Jump to content
Forum Kopalni Wiedzy
KopalniaWiedzy.pl

Wiemy, co jedli krzyżacy z Przezmarku

Recommended Posts

Większość potraw spożywanych ok. 500 lat temu na krzyżackim zamku w Przezmarku (woj. pomorskie) gotowano. Składały się z mięsa i warzyw, a zaskakująco mało było dań rybnych, mimo blisko położonego jeziora – wynika z analiz tłuszczów znajdujących się na fragmentach naczyń ceramicznych.

Zamek w Przezmarku wznieśli Krzyżacy w pierwszej połowie XIV w. Kilkukrotnie był zajmowany przez wojska polskie – na przykład po bitwie pod Grunwaldem, ale ostatecznie wracał w ręce krzyżackie.

W czasie badań wykopaliskowych w ostatnich latach na terenie twierdzy archeolodzy natknęli się na setki zniszczonych fragmentów naczyń ceramicznych. Część z nich przeanalizowali pod kątem obecności na nich śladów tłuszczów.

Jako jedno z najciekawszych ustaleń Zdeb wskazuje bardzo niewielką liczbę fragmentów naczyń ceramicznych (zaledwie dwa naczynia) ze śladami kwasów tłuszczowych pochodzących z ryb. Oznacza to, że mimo bezpośredniej bliskości jeziora stosunkowo rzadko korzystano z możliwości korzystania z jego zasobów – dodaje. Badaczka zastrzega, że na taki wynik może mieć wpływ kwestia doboru fragmentów naczyń, ale i tak zaskakująca jest mała liczba fragmentów z wykrytymi na ich powierzchni śladami rybiego tłuszczu.

Analizy chemiczne, które  przeprowadził Maciej Sierakowski, zostały wykonane w Laboratorium Przyrodniczym Instytutu Ekologii i Bioetyki UKSW. 

Z reguły w czasie badań w Polsce naukowcy bardzo rzadko analizują zachowane na nich tłuszcze, bo wymaga to wykorzystania specjalistycznej aparatury. W tym przypadku zastosowali chromatografię gazową sprężoną ze spektrometrią mas.

Poszukiwanie śladów tłuszczów na naczyniach ma sens tylko w przypadku naczyń służących do przygotowywania potraw w wysokiej temperaturze, dlatego do badań wybrano tylko takie naczynia. Tłuszcze wnikają w porowate ściany naczyń na skutek wysokiej temperatury, czyli przyjmuje się, że musi nastąpić podgrzanie naczynia z potrawami – opowiada Zdeb.

Przebadane fragmenty naczyń ceramicznych pochodzą głównie z wnętrza... latryn zamkowych umiejscowionych w centralnej części twierdzy, czyli w tzw. zamku wysokim. Te wykonano w okresie, w którym zamek był używany w najbardziej intensywny sposób. Archeolodzy pozyskali fragmenty naczyń ceramicznych w czasie wykopalisk prowadzonych wewnątrz w 2017 i w 2018 r. Ich kierownikiem jest dr Magdalena Żurek z Instytutu Archeologii UKSW. Badania związane były z modernizacją zamku dla ruchu turystycznego. Archeolodzy chcieli dokonać inwentaryzacji murów otaczających zamek wysoki i poszukiwali pozostałości po jednej z wież. Wtedy też natknęli się na pozostałości latryny w postaci ceglanego zbiornika po zewnętrznej stronie północno-wschodniego narożnika zamku wysokiego.

Badaczka zwraca uwagę na to, że mimo iż badane naczynia znajdowały się kilkaset lat w dość toksycznym środowisku, to tłuszcze spożywcze nadal się na nich zachowały. Okazało się, że teoretycznie inwazyjne środowisko nie niszczy wszystkich kwasów tłuszczowych w ścianach naczyń. Ale nadal nie wiemy, czy i jak duży ma wpływ ma na ich przetrwanie i czy np. nie usuwa części kwasów i dlatego nie jesteśmy ich w stanie dziś wykryć – dodaje Zdeb.


« powrót do artykułu

Share this post


Link to post
Share on other sites
3 hours ago, KopalniaWiedzy.pl said:

sprężoną

Raczej sprzężoną.

Tochę wątpliwe, żeby mało ryb jedli -> postów było dużo więcej niż teraz, w sumie ok. pół roku.
Podejrzewam, że raczej ryb nie gotowali. Zupy rybne robi się z reguły z malych rybek i łbów, płetw itd większych. Dużych ryb im prawdopodobnie nie brakowało, czyli małych wcinać nie musieli. A duże można solić, wędzić, piec na rożnach czy smażyć i zwykle lepsze są takie niż gotowane. W przypadku smażenia pewnie używali smalcu lub masła i patelnie mogły być tym tłuszczem tak zaimpregonowane, że ślady rybiego się nie zachowały. Patelnie mogły być też metalowe (żelazo, miedź), wygodniejsze od glinianych.

Edited by ex nihilo

Share this post


Link to post
Share on other sites
7 godzin temu, KopalniaWiedzy.pl napisał:

Okazało się, że teoretycznie inwazyjne środowisko nie niszczy wszystkich kwasów tłuszczowych w ścianach naczyń. Ale nadal nie wiemy, czy i jak duży ma wpływ ma na ich przetrwanie i czy np. nie usuwa części kwasów i dlatego nie jesteśmy ich w stanie dziś wykryć – dodaje Zdeb.

czyli nie znaleźli tłuszczy rybich, ale zastrzegają że nie mają pojęcia czy rybie tłuszcze czasami szybciej się nie rozpadają w środowisku od zwierzęcych i dlatego ich nie znaleźli.

Czyli nic nie udowodnili. Mogło  i tak być jak mówią. Takie zamki pewnie były odklejone od rzeczywistości poza murami. Może wcinali same prosiaki bo je woleli, a na ryby już nie mieli miejsca w brzuchach. Chociaż nawet w zamkach aż tak chyba się nie przelewało

Share this post


Link to post
Share on other sites

Witam wszystkich. Mój pierwszy post.

W zasadzie to nie powinno dziwić. Badania Andrzeja Wyczańskiego wskazują, że nawet w XVI wieku, gdy  w skutek budowy nowych stawów hodowlanych wzrosło spożycie ryb, to było ono zaskakująco małe. Wyczański podaje tutaj liczby: w Rzeczpospolitej  dla przeciętnego dworu średniozamożnej szlachty to było jakieś 5-6% dziennego spożycia kalorii, dla dworu królewskiego 15%. Może w tamtych czasach  po prostu nie doceniano tego rodzaju pożywienia?  W zasadzie nie jadano najwartościowszych tłustych ryb morskich. W zwyczajach kulinarnych Krzyżacy zanadto się raczej nie różnili od mieszkańców Korony czy Litwy.

Sięgnę jeszcze w wolnym czasie po opracowania Kuchowicza, tam może być więcej na ten temat.

Były oczywiście wyjątki. Królowa Jadwiga prawie nie jadła mięsa, za to chętnie spożywała ryby. Sprowadzano je nawet z zagranicy. Podobnie jak dla króla Zygmunta Augusta, który jadał mało popularne śledzie.

A tak w drugiej połowie XVII .wieku o "popularności" ryb pisał J.Ch. Pasek, który miał oswojona wydrę Robaka:

 W drodze wielka była z nią wygoda, kiedy w post. Bo jak to u nas, osobliwie w tym kraju, przyjedziesz do miasteczka, spytasz: "Dostanie tu ryb kupić?" To się jeszcze dziwuje: "A skądci by się tu wzięły! I nie znamy ich". To jadąc gdziekolwiek mimo rzekę, staw, a wydra była, sieci nie trzeba. Zsiadszy trochę z woza: "Robak, hul! hul!" - to Robak poszedł, wyniósł, jakie ryby ta woda miała, jedne po drugiej, aż było dosyć. Jużem tam nie przebierał jako w domowym stawie; ale co przyniosła, to bierz, oprócz jednej żaby, bo i te często nosiła, gdyż - jakom już napisał - że ona tam nie brakowała osobami, ale co napadła, to wzięła.

  • Upvote (+1) 1

Share this post


Link to post
Share on other sites
12 godzin temu, ex nihilo napisał:

Tochę wątpliwe, żeby mało ryb jedli

zakładając:

1 godzinę temu, venator napisał:

dla przeciętnego dworu średniozamożnej szlachty to było jakieś 5-6% dziennego spożycia kalorii, dla dworu królewskiego 15%.

i biorąc pod uwagę średnie spożycie ryb (np.w Polsce 13kg/gardło/rok) to jedli o wiele więcej niż my teraz.

Share this post


Link to post
Share on other sites
3 hours ago, venator said:

w Rzeczpospolitej  dla przeciętnego dworu średniozamożnej szlachty to było jakieś 5-6% dziennego spożycia kalorii, dla dworu królewskiego 15%. Może w tamtych czasach  po prostu nie doceniano tego rodzaju pożywienia

Te dane wskazują, że raczej odwrotnie było - ryby były cenione, tylko z dostępnością był problem. Gdyby nie były doceniane, to proporcja byłaby odwrotna, bo trudno uznać, że na królewskim dworze papu było gorsze niż u przeciętnego szlachcica.

Kiedy się popatrzy na mapy z okresu 14.- 18. w., widać, że polskich terenach niewiele było większych jezior i rzek, czyli miejsc, gdzie mogło istnieć profesjonalne (towarowe) rybactwo. A dostępu do morza praktycznie nie było. Trzeba przy tym przyjąć, że maksymalna odległość transportu - z wyjątkiem np. solonych śledzi - to ok. 30 km (dzień drogi), w praktyce raczej mniej. Profesjonalne stawy były przede wszystkim przy klasztorach (to nie jest przypadek). W stawach przydworskich pewnie w większości tylko trochę karasków pluskało i niewiele więcej. Od późnego średniowiecza zaczęły się rozposzechniać młyny i tartaki wodne, czyli były młynówki, ale ich rybią zawartość pewnie w większości zjadali właściciele. Czyli przeciętny szlachecki dwór miał niewiele więcej niż to, co po rzeczkach i strumykach chłopi nałapali i do dworu przynieśli, chyba że kłusowali i sami zjedli.  Podobnie w większości miast i miasteczek, które były dalej niż dzień drogi od dużych rzek. Kto coś w okolicy złapał, ten miał, a reszta mogła liczyć tylko na jakieś nieregularne dostawy. W zimie ryb praktycznie nie było, bo przez większość zimy wody były dokładnie pozamarzane.

I jeszcze jedno - liczenie w kaloriach jest trochę mylące. Przeciętne ryby są znacznie mniej kaloryczne niż mięso, szczególnie takie, jakie wtedy było najbardziej cenione - bardzo tłuste. Czyli objętościowo lub wagowo wyjdzie min. 10 i 30, a to już mało na pewno nie jest biorąc pod uwagę możliwości zaopatrzenia.

Wróćmy do Kryżaków - mieli jezioro pod nosem, kilka innych w okolicy, do Zalewu w linii prostej niecałe 50 km, co przy ich logistyce nie było odległością dużą. Czyli ryb im na pewno nie brakowało, postów też (zakonnicy mieli więcej niż świeccy) - bardzo wątpliwe jest, żeby ryb mało jedli. Raczej tylko śladów po rybich obżarstwach brakuje, a to już inna sprawa.

Edited by ex nihilo

Share this post


Link to post
Share on other sites
20 godzin temu, ex nihilo napisał:
Cytat

Te dane wskazują, że raczej odwrotnie było - ryby były cenione, tylko z dostępnością był problem. Gdyby nie były doceniane, to proporcja byłaby odwrotna, bo trudno uznać, że na królewskim dworze papu było gorsze niż u przeciętnego szlachcica.

Cytat

i biorąc pod uwagę średnie spożycie ryb (np.w Polsce 13kg/gardło/rok) to jedli o wiele więcej niż my teraz.

Wg. GUS przeciętne roczne spożycie ryb  w Polsce na głowę mieszkańca  w 2016 r. to było 3840 g. rocznie, 80 g na tydzień. Trochę ponad 11 g. na dzień. Licząc dla śledzia w oleju i dla przeciętnego mężczyzny o wadzę 70 kg, prowadzącego umiarkowany wysiłek fizyczny,  wychodzi, że ryba stanowi nieco ponad 1% w dziennym bilansie kal. przeciętnego Polaka. Dla kobiet będzie to ciut więcej. Rzeczywiście mało ale.. dotyczy to przeciętnego mieszkańca naszego kraju, a   moje dane dotyczyły średniozamożnej szlachty a to było raptem 0,7-1,5% ogółu społeczeństwa. Maksymalnie nieco ponad 100 tyś osób, w okresie największej liczebności kraju. 

Ogromną większość stanowili jednak  chłopi i plebs. Źródła praktycznie nie wymieniają ryb w chłopskim jadłospisie. Chyba, że dysponujecie nowymi opracowaniami, które przedstawiają inny obraz. Wyjątkiem potwierdzającym regułę był plebs gdański, który spożywał głównie suszone dorsze i razowy chleb, zagryzał "śledziem i szprotką". Czyli żywił się najtańszym i najłatwiej w tamtych warunkach dostępnym pokarmem. Sam dwór królewski ani dwory magnackie nie były w żaden sposób reprezentatywne dla ogółu społeczeństwa.

Ryb szerzej nie znano. Nie bez kozery zacytowałem tutaj Paska.

 

Cytat

Kiedy się popatrzy na mapy z okresu 14.- 18. w., widać, że polskich terenach niewiele było większych jezior i rzek, czyli miejsc, gdzie mogło istnieć profesjonalne (towarowe) rybactwo. A dostępu do morza praktycznie nie było. Trzeba przy tym przyjąć, że maksymalna odległość transportu - z wyjątkiem np. solonych śledzi - to ok. 30 km (dzień drogi), w praktyce raczej mniej. Profesjonalne stawy były przede wszystkim przy klasztorach (to nie jest przypadek). W stawach przydworskich pewnie w większości tylko trochę karasków pluskało i niewiele więcej. Od późnego średniowiecza zaczęły się rozposzechniać młyny i tartaki wodne, czyli były młynówki, ale ich rybią zawartość pewnie w większości zjadali właściciele. Czyli przeciętny szlachecki dwór miał niewiele więcej niż to, co po rzeczkach i strumykach chłopi nałapali i do dworu przynieśli, chyba że kłusowali i sami zjedli

 

Poprawa gospodarki rybnej nastąpiła w XVI wieku ale uległa załamaniu w okresie wielkich wojen 1648-67, zwłaszcza po Potopie. Mnóstwo stawów zostało rozbitych co skutkowało min. lokalnymi zabagnieniami. Spowodowało to lokalnym pojawieniem się nieznanych wcześniej chorób takich  jak malaria. Szlachta, średniozamożna oraz bogatsze warstwy oczywiście ryby jedli i je cenili. i nie były to tylko karaski. Jedzono karpie, szczupaki, pstrągi, łososi, liny, płocie, sumy i jesiotry.  O dziwo nie jedzono  śledzi.

 

Cytat

I jeszcze jedno - liczenie w kaloriach jest trochę mylące. Przeciętne ryby są znacznie mniej kaloryczne niż mięso, szczególnie takie, jakie wtedy było najbardziej cenione - bardzo tłuste. Czyli objętościowo lub wagowo wyjdzie min. 10 i 30, a to już mało na pewno nie jest biorąc pod uwagę możliwości zaopatrzenia.

Masa a tym bardziej objętość pożywienia ma niewielkie znaczenie, chyba, że chcesz zapchać żołądek. W prawidłowej diecie podstawą jest bilans  kaloryczny.

Ten w okresie prosperity gospodarczej Korony w XVI w. a więc także i w czasach istnienia Krzyżaków był bardzo przyzwoity. Przeciętny chłop, mężczyzna, spożywał ok 3500 kcal dziennie. Obecna norma dla ciężko pracującego mężczyzny to ok. 4000 kcal ale biorąc pod uwagę znacznie mniejsze wymiary ciała XVI wiecznego chłopa to pewnie wyjdzie podobnie. Piramida żywieniowa była nieco zaburzona, występowała pewna nadpodaż węglowodanów pochodzenia roślinnego (głównie zboża), z niedoborem białek i tłuszczów odzwierzęcych.  Z czasem wraz z regresem gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej, uległo to znacznemu pogorszeniu. Tak czy siak podstawowym dostawcą kalorii było zboże. Uległo to zmianie dopiero w 2.poł XVIII w. wraz z upowszechnianiem się ziemniaków.

Mięso tłuste owszem. Ulubiona potrawą był kapłon, wykastrowany, utuczony, młody kogut. Ale ceniono też dziczyznę - nie ma zdrowszego, czerwonego mięsa.

Ale znów mowa o zamożniejszej szlachcie. 

Przeciętny chłop jadał tak: "(chłopi -przyp.venator) ...prawie tylko nabiałami a polem żyją, sztuki mięsa rzadko widzi albo nigdy" (Jakub Haur)

 

Cytat

Wróćmy do Kryżaków - mieli jezioro pod nosem, kilka innych w okolicy, do Zalewu w linii prostej niecałe 50 km, co przy ich logistyce nie było odległością dużą. Czyli ryb im na pewno nie brakowało, postów też (zakonnicy mieli więcej niż świeccy) - bardzo wątpliwe jest, żeby ryb mało jedli. Raczej tylko śladów po rybich obżarstwach brakuje, a to już inna sprawa.

 

 W świetle powyższego co napisałem, to jeśli zainteresowanie  Krzyżaków rybami było takie jak pozostałej części stanu rycerskiego czyli dużo mniejsze niż spożycie mięsa czerwonego, drobiu to może tak po po prostu było - ryb jedli bardzo mało. Tak jak to wyszło w badaniach.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites
40 minut temu, venator napisał:

Wg. GUS przeciętne roczne spożycie ryb  w Polsce na głowę mieszkańca  w 2016 r. to było 3840 g. rocznie,

To wymaga uzgodnienia, ponieważ mój GUS podaje ciut więcej: http://www.portalspozywczy.pl/mieso/wiadomosci/ierigz-w-2017-roku-spadlo-spozycie-ryb-w-polsce,156698_1.html

"Przeciętne spożycie ryb i owoców morza liczone na mieszkańca wyniosło 12,48 kg (13,11 kg rok wcześniej). "

Fakt, że do ryb załapały się owoce morza (ach ta Unia :)), ale 9kg ośmiorniczek to chyba tylko u Sowy.;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Szlachta jako 0,7-1,5% ogółu  - tak było w Europie - w Polsce dochodziła później nawet do 10% - w sensie teoretycznym. Natomiast 1-% był rodzin bardzo bogatych. Zazwyczaj w badaniach pomija się całą grupę szlachty pracującą u innych - czyli nie posiadającej ziemi.
Generalnie poziom życia zwykłych ludzi od czasów Średniowiecza malał a nie rósł - od całkiem dobrego do skrajnej biedy pod koniec zaborów..

Share this post


Link to post
Share on other sites
10 hours ago, venator said:

W świetle powyższego co napisałem, to jeśli zainteresowanie  Krzyżaków rybami było takie jak pozostałej części stanu rycerskiego czyli dużo mniejsze niż spożycie mięsa czerwonego, drobiu to może tak po po prostu było - ryb jedli bardzo mało. Tak jak to wyszło w badaniach.

Próbowałem dogrzebać się do publikacji badań w Przezmarku, ale chyba jeszcze jej nie ma, jest tylko zajawka PAP - to, co tutaj.

Jeśli chodzi o średniowiecze, przede wszystkim kulturę materialną (historia mordobić mało mnie interesuje), to mam tego ze 4-5 metrów na półkach, w tym sporo dobrej starej niemczyzny, ale niestety jest to w słabo ogrzewanej części chałupy (żyję troche średniowiecznie, co daje mi wolność, o której podobno pojęcia nie mam ;), podobnie zresztą jak i o historii, jak twierdzi ten sam Wszechwiedzący), no i paluchy marzną, kiedy się w tym papierze grzebie. Ale... wyjąłem drugi tom Historii Kultury Materialnej Polski,13-15 w. (Ossolineum, 1978) i po ogrzaniu go do sensownej temperatury coś tam z niego wyczytałem, co w naszej dyskusji przydać się może (Pożywienie, napoje, A. Rutkowska-Płachcińska, str. 247-280):
- postnych dni było 192 w roku, w tym beznabiałowych 51, czyli "mięsnych" tylko 173 (str. 258);
- cytat: "Nie znamy również gatunku ryb suszonych zwanych strekfusy, były to prawdopodobnie ryby morskie, gdyż notują je w dużych ilościach rachunki krzyżackie obok sztokfiszy (suszonych gatunków dorszy) oraz śledzia (100 g - 160 kcal)." (str. 255);
- cytat: "Najczęściej występują jednak tańsze od tamtych szczupaki, oczywiście chodzi o szczupaki duże, gdyż inne miały małą wartość pieniężną. W postnym pożyweniu mnichów w początku XV w. uważano je za najcenniejszy składnik posiłków". (str. 263);
- cytat: "Z drugiej strony źródła pisane, w dużej mierze pochodzące co prawda z końca średniowiecza, notują dość znaczną liczbę naczyń metalowych: wśród nich obok zastawy stołowej znajdowały się również naczynia służące do gotowania potraw. Były to przede wszystkim różnych rozmiarów kociołki oraz patelnie;" (str. 274-275);
- itd,, bo więcej ciekawych informacji można tam znaleźć.
Wnioski z tego są chyba dosyć oczywiste:
1. co najmniej dziwne byłoby, gdyby akurat Krzyżacy w Przezmarku przez większość roku wcinali tylko chleb, kasze i zielsko zagryzane serem i jajami, a ryb zjadać nie chcieli, tym bardziej, że mogli mieć je w praktycznie nieograniczonej ilości i jakości;
2. wniosek autorów jest co najmniej przedwczesny biorąc pod uwagę zarówno wiedzę ogólną, jak i wyniki wykopalisk. Można przyjąć na granicy pewności, że podobnie jak teraz ryby rzadko były gotowane, w przeciwieństwie do mięsa. Zjadali ryby -wędzone, suszone, solone*, pieczone i smażone, Do pieczenia były używane rożny i ruszty. Bardzo wątpliwe jest, żeby smażyli na patelniach glinianych - były one niewielkie, nadawały się raczej do użytku domowego czy do robienia jakichś sosów itp., a nie do smażenia ryb dla kilkudziesięciu żarłocznych facetów. Do tego musieli mieć duże patelnie metalowe, a te się nie zachowały, bo żelazo czy miedź były przetapiane wielokrotnie.
* - fajny cytat dotyczący solonych śledzi przy okazji (jw. str. 255): "Niska cena oraz walory smakowe przyczyniły się do rozpowszechnienia jego spożycia; ceniona była przede wszystkim słoność uchodząca wówczas za zaletę, a nie jak dziasiaj z wadę, pozwalała bowiem oszczędzać soli w potrawach. Stąd ceny ich różniły się między sobą: 100 śledzi moczonych kosztowało w końcu XIV w. 10 gr, niemoczonych - 12 gr. Za umartwianie w jedzeniu uchodziło m.in. moczenie śledzi tak długo, aż znikł z nich cały smak soli;"

U Niemców jest sporo stron zwiazanych z krzyżactwem. Pewnie tam mozna znaleźć dokładniejsze informacje, ale już trochę dosyć mam ekranu... ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

@3grosze

Takie dane znalazłem na stronie powstałej z inicjatywy  Instytutu Żywienia i Żywności:

https://ncez.pl/abc-zywienia-/zasady-zdrowego-zywienia/ryby-----zdrowe-czy-skazone--

Polska jest krajem o wciąż małym spożyciu ryb, wśród których nie dominują najbardziej zanieczyszczone gatunki dużych drapieżnych osobników. Z danych GUS-u wynika, że przeciętne miesięczne spożycie ryb i owoców morza na 1 osobę w Polsce w 2016 roku wynosiło 320 g miesięcznie, czyli ok. 80 g na tydzień.

 

@Ergo sum

 

Cytat

 

Szlachta jako 0,7-1,5% ogółu  - tak było w Europie - w Polsce dochodziła później nawet do 10% - w sensie teoretycznym. Natomiast 1-% był rodzin bardzo bogatych. Zazwyczaj w badaniach pomija się całą grupę szlachty pracującą u innych - czