Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Studenci z Wrocławia opracowali nowatorski stetoskop, znakomicie usprawniający pracę lekarza

Recommended Posts

Stetoskop na miarę XXI wieku, który bezprzewodowo prześle dźwięk, dostosuje charakterystykę dźwięku do potrzeb lekarza, usprawni proces diagnostyki nawet w trudnych warunkach pandemii. Taki wynalazek opracowali studenci Politechniki Wrocławskiej i Uniwersytetu Medycznego.

Ich projekt otrzymał nagrodę specjalną w konkursie Forum Młodych Mistrzów podczas XXVI Forum Teleinformatyki. Zespół tworzą: Karol Chwastyniak, Wojciech Kania, Wojciech Korczyński z Wydziału Informatyki i Zarządzania oraz Filip Ciąder z Wydziału Mechanicznego, a także studenci Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu: Tomasz Skrzypczak i Jakub Michałowicz.

Czuły, dokładny, inteligentny

Zespół zaprojektował inteligentny stetoskop, który ma wspomagać lekarza w jego codziennej pracy. Kluczowym atrybutem rozwiązania jest cyfrowe przetwarzanie dźwięku. Dzięki redukcji niechcianego szumu otoczenia osłuchiwanie pacjenta staje się bardziej precyzyjne. Regulacja głośności umożliwia dostosowanie dźwięku do potrzeb lekarza. Zwiększa to komfort badania oraz pozwala na wzmocnienie najbardziej stłumionych szmerów – tłumaczą pomysłodawcy.

Dzięki współpracującej ze stetoskopem aplikacji mobilnej można bezprzewodowo przesłać dźwięk wprost do słuchawek użytkownika. To jest szczególnie przydatne w czasie pandemii COVID-19, gdy lekarz musi osłuchać pacjenta w pełnym kombinezonie ochronnym z zachowaniem zasad bezpieczeństwa.

Zastosowana przez studentów technologia pozwala na wyposażenie urządzenia w takie funkcje, jak możliwość konsultacji z innymi specjalistami, zapisywanie w pliku, eksportowanie, porównywanie z nagraniami wzorcowymi i przywoływanie nagranych dźwięków z historii pacjenta. Co więcej, zespół rozpoczął także wdrażanie do projektu metod sztucznej inteligencji. Pierwsze próby dały bardzo obiecujące wyniki.

Dzięki wykorzystaniu uczenia maszynowego można dostrzec i sklasyfikować subtelne różnice szmerów wad zastawkowych serca – wyjaśniają studenci.

Projekt z potencjałem  

Od strony merytorycznej wsparcia udzielił studentom m.in. dr inż. Zbigniew Szpunar z Wydziału Informatyki i Zarządzania. To są kreatywni młodzi ludzie, którzy myślą nieszablonowo i bardzo konkretnie. W trudnym czasie izolacji, pracując zdalnie, realizują projekt, który zahacza o zagadnienia z kilku dziedzin: mechatroniki, medycyny i zaawansowanej informatyki. Musieli opanować wiele tematów z zakresu uczenia maszynowego, inżynierii oprogramowania, elektroniki, ale też kardiologii czy telemedycyny – mówi opiekun studentów z PWr. Tak naprawdę to moją istotną rolą jest nie przeszkadzać im w realizacji tego, co sobie zaplanowali – dodaje dr Szpunar.

Potencjał studenckiego projektu dostrzegły już dwa wrocławskie szpitale, które wspomagają zespół we wszystkich etapach pracy. W ich działania zaangażowali się: prof. Marta Negrusz-Kawecka, dr n. med. Anna Goździk i dr n. med. Marta Obremska z Centrum Chorób Serca Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, a także dr hab. Joanna Jaroch, lek. Alicja Sołtowska i lek. Jakub Mercik z Oddziału Kardiologii Szpitala Specjalistycznego im. T. Marciniaka. W projekcie współpracują również studenci Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu: Klaudia Błachnio, Julia Szymonik, Michał Kosior oraz Sebastian Tokarski – student Wydziału Elektroniki Politechniki Wrocławskiej.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Ponad miliard nastolatków i młodych dorosłych jest potencjalnie zagrożonych utratą słuchu, czytamy na łamach British Medical Journal Global Health. Ryzyko związane jest z częstym używaniem przez nich słuchawek i uczestnictwem w koncertach i innych wydarzeniach związanych ze słuchaniem głośnej muzyki.
      Światowa Organizacja Zdrowia ocenia, że obecnie 430 milionów ludzi na świecie ma uszkodzony słuch. Szczególnie narażeni są użytkownicy osobistych urządzeń nagłaśniających, takich jak słuchawki. Już wcześniej opublikowane badania wykazały, ze użytkownicy takich urządzeń bardzo często ustawiają głośność nawet na 105 decybeli. Do tego należy dodać uczestnictwo w wydarzeniach związanych z puszczaniem głośno muzyki, na których średnia głośność wynosi od 104 do 112 dB. Tymczasem bezpieczny poziom dźwięku wynosi 80 dB dla dorosłych i 75 dB dla dzieci.
      Autorzy najnowszych badań postanowili sprawdzić, jak bardzo rozpowszechnione wśród młodzieży i młodych dorosłych jest słuchanie nadmiernie głośnych dźwięków. Przejrzeli więc badania opublikowane w językach angielskim, francuskim, hiszpańskim i rosyjskim, które dotyczyły osób w wieku 12–34 lat. Poszukiwano tych badań, w których pod uwagę uwagę wzięto rzeczywistą zmierzoną głośność dźwięków oraz czas narażenia na ich oddziaływanie. Pod uwagę wzięto 33 badania. Część z nich uwzględniała pomiary dotyczące użycia urządzeń osobistych, część uczestnictwa w głośnych imprezach, a część zawierała dane o obu rodzajach narażenia na głośne dźwięki. W sumie badaniami objęto 19 046 uczestników i uwzględniono w nich 17 pomiarów dotyczących używania urządzeń oraz 18 pomiarów odnośnie uczestnictwa w głośnych imprezach.
      Z badań wynika, że na zbyt głośne szkodliwe dla słuchu dźwięki naraża się 24% młodzieży i 48% młodych dorosłych. To oznacza, że na utratę słuchu narażonych jest od 670 milionów do 1,35 miliarda osób.
      Oczywiście badania mają swoje ograniczenia. Ich autorzy nie brali pod uwagę np. różnic demograficznych w poszczególnych krajach, czy rozwiązań prawnych wprowadzonych w celu ochrony słuchu. Niemniej jednak pokazują one, jak bardzo poważny jest to problem. Ze szczegółami badań można zapoznać się w artykule Prevalence and global estimates of unsafe listening practices in adolescents and young adults: a systematic review and meta-analysis.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Dwudziestego siódmego sierpnia do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego (USK) we Wrocławiu trafił z Tromsø w Norwegii ok. 50-letni pacjent, który potrzebuje pilnego przeszczepu serca. Trzynastego sierpnia Polak przeszedł rozległy zawał serca. Ze względu na deficyt dawców i na fakt, że w Norwegii jest tylko jeden ośrodek przeszczepowy, transport do kraju był dla niego jedynym ratunkiem. Było to duże wyzwanie logistyczne i medyczne. O pacjencie w potrzebie poinformowała USK pracująca w Norwegii polska lekarka.
