Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
Sign in to follow this  
KopalniaWiedzy.pl

Po 100 latach w Karkonosze wrócił niepylak apollo

Recommended Posts

Po ponad 100 latach do Karkonoskiego Parku Narodowego powrócił niepylak apollo – jeden z największych polskich motyli dziennych. W polskiej części Karkonoszy niepylaki wyginęły wskutek działalności człowieka w XIX wieku, z części czeskiej zniknęły w XX wieku. Gatunek, który niegdyś widywano nawet pod Warszawą przetrwał w Polsce w postaci dwóch skrajnie małych populacji w Tatrach i Pieninach.

W 2007 roku Karkonoski Park Narodowy rozpoczął projekt reintrodukcji motyla. Do pracy z niepylakami przygotowywaliśmy się kilka lat rozmnażając rośliny żywicielskie, przygotowując zaplecze hodowli i czekając na pierwsze niepylaki przekazane przez Jerzego Budzika. Przez trzy lata prowadzona była hodowla niepylaka w Jagniątkowie. Wszystkie gąsienice i motyle w naszej hodowli dosłownie przechodzą przez nasze ręce. Spędziliśmy setki godzin z głową w hodowlarkach starając się wszystko obserwować, uczyć się i zapamiętać – tak aby w kolejnym roku było jeszcze lepiej. W ten dzień widzieliśmy, że wolność smakuje niepylakom wybornie. Smutno nam trochę było, bo nie możemy im w tym momencie więcej pomóc, powiedział Dariusz Kuś, szef działu ochrony przyrody w KPN.

Pracę w Jagniątkowie rozpoczęto z 6 samicami, które w pierwszym roku złożyły 370 jaj. W 2017 roku wylęgło się z nich 126 gąsienic, z czego 38 przekształciło się w poczwarki i na świat przyszło 35 motyli. Następny lęg dał już 2954 jaja, 1200 gąsienic i 500 motyli w roku 2018.

Przed kilkoma dniami pod Chojnikiem pracownicy KPN wypuścili 300 gąsienic. Będą one jeszcze przez kilka dni żerować, następnie przepoczwarzą się. Pierwsze od ponad 100 lat niepylaki apollo powinny pojawić się w Karkonoszach za około 3 tygodnie.

To dopiero początek. Minie jeszcze wiele lat, zanim będzie można mówić o udanej reintrodukcji niepylaka w polskich Karkonoszach.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now
Sign in to follow this  

