Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
KopalniaWiedzy.pl

W Gdańsku powstała aplikacja do monitorowania stanu chorych z rakiem piersi

Recommended Posts

W Centrum Chorób Piersi Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku powstała aplikacja, która pomaga w monitorowaniu stanu pacjentek z rakiem sutka. Oprócz tego zapewnia im aktualne informacje nt. tej choroby czy samego Centrum. Aplikacja jest dostępna za darmo w sklepie Google Play. Niedługo pojawi się również w App Store.

Co istotne, jest ona jest źródłem podstawowej wiedzy na temat profilaktyki raka piersi, sposobów jego diagnozowania i leczenia, a także aspektów związanych między innymi z pomocą socjalną, dietetyką i seksualnością w chorobie.

Twórcy ujawniają, że w aplikacji na bieżąco mają się pojawiać wiadomości związane z kwestiami organizacyjnymi, np. zmianą godzin przyjęć lekarza czy otwarciem nowej poradni. Z pewnością pomocna też będzie opcja "znajdź mammobus".

Koordynatorka Centrum Chorób Piersi dr hab. n. med. Elżbieta Senkus-Konefka podkreśla, że najbardziej innowacyjnym elementem aplikacji jest moduł zgłaszania działań niepożądanych, czyli np. pogarszającego się samopoczucia.

Pacjentki, które zainstalują aplikację w telefonie, codziennie wypełniają ankietę złożoną z kilkunastu pytań. W skali od 1 do 4 opisują m.in. swoje dolegliwości. Gdy zaznaczą 3, następuje automatyczne wysłanie e-maila do pielęgniarki pracującej z chorymi z rakiem piersi. Pielęgniarka kontaktuje się z pacjentką i w zależności od zdobytych informacji umawia ją z lekarzem albo doradza jakiś sposób postępowania.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Osoby, które zachorowały na COVID-19 mogą zarażać nawet przez 8 dni po ustąpieniu objawów choroby. Takie wnioski płyną z badań opublikowanych przez chińskich lekarzy na łamach American Journal of Respiratory and Critical Care Medicine. Dowiadujemy się z nich, że 8 z 16 leczonych pacjentów rozprzestrzeniało wirusa nawet wówczas, gdy wydawało się, że są zdrowi.
      Chińczycy szczegółowo opisali 16 pacjentów, którzy pomiędzy 28 stycznia a 9 lutego zostali zwolnieni z Głównego Szpitala Wojskowego w Pekinie. Wszyscy pacjenci byli zarażeni koronawirusem SARS-CoV-2 i rozwinęła się u nich COVID-19 o średnio poważnym przebiegu. Choroba została potwierdzona zarówno testami PCR jak i za pomocą obrazowania płuc. Pacjentów leczono w różny sposób. Tylko jeden z nich wymagał w pewnym momencie sztucznej wentylacji. Każdy z pacjentów został zwolniony do domu po tym, jak dwa testy PCR, wykonane dzień po dniu, wykazały brak wirusa.
      W trakcie leczenia zbierano szczegółowe dane na temat stanu zdrowia pacjentów. Dzięki temu wiemy, że mediana występowania objawów wynosiła 8 dni. Jednak, co najważniejsze, okazało się, że u połowy pacjentów wirus był obecny nawet po ustąpieniu objawów choroby. Takie osoby mogły zarażać innych przez od 1 do nawet 8 dni od zniknięcia objawów (mediana 2,5 dnia).
      Chińczycy zauważają, że niektórzy z pacjentów mieli choroby współistniejące, takie jak cukrzyca i gruźlica, ale przebieg ich choroby nie różnił się od reszty. Chorzy byli w wieku od 3 do 68 lat, a mediana ich wieku wynosiła 35,5 roku.
      Ja czytamy w opublikowanym artykule, obecna pandemia COVID-19 jest trzecią i najbardziej śmiertelną epidemią koronawirusową w XXI wieku. Liczba zarażonych i zmarłych w krótkim czasie przekroczyła liczbę ofiar MERS i SARS łącznie. Chociaż w przypadku COVID-19 śmiertelność wydaje się niższa i głównie dotyczy ona starszych osób ze współistniejącymi chorobami, to obecna choroba jest bardziej zaraźliwa. Jej zdolność do rozprzestrzeniania się może wynikać z faktu, że rozsiewają ją też pacjenci bezobjawowi. Pojawiają się doniesienia o osobach, które pozornie wyzdrowiały, ale nadal zarażały innych. Dlatego też postanowiliśmy sprawdzić, jak długo pacjent, u którego objawy kliniczne ustąpiły, może rozsiewać wirusa.
      Autorzy najnowszych badań przypominają, że uzyskane przez nich wyniki są podobne do wyników innych badań, w których opisano pacjentów, z których wszyscy przeżyli. Z kolei w jeszcze innych badaniach, gdzie odsetek zgonów pacjentów wyniósł powyżej 40%, osoby po ustąpieniu objawów klinicznych mogły zarażać jeszcze przez 20 dni.
      Z powyższych badań jasno wynika, że osoby, które trafiły do szpitala z powodu COVID-19, mogą być z niego wypuszczone dopiero po dwukrotnym negatywnym wyniku testu PCR. Z kolei osoby, które infekcję przechodzą łagodnie i pozostają w domach, muszą pozostawać w izolacji jeszcze przez jakiś czas po ustąpieniu objawów. Mogą bowiem jeszcze przez wiele dni zarażać innych.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Objawy ze strony układu pokarmowego pojawiają się w COVID-19 częściej, niż początkowo sądzono. Na łamach American Journal of Gastroenterology ukazały się wyniki szczegółowych badań przeprowadzonych przez ekspertów z Wuhan Medical Treatment Group for COVID-19. Na podstawie tych badań naukowcy postulują, by wcześniej zacząć podejrzewać o zachorowanie osoby z grupy ryzyka wykazujące objawy ze strony układu pokarmowego i nie czekać u nich na pojawienie się objawów ze strony układu oddechowego.
      Chińczycy szczegółowo opisali 204 pacjentów, którzy pomiędzy 18 stycznia a 28 lutego zgłosili się do 3 różnych szpitali. U pacjentów tych przeprowadzono pełne badania laboratoryjne, obrazowe oraz opisano historię ich chorób.
      Średnia wieku badanych wynosiła 54,9 roku. Było wśród nich 107 mężczyzn i 97 kobiet. Badania wykazały, że 99 pacjentów (48,5%) jako główną przyczynę zgłoszenia się do lekarza podało dolegliwości ze strony układu pokarmowego. U osób takich stwierdzono znacząco dłuższy czas pomiędzy pojawieniem się objawów a przyjęciem do szpitala (9 dni), niż u pacjentów bez dolegliwości ze strony układu pokarmowego (7,3 dnia).
      Objawy, na jakie skarżyli się pacjenci z dolegliwościami ze strony układu pokarmowego, były zróżnicowane. U 83,3% był to brak apetytu, u 29,3% wystąpiła biegunka, u 0,8% wymioty, a u 0,4% obecny był ból brzucha. U siedmiu z takich osób objawy ze strony układu oddechowego w ogóle nie wystąpiły.
      W miarę postępu choroby, objawy ze strony układu pokarmowego były coraz poważniejsze. Co więcej, wydłużały one czas leczenia. W badanym okresie ze szpitala wypisano 60% pacjentów z objawami ze strony układu oddechowego i jedynie 34,3% pacjentów skarżących się na kłopoty ze strony układu pokarmowego. Na szczęście nie stwierdzono u nich uszkodzenia wątroby.
      W podsumowaniu badań naukowcy piszą. Odkryliśmy, że objawy ze strony układu pokarmowego są powszechne wśród osób a COVID-19. Co więcej, u osób takich czas od pojawienia się objawów do przyjęcia do szpitala był dłuży, z ich rokowania były gorsze niż u osób bez dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Lekarze powinni uznać, że tego typu objawy, jak biegunka, mogą być objawami COVID-19 i powinni wcześniej zacząć podejrzewać o zachorowanie osoby z grupy ryzyka wykazujące objawy ze strony układu pokarmowego i nie czekać u nich na pojawienie się objawów ze strony układu oddechowego.
      Uczeni przyznają jednocześnie, że ich badania należałoby powtórzyć na większej próbce pacjentów, by potwierdzić lub odrzucić wyciągnięte wnioski.
      Osoby zainteresowane szczegółami zapraszamy na łamy American Journal of Gastroenterology [PDF].

