po przybyciu Europejczyków, wraz z przeniesionymi przez nich chorobami i konfliktami. Jednak niezależnie od tego kiedy i z jakiej przyczyny upadek się rozpoczął, autorzy najnowszych badań twierdza, że i tak był on nieunikniony.

Oliver Chadwick, gleboznawca z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara, przedstawił wyniki swoich najnowszych badań podczas jesiennego spotkania Amerykańskiej Unii Geologicznej. Wynika z nich, że niewielkie rozmiary wyspy i jej izolacja skazywały tamtejszą populację na porażkę. Już wcześniej wiedziano, że gleba na Wyspie Wielkanocnej jest mniej żyzna niż na Hawajach. Badania Chadwicka ujawniły zaś, że bardzo ważny nawóz, pył niesiony z wiatrem z Azji, nie docierał do Rapa Nui.

Polinezyjczycy, którzy zasiedlili Hawaje przed co najmniej 1000 lat, znaleźli tam żyzne gleby i aktywne wulkany. Istniały tam dobre warunki do rozwoju rolnictwa, więc tamtejsze społeczności rozkwitały. Mniej więcej w tym samym czasie inne grupy Polinezyjczyków dotarły do Wyspy Wielkanocnej. Tam sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Gleba była uboga.

Chadwick, Ladefoged i ich koledzy stwierdzili, że do przybycia ludzi na Rapa Nui deszcze pozbawiły glebę większości substancji odżywczych. Badania wykazały również, że w glebie na wyspie nie występują też miki, kwarc i rzadkie minerały, których nie zawierają skały wulkaniczne. Gleba na Hawajach zawiera te składniki, gdyż są one niesione z pyłem znad Azji. Uzyskane przez nas wyniki wskazują, że do Rapa Nui nie dociera pył w wykrywalnych ilościach, mówi Chadwick.

Naukowcy zauważyli jednak, że w skalnych ogrodach, tworzonych przez krajowców, gleba jest bardziej żyzna, niż poza nimi. Występowały w nich izotopy fosforu, podobne do tych znajdowanych na Hawajach. Zdaniem naukowców, miejscowa ludność celowo wydobywała skały wulkaniczne, rozbijała je i tworzyła bardziej żyzne obszary uprawne. Spostrzeżenie to zgadza się z innymi badaniami. Niedawno informowaliśmy bowiem, że inna grupa badawcza doszła do wniosku, iż słynne posągi z Wyspy Wielkanocnej mogły służyć właśnie użyźnianiu gleby.

Uboga gleba, której nie użyźniał pył z Azji, skazywała więc rolnicze osadnictwo na Rapa Nui na porażkę, ale miejscowa ludność opracowała metodę, która do pewnego stopnia kompensowała brak składników odżywczych w glebie.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites
W dniu 17.12.2021 o 11:06, KopalniaWiedzy.pl napisał:

inna grupa badawcza doszła do wniosku, iż słynne posągi z Wyspy Wielkanocnej mogły służyć właśnie użyźnianiu gleby.

Serio? Niby jak? Rozsypywanie zmielonych skał, może w jakimś stopniu przyczynić się do użyźniania, ale posągi stojące jak klocki. Zakładając nawet, że padający z rzadka deszcz miałby minimalnie rozpuszczać skałę posągów, to to użyźnianie występowałoby co najwyżej kilka centymetrów wokół posągów. Trochę słabo to widzę.

Share this post


Link to post
Share on other sites
6 godzin temu, Sławko napisał:
W dniu 17.12.2021 o 11:06, KopalniaWiedzy.pl napisał:

inna grupa badawcza doszła do wniosku, iż słynne posągi z Wyspy Wielkanocnej mogły służyć właśnie użyźnianiu gleby.

Serio? Niby jak? Rozsypywanie zmielonych skał, może w jakimś stopniu przyczynić się do użyźniania, ale posągi stojące jak klocki.

Tak, bo posągi były odpadem po produkcji kruszonki nawozowej. Misja Apollo też była w celu wynalezienia joysticka.

Edited by 3grosze
  • Haha 2

Share this post


Link to post
Share on other sites
4 godziny temu, 3grosze napisał:

Tak, bo posągi były odpadem po produkcji kruszonki nawozowej. Misja Apollo też była w celu wynalezienia joysticka.

No tak, to by wyjaśniało ten stan rzeczy :D, zwłaszcza, że program Apollo był mistyfikacją. Wszyscy przecież wiedzą, że Księżyc jest zbudowany z sera i nie da się na nim wylądować :D.

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naukowcy skupieni w organizacji Global Alliance on Health and Pollution z siedzibą w Szwajcarii dokonali ogólnoświatowej oceny wpływu zanieczyszczeń na śmiertelność wśród ludzi. W roku 2019 zanieczyszczenia zabiły około 9 milionów osób. Są więc największym środowiskowym czynnikiem ryzyka przedwczesnego zgonu. Zanieczyszczenia środowiska odpowiadają za 15% wszystkich zgonów na świecie.
      W poprzednim takim raporcie opisano zgony z powodu zanieczyszczeń w roku 2015. Również wtedy zmarło około 9 milionów osób. Jednak w międzyczasie zmieniła się struktura zanieczyszczeń zabijających ludzi.
      Z najnowszego raportu dowiadujemy się, że zmniejszyła się liczba zgonów związanych z zanieczyszczeniami z powodu skrajnego ubóstwa. Mniej ludzi umiera obecnie z powodu zanieczyszczeń powietrza w pomieszczeniach, spowodowanych np. używaniem otwartych palenisk. Odnotowano też mniej zgonów z powodu zanieczyszczonej wody pitnej. Jednak więcej osób umiera z powodu zanieczyszczeń powietrza na zewnątrz oraz z powodu zanieczyszczeń toksynami, np. ołowiem. To nowoczesne czynniki ryzyka, spowodowane zwiększoną industrializacją i urbanizacją. Od roku 2015 liczba zgonów spowodowanych tymi właśnie nowoczesnymi czynnikami ryzyka zwiększyła się o 7%, a od roku 2000 jest to aż 66-procentowy wzrost.
      Zanieczyszczenia środowiska to jedne z najpoważniejszych zagrożeń dla zdrowia ludzi i całej planety. Fakt ich istnienia zagraża podstawom rozwoju nowoczesnych społeczeństw. Zanieczyszczenia te to m.in. pyły zawieszone, ozon, tlenki siarki i azotu, zanieczyszczenia wody pitnej i oceanów przez rtęć, azot, fosfor, plastik, odpady przemysłu naftowego czy też zatrucie gleby ołowiem, pestycydami, przemysłowymi związkami chemicznymi czy odpadami elektronicznymi. Zanieczyszczenia nie tylko zabijają ludzi, ale powodują też olbrzymie straty gospodarcze. W roku 2015 z powodu zanieczyszczeń światowa gospodarka straciła 4,6 biliarda USD, czyli 6,2 całej wartości światowej produkcji. Największy koszt zanieczyszczeń ponosi ludność krajów o niskich i średnicy dochodach. To tam notuje się aż 92% zgonów z powodu zanieczyszczeń i tam dochodzi do największych strat gospodarczych.
      Jak wyliczają eksperci, w roku 2019 zanieczyszczenia powietrza – zarówno wewnątrz pomieszczeń, jak i na zewnątrz – zabiły 6,7 miliona osób. Kolejnych 1,4 miliona zmarło z powodu zanieczyszczonej wody, a zanieczyszczenia ołowiem były odpowiedzialne za 900 000 zgonów. Z kolei toksyny związane z miejscem pracy przyczyniły się do 870 000 przedwczesnych zgonów.
      Dane pokazują, że mężczyźni są w większym stopniu narażeni na zgon z powodu zanieczyszczeń powietrza na otwartej przestrzeni, zatrucia ołowiem i zanieczyszczeń w miejscu pracy. Z kolei kobiety i dzieci są narażeni na większe ryzyko zgonu z powodu zanieczyszczonej wody.
      W wyniku zanieczyszczenia środowiska na całym świecie umiera wielokrotnie więcej osób niż z powodu przemocy, wypadków drogowych, AIDS, malarii i gruźlicy, niedożywienia i nadużywania alkoholu i narkotyków. Równie dużą liczbę zgonów powoduje jedynie palenie papierosów oraz bierne palenie.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Po raz pierwszy udało się wykazać, że długo żyjące rośliny absorbują mikroplastik i zatrzymują go w swoich tkankach. Z badań przeprowadzonych przez IGB (Instytut Ekologii Wód Słodkich i Rybołówstwa Śródlądowego im. Leibniza) oraz GFZ (Niemieckie Centrum Nauk o Ziemi) wynika, że brzozy mają zdolność do pochłaniania mikroplastiku.