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Archeolodzy morscy z Vrak - Museum of Wrecks zidentyfikowali wraki, odkryte jesienią 2019 r. w Vaxholm. Okazuje się, że to Apollo i Maria, statki zbudowane w 1648 r. Były one wykorzystywane przez króla Karola X Gustawa do transportu wojsk podczas potopu szwedzkiego. Zatopiono je w Vaxholm w 1677 r.
      Szwedzcy naukowcy pobrali próbki drewna, zmierzyli deski pokładu i szkieletu oraz przeprowadzili badania w archiwach. Dzięki temu stwierdzili, że mają do czynienia ze statkami Apollo i Maria, które brały udział w bitwie pod Møn (1657) i w bitwie w Sundzie (1658).
      Zidentyfikowanie okrętów było prawdziwym wyzwaniem - podkreśla archeolog morski Jim Hansson. To spore jednostki o imponujących wymiarach. Pobraliśmy próbki drewna do datowania. Okazało się, że dęby do budowy okrętów ścięto zimą 1646/47. To zaś oznacza, że statki zbudowano rok-dwa lata później.
      Nurkując, mieliśmy przeczucie. Belki były ogromne, dlatego pojawiło się podejrzenie, że mamy do czynienia z okrętami siostrzanymi Vasy [...]. Daty ich budowy nie pokrywały się jednak z wynikami datowania. Zaczęliśmy się [więc] zastanawiać, czy próbki, które pobraliśmy, nie pochodzą [na przykład] z części okrętów reperowanych w latach 40. XVII w.
      Archeolodzy ponownie zeszli pod wodę i pobrali kolejne próbki, które jasno pokazały, że oba okręty zbudowano z dębów ściętych zimą 1646/47. Dębina na jeden z nich pochodziła z północnych Niemiec, a na drugi - ze wschodniej Szwecji.
      W ramach prac rekonstrukcyjnych wykonywano szkice i digitalizowano je. Pomiary belek pokładu i szkieletu oraz zestawienie tych danych z informacjami dot. kadłuba dały archeologom wgląd w rozmiary i pokrój okrętów.
      Odkryliśmy, że jeden z okrętów miał w najszerszym miejscu 8,7 m. Dysponując zarówno szerokością, jak i pokrojem statku, mogliśmy oszacować długość na ok. 35 m. To pasowało do typowego dla XVII-w. okrętów stosunku długości do szerokości.
      Podczas badań archiwalnych archeolodzy zidentyfikowali dwa okręty zbudowane w 1648 r. Apollo powstał w stoczni w Wismarze, a Maria na wyspie Skeppsholmen w Sztokholmie. Ich wymiary odpowiadały oszacowanym rozmiarom wraków. Źródła historyczne wskazywały, że w 1677 r. oba statki zostały zatopione w Vaxholm.
      Teraz dysponowaliśmy już wszystkim elementami układanki, koniecznymi do ustalenia, o jakie okręty chodzi. Wymiary i pokrój okrętów pasowały do pomiarów ze źródeł. Pochodzenie próbek drewna - północ Niemiec w przypadku mniejszego Apolla i wschodnia Szwecja dla większej Marii - także było odpowiednie.
      Duże okręty w rodzaju Vasy były pomysłem króla Gustawa II Adolfa. Po jego śmierci [...] zaczęto budować okręty wojenne średnich rozmiarów, które można było wykorzystywać do różnych celów i które lepiej nadawały się do żeglugi niż niezwrotne większe jednostki - wyjaśnia Patrik Höglund. Okręty średnich rozmiarów konstruowano w taki sposób, by wytrzymały wagę artylerii - dodaje.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      W kanale odwadniającym w pobliżu Ściany Płaczu znaleziono pieczęć (intaglio) z jaspisu sprzed ok. 2 tys. lat z wizerunkiem Apolla. Apollo był bogiem greckim, a judaizm to religia monoteistyczna, rodzi się więc pytanie, co pieczęć robiła w takim miejscu. O nietypowym odkryciu opowiedział mediom archeolog Eli Shukron.
      Pieczęć z jaspisu była kiedyś przymocowana do pierścionka (kamień jest mniejszy od paznokcia; ma 13 mm długości, 11 mm szerokości i 3 mm grubości). Archeolodzy sugerują, że nosząc intaglio, mieszkaniec dawnej Jerozolimy chciał skorzystać z atrybutów przypisywanych greckiemu bogowi.
      Naukowcy podkreślają, że rzeźbienie odsłoniło różnokolorowe warstwy kamienia. Twarz Apolla przedstawiono z profilu.
      Rzadko znajduje się pozostałości pieczęci z wizerunkiem Apolla na stanowiskach identyfikowanych z populacją żydowską. Dotąd dwa egzemplarze odkryto w Masadzie, a kolejny w Jerozolimie w ossuarium w pochówku na Górze Skopus. Opisywane intaglio odkryto w pobliżu Wzgórza Świątynnego - opowiada Shukron.
      Pod koniec okresu Drugiej Świątyni Apollo był jednym z najpopularniejszych i najbardziej czczonych bóstw wschodnich regionów śródziemnomorskich. Przypisywano mu rozmaite funkcje [...] i epitety. [Wydaje się, że] to słońce i światło (a także logika, proroctwa i uzdrawianie) fascynowały niektórych Żydów, zważywszy, że element przeciwstawiania światła i ciemności był mocno uwypuklany w ówczesnym żydowskim światopoglądzie. Fakt, że rzemieślnik pozostawił złote i brązowe warstwy kamienia na włosach bóstwa, zapewne wskazuje na chęć podkreślenia tego atrybutu Apolla [...]. Wybór ciemnego jaspisu z żółtawym zabarwieniem w okolicy włosów [głowy] sugeruje, że twórca bądź właściciel intaglia pragnął uwypuklić dychotomiczny aspekt ciemności oraz światła i/lub ich nierozłączność - dodaje prof. Shua Amorai-Stark.
       


      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Obecnie diabły tasmańskie (Sarcophilus harrisii) występują na wolności tylko na Tasmanii. Wymarcie diabłów na kontynencie australijskim nastąpiło ok. 3 tys. lat temu. Próbując odtworzyć w Australii kontynentalnej zdrową populację, w ostatnich miesiącach wypuszczono 26 osobników. Projekt DevilComeback jest wspólnym przedsięwzięciem Aussie Ark, Global Wildlife Conservation i Wild Ark.
      Diabły wypuszczono w 400-ha obszarze chronionym w Barrington Tops w Nowej Południowej Walii. W tym roku reintrodukowano 26 osobników, w następnych 2 latach Aussie Ark planuje zaś wypuszczać po 20 osobników. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zwierzęta będą się rozmnażać i powstanie samopodtrzymująca się, dzika populacja.
      Teren jest ogrodzony, by chronić torbacze przed zagrażającymi im zjawiskami i obiektami, m.in. przed samochodami. Młode, zdrowe diabły mają czas na zadomowienie się i przygotowanie się do lutowego rozrodu. Aussie Ark kupiło teren ze względu na właściwości habitatu, dużą liczbę roślinożerców i lokalizację w pobliżu parku narodowego. Ziemię tę wybrano [...], bo wygląda jak wycinek Tasmanii - opowiada szef Aussie Ark Tim Faulkner.
      Diabły będą monitorowane za pomocą regularnych inwentaryzacji, obroży z nadajnikami i fotopułapek. Dzięki temu specjaliści będą wiedzieć, jak sobie radzą, co jedzą, z jakimi wyzwaniami się mierzą i czy się rozmnażają. Aussie Ark planuje wypuszczenie większej liczby zwierząt na nieogrodzonych terenach, gdzie musiałyby się zmierzyć z całym wachlarzem nowych zagrożeń (w tym z pożarami buszu).
      Reintrodukcja dobrze wróży odtworzeniu populacji diabła tasmańskiego. Poza tym jako największe mięsożerne torbacze S. harrisii mogą pomóc w kontrolowaniu liczebności zdziczałych kotów i lisów, które, jak wiadomo, nastają na inne zagrożone endemiczne gatunki.
      Aussie Ark i partnerzy chcą przywrócić ekosystemy Australii do stanu sprzed europejskiego osadnictwa. W ostatnim dziesięcioleciu Aussie Ark pracowało nad stworzeniem populacji stanowiącej zabezpieczenie dla gatunku (ang. insurance population). Dotąd urodziło się tu ponad 390 diabłów. Wychowano je w sposób sprzyjający naturalnym zachowaniom. Program rozrodczy organizacji rozpoczął się od 44 osobników. Obecnie ośrodek jest domem dla ponad 200 diabłów.
      Warto przypomnieć, że diabły tasmańskie zmagają się z zakaźnym rakiem pyska, który znacznie zmniejszył ich liczebność.
       


      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Dziewiątego sierpnia do specjalnie przygotowanego stanowiska w Nadleśnictwie Siewierz zostanie wypuszczonych 6 żółwi błotnych z Czerwonej księgi gatunków zagrożonych. To jedyne miejsce na południu Polski, gdzie będzie można je zobaczyć.
      To wręcz jedyne stanowisko między Warszawą a Wiedniem, by nawiązać do pierwszego szlaku kolejowego w Królestwie Polskim, biegnącego w pobliżu przez Myszków–Zawiercie–Łazy – mówi Grzegorz Cekus, nadleśniczy Nadleśnictwa Siewierz.
      Odwołanie się do historii jest jak najbardziej uzasadnione. Kiedy w połowie XIX w. oddawano do użytku kolej warszawsko-wiedeńską, jedyny przedstawiciel żółwi w Polsce występował w naturze powszechnie. Dziś jest pod ścisłą ochroną, wpisany do Czerwonej księgi gatunków zagrożonych wyginięciem.
      Obiekt, do którego wypuszczone zostaną żółwie, spełnia wszystkie niezbędne wymagania. Oczko wodne ma maksymalną głębokość 2 m, zapewniającą bezpieczne przetrwanie przez żółwie zimy, otoczenie nawiązuje do naturalnych ekotonów wodno-lądowych, obiekt jest zabezpieczony przed ewentualnymi "ucieczkami" żółwi oraz umożliwia prowadzenie obserwacji przez odwiedzających.
      Gady pochodzą z warszawskiego ZOO i zostaną przywiezione przez herpetologów w specjalistycznych pojemnikach transportowych.
      Równocześnie trwają poszukiwania dogodnego miejsca do naturalnej introdukcji żółwia błotnego w Nadleśnictwie Siewierz. Jeśli plan się powiedzie, za kilka lat jest szansa na stworzenie stanowiska tego gatunku na terenie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Katowicach w województwie śląskim.
      W ubiegłym roku Siewierz odwiedził herpetolog Adam Hryniewicz z warszawskiego ZOO, który prowadzi program reintrodukcji żółwi na Mazowszu. Hryniewicz podkreśla, że inicjatywa Siewierza jest cenna, bo leśnicy chcą się podjąć zadania, którego efekty będzie można obserwować najwcześniej za kilkadziesiąt lat.
      Niestety, sponsorzy, wykładając pieniądze, zazwyczaj oczekują szybkiego sukcesu. Tymczasem biologia żółwia błotnego jest taka, że potomstwa, a więc pewności, że udało się przywrócić gatunek środowisku, można spodziewać się najwcześniej po 18-20 latach. Tyle bowiem trwa osiągnięcie przez nie dojrzałości płciowej – mówi.
      O trudnościach w introdukcji żółwia świadczy fakt, że w ciągu 32 lat trwania programu na Mazowszu udało się zwrócić środowisku 700 osobników. Wiosną 2018 r. zostało zasiedlone przez żółwie pierwsze z wytypowanych miejsc w Nadleśnictwie Garwolin.
      Będę powtarzał to do znudzenia. W wypadku Nadleśnictwa Siewierz też chodzi o reintrodukcję, bo kiedyś na tych terenach żółw ten występował. A kiedy pytają mnie, dlaczego akurat chcemy żółwie, półżartem odpowiadam, że to idealne zwierzę dla mojego nadleśnictwa. Spokojne, niekłopotliwe z punktu widzenia gospodarki leśnej. Nie wchodzi w szkodę rolnikom, nie niszczy upraw i co najważniejsze, nie przenosi ASF. Dlatego bezpiecznie możemy dokonać wypuszczenia żółwi publicznie, zapraszając nie tylko przyrodników, leśników czy media, ale także mieszkańców – śmieje się nadleśniczy Cekus.
      Gatunek od 1996 r. na Czerwonej liście IUCN, a w polskiej Czerwonej Księdze od 2001 r. Największe ostoje tego gada w Polsce znajdują się m.in. w Sobiborskim Parku Krajobrazowym – rezerwat przyrody Żółwiowe Błota, Poleskim Parku Narodowym, Drawieńskim Parku Narodowym, Parku Narodowym "Bory Tucholskie", Kozienickim Parku Krajobrazowym, Zaborskim Parku Krajobrazowym, Puszczy Augustowskiej, rezerwacie przyrody Jezioro Orłowo Małe, Parku Krajobrazowym Puszcza Zielonka, Puszczy Rzepińskiej – Ilanka, okolicy Chojnika w powiecie ostrowskim oraz okolicy Szczecina, rezerwacie przyrody "Ostoja Żółwia Błotnego" w gminie Osieczna koło Leszna i rezerwacie Przyrody "Borowiec" w gminie Przyłęk, a także u ujścia rzeki Drwęcy do Wisły (okolice Torunia).
      Na stałe monitorowanych jest 10 stanowisk w Polsce.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      NASA poinformowała o śmierci Christophera Columbusa Krafta, legendarnego dyrektora lotów, jednego z założycieli Agencji. Chris C. Kraft zmarł w poniedziałek w wieku 95 lat.
      Christopher Kraft był jednym z inżynierów, którzy pracowali w NASA od jej samego początku. Wtedy to Robert Gilruth, który stał na czele Space Task Group, zlecił Kraftowi stworzenie zasad i procedur bezpiecznego wysłania człowieka w przestrzeń kosmiczną, jego pobytu w niej i sprowadzenia go żywego na Ziemię. Kraft musiał się przy tym spieszyć, gdyż w tamtym czasie ZSRR znacznie wyprzedzał USA w dziedzinie lotów kosmicznych. I Kraft tego dokonał. Bez żadnych zaawansowanych narzędzi, kalkulatorów, komputerów, bez żadnych wcześniejszych doświadczeń – bo ludzkość przecież takich nie miała – stworzył zasady i procedury załogowych lotów kosmicznych.
      Z czasem Kraft został odpowiedzialny za wynajdowanie i zatrudnianie utalentowanych inżynierów, kontrolerów i innych specjalistów, z których stworzył centrum kontroli lotów załogowych. Jak stwierdził sam Neil Armstrong, Kraft stał się „kontrolą Centrum Kontroli Lotów". Był pierwszym dyrektorem Centrum i to jemu w dużej mierze zawdzięczamy sukces programów Merkury, Gemini i w końcu Apollo. Obecna pełna nazwa słynnego centrum w Houston brzmi Christopher C. Kraft Jr. Mission Control Center.
      Odszedł gigant, tymi słowy śmierć Krafta skomentował Wayne Hale, które był dyrektorem lotów w ponad 30 misjach wahadłowców, a następnie menedżerem całego programu wahadłowców.
      Christopher C. Kraft do samego końca był żywo zainteresowany rozwojem programu kosmicznego. Budził on w nim żywe emocje. Był niezwykle rozgoryczony faktem, że w Space Launch System mają zostać wykorzystane silniki wahadłowców. Te cuda techniki, przeznaczone do wielokrotnego użytku, będą używane w SLS jednokrotnie. "Mój Boże, nie możecie tak zbyt często postępować, chyba, że macie bardzo dużo pieniędzy", mówił. Był też gorącym zwolennikiem rozwoju prywatnego przemysłu kosmicznego, szczególnie gdy ten udowodnił, że potrafi tanio budować dobrej jakości rakiety.
      Christopher C. Kraft Junior urodził się 28 lutego 1924 roku. Oba imiona – Krzysztof Kolumb – odziedziczył po swoim ojcu, który urodził się w 1892 roku, w przeddzień czterechsetnej rocznicy odkrycia Ameryki przez Kolumba. Czy imię może zdecydować o życiu? – zastanawiał się Kraft w swoich wspomnieniach zatytułowanych „Flight”. Miałem niemal cały wiek, by o tym myśleć. Sądzę, że jak ktoś się nazywa Krzysztof Kolumb Kraft Junior, to w pewnej mierze kierunek, w jakim podąży jego życie, jest określony od samego początku.
      Kraft Junior trafił do National Advisory Committee for Aeronautics, gdzie pomagał testować samoloty. Z czasem organizacja przerodziła się w NASA, z którą Krzysztof Kolumb był związany przez całe życie. W listopadzie 1958 roku dostał za zadanie opracowanie wspomnianych już procedur lotu i został pierwszym dyrektorem NASA odpowiedzialnym za loty kosmiczne. Osobiście opracował zasady planowania i kontroli misji, wydawania bądź nie zezwoleń na start, regulamin i zasady komunikacji pomiędzy pojazdem kosmicznym a Ziemią, metody śledzenia lotu oraz zasady rozwiązywania problemów w czasie rzeczywistym oraz procedury podejmowania załóg po wylądowaniu.
      Kraft był dyrektorem lotów NASA aż do zakończenia misji Apollo 12 w roku 1969. Następnie został zastępcą dyrektora całego Centrum Kontroli Lotów, a od stycznia 1972 do emerytury w sierpniu 1982 roku był dyrektorem Centrum. Odegrał kluczową rolę w ostatnich misjach Apollo, misji stacji kosmicznej Skylab, projekcie Apollo-Sojuz i pierwszych lotach wahadłowców.
       


      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...