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Czterech developerów poinformowało, że Apple nie zezwoliło na umieszczenie w AppStore ich aplikacji wizualizujących rozprzestrzenianie się koronawirusa. Dane, które aplikacje wykorzystywały, pochodziły z różnych wiarygodnych źródeł, jak np. WHO.
      Jednocześnie deweloperzy poprosili media o anonimowość, gdyż nie chcą mieć problemów ze strony Apple'a. Gdy dziennikarze zapytali przedstawicieli Apple'a o powód odmowy, dowiedzieli się, że przyczyną odrzucenia aplikacji był fakt, iż nie zostały one stworzone przez oficjalną organizację medyczną lub rządową. "Aplikacje dotyczące aktualnych inforacji medycznych muszą być zgłaszane przez uznaną instytucję", napisali przedstawiciele Apple'a. firma chce w ten sposób uniknąć rozprzestrzeniania fałszywych infromacji. Szczególną uwagę zwraca na źródła danych oraz twórców aplikacji.
      O ile na tym polu Apple sprawuje się dobrze, to – jak zauważają dziennikarze i internauci – firma mogłaby też lepiej walczyć ze spamem wykorzystującym obecną sytuację. Twórcy wielu aplikacji obecnych w AppStore dopisali bowiem do słów kluczowych wyraz „wirus”, „epidemia” czy „koronawirus” po to, by ich aplikacje znalazły się wyżej na liście wyszukiwania.
      Nieco lepiej radzi sobie tutaj Google. Gdy w jego Play Store wpiszemy słowa kluczowe „koronawirus” czy „COVID-19” nie znajdziemy żadnych aplikacji, jedynie książki lub muzykę.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Absolwenci i studenci Politechniki Wrocławskiej i Politechniki Poznańskiej stworzyli aplikację, która pozwoli w szybki sposób zgłaszać i zarządzać awariami. Skorzystać mogą z niej nie tylko zarządcy hoteli i mieszkań, lecz także firmy serwisowe.
      Pomysł na opracowanie aplikacji pojawił się półtora roku temu, gdy do firmy informatycznej założonej przez naszych absolwentów zgłosiła się osoba zarządzająca zielenią miejską w Jeleniej Górze. Dotychczas planowanie wszystkich prac remontowo-porządkowych odbywało się tam na zasadzie zgłoszeń telefonicznych, przesyłania dziesiątek e-maili oraz ustnego rozdzielania zadań, co zabierało jednak bardzo dużo czasu.
      Klientowi zależało przede wszystkim na usprawnieniu procedur. Pojechaliśmy na miejsce, żeby zobaczyć, jak to wszystko działa i uznaliśmy, że dobrym rozwiązaniem może być stworzenie odpowiedniej aplikacji. Efektem naszej pracy jest właśnie system "Usterka", który w Jeleniej Górze jest wykorzystywany m.in. do utrzymania placów zabaw – mówi Mikołaj Ostrowski, absolwent PWr, który w firmie odpowiada za kwestie marketingowe.
      Prosto i efektywnie
      System składa się z aplikacji mobilnej, którą instalujemy na smartfonie, i panelu administracyjnego, do którego logujemy się przez stronę internetową. Z aplikacji korzystają przede wszystkim pracownicy zgłaszający awarię oraz ekipy remontowe, a z panelu – osoby koordynujące ich działania.
      Przygotowując aplikację postawiliśmy na prostotę użytkowania. Zależało nam na tym, aby dodawanie informacji o usterkach czy awariach i późniejsze zarządzanie zgłoszeniami zabierało jak najmniej czasu – dodaje Mikołaj Ostrowski.
      Korzystanie z aplikacji jest rzeczywiście proste. Wystarczy np. zeskanować kod QR , który jest na uszkodzonej rzeczy, dodać krótki opis oraz zdjęcie zepsutego elementu. Po wysłaniu zgłoszenie trafia do systemu i od tego momentu administrator może je przydzielić konkretnej osobie, a następnie na bieżąco monitorować naprawę.