      Podróż samolotem (Cessna Babcock Scandinavian AirAmbulance) trwała ok. 8 godzin. Jak wyjaśnił anestezjolog z USK, dr n. med. Stanisław Zieliński, zniszczone zawałem serce pacjenta nie pracuje samodzielnie. Mężczyzna żyje, bo jest podłączony do specjalistycznej aparatury.
      Ilość aparatury, sprzętu, do którego był podłączony pacjent, musiała być stale obsługiwana przez siedem osób. Do samego przeniesienia pacjenta z samolotu do karetki potrzebnych było aż 11 osób - tłumaczył „Gazecie Wrocławskiej” Miłosz Raszek, koordynator ds. transportu medycznego.
      Dalszy transport zaplanowano wzdłuż takiej trasy, by uniknąć nierówności, które mogłyby doprowadzić do rozłączenia aparatury podtrzymującej życie pacjenta.
      W USK pacjentowi wszczepiono pompę wspomagającą lewą komorę serca typu HeartMate. Teraz oczekuje na przeszczep.
      Cała akcja była możliwa dzięki Mateuszowi Rakowskiemu, koordynatorowi ds. transplantacji serca USK. Słowa uznania należą się także Miłoszowi Raszkowi, koordynatorowi ds. transportu medycznego USK, który zarządzał całym skomplikowanym przedsięwzięciem przetransportowania pacjenta do naszego szpitala, oraz lek. Jakubowi Jankowskiemu, koordynatorowi ds. mechanicznego wspomagania krążenia. I wreszcie: ogromny szacunek dla obu ekip medycznych – i polskiej, i norweskiej. Dziękujemy Wam za Wasze oddanie i bohaterstwo! - napisano na profilu USK na Facebooku.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Wiele gatunków zwierząt podszywa się pod inne gatunki, na przykład po to, by odstraszyć potencjalnych drapieżników. Zwykle w ten sposób przekazują sygnały wizualne. Na przykład wąż z gatunku Lampropeltis elapsoides jest – jak wszystkie lancetogłowy – niejadowity. Jednak ubarwieniem i wzorem przypomina jadowitą koralówkę arlekin. Teraz naukowcy odkryli pierwszy przypadek ssaka, który wydaje dźwięki podobne do owadów, by uniknąć ataku ze strony drapieżnika.
      Gdy myślimy o mimikrze, pierwsze co przychodzi do głowy, jest kolor. Jednak w tym przypadku główną rolę odgrywa dźwięk, mówi Danilo Russo, ekolog z Uniwersytetu Neapolitańskiego im. Fryderyka II. Jest on współautorem badań, w ramach których zauważono, że nocek duży wydaje odgłosy podobne do odgłosów szerszenia, by odstraszyć sowy.
      Nocki nie tylko używają echolokacji podczas polowań, ale też komunikują się między sobą za pomocą szerokiego wachlarza dźwięków. Russo, który badał je na potrzebny pewnego projektu naukowego, zauważył, że schwytane nietoperze wydają pod wpływem stresu dźwięk podobny do brzęczenia szerszenia.
      Uczony wraz z kolegami rozpoczął więc nowy projekt badawczy, w ramach którego porównał dźwięki wydawane przez szerszenie z dźwiękami wydawanymi przez zestresowane nocki. Większość częstotliwości nie była do siebie zbyt podobna. Jednak gdy naukowcy porównali tylko te częstotliwości, które słyszą sowy – jedne z głównych wrogów nocków – okazało się, że dźwięki są bardzo do siebie podobne.
      Chcąc sprawdzić swoje podejrzenia, naukowcy odtwarzali trzymanym w niewoli sowom dźwięki wydawane zazwyczaj przez nietoperze. Ptaki zbliżały się wówczas do głośników. Gdy jednak z głośników dobiegały dźwięki wydawane przez szerszenie, sowy zwykle się odsuwały. wiele sów odsuwało się również wtedy, gdy z głośników płynęły dźwięki zestresowanych nocków. Obserwacja taka potwierdza podejrzenie, że nocki – naśladując szerszenie – próbują odstraszyć sowy.