      Brzozy od dawna używane są do oczyszczania gleby, potrafią one bowiem absorbować i zatrzymywać w tkankach zanieczyszczenia przemysłowe, jak np. metale ciężkie czy węglowodory. Jako, że ich korzenie znajdują się płytko pod powierzchnią gleby, gdzie stężenie mikroplastiku jest największe, naukowcy postanowili sprawdzić, czy brzozy absorbują też mikroplastik.
      Naukowcy oznakowali fluorescencyjnym barwnikiem fragmenty mikroplastiku o średnicy 5–50 mikormetrów i dodali je do gleby obok drzew. Pięć miesięcy później zbadali korzenie brzóz za pomocą skaningowej mikroskopii laserowej. Okazało się, że w różnych miejscach znajdują się fragmenty mikroplastiku. Zanieczyszczenie zostało wchłonięte przez od 5 do 17 procent korzeni. Tempo wchłaniania mikroplastiku i jego wpływ na krótko- i długoterminowe zdrowie drzew musi być przedmiotem kolejny badań. Jednak nasze pilotażowe badania pokazują, że brzozy potencjalnie mogą być długoterminowym rozwiązaniem pozwalającym na zmniejszenie ilości mikroplastiku w glebie i być może w wodzie, mówi główny autor badań Kat Austen.
      Świat produkuje rocznie ponad 400 milionów ton plastiku. Szacuje się, że około 30% plastiku trafia do gleby i słodkich wód. Większość z tworzyw sztucznych rozpada się z czasem na fragmenty o rozmiarach nieprzekraczających 5 milimetrów. To właśnie mikroplastik. Rozpada się on na nanocząstki o rozmiarach nie przekraczających 0,1 mikrometra. Szacuje się, że stężenie mikroplastiku na lądach jest od 4 do 23 razy większe niż w oceanach.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Sadzenie drzew i zapobieganie pożarom lasów niekoniecznie prowadzi do uwięzienia większej ilości węgla w glebie. Autorzy badań opublikowanych na łamach Nature Geoscience odkryli, że planowane wypalanie sawann, użytków zielonych oraz lasów strefy umiarkowanej może pomóc w ustabilizowaniu węgla uwięzionego w glebie, a nawet zwiększenia jego ilości.
      Kontrolowane wypalanie lasów, którego celem jest zmniejszenie intensywności przyszłych niekontrolowanych pożarów, to dobrze znana strategia. Odkryliśmy, że w takich ekosystemach jak lasy strefy umiarkowanej, sawanny i użytki zielone, ogień może ustabilizować, a nawet zwiększyć ilość węgla uwięzionego w glebie, mówi główny autor badań, doktor Adam Pellegrini z University of Cambridge.
      Wynikiem dużego niekontrolowanego pożaru lasu jest erozja gleby i wypłukiwanie węgla do środowiska. Mogą minąć nawet dziesięciolecia, nim uwolniony w ten sposób węgiel zostanie ponownie uwięziony. Jednak, jak przekonują autorzy najnowszych badań, ogień może również prowadzić do takich zmian w glebie, które równoważą utratę węgla i mogą go ustabilizować.
      Po pierwsze, w wyniku pożaru powstaje węgiel drzewny, który jest bardzo odporny na rozkład. Warstwa węgla zamyka zaś wewnątrz bogatą w węgiel materię organiczną. Ponadto ogień może zwiększyć ilość węgla ściśle powiązanego z minerałami w glebie. Jeśli odpowiednio dobierze się częstotliwość i intensywność pożarów, ekosystem może uwięzić olbrzymie ilości węgla. Chodzi tutaj o zrównoważenie węgla przechodzącego do gleby w postaci martwych roślin i węgla wydostającego się z gleby w procesie rozkładu, erozji i wypłukiwania, wyjaśnia Pellegrini.
