Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

50 prokuratorów rozpoczęło śledztwo przeciwko Google'owi

Recommended Posts

Prokuratorzy generalni 48 amerykańskich stanów, Dystryktu Kolumbii oraz Puerto Rico dołączyli do śledztwa w sprawie możliwego naruszenia przepisów antymonopolowych przez Google'a, oświadczył lider grupy, Ken Paxton, prokurator generalny stanu Teksas. W śledztwie nie biorą udziału prokuratorzy Kalifornii i Alabamy.

Gdy nie ma już wolnego rynku lub konkurencji, dochodzi do wzrostu cen, nawet jeśli coś jest reklamowane jako darmowe, a to szkodzi konsumentom, mówi prokurator generalna Florydy, Ashley Moody. Czy coś jest naprawdę bezpłatne, jeśli oddajemy za to coraz więcej informacji osobistych. Czy coś jest naprawdę wolne, jeśli ceny reklamy internetowej idą w górę, bo są pod kontrolą jednej firmy?.

Śledztwo w sprawie postępowania Gooogle'a nie jest jedynym, jakie ostatnio rozpoczęło się w USA w sprawie gigantów rynku IT. Kilka dni wcześniej prokuratorzy generalni siedmiu stanów oraz Dystryktu Kolumbii rozpoczęli, pod przewodnictwem prokurator generalnej stanu Nowy Jork, Letitii James, śledztwo w sprawie działań Facebooka. Niewykluczone, że oba śledztwa będą koordynowane.

Po ogłoszeniu decyzji prokuratorów akcje konglomeratu Alphabet, którego Google jest najważniejszą częścią, spadły o 0,9%. Rzecznik prasowy Google'a poinformował, że firma otrzymała z Departamentu Sprawiedliwości prośbę o informację na temat swoich praktyk biznesowych. Spodziewamy się, że podobne pytania będą zadawali prokuratorzy, przyznał rzecznik.
Śledztwo rozpoczęte przez poszczególne stany to kolejny problem dla obu koncernów, które już borykają się ze śledztwami federalnymi.

W lipcu Federalna Komisja Handlu (FTC) zatwierdziła ugodę z Facebookiem w ramach której gigant ma zapłacić rekordowe 5 miliardów dolarów grzywny oraz wypełnić szereg zaleceń nałożonych przez FTC. serwis społecznościowy zapłacił też 100 milionów dolarów grzywny w ramach ugody z Komisją Giełd (SEC).

Z kolei Departament Sprawiedliwości prowadzi własne śledztwo przeciwko Google'owi. Prokuratorzy generalni oświadczyli zaś, że ich śledztwo będzie prowadzone niezależnie od śledztw federalnych organów władzy.

Dotychczas akcje podejmowane przez władze federalne przeciwko Facebookowi czy Google'owi niczego nie zmieniały. Firmy płaciły spore grzywny, które jednak stanowiły niewielką część ich rocznych przychodów.

Śledztwo antymonopolowe prowadzone przez prokuratorów stanowych ma inną wagę, niż śledztwa ws. prywatności, które dotychczas prowadziły władze federalne. Jeśli bowiem okaże się, że Facebook czy Google naruszyły przepisy antymonopolowe, można im nakazać zmiany algorytmów na bardziej przyjazne dla konkurencji czy nawet doprowadzić do podziału firmy.
Doug Peterson, prokurator generalny Nebraski, mówi, że będzie współpracował zarówno z Departamentem Sprawiedliwości, jak i z władzami innych krajów. Bardzo znaczący jest fakt, że śledztwa w tej sprawie są też prowadzone w Unii Europejskiej, Wielkiej Brytanii, Francji i Australii, stwierdza.

Nie można też wykluczyć, że śledztwa przeciwko Google'owi i Facebookowi zostaną rozszerzone na Apple'a i Amazona.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites
6 godzin temu, Ergo Sum napisał:

Bardzo, bardzo się z tego powodu cieszę

Cóż, państwo - czyli monopolista w sferze przymusu (taka jest jedna z definicji państwa) - wzięło się za osłabianie innego monopolisty - tzw. naturalnego (https://pl.wikipedia.org/wiki/Monopol_naturalny). To trochę tak, jak gdyby niedźwiedź z wilkiem zaczęli dyskutować, który ma większe prawo odgryźć Ci kawałek ciała i zjeść na śniadanie ;)  IMHO najprzezpieczniej (https://sjp.pwn.pl/doroszewski/przezpiecznie) byłoby, gdyby zwykli obywatele umieli zachowywać bezpieczny dystans zarówno do jednego, jak i drugiego. Żadna wielka organizacja nam w tym raczej nie pomoże...

Edited by darekp

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Pomimo trwającej od 2 tygodni rosyjskiej agresji, internet na Ukrainie ciągle działa. Zaskakiwać może, że Kreml, bardzo chętnie korzystający z cyberataków, dotychczas go nie wyłączył. Okazuje się, że na kilka miesięcy przed rosyjską napaścią Stany Zjednoczone zorganizowały tajną misję, w ramach której amerykańscy eksperci pomogli zabezpieczyć ukraińską cyberprzestrzeń.
      Od kilku lat USA pomagają Ukrainie zabezpieczyć sieci komputerowe. Na Ukrainie pracują żołnierze US Army's Cyber Command, niezależni specjaliści opłacani przez Waszyngton oraz eksperci z firm IT. Jednak pod koniec ubiegłego roku wysiłki te zostały wyraźnie zintensyfikowane i skupione na konkretnym zagrożeniu. Media donoszą, że w październiku i listopadzie liczba amerykańskich ekspertów pracujących na Ukrainie uległa nagłemu zwiększeniu. Mieli oni przygotować ukraińskie sieci na spodziewane ataki w obliczu coraz bardziej prawdopodobnej wojny. Misja najwyraźniej się powiodła, gdyż Ukraina ciągle ma łączność ze światem.
      Okazuje się na przykład, że agresor chciał sparaliżować ukraińskie koleje. Amerykanie znaleźli w sieci komputerowej ukraińskich kolei państwowych malware, które pozwalało napastnikom na jej wyłączenie poprzez skasowanie kluczowych plików.
      Niestety, podobne oprogramowanie zostało też zainstalowane – czego Amerykanie nie zauważyli – na komputerach straży granicznej i przeprowadzony cyberatak zwiększył chaos na granicy ukraińsko-rumuńskiej.
      Amerykanie nie ograniczyli się do działań informatycznych. Wiadomo, że we współpracy z ukraińskimi firmami odpowiadającymi za ukraińską sieć szkieletową, budowali dodatkową infrastrukturę, która miała zabezpieczyć najważniejsze potencjalne cele rosyjskich cyberataków.
      W ostatnim tygodniu lutego na sieć ukraińskiej policji i innych agend rządowych przeprowadzono silny atak DDoS. Wiadomo, że w ciągu kilku godzin Amerykanie skontaktowali się z Fortinetem, kalifornijską firmą sprzedającą wirtualne maszyny przeznaczone do przeciwdziałania takim atakom, zdobyli fundusze, w zaledwie 15 minut uzyskali zgodę Departamentu Handlu na transfer technologii i zainstalowali oprogramowanie Fortinetu na komputerach policji. Atak został odparty w ciągu ośmiu godzin od rozpoczęcia.
      Ataki hakerskie są często kierowane przeciwko komercyjnemu oprogramowaniu, a znaczną jego część produkują amerykańskie i europejskie firmy, które teraz poświęcają część swoich zasobów na pomoc Ukrainie. Wiadomo na przykład, że microsoftowe Threat Intelligence Center od wielu miesięcy chroni ukraińskie sieci przed rosyjskimi atakami. Jeszcze 24 lutego, na kilka godzin przez rosyjską napaścią, inżynierowie Microsoftu wykryli nowe szkodliwe oprogramowanie i dokonali jego inżynierii wstecznej. W ciągu trzech godzin udało im się stworzyć łatę i ostrzec ukraińskie władze przed licznymi atakami na wojskowe sieci. O sytuacji powiadomiono Biały Dom, który poprosił Microsoft, by ten podzielił się szczegółami z Polską innymi krajami europejskimi w obawie, że i ich sieci mogły zostać zarażone tym samym kodem. Menedżerowie Microsoftu przyznają, że jeszcze kilka lat temu takie działania zajęłyby całe tygodnie lub miesiące. Teraz wystarczają godziny.
      Amerykańska prasa donosi, że niektórzy z wysokich rangą menedżerów Microsoftu uzyskali szybko certyfikaty bezpieczeństwa i biorą teraz udział w spotkaniach National Security Agency (NSA) i Cyber Command.
      Eksperci obserwujący rozwój wydarzeń w ukraińskiej cyberprzestrzeni, są zdumieni tym, co widzą. Rosja zdobyła sobie reputację kraju, który potrafi skutecznie przeprowadzić silne niszczące cyberataki. Tymczasem od czasu napaści na Ukrainę nie obserwuje się wzmożenia tego typu aktywności. Nie wiadomo, co się stało. Być może Rosjanie próbowali, ale dzięki wzmocnieniu ukraińskiej infrastruktury napotkali na trudności. Na pewno próbowali przejąć facebookowe konta wysokich rangą ukraińskich oficerów i znanych osobistości, by rozpowszechniać fałszywe informacje. Na kontach tych pojawiły się filmy z rzekomo poddającymi się ukraińskimi oddziałami. Facebook zablokował zaatakowane konta i poinformował ich właścicieli.
      Nie można wykluczyć, że Kreml zlekceważył siłę ukraińskiej cyberprzestrzeni podobnie, jak zlekceważył ukraińską armię.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Dziennikarskie śledztwo przeprowadzone przez The Wall Street Journal wykazało, że Facebook podzielił użytkowników na kategorie i jednym pozwala na więcej niż innym. Wbrew temu, co twierdzą przedstawiciele serwisu, koncern nie stosuje tych samych zasad dla wszystkich. Znani użytkownicy platformy społecznościowej zostali zwolnieni z przestrzegania niektórych lub wszystkich jej zasad.
      Mowa tutaj o używanym przez Facebooka programie XCheck. Początkowo jego celem było zwiększenie jakości kontroli nad przestrzeganiem zasad Facebooka przez znanych posiadaczy kont w serwisie. XCheck zajmował się celebrytami, politykami czy dziennikarzami. Jednak z czasem przerodził się on w parasol ochronny nad kilkoma milionami wybranych kont. Niektóre z tych kont są wyłączone spod jakiejkolwiek kontroli zasad przestrzegania standardów Facebooka inne zaś mogą publikować materiały, za które zwykli użytkownicy są upominani czy blokowani.
      Z dokumentów, do których dostęp uzyskali dziennikarze, wynika, że w 2019 roku wykonany przez Facebooka poufny wewnętrzny audyt wykazał istnienie problemu. Nie robimy tego, o czym publicznie zapewniamy. Ci ludzie, w przeciwieństwie do całej reszty, mogą naruszać nasze standardy nie ponosząc żadnych konsekwencji, czytamy w poufnym raporcie. Skutek takich działań Facebooka jest taki, że słynny piłkarz Neymar mógł opublikować nagie zdjęcia kobiety, która oskarżyła go o gwałt, a z uprzywilejowanych kont rozsiewano nieprawdziwe informacje o rzekomym ukrywaniu przez Hillary Clinton istnienia pedofilskiego kręgu czy o tym, jakoby prezydent Trump miał nazwać wszystkich uchodźców „zwierzętami”.
      Od tamtej pory jest tylko gorzej. W 2020 roku parasolem ochronnym Facebooka objętych było 5,8 miliona kont.
      Facebook dokładnie wie, że XCheck stanowi poważny problem, że pozwala na naruszanie standardów. Jednak nic z tym nie robi. Teraz serwis może mieć poważny problem, gdyż ktoś wyniósł poufne dokumenty i co najmniej część z nich przekazał Komisji Giełd i Papierów Wartościowych oraz Kongresowi.
      Zawartość umieszczona na Facebooku przez przeciętnego użytkownika podlega sprawdzeniu przez algorytmy, które pilnują, by użytkownicy nie naruszali zasad. Jeśli algorytmy uznają, że zasady zostały naruszone, treści są ukrywane lub usuwane. Czasami materiał oznaczony przez algorytmy trafia do przeglądu dokonywanego przez moderatorów zatrudnianych przez firmy zewnętrzne, współpracujące z Facebookiem.
      Jednak inaczej jest w przypadku kont, którymi zajmuje się XCheck. System ten został przygotowany tak, by – jak opisano w poufnych dokumentach Facebooka – zminimalizować szkody PR-owe, do jakich mogłoby dojść, gdyby niesłusznie ocenzurowano treści opublikowane przez wpływowe osoby. Jeśli XCheck stwierdzi, że treści takie mogą naruszać standardy, nie są one usuwane. Trafiają do osobnego systemu przeglądu, dokonywanego przez lepiej przeszkolonych etatowych pracowników.
      Wiadomo, że wielu pracowników Facebooka mogło dodawać użytkowników do XCheck, a ze wspomnianego audytu wynika, że w 2019 roku robiło tak co najmniej 45 zespołów znajdujących się w  firmie. Wewnętrzny podręcznik obsługi XCheck mówi, że należy tam dodawać konta „warte rozpowszechniania”, „wpływowe lub popularne” czy „ryzykowne pod względem PR”.
      Widocznym skutkiem takich działań było np. postępowanie Neymara, brazylijskiej gwiazdy piłki nożnej, który w 2019 roku został oskarżony o gwałt. W odpowiedzi Neymar opublikował na Facebooku i Instagramie m.in. korespondencje pomiędzy sobą a oskarżycielką, w tym nazwisko oskarżycielki i jej nagie zdjęcia. Standardowe procedury Facebooka przewidują skasowanie takich zdjęć. Jednak konto Neymara znajduje się pod parasolem ochronnym XCheck. Z tego też system na ponad dobę uniemożliwił moderatorom usunięcie wideo opublikowanego przez Neymara. Audyt wykazał również, że 56 milionów użytkowników mogło zobaczyć zdjęcia, które Facebook określił jako „porno z zemsty”, a wideo zostało udostępnione ponad 6000 razy wraz z komentarzami nieprzychylnymi kobiecie.
      Zasady Facebooka mówią, że publikacja nagich zdjęć powinna kończyć się nie tylko ich usunięciem, ale również usunięciem konta osoby, która je umieściła. Po tym, jak sprawie Neymara przyjrzało się kierownictwo, zdecydowaliśmy się na pozostawienie jego konta. To wyraźne odejście od naszych zasad, czytamy w audycie Facebooka.
      Wydaje się, że Facebook nie panuje nad XCheck. Parasol ochronny otwarto nad tak duża liczbą kont, że nikt nie jest w stanie ręcznie sprawdzać zastrzeżeń zgłaszanych przez algorytmy, a pracownicy wciąż dodają nowe konta. Z dokumentów wynika, że na razie Facebook planuje opracowanie zasad postępowania w przypadku poważnych naruszeń dokonywanych przez ludzi chronionych przez XCheck. Jednak będzie to robione z założeniem, że właściciele takich kont mieli „dobre intencje” i przyjęta zostanie zasada „niewinny, póki nie udowodni mu się winy”. To nadal całkowicie inne zasady postępowania, niż te dotyczące wszystkich innych użytkowników.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Posłowie obu największych partii z amerykańskiej Izby Reprezentantów przygotowali pakiet ustaw antymonopolowych, które biorą na cel gigantów rynku IT. Jeśli ustawy zostaną przegłosowane, będą największą zmianą amerykańskiego prawa antymonopolowego od dziesięcioleci.
      Pięć ustaw to wynik trwającego ponad rok śledztwa i analiz nad konkurencyjnością rynku cyfrowego. Na cel biorą one "nieuregulowane wpływy Big Tech", stwierdzili ich autorzy.
      Amazon, Apple, Facebook i Google to cztery potężne koncerny, które mają wpływ na niemal każdy aspekt tego, co dzieje się w internecie. Ich wartość rynkowa przekracza 6 bilionów dolarów, a potęga i wpływy, jakie mają, pokazują, że tradycyjne prawo antymonopolowe nie działa w ich przypadku. Facebook to największy serwis społecznościowy na świecie, z którego korzysta tyle osób ile łącznie mieszka w Chinach i Indiach. Amazon kontroluje 38% amerykańskiego rynku sprzedaży online, a jego największy konkurent – Walmart – ma zaledwie 6% rynku. Ponadto Amazon, za pośrednictwem swojej platformy, zbiera olbrzymią ilość informacji o innych sprzedawcach. Od Apple App Store zależy los wielu deweloperów, dla których platforma ta jest jedynym sposobem dotarcia do olbrzymiej liczby klientów. Z kolei Google przetwarza około 90% wszystkich zapytań w internecie.
      Demokrata David N. Ciciline, przewodniczący Podkomitetu Antymonoplowego Izby Reprezentantów, w którym ostatnio szefowie gigantów zostali poddani wielogodzinnym publicznym przesłuchaniom, stwierdził: Obecnie nieuregulowane monopole technologiczne mają zbyt duży wpływ na naszą gospodarkę. Ich pozycja pozwala im decydować, kto wygra a kto przegra w grze rynkowej, mogą niszczyć małe firmy, podnosić ceny i pozbawiać ludzi pracy.
      Stronnicy wielkich korporacji mówią, że dzięki skali jaką osiągnęły Apple, Amazon, Facebook i Google firmy te mogły dokonać niespotykanych wcześniej innowacji i dostarczyć konsumentom tanich produktów technologicznych. Krytycy zaś twierdzą, że wpływy wielkich korporacji są szkodliwe dla pracowników, niszczą małe firmy i obciążają konsumentów innymi kosztami niż tyko finansowe.
      W proponowanych ustawach znalazły się przepisy, które zakazują dominującym platformom – jak App Store Apple'a czy Play Store Google'a – dyskryminowania sprzedawców, wybierania tych, którzy mogą z nich korzystać czy zapewniania im lepszych miejsc na platformach. Koncerny nie będą mogły decydować, kto wygra a kto przegra. Zakazane mają być akwizycje mające na celu zduszenie rodzącej się konkurencji lub takie, których celem będzie rozszerzenie lub wzmocnienie rynkowej pozycji online'owych platform. W ustawach przewidziano też ograniczenie dominującym platformom możliwości kontrolowania firm z różnych rynków. Znalazły się w nich również zapisy dotyczące obniżenia barier wejścia na rynek oraz zmniejszenia kosztów dla firm i konsumentów chcących zrezygnować z jednej platformy na rzecz innej. Ustawodawcy proponują też pierwszą od 2 dekad podwyżkę opłat za łączenie firm. Z opłat takich finansowane są działania antymonopolowe Departamentu Sprawiedliwości i Federalnej Komisji Handlu.
      Proponowane nowe przepisy to jednak nie wszystko. Wszystkie wymienione firmy mają na głowie procesy antymonopolowe wytoczone im zarówno przez Departament Sprawiedliwości, Federalną Komisją Handlu jak i prywatną konkurencję.
      Wspomniane 6-godzinne przesłuchania przed Izbą Reprezentantów, których owocem jest omawiany tutaj pakiet ustaw, miały miejsce w lipcu ubiegłego roku. Były one kulminacją trwającego kilkanaście miesięcy śledztwa, w czasie którego zgromadzono ponad 1,3 miliona dokumentów zarówno od wymienionych gigantów IT, ich konkurencji, jak i agencji antymonopolowych. Po przesłuchaniu powstał 449-stronicowy raport, w którym Apple'a, Amazona, Google'a i Facebooka oskarżono o naruszenie pozycji rynkowej.
      Inicjatywa ustawodawcza spotkała się już z krytyką. Proponowane ustawy spowodują, że rząd będzie zarządzał organizacjami przemysłowymi. Lekceważą one podstawy amerykańskiej gospodarki rynkowej i spowodują, że działające z powodzeniem firmy technologiczne nie będą mogły dostarczać konsumentom produktów i usług poprawiających ich życie, mówi Matthew Schruers, prezes organizacji Computer & Communications Industry Association.
      Głosy takie nie znajdują jednak zrozumienia u członków komitetu antymonpolowego. Republikanin Ken Buck stwierdził: Firmy Big Tech wykorzystują swoją dominującą pozycję do niszczenia konkurencji, cenzurowania swobody wypowiedzi i kontrolowania tego, w jaki sposób postrzegamy i rozumiemy świat. Nic nierobienie nie jest rozwiązaniem. Musimy działać teraz.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Prawnikom Google'a nie udało się doprowadzić do odrzucenia przez sąd pozwu związanego z nielegalnym gromadzeniem danych użytkowników przez koncern. Sędzia Lucy Koh uznała, że Google nie poinformował użytkowników, iż zbiera ich dane również wtedy, gdy wykorzystują w przeglądarce tryb anonimowy.
      Powodzi domagają się od Google'a i konglomeratu Alphabet co najmniej 5 miliardów dolarów odszkodowania. Twierdzą, że Google potajemnie zbierał dane za pośrednictwem Google Analytics, Google Ad Managera, pluginów oraz innych programów, w tym aplikacji mobilnych. Przedstawiciele Google'a nie skomentowali jeszcze postanowienia sądu. Jednak już wcześniej mówili, że pozew jest bezpodstawny, gdyż za każdym razem, gdy użytkownik uruchamia okno incognito w przeglądarce, jest informowany, że witryny mogą zbierać informacje na temat jego działań.
      Sędzia Koh już wielokrotnie rozstrzygała spory, w które były zaangażowane wielkie koncerny IT. Znana jest ze swojego krytycznego podejścia do tego, w jaki sposób koncerny traktują prywatność użytkowników. Tym razem na decyzję sędzi o zezwoleniu na dalsze prowadzenie procesu przeciwko Google'owi mogła wpłynąć odpowiedź prawników firmy. Gdy sędzia Koh zapytała przedstawicieli Google'a, co koncern robi np. z danymi, które użytkownicy odwiedzający witrynę jej sądu wprowadzają w okienku wyszukiwarki witryny, ci odpowiedzieli, że dane te są przetwarzane zgodnie z zasadami, na jakie zgodzili się administratorzy sądowej witryny.
      Na odpowiedź tę natychmiast zwrócili uwagę prawnicy strony pozywającej. Ich zdaniem podważa ona twierdzenia Google'a, że użytkownicy świadomie zgadzają się na zbieranie i przetwarzanie danych. Wygląda na to, że Google spodziewa się, iż użytkownicy będą w stanie zidentyfikować oraz zrozumieć skrypty i technologie stosowane przez Google'a, gdy nawet prawnicy Google'a, wyposażeni w zaawansowane narzędzia i olbrzymie zasoby, nie są w stanie tego zrobić, stwierdzili.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Główny rywal facebookowego WhatsAppa, komunikator Telegram zyskał 25 milionów nowych użytkowników w ciągu ostatnich 72 godzin. Tym samym łączna liczba użytkowników Telegrama przekroczyła już 500 milionów. Wzrost popularności wydaje się mieć związek głównie z wysokim stopniem prywatności i bezpieczeństwa tego komunikatora. Nie bez znaczenia są też ostatnie działania Facebooka, cenzurującego swoich przeciwników politycznych.
      W grudniu ubiegłego roku Apple wprowadziło w sklepie AppStore tzw. etykiety prywatności. Firma zobowiązała wszystkich developerów, których oprogramowanie znajduje się w AppStore, do publicznego zaprezentowania informacji, jakie dane o użytkownikach są zbierane przez ich aplikacje. Działanie koncernu z Cupertino nie spodobało się Facebook'owi, który w wykupionych reklamach zaczął przekonywać, że działania Apple'a szkodzą małym firmom. Należący do Facebooka WhatsApp oskarżył Apple'a, że stosuje podwójne standardy. Jednak przedstawiciele Apple'a wyjaśnili, że nowe reguły dotyczą też ich własnych aplikacji.
      Zdenerwowaniu Facebooka trudno się dziwić. Etykiety prywatności pokazały bowiem, jak gigantyczną liczbę informacji zbierają o nas komunikatory Facebooka w porównaniu z konkurencyjnymi komunikatorami. To uświadomiło wielu internautom, że warto poszukać alternatywnych metod komunikowania się ze znajomymi.
      Czarę goryczy mogły przepełnić ostatnie wydarzenia, gdy Facebook bezterminowo zablokował konto prezydenta Trumpa. Wiele osób odebrało to jako przykład cenzury i ograniczania wolności słowa osobom o poglądach odmiennych od kierownictwa Facebooka. Jakby tego było mało przejściowo zablokowano nawet oficjalne konto Grupy Wyszehradzkiej, gdy pojawiły się na nim zapowiedzi prac nad rozwiązaniami prawnymi karzącymi internetowych gigantów za cenzurę.
      Takie wydarzenia mogły dolać oliwy do ognia. Tym bardziej, że WhatsApp zmienia od lutego zasady użytkowania aplikacji i jej użytkownicy będą musieli zgodzić się na dzielenie się danymi z Facebookiem. Zasady te nie mają obecnie zastosowania do mieszkańców Europy. Spotkały się jednak z szeroką krytyką.
      W takiej sytuacji wiele osób zdecydowało się na korzystanie z Telegrama. To istniejący od 7 lat komunikator, który w ostatnich miesiącach stał się główną platformą wymiany informacji wśród przeciwników reżimu Łukaszenki.
      Twórca Telegrama, Paweł Durov, wielokrotnie krytykował WhatsApp za podejście do kwestii ochrony prywatności użytkowników. Ludzie nie chcą już dłużej oddawać swojej prywatności w zamian za bezpłatne usługi. Nie chcą być dłużej zakładnikami monopolistów IT, którzy sądza, że mogą robić wszystko, bo mają dużą bazę użytkowników, mówi Durov. Z półmiliardową liczbą aktywnych użytkowników i rosnącą popularnością Telegram stał się największym schronieniem dla tych, którzy szukają bezpiecznej dbającej o prywatność platformy komunikacyjnej. My bardzo poważnie podchodzimy do naszych zobowiązań wobec użytkowników, dodaje Durov.
      Twórca Telegrama zapewnia, że od 2013 roku, kiedy to komunikator powstał, nie udostępniliśmy stronie trzeciej nawet pojedynczego bita danych nt. naszych użytkowników.
      Nie tylko Telegram zanotował wzrost liczby użytkowników. Liczba pobrań komunikator Signal wzrosła z 246 000 do 8,8 milionów tygodniowo. Wzrost był tak gwałtowny, że serwery Signala miały przejściowe kłopoty z obsłużeniem ruchu.
      Po tym, jak użytkownicy WhatsApp zaczęli porzucać ten komunikator na rzecz Telegrama i Signala, jego władze próbują ratować sytuację lepiej wyjaśniając nowe zasady prywatności. Nie pomaga w tym jednak fakt, że Facebook od dawna jest krytykowany za brak ochrony prywatności oraz zapędy cenzorskie. Nawet Elon Musk zachęca na Twitterze do korzystania z Signala.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...