      Akustyczne podszywanie się przez nocki pod szerszenie ma sporo sensu. Jako, że latają one w nocy mimikra za pomocą kolorów zapewne by nie zadziałała. Wydawanie odpowiednich dźwięków może zaś uratować nockowi życie, gdyż wiadomo, że sowy starają się unikać szerszeni.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W kościele św. Antoniego we Wrocławiu można zobaczyć część obrazów z cyklu "Cuda św. Antoniego" malarza barokowego Johanna Jacoba Eybelwiesera, ucznia słynnego Michaela Leopolda Willmanna. Po odzyskaniu w latach 90. kluczy do pomieszczeń piwnicznych obrazy zastawione regałami i niepotrzebnymi sprzętami odnalazł ojciec Joachim. Prace konserwatorskie rozpoczęły się w 2017 r. Kontynuowano je do końca 2020 r.
      W oparciu o styl dzieł przypuszczano, że ich autorem może być osoba z otoczenia Willmanna, nazywanego m.in. śląskim Rembrandtem, Rubensem lub Rafaelem. Hipoteza ta potwierdziła się dopiero przy konserwacji ostatniego obrazu, na którym Eybelwieser pozostawił swoją sygnaturę.
      Johann Jacob Eybelwieser urodził się w 1667(?) w Wiedniu(?) w rodzinie artystycznej Hansa Eybelwiesera. Osiadłszy we Wrocławiu, współpracował z Michaelem Willmannem. Jak podkreśla ojciec Jozafat Roman Gohly, nie wiemy do końca, jaką rolę w warsztacie Willmanna pełnił Eybelwieser. Widoczne jest jednak w jego pracach naśladownictwo Willmanna i charakterystyczna szkicowa maniera, którą starał się nieudolnie naśladować.
      Warsztat Johanna Jacoba znajdował się na terenie parafii św. Macieja we Wrocławiu. Dziś jego prace można zobaczyć w katedrze świdnickiej, Oleśnicy Małej, Owczarach, Tyńcu nad Ślęzą, Gorzanowie, Lwówku Śląskim oraz, oczywiście, we Wrocławiu. Różne opracowania historyczne wskazują na współpracę Eybelwiesera z zakonami joannitów, augustianów, norbertanów, bonifratrów, dominikanów czy Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą. Cykl „Cuda św. Antoniego” rzuca zaś nowe światło na jego kontakty z franciszkanami.
      Zagmatwane losy cyklu dzieł
      W Archiwum Narodowym w Pradze znajduje się kronika wrocławskiego klasztoru franciszkanów pisana w latach 1750-56 (Archivum Conventus Wratislaviensis noviter descriptum Anno MDCCL). Z jednego z jej zapisów wynika, że w 1719 r. zakonnicy przyjęli darowizny na poczet zamówienia cyklu 11 scen z życia św. Antoniego Padewskiego. Malowidła miały zawisnąć w klasztornych krużgankach. W dalszej części kroniki napisano, że w latach 1720-22 jedenastu innych darczyńców ufundowało kolejne malowidła. Co ważne, pod nazwiskami darczyńców pojawiła się informacja, że za każdy z tych obrazów malarzowi Johannowi Eybelwieserowi zapłacono po 10 florenów.
      Nie wiadomo, jaką dokładnie drogę pokonały obrazy, by ostatecznie znaleźć się w kościele św. Antoniego na Karłowicach. Na początku XVIII w., gdy powstawał cykl, klasztor franciszkanów znajdował się na ul. św. Antoniego. Franciszkanie opuścili go ok. 1793 r., a klasztor przekazano elżbietankom. Jak napisał w opracowaniu ojciec Jozafat Roman Gohly, po długim okresie sekularyzacji i likwidacji zakonów, franciszkanie wrócili do Wrocławia w 1889 r. jako spowiednicy katedralni i zamieszkali przy kościółku św. Idziego. Dopiero w 1894 r. rozpoczęto starania o zakup działki, a następnie budowę klasztoru i kościoła św. Antoniego na obecnych Karłowicach.
      Zgodnie z relacjami najstarszych współbraci, obrazy były w klasztorze w latach 50. Za czasów PRL-u większa część klasztoru była przejęta przez władze, a w obiektach mieściło się m.in. liceum. Ostatecznie obrazy, które musiały cały czas znajdować się w pomieszczeniach piwnicznych, znalazł w latach 90. wspomniany na początku ojciec Joachim.
      Co przedstawiają zachowane obrazy
      Konserwacją 4 z 5 obrazów („Prezentacji św. Antoniego”, „Wskrzeszenia umarłego”, „Spowiedzi św. Antoniego” oraz „Kazania św. Antoniego”) zajęła się mgr Joanna Jędrzejak z Legnicy. Restaurację „Kazania w deszczu” prowadził zaś mgr Krzysztof Lis z Wrocławia. Do czasu konserwacji dzieła były przechowywane w pomieszczeniach klasztornych.