      Dodawanie zdjęcia to znakomita opcja, do której nie mamy dostępu, przekazując zgłoszenie o awarii telefonicznie. Pozwala nam to na doprecyzowanie informacji, co konkretnie się zepsuło i dokładne zaplanowanie naprawy – zaznacza Mikołaj Ostrowski.
      Skanowanie kodu QR to tylko jeden ze sposobów zgłaszania awarii, który sprawdza się np. w przestrzeni miejskiej, gdzie tego typu kody są w codziennym użytku. Z kolei w hotelach konieczne jest wcześniejsze opracowanie odpowiedniej bazy elementów wchodzących np. w skład wyposażenia pokoju. Jest ona przygotowywana przez naszych absolwentów we współpracy z klientami, a dodatkowo zaimplementowano także możliwość wykonania zdjęć wzorcowych.
      Zebranie wszystkich informacji o potrzebach klientów to właśnie najtrudniejszy i najbardziej czasochłonny element przy opracowywaniu odpowiedniej wersji aplikacji. Od strony technicznej nie jest to aż tak trudne, ponieważ działająca od kilku lat firma ma już odpowiednie zaplecze do realizacji projektu.
      Wyróżnia nas właśnie kompleksowe podejście do problemu. Nie tylko oferujemy gotowy system, lecz także opracowujemy strategię działania, badamy otoczenie, budujemy efektywną bazę elementów oraz prowadzimy szkolenia z obsługi systemu dla całej załogi. Szkolenia pozwalają przełamać barierę przed korzystaniem z nowych rozwiązań, bo taka zawsze na początku jest. Po kilku pierwszych próbach okazuje się jednak, że aplikacja jest na tyle przyjazna, że każdy da sobie z nią radę – podkreśla Mikołaj Ostrowski.
      Klienci, którzy są zainteresowani skorzystaniem z aplikacji, mogą ją otrzymać na bezpłatny okres testowy, w trakcie którego budowana jest także baza informacyjna i prowadzone są szkolenia. Jeśli system się sprawdza, to wtedy można z niego korzystać po wykupieniu miesięcznego abonamentu. Wysokość opłat jest zależna od wielkości danego obiektu i dostępnych funkcjonalności.
      Uniwersalna aplikacja
      "Usterka" jest obecnie wykorzystywana do technicznego utrzymania placów zabaw czy hoteli, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zaadaptować system na potrzeby firm realizujących przedsięwzięcia serwisowe, wynajmujących przestrzenie biurowe czy zarządców nieruchomości mieszkalnych.
      Firma prowadzi już rozmowy na temat wdrożenia systemu w akademikach Politechniki Wrocławskiej. Pomysł zakłada, że z aplikacji korzystać będą studenci, którzy w ten sposób mogliby zgłaszać wszelkiego typu awarie administracji obiektu.
      Aplikacja jest na tyle uniwersalna, że można ją dostosować do indywidualnych wymagań. Przyjrzyjmy się np. sytuacji, w której klient chce zareklamować uszkodzone meble. Dotychczas musiał to zgłosić do salonu, który przekazywał sprawę dystrybutorowi lub producentowi i dopiero na końcu sprawa trafiała do serwisanta. Dzięki naszej aplikacji cały proces można ograniczyć do linii klient-serwisant, a producent powinien tylko nadzorować zgłoszenie – tłumaczy Mikołaj Ostrowski.
      W planach kolejne wersje
      Twórcy planują już dalszy rozwój swojego programu. W kolejnych wersjach mają się pojawić nowe funkcjonalności m.in. kalendarz, w którym będzie można zaplanować terminy przeglądów i kontroli, a gdy takie wydarzenie będzie się zbliżać, administrator otrzyma odpowiednie powiadomienie.
      Pomysłów mamy bardzo dużo. Chcemy, żeby aplikacja obejmowała jak najwięcej procesów, bo jest na tyle łatwa w rozbudowie, że wszystkie najważniejsze funkcje możemy zebrać w jednym miejscu. Dzięki temu, korzystając z aplikacji, nie musimy się przekopywać przez stosy maili czy notatek, bo wszystko odbywa się automatycznie i wystarczy, że mamy przy sobie telefon – mówi Mikołaj Ostrowski.
      Zespół pracujący nad programem liczy dziesięć osób, z których zdecydowana większość to absolwenci i studenci Wydziału Elektroniki i Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. Swój startup rozwijają we współpracy z Akademickim Inkubatorem Przedsiębiorczości PWr.
      Więcej informacji o aplikacji na stronie.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Google podsumowało jedną z najbardziej długotrwałych wojen, jaką stoczyło ze szkodliwym oprogramowaniem. W ciągu ostatnich trzech lat firma usunęła ponad 1700 aplikacji zarażonych różnymi odmianami szkodliwego kodu o nazwie Bread (Joker).
      Jego twórcy byli wyjątkowo uparci. Zwykle autorzy szkodliwego kodu przestają go wgrywać do Play Store gdy tylko zostanie on wykryty przez Google'a. Przestępcy stojący za Bread'em nie poddali się tak łatwo. Działali przez ponad trzy lata i co tydzień przygotowywali nową wersję szkodliwego kodu.
      Przez te trzy lata stosowali tę samą technikę – wprowadzali w kodzie serię niewielkich zmian, licząc na to, że uda się oszukać stosowane przez Google'a mechanizmy obronne. Zwykle się nie udawało, ale czasami przestępcy odnosili sukces. Na przykład we wrześniu ubiegłego roku ekspert ds. bezpieczeństwa, Aleksejs Kurpins znalazł w Play Store 24 różne aplikacje zarażone Jokerem. W październiku inny ekspert znalazł kolejną aplikację, a kilka dni później Trend Micro poinformował o odkryciu kolejnych 29 kolejnych zarażonych programów. Później znajdowano kolejne, w tym arkusze kalkulacyjne Google Docs.
      Jednak w większości wypadków mechanizmy Google'a działały dobrze i zablokowały ponad 1700 aplikacji, które miały zostać umieszczone w Play Store. Jak dowiadujemy się z wpisu na oficjalnym blogu, w pewnym momencie hakerzy użyli niemal każdej znanej techniki, by ukryć kod. Zwykle przestępcy posługiwali się jednorazowo 3–4 wariantami szkodliwego kodu. Jednak pewnego dnia próbowali wgrać aplikacja zarażone w sumie 23 odmianami kodu.
      Najbardziej skuteczną techniką zastosowaną przez twórców szkodliwego kodu było wgranie najpierw czystej aplikacji do Play Store, a następnie rozbudowywanie jej za pomocą aktualizacji zawierających już szkodliwy kod. Przestępcy nie ograniczali się jedynie do tego. Umieszczali na YouTube filmy z recenzjami, które miały zachęcić internautów do instalowania szkodliwych aplikacji.
      Jak informuje Google, twórcy Breada działali dla korzyści finansowych. Pierwsze wersje ich szkodliwego kodu miały za zadanie wysyłać SMS-y premium, z których przestępcy czerpali korzyści. Gdy Google zaostrzył reguły dotyczące korzystania przez androidowe aplikacje z SMS-ów, przestępcy przerzucili się na WAP fraud. Telefon ofiary łączył się za pomocą protokołu WAP i dokonywał opłat, którymi obciążany był rachunek telefoniczny. Ten typ ataku był popularny na na przełomie pierwszego i drugiego dziesięciolecia bieżącego wieku. Później praktycznie przestał być stosowany. Nagle, w roku 2017, wystąpił prawdziwy wysyp szkodliwego kodu, który znowu korzystał z tej techniki. Jak twierdzi Google, twórcy Breada byli najbardziej upartą i wytrwałą grupą przestępczą, która używała WAP fraud.

      « powrót do artykułu
×
×
  • Create New...