Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy

Recommended Posts

Australijskie mewy są nosicielkami superbakterii opornych na antybiotyki. Naukowcy z Murdoch University w Perth, którzy kierowali badaniami, obawiają się, że patogeny mogą się rozprzestrzenić na ludzi i zwierzęta hodowlane oraz domowe.

Zespół ustalił, że wśród mew czerwonodziobych u ponad 20% występuje nosicielstwo lekoopornych pałeczek okrężnicy (Escherichia coli); E. coli wywołują zakażenia układu moczowego, sepsę czy zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych.

Odkryliśmy, że niezależnie od stanu, dla populacji australijskich mew charakterystyczne jest nosicielstwo superbakterii (bakterii opornych na związki antydrobnoustrojowe), które wywołują choroby u ludzi - opowiada dr Sam Abraham.

Mark O'Dea, wirusolog weterynaryjny z Murdoch University, dodaje, że dzieci są narażone na kontakt z tymi patogenami, jeśli po zabawie na trawie czy skałach, na których przebywały mewy, dotykają ust albo jedzą. Ryzyko można jednak wyeliminować, myjąc ręce.

Pojedyncze badane przez Australijczyków mewie odchody zawierały mikroorganizmy oporne na leki ostatniej nadziei, takie jak karbapenemy. Jeden ptak z plaży Cottesloe w Perth był nosicielem patogenów opornych na kolistynę (wcześniej w Australii nie odnotowano tego zjawiska).

Rzecznik federalnego wydziału zdrowia powiedział, że dotąd mewy nie były częścią programu monitoringu lekooporności, ponieważ nie określono ryzyka transmisji z tych ptaków na ludzi.

Antybiotykooporne bakterie wykrywano u mew i innych ptaków z różnych krajów. W niektórych przypadkach pojawiały się sugestie związane z zarażaniem się przez ptaki po spożyciu ludzkich odpadów domowych.

Badanie, w ramach którego w latach 2015-17 zbadano odchody 562 mew czerwonodziobych z gęsto zasiedlonych regionów przybrzeżnych, ukazało się właśnie w Journal of Antimicrobial Chemotherapy. Okazało się, że szeroko rozpowszechniona jest oporność izolatów E. coli na cefalosporyny o szerokim zakresie (21,7%) oraz fluorochinolony (23,8%).