      „Prezentacja św. Antoniego” przedstawia parę z dzieckiem. Późniejszy święty urodził się w Lizbonie, nieopodal kościoła Matki Bożej. Po lewej stronie na górze naszkicowano obraz Matki Bożej z Dzieciątkiem. W części centralnej fragment Lizbony, z drogą prowadzącą do portu. Na dole łaciński napis „Nasceris Antoni prope Divae Virginis Aedem, Non procul a Domina servus abelle potest” oraz napis w języku staroniemieckim „Antonius wirdt nahe bey der Aller Seligsten Mutter, Gottes Kirchen zu Lisabona gobohren und auser zogen", głoszący „Antoni rodzi się nieopodal kościoła Matki Bożej w Lizbonie i jest wyniesiony na zewnątrz”.
      Obraz „Kazanie w deszczu” nawiązuje do jednego z cudów św. Antoniego. Gdy Antoni przemawiał do ludzi, a ci zaczęli się rozchodzić, bo zbierało się na burzę, święty poprosił ich, by zostali, obiecując, że nic się nie stanie. Na jego słuchaczy nie spadła ani jedna kropla deszczu. Dlatego też widzimy przemawiającego Antoniego i zgromadzonych wokół ludzi, nad którymi niebo jest pogodne. Łaciński i niemiecki napis można przetłumaczyć jako „Niebo osuszało powietrzem obłok, kiedy Antoni przemawiał.
      W prezbiterium po lewej stronie, najbliżej ołtarza głównego, franciszkanie powiesili obraz „Wskrzeszenie umarłego”. Jedna z wersji cudu mówi, że w ogrodzie Marcina, ojca Antoniego, znaleziono ciało zamordowanego człowieka. Marcin został więc posądzony o morderstwo. Św. Antoni w cudowny sposób przeniósł się do Portugalii i wskrzesił zmarłego. Ten nie potrafił wskazać mordercy, ale potwierdził, że to nie Marcin go zamordował. Tutaj tekst łaciński głosi "Liberat infontem distans, a morte Parentem; Res nova! dat vitam Filius iste Patri" „Wyzwala mimo odległości, od śmierci Rodzica (Ojca); Rzecz niesłychana! dając życie, Syn tego Ojca.”. W tekście niemieckim czytamy zaś: "Antonius kombt in einen augenblick auf Welschland in Portugal und hilft seinem Vatter im auserstem Nöthen durch erweckung eines Todten", co znaczy „Antoni pojawia się w mgnieniu oka w historycznej Portugalii i pomaga swojemu ojcu w pilnej potrzebie, przez wskrzeszenie umarłego”.
      Naprzeciwko „Wskrzeszenia” zobaczymy „Spowiedź św. Antoniego”. W ostatnim roku życia (1231) św. Antoni wiele czasu spędził w roli spowiednika. W lewej części obrazu widzimy herb wskazujący, że fundatorem obrazu jest hrabia von Lestwitz herbu Nowina. Warto zwrócić uwagę na nietypową postać kobiety z dzieckiem na plecach. W kulturze europejskiej zwykle przedstawia się kobiety trzymające dziecko przed sobą. Tutaj zaś kobieta trzyma dziecko w sposób charakterystyczny dla kultury afrykańskiej. Ponadto kobieta jest bosa, co może być nawiązaniem do tradycji przychodzenia boso do grobu św. Antoniego. Zarówno napis łaciński, jak i niemiecki mówią o nawróceniu i odpuszczeniu grzechów.
      Św. Antoni był Portugalczykiem, przemawiał po włosku, ale rozumieli go rozmaici ludzie. Widzimy to na obrazie „Kazanie św. Antoniego”, gdzie wśród zgromadzonych znajdują się osoby ubogie i bogate, a także ludzie reprezentujący różne stany, kontynenty i narody. To, co mówi święty, jest zrozumiałe dla każdego. Napisy „Natali linguae dialecto noscitur omnis; Hic de qua patria venit civitate viaque” i „Antonius predigt und wird in unterschiedlichen; Sprachen von allen Völkern verstanden” odnoszą się właśnie do rozumienia słów Antoniego przez wszystkich ludzi.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Lekarze z Kliniki Transplantacji Szpiku, Hematologii i Onkologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego (USK) we Wrocławiu po raz pierwszy w Polsce przygotowali i podali komórki NK (zastosowali immunoterapię przeciwbiałaczkową NK). Zabieg przeprowadzono 1 lutego u 18-letniego pacjenta z ostrą białaczką szpikową, u którego wcześniej zawiodły wszystkie standardowe metody, z przeszczepem szpiku włącznie. Koncentrat komórek NK przygotowano z krwi pobranej od ojca chorego. Warto dodać, że ojciec był również dawcą szpiku.
      Zabieg odbył się bez powikłań. W związanych z nim procedurach brali udział dr hab. Marek Ussowicz, dr Kornelia Gajek, dr Blanka Rybka, mgr Renata Ryczan-Krawczyk, dr Monika Mielcarek-Siedziuk oraz dr Jowita Frączkiewicz.
      Komórki NK
      Komórki NK (ang. natural killer) stanowią ok. 10% wszystkich limfocytów krwi obwodowej. Wykazują zdolność do tzw. naturalnej cytotoksyczności komórkowej, czyli do spontanicznego zabijania komórek docelowych bez konieczności wcześniejszej immunizacji gospodarza. Komórkami docelowymi limfocytów NK są przede wszystkim komórki zakażone wirusem, a także komórki nowotworowe, dlatego przypisuje się im istotną rolę w zwalczaniu zakażeń wirusowych i nadzorze immunologicznym nad rozwojem nowotworów.
      Należy podkreślić, że aktywność przeciwnowotworowa komórek NK jest kwestią indywidualną i zależy od genów. Gdy u kogoś komórki NK działają słabo, można wspomóc terapię, podając je z zewnątrz; w grę wchodzi wyizolowanie z własnej krwi pacjenta lub z krwi zdrowego dawcy. Jak podkreślono w komunikacie prasowym Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu, na świecie metodę tę stosuje się już od ok. 20 lat, ale dotychczas w Polsce nie było takich możliwości.
      Pierwszy pacjent
      Naszym pierwszym pacjentem był 18-letni chłopiec, leczony od 2021 roku z powodu ostrej białaczki szpikowej – mówi dr hab. Marek Ussowicz. Niestety, nie odpowiadał na standardowe metody leczenia. Kilka miesięcy temu przeszedł przeszczepienie szpiku, ale i ten zabieg nie przyniósł zadowalających rezultatów. Szansą dla tego pacjenta jest specjalna chemioterapia, której jednak w Polsce nie wykonujemy. Został zakwalifikowany do leczenia w Niemczech. Terapia komórkami NK, którą zrobiliśmy w naszej klinice, miała charakter pomostowy. Dzięki niej organizm pacjenta będzie lepiej przygotowany do chemioterapii i walki z nowotworem.
      Kierownik Kliniki prof. dr hab. Krzysztof Kałwak dodaje, że u naszych sąsiadów w ramach I fazy badań klinicznych 18-latek będzie mógł być poddany eksperymentalnej terapii komórkami Uni-CAR-T anty CD123. Być może kiedyś oprócz leczenia dzieci z ostrą białaczką limfoblastyczną komórki CAR-T będą również podawane pacjentom z ostrą białaczką szpikową w USK, a na razie cieszę się bardzo, że zespół pod kierownictwem dr hab. Marka Ussowicza rozwija terapię komórkową NK - zaznacza profesor.
      Przygotowanie koncentratu komórek NK
      Procedura pobrania i przygotowania komórek NK zajęła 2 dni. Na początku od dawcy - ojca chorego ze stwierdzonym korzystnym układem receptorów KIR (ang. killer-cell immunoglobulin-like receptors) - pobrano koncentrat leukocytów. Leukocyty poddano 2-etapowemu oczyszczaniu; dzięki jego zastosowaniu usuwa się limfocyty, które mogą wywołać chorobę przeszczep przeciw gospodarzowi (ang. GVHD, graft-versus-host disease). Następnie komórki podano 18-latkowi.
      Nasz zespół od wielu lat pracuje nad klinicznym znaczeniem komórek NK, niedługo na podstawie tych badań zakończy się doktorat jednej z badaczek. Terapię komórkami NK traktujemy jako dowód naszej zdolności do stosowania skomplikowanych metod leczenia i dobry punkt na drodze dalszego rozwoju immunoterapii przeciwnowotworowej - podsumowuje dr hab. Ussowicz.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...