      Gdy pożary są częste i intensywne, a tak się dzieje w przypadku gęstych lasów, wypalane są wszystkie martwe rośliny. Ta martwa materia organiczna rozłożyłaby się i węgiel trafiłby do gleby. Tymczasem w wyniku pożaru zostaje on uwolniony do atmosfery. Ponadto bardzo intensywne pożary mogą destabilizować glebę, oddzielając bogatą w węgiel materię organiczną od minerałów i zabijając bakterie oraz grzyby.
      Bez obecności ognia martwa materia organiczna jest rozkładana przez mikroorganizmy i uwalniana w postaci dwutlenku węgla lub metanu. Gdy jednak dochodzi do niezbyt częstych i niezbyt intensywnych pożarów, tworzy się węgiel drzewny oraz dochodzi do związania węgla z minerałami w glebie. A węgiel w obu tych postaciach jest znacznie bardziej odporny na rozkład, a tym samym na uwolnienie do atmosfery.
      Autorzy badań mówią, że odpowiednio zarządzane wypalanie może doprowadzić do zwiększenia ilości węgla uwięzionego w glebie. Gdy rozważamy drogi, jakimi ekosystem przechwytuje węgiel z atmosfery i go więzi, zwykle uważamy pożary za coś niekorzystnego. Mamy jednak nadzieję, że nasze badania pozwolą odpowiednio zarządzać pożarami. Ogień może być czymś dobrym, zarówno z punktu widzenia bioróżnorodności jak i przechowywania węgla, przekonuje Pellegrini.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Europejscy odkrywcy po raz pierwszy ujrzeli Falklandy w XVII wieku. I dotychczas sądzono, że to Europejczycy byli pierwszymi ludźmi, którzy dotarli na te wyspy. Jednak badania prowadzone pod kierunkiem naukowców z University of Maine sugerują, że ludzie bywali na wyspach na setki lat przed pojawieniem się tam mieszkańców Europy.
      Kit Hamley i jej zespół zbadali zwierzęce kości, węgiel drzewny i inne dowody świadczące – ich zdaniem – o obecności ludzi na długo przed XVII wiekiem. Jednym z najmocniejszych dowodów mają być dane pozyskane z węgla drzewnego. Z torfowiska na New Island, znajdującej się w południowo-zachodniej części archipelagu, pobrano rdzeń, którego najstarsze części liczyły sobie 8000 lat. Analiza wykazała, że około 150 roku n.e. doszło na wyspie do zwiększonej obecności ognia. Później widoczna jest długa przerwa i ponownie aktywność taką widać ok. 1410 roku. Ponownie nastąpiła przerwa, a więcej ognia pojawiło się na wyspie około 1770 roku, czyli około roku początków europejskiego osadnictwa.
      Naukowcy zbadali też kości uchatek i pingwinów. Zebrano je w miejscu, w którym jeden z mieszkańców znalazł kamienny grot przypominający technologię, jaką mieszkańcy Ameryki Południowej posługiwali się przez ostatnich 1000 lat. Kości były usypane w kopce. Hamley uważa, że lokalizacja kopczyków, ich wielkość oraz rodzaj znajdujących się tam kości wskazują, że prawdopodobnie stworzyli je ludzie.
      Naukowcy uważają, że mieszkańcy Ameryki Południowej przybywali na Falklandy w latach 1275–1410. Nie można też wykluczyć dat wcześniejszych. Zdaniem badaczy ludzie przybywali tutaj na krótko. Pozostawili więc po sobie niewiele śladów. Jednak wystarczająco dużo, by warto było je badać.
      Odkrycia te poszerzają naszą wiedzę o przemieszczaniu się i aktywności rdzennych mieszkańców po nieprzyjaznych wodach południowego Atlantyku. Od dawna spekulowano, że to rdzenni mieszkańcy Ameryki Południowej mogli jako pierwsi dotrzeć do Falklandów, mówi Hamley.