Typowo mewy żerują na morzu. Osobniki, które żyją jednak w miastach, zarażają się superbakteriami, żywiąc się resztkami z wysypisk oraz przez kontakt ze zużytymi wkładkami higienicznymi czy pieluchami - podsumowuje Abraham.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Algorytmy do maszynowego uczenia się pozwoliły specjalistom z MIT zidentyfikować nowe potężne antybiotyki. Podczas testów laboratoryjnych nowe związki zabiły jedne z najtrudniejszych w zwalczaniu bakterii chorobotwórczych, w tym szczepy oporne na działanie wszystkich znanych antybiotyków. Jakby tego było mało, umożliwiły one zwalczenie infekcji w dwóch różnych mysich modelach chorób.
      Naukowcy wykorzystali model komputerowy, który pozwala na przeanalizowanie w ciągu zaledwie kilku dni działania setek milionów związków chemicznych. Taka analiza pozwala na wybór do dalszych badań najbardziej obiecujących środków. Uczeni szukają związków, które zabijają bakterie w inny sposób, niż obecnie znane antybiotyki.
      Chcieliśmy stworzyć platformę, która pozwoliłaby nam na wykorzystanie sztucznej inteligencji do zapoczątkowania nowej epoki w odkrywaniu antybiotyków. Dzięki takiemu podejściu natrafiliśmy na zadziwiającą molekułę, która jest jednym z najpotężniejszych znanych antybiotyków, mówi profesor James Collins z MIT.
      Przy okazji zidentyfikowano wiele innych obiecujących kandydatów na antybiotyki. Substancje te dopiero będą testowane. Uczeni uważają, że ich model można wykorzystać również do projektowania nowych leków.
      Model maszynowego uczenia się pozwala nam masowo badać związki chemiczne. Przeprowadzenie takich badań w laboratorium byłoby niemożliwe ze względu na koszty, dodaje Regina Barzilay z Computer Science and Artificial Intelligencje Laboratory (CSAIL) na MIT.
      Przez ostatnich kilkadziesiąt lat wynaleziono niewiele nowych antybiotyków, a większość z tych nowych to lekko istniejące wersje wcześniej istniejących. Obecnie wykorzystywane metody badania związków chemicznych pod kątem ich przydatności do produkcji antybiotyków są niezwykle kosztowne, wymagają dużo czasu i zwykle pozwalają zbadać wąską grupę mało zróżnicowanych środków.
      Stoimy w obliczu rosnącej antybiotykooporności. Z jednej strony problem ten spowodowany jest coraz większą liczbą antybiotykoopornych patogenów, a z drugiej – powolnym postępem na tym polu, mówi Collins. Coraz częściej pojawiają się głosy, że ludzie mogą zacząć umierać na choroby zakaźne, na które nie umierali od dziesięcioleci. Dlatego też niezwykle pilnym zadaniem jest znalezienie nowych antybiotyków. Niedawno informowaliśmy o odkryciu antybiotyków, które zabijają bakterie w niespotykany dotąd sposób.
      Pomysł wykorzystania komputerów do identyfikowania potencjalnych antybiotyków nie jest nowy, dotychczas jednak obliczenia takie były albo niezwykle czasochłonne, albo niedokładne. Nowe sieci neuronowe znacznie skracają czas obliczeń.
      Naukowcy z MIT dostosowali swój model obliczeniowy tak, by poszukiwał związków chemicznych mogących być zabójczymi dla E. coli. Swój model trenowali na około 2500 molekuł, w tym na około 1700 lekach zatwierdzonych przez FDA i około 800 naturalnych produktach o zróżnicowanych strukturach i działaniu.
      Po zakończonym treningu sieć neuronowa została przetestowana na należącej do Broad Institute bazie Drug Repository Hub, która zawiera około 6000 związków. Algorytm znalazł tam molekułę, która miała strukturę inną od wszystkich istniejących antybiotyków i o której sądził, że będzie wykazywała silne działanie antybakteryjne. Naukowcy najpierw poddali tę molekułę badaniom za pomocą innego modelu maszynowego i stwierdzili, że prawdopodobnie jest ona mało toksyczna dla ludzi.