      Badania nad potencjalnym osadnictwem na Falklandach rozpoczęły się od zainteresowania Hamley wilczakiem falklandzkim. Był to jedyny psowaty mieszkaniec Falkladów. Europejczycy wytępili ten gatunek w drugiej połowie XIX wieku. Stał się on tym samym pierwszym psowatym, który wyginął w czasach historycznych. Hamley interesowała się historią tego gatunku i podczas swoich badań znalazła ząb wilczaka, a badanie radiowęglowe wskazało, że pochodzi on sprzed około 5500 lat. Tym samym to najstarsza znana nam pozostałość po wilczaku. Zdaniem uczonej, gatunek ten został udomowiony w Ameryce Południowej i stamtąd, podczas jednej z wypraw, został przywieziony przez ludzi.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Rongorongo, wciąż nieodczytane pismo z Wyspy Wielkanocnej, to prawdziwa gratka dla naukowców. Niewykluczone bowiem, że jest to jeden z niewielu przypadków w historii ludzkości niezależnego rozwoju systemu pisma. Musimy bowiem pamiętać, że aż do XVIII wieku Rapa Nui była odizolowana od świata zewnętrznego. Została odkryta przez Holendra Jacoba Roggeveena w 1722 roku. Naukowcy nie są zgodni co do tego, kiedy rongorongo powstało, ani jak długo było wykorzystywane. Wiadomo, że przestano go używać w latach 60. XIX wieku.
      Doktor Rafał Wieczorek z Wydziału Chemii UW i Kamil Frankiewicz doktorant na Wydziale Biologii UW oraz doktor Alexei Oskolski z Instytutu Biologicznego im. Komarowa w St. Petersburgu oraz doktor Paul Horley z Parque de Investigación e Innovación Tecnológica w Meksyku, szczegółowo zbadali Tabliczkę Berlińską. To jeden z zaledwie 23 zachowanych do dzisiaj zabytków, na którym możemy zobaczyć rongorongo.
      Wśród naukowców nie ma zgody co do daty zasiedlenia Wyspy Wielkanocnej przez ludzi. Zasięg podawanych dat waha się od ok. 690 do ok. 1280 roku. Jeśli rzeczywiście rozwinęło się tam pismo, to jest to jeden z niewielu przypadków, i jedyny w Oceanii, niezależnego pojawienia się pisma. To stawiałoby pod tym względem Rapa Nui na równi z Egiptem, Chinami czy Mezopotamią.
      Problem jednak w tym, że przez ponad 100 lat od czasu odkrycia wyspy nie pojawiają się żadne doniesienia o piśmie używanym przez krajowców. Wspomina o nim dopiero pierwszy europejski mieszkaniec wyspy brat Eugène Eyraud z zakonu sercanów białych. Trafił on na Rapa Naui w 1864 roku i wtedy właśnie zanotował, że w każdym domu znajdują się tabliczki pokryte „hieroglifami”, ale miejscowi nie potrafią ich już odczytać. Po kilku miesiącach zakonnik został zmuszony do opuszczenia wyspy.
      Powrócił na nią w 1866 roku w towarzystwie innego sercana białego, Hippolyte'a Roussela. Niedługo dołączyli do nich dwaj inni Europejczycy, Gaspar Zumbohm i Théodule Escolan, którzy założyli na wyspie szkoły. Eyraud nie wspomniał więcej o zauważonym przez siebie piśmie. Zmarł w 1868 roku, a świat zewnętrzny dowiedział się o rongorongo w 1869 roku, kiedy to Zumbohm, przekazał kilka prezentów biskupowi Jaussenowi z Tahiti. Była wśród nich, o czym nie wiedział, tabliczka z pismem. Jego odkrycie szybko stało się sensacją i wzbudziło wielkie zainteresowanie. Jedna z hipotez dotyczących jego powstania mówiła, że rozwój pisma został zainspirowany kontaktem z Europejczykami, a konkretnie z ceremonią z 1770 roku, kiedy to Hiszpanie zaprosili krajowców do podpisania dokumentu o przyłączeniu wyspy do korony hiszpańskiej. Jednak hipoteza ta nie została jednoznacznie udowodniona, więc nie wiemy, czy autochtoni zetknęli się z pismem po raz pierwszy w 1770 roku widząc je u Hiszpanów, czy też posługiwali się nim wcześniej.
      Badana przez polskich naukowców tabliczka znajduje się w berlińskim Muzeum Etnograficznym. Zabytek ma około metra długości. Uczeni stwierdzili, że – wbrew wcześniejszym opiniom – tabliczka została wykonana z drewna lokalnej tespesji topolowatej (Thespesia populnea), a nie z drewna wyrzuconego na brzeg przez fale oceanu. Datowanie radiowęglowe skorygowane o dane etnograficzne wykazało, że drzewo, na którym widnieje rongorongo zostało ścięte pomiędzy rokiem 1830 a 1870. Zanim tabliczka trafiła do rąk Europejczyków musiała spędzić sporo czasu w jaskini. Strona, która leżała na ziemi zgniła, co niemal całkowicie zniszczyło jej zawartości. Wieczorek i jego koledzy szacują, że oryginalny tekst liczył ponad 5000 znaków, czyli był ponaddwukrotnie dłuższy niż kolejny zachowany tekst rongorongo. Pismo to składa się z symboli, wśród których łatwo można rozpoznać ludzi, ptaki, ryby czy żółwie. Są tam też glify prawdopodobnie reprezentujące różne obiekty kulturalne, które jednak trudno interpretować.
      Wiedza o tym, jak odczytać pismo, mogła zaginąć z powodu łupieżczych wypraw podjętych w 1862 roku z terytorium dzisiejszego Peru. Wyprawy miały na celu chwytanie niewolników. Wtedy to wywieziono z Rapa Nui znaczny odsetek mieszkańców, w tym członków elity, którzy potrafili czytać. Gdy z czasem pozwolono im wrócić na Wyspę Wielkanocną, przywieźli oni ze sobą nowe choroby, które zdziesiątkowały jej populację. Zresztą ofiarą jednej z takich epidemii padł brat Eyraud.
      Zachowanie większości znanych obecnie tabliczek z rongorongo zawdzięczamy biskupowi Jaussenowi, na polecenie którego obecni na wyspie misjonarze zebrali w 1870 roku tabliczki o najlepszej jakości. Wkrótce potem sytuacja tak się pogorszyła, że misjonarze musieli wyjechać wraz z połową miejscowej populacji. Mimo tego, że jeszcze pod koniec XIX wieku znaleziono kilka tablicznek, wszystko wskazuje na to, że pomiędzy ich zauważeniem przez Eyrauda, a zebraniem przez Jaussena, miejscowi przestali je wytwarzać. Dlatego też uznaje się, że pomiędzy rokiem 1862 a 1870 zaprzestano używania rongorongo.
      Dzięki pracy Wieczorka i jego kolegów Tabliczka Berlińska jest najlepiej przebadanym zabytkiem rongorongo. Zabytek został kupiony od miejscowych i trafił do Berlina w 1883 roku. Tabliczka mierzy 103 x 12,5 x 6cm i waży 2,6 kg. Większość inskrypcji jest zniszczona zarówno przez pobyt w ziemi, jak i stonogi z gatunku prosionek opylony, które się zagnieździły w drewnie. Napisy widoczne są na jednej stronie, dlatego też dotychczas uważano, że w ten właśnie sposób tabliczkę zapisano. Jednak autorzy najnowszych badań, wykonując tysiące zdjęć fotogrametrycznych, które pozwoliły na uzyskanie trójwymiarowego modelu tabliczki, wykazali, że była zapisana na całej powierzchni. Zauważono niewidoczne gołym okiem glify oraz znane z lepiej zachowanych tabliczek rowki, które miały ograniczać tekst i ułatwiać pianie. To właśnie dzięki żmudnej pracy udało się odkryć, że na tabliczce pierwotnie znajdowało się ponad 5000 znaków. Z powodu jednak znacznych zniszczeń, miano najdłuższego zachowanego tekstu rongorongo przysługuje tzw. lasce z Santiago, gdzie widzimy około 2300 znaków.
      Naukowcy szacują, że rongorongo składa się z około 600 znaków. Najprawdopodobniej posługiwała się nim zamieszkująca wyspę arystokracja. Wraz z jej zniknięciem, zniknęła też umiejętność korzystania z pisma. Naukowcy starają się je odczytać, jednak nie jest to łatwe zadanie. Tym bardziej, że zagadnieniem tym zajmuje się niewielu specjalistów na świecie. Badań nad rongorongo nie ułatwia też fakt, że pozostały zaledwie 23 tabliczki z tym pismem i są one rozsiane po kolekcjach na całym świecie.
      Ze szczegółami badań możemy zapoznać się w artykule The rongorongo tablet from Berlin and the time-depth of Easter Island’s writing system opublikowanym na łamach The Journal of Island and Coastal Archaeology.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...