      Halicyna, bo tak nazwano tę molekułę, była w przeszłości badana pod kątem jej przydatności w leczeniu cukrzycy. Teraz naukowcy przetestowali ją na dziesiątkach szczepów bakterii pobranych od ludzi. Okazało się, że zabija ona wiele antybiotykoopornych patogenów, w tym Clostridium difficile, Acinetobacter bumannii czy Mycobacterium turebculosis. Jedynym patogenem, który oparł się jej działaniu była Pseudomonas aeruginosa, powodująca trudne w leczeniu choroby płuc.
      Po pomyślnych testach in vitro rozpoczęto badania na zwierzętach. Halicynę użyto do leczenia myszy zarażonej wcześniej opornym na działanie wszystkich znanych antybiotyków szczepem A. baumannii. Halicyna w ciągu 24 godzin zwalczyła infekcję u zwierząt.
      Wstępne badania sugerują, że nowy antybiotyk działa poprzez zaburzanie u bakterii możliwości utrzymania gradientu elektrochemicznego w błonie komórkowej. Gradient ten jest niezbędny m.in. do wytwarzania molekuły ATP, niezbędnego nośnika energii. Bakterie pozbawione ATP giną. Naukowcy uważają, że bakteriom będzie bardzo trudno nabyć oporność na taki sposób działania antybiotyku.
      Podczas obecnych badań uczeni stwierdzili, że w ciągu 30 dni leczenia u E. coli w ogóle nie rozwinęła się oporność na halicynę. Tymczasem np. oporność na cyprofloksacynę zaczyna się u E. coli rozwijać w ciągu 1-3 dni od podania, a po 30 dniach bakteria jest 200-krotnie bardziej oporn działanie tego środka.
      Po zidentyfikowaniu halicyny naukowcy wykorzystali swój model do przeanalizowania ponad 100 milionów molekuł wybranych z bazy ZINC15, w której znajduje się około 1,5 miliarda molekuł. Analiza trwała trzy doby, a sztuczna inteligencja znalazła 23 molekuły, które są niepodobne do żadnego istniejącego antybiotyku i nie powinny być toksyczne dla ludzi. Podczas testów in vitro stwierdzono, że 8 z tych molekuł wykazuje właściwości antybakteryjne, z czego 2 są szczególnie silne. Uczeni planują dalsze badania tych molekuł oraz analizę pozostałych związków z ZINC15.
      Naukowcy planują dalsze udoskonalanie swojego modelu. Chcą np. by poszukiwał on związków zdolnych do zabicia konkretnego gatunku bakterii, a oszczędzenia bakterii korzystnych dla ludzi.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Dawno, dawno temu do południowo-wschodniej Australii przybyło czterech olbrzymów. Trzech powędrowało dalej, ale jeden przykucnął i pozostał na miejscu. Jego ciało zmieniło się w wulkan Budj Bim, a zęby stały się lawą wypływającą z wulkanu. Taką historię przekazują sobie od pokoleń członkowie ludu Gunditjmara, który miesza w okolicy wulkanu.
      Przeprowadzone właśnie badania ujawniły, że Budj Bim i inny pobliski wulkan powstały przed zaledwie 37 000 laty w wyniku serii erupcji. To zaś skłoniło naukowców do wysunięcia śmiałej hipotezy, że w opowieści Gunditjmara może być ziarno prawdy. Opowieść mogła powstać, gdyż przodkowie tego ludu byli świadkami formowania się wulkanu. To zaś oznaczałoby, że mamy tu do czynienia z najstarszą przekazywaną ustnie opowieścią. Wielu naukowców ostrzega jednak przed taką interpretacją, gdyż wątpliwe, by opowieści ustne mogły przetrwać tak długo.
      Nie wiadomo, od jak dawna Gunditjmara zamieszkują obecnie zajmowane tereny. Najstarsze dowody na obecność człowieka w tym regionie Australii są datowane na 13 000 lat. Jednak geolog Erin Matchan z University of Melbourne przypomina, że w latach 40. ubiegłego wieku archeolodzy donosili o znalezieniu kamiennej siekiery w pobliżu wulkanu Tower Hill. Ma to wskazywać, że ludzie zamieszkiwali te tereny przed erupcją, gdyż siekierę znaleziono pod wulkanicznymi skałami.
      Teraz Matchan i jej zespół przeprowadzili datowanie tych skał oraz skał z Budj Bim, który znajduje się o 40 kilometrów na północny-zachód. Datowanie wskazuje, że oba wulkany uformowały się około 37 000 lat temu. Co więcej, są to wulkany, które potrafią nagle się pojawić i w ciągu dni lub miesięcy wyrosnąć o dziesiątki metrów nad powierzchnię.
      Na łamach pisma Geology naukowcy stwierdzają, że jeśli w tym czasie żyli tam ludzie, to nagłe pojawienie się wulkanu musiało wywrzeć na nich olbrzymie wrażenie. Być może stało się to przyczynkiem do powstania historii przekazywanej przez pokolenia. Ta historia byłaby jednak niewiarygodnie stara.
      Wiadomo, że opowieści Aborygenów należą do najstarszych na świecie. W 2015 roku geograf Patrick Nunn przeprowadził badania, w których zauważył, że 21 społeczności w całej Australii niezależnie od siebie przechowuje opowieści o wzroście poziomu oceanu, który zatopił część wybrzeża. Wiek tych opowieści uczony oszacował na około 7000 lat. Historia Budj Bim musiałaby być pięciokrotnie starsza.
      Wiemy też, że na przestrzeni historii ludzie migrowali na wielkie odległości. Osoby, które żyją na danym terenie, nie muszą być potomkami tych, którzy żyli tam tysiące lat wcześniej. Aborygeni wydają się tutaj wyjątkiem. W 2017 roku badania starych próbek włosów sugerowały, że wiele rdzennych ludów Australii mieszka w tym samym miejscu od 50 000 lat. To może wyjaśniać, dlaczego tradycje ustne mogą u nich przetrwać tak długo.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Bambusowa tratwa wykonana za pomocą technik z epoki kamienia i 850 kilometrów Morza Timor. Właśnie takie, kolejne już, wyzwanie postawili przed sobą członkowie projektu First Mariners. Budują oni właśnie 18-metrowej bambusową tratwę i chcą powtórzyć to, co ludzie dokonali przed 65 000 lat, gdy po raz pierwszy dotarli do Australii.
      First Mariners użyją podobnych materiałów i narzędzi, co pierwsi Homo sapiens, którzy dotarli na Antypody. Tratwa zostanie wykonana z bambusa i wzmocniona drzewem. Wykorzystany zostanie również rattan, który posłuży m.in. do budowy schronienia na tratwie, a z palmy cukrowej (Arenga pinnata) zostaną wyplecione liny. Śmiałkowie szacują, że będą potrzebowali aż 17 kilometrów włókien, by połączyć poszczególne elementy tratwy.
      Oczywiście na żadnym etapie budowy nie będą używane współczesne narzędzia. First Mariners wykorzystają repliki kamiennych narzędzi. Sami zresztą te narzędzia wykonają. Członkowie projektu muszą też wziąć pod uwagę takie elementy podróży jak przechowywanie żywności i wody, ochrona przed palącym słońcem, gotowanie na tratwie czy walka z ewentualnym pożarem. Wszystko, oczywiście, za pomocą narzędzi, technik i materiałów sprzed 65 000 lat.
      To szaleńcze przedsięwzięcie ma szanse powodzenia, gdyż First Mariners nie są nowicjuszami. Wytwarzania kamiennych narzędzi uczyli się od doktora Christosa Matzanasa podczas pobytu na greckiej Kithirze. Wyspa ta była jednym z etapów ich podróży na Kretę. Podróży podczas której również odtwarzali sposób, w jaki dotarli tam pierwsi ludzie.
      Projekt First Mariners prowadzony jest od wielu lat. Pierwsza wyprawa, Nale Tasih I, podjęta w 1998 roku, zakończyła się niepowodzeniem. Wtedy również próbowano przekroczyć na tratwie Morze Timor, jednak liczne błędy spowodowały, że żeglarze nawet nie stracili z oczu wyspy Rote, z której wyruszyli. Wrócili na nią po 48 godzinach.
      Osiem miesięcy później ruszyła wyprawa Nale Tasih II. Tym razem poszło znacznie lepiej. Śmiałkowie wylądowali na Wyspie Melville'a, gdzie zostali zepchnięci przez sztorm po pokonaniu setek kilometrów. Stamtąd zabrały ich już współczesne środki transportu. Nie byli jednak usatysfakcjonowani, gdyż niektóre elementy swojej tratwy wykonali technikami zbyt skomplikowanymi, jak na realia sprzed 65 000 lat. No i nie dotarli do wybrzeży Australii.
      Rok 2000 krótka wyprawa Nale Tasih III. Przeprawa pomiędzy Bali a Lombok, z przekroczeniem Linii Wallace'a, oddzialającą Azję od Oceanii, nie imponuje długością, ale był to znaczący wyczyn. Członkowie First Mariners naśladowali bowiem Homo erectus, który przed 800 000 lat podjął się takiej podróży. Było to zadanie przede wszystkim wyczerpujące fizycznie. Jak bowiem wiemy Homo sapiens są słabsi od H. erectus.
      Na kolejne przedsięwzięcie w ramach First Mariners trzeba było czekać kilkanaście lat. Wielomiesięczne przygotowania rozpoczęły się w 2013 roku na greckiej Kithirze. Śmiałkowie ruszyli w lipcu 2014 roku w kierunku Krety, na którą szczęśliwie dotarli po 46 godzinach wiosłowania.
      Teraz czas na kolejną próbę przedostania się z wyspy Rote do australijskiego portu Darwin.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W Australii Południowej powstaje największe na świecie prywatne centrum testowe rakiet kosmicznych. Tworzy je firma Southern Launch, która jest już właścicielem podobnego miejsca – Orbital Launch Complex. Oba miejsca mają zachęcić firmy prywatne oraz uczelnie do testowania swoich technologii rakietowych właśnie w Australii.
      W Orbital Launch Complex rakiety wystrzeliwane są w stronę oceanu. Nowy centrum będzie zupełnie inne. Koonibba Test Range będzie miało powierzchnię 145 km2 i znajdzie się o 600 kilometrów na północny-zachód od Adelajdy, w pobliżu miasteczka Ceduna. Wystrzeliwane tam rakiety będą opadały na ląd, zatem ich właściciele będą mogli je zebrać i zbadać.
      Współpracujemy z różnymi firmami, uniwersytetami, organizacjami i agencjami kosmicznymi za całego świata. Mogą one przywieźć swoje rakiety tutaj, my pomożemy im w uzyskaniu pozwolenia na start, a oni mogą przeprowadzić stąd bezpieczne starty i podejmować to, co wylądowało, mówi dyrektor wykonawczy firmy Southern Lauch, Lloyd Damp.
      Rząd Australii utworzył w 2018 roku Australijską Agencję Kosmiczną z siedzibą w Adelajdzie. Postawiono przed nią zadanie, by do roku 2030 trzykrotnie zwiększyła wartość australijskiego przemysłu kosmicznego. Ma ona sięgnąć 12 miliardów dolarów australijskich (8 miliardów USD).
      Southern Launch zaoferuje kompleksowe usługi. Na Koonibba Test Range Site można będzie testować i rozwijać technologie rakietowe, a z Orbital Launch Complex gotowe już rakiety będą mogły polecieć w przestrzeń kosmiczną.
      Koonibba Test Range Site powstaje na ziemi należącej do liczącego 200 członków ludu Koonibba. Stojąca na jego czele Kevina Ware powiedziała: będziemy pierwszym rdzennym ludem Australii, na którego terenie znajduje się komercyjny kosmodrom. To historyczne osiągnięcie.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Australijscy naukowcy wyhodowali w laboratorium koronawirusa z Wuhan. Są pierwszymi, poza uczonymi z Chin, którzy uzyskali koronawirusa z próbki pobranej od pacjenta. Chińczycy opublikowali genom nowego koronawirusa, co jest pomocne w diagnostyce, ale posiadanie samego wirusa pozwoli na zweryfikowanie skuteczności testów, porównanie ich czułości i specyficzności. To całkowita zmiana gry w dziedzinie diagnostyki, mówi doktor Julian Druce z The Peter Doherty Institute for Infection and Immunity w Melbourne.
      Uzyskany przez nas wirus zostanie użyty jako materiał kontrolny w australijskich laboratoriach. Dostarczymy go też do europejskich laboratoriów współpracujących ze Światową Organizacją Zdrowia, zapowiedział Druce.
      Specjaliści z Instytutu Doherty'ego chcą tez wykorzystać żywego wirusa do stworzenia testu na obecność przeciwciał. Test taki pozwoli diagnozować pacjentów, u których nie pojawiły się jeszcze objawy choroby. Przypomnijmy, że – w przeciwieństwie na przykład do SARS – osoby zarażone koronawirusem z Wuhan (2019-nCoV) zarażają innych zanim jeszcze pojawią się u nich objawy.
      Test na na obecność przeciwciał pozwali retrospektywnie badań podejrzanych pacjentów, co z jednej strony pozwoli nam na lepszą ocenę rzeczywistej liczby zakażonych, a z drugiej – pozwoli ocenić prawdziwy odsetek zgonów, wyjaśnia Mike Catton, zastępca dyrektora Doherty Institute.
      Wirus został wyhodowany z próbki, która przybyła do Instytutu 24 stycznia. Nie był to jednak przypadek. Laboratorium od wielu lat przygotowywało się na pojawienie się nieznanego wirusa i właśnie dlatego naukowcy mogli tak szybko osiągąć sukces.
       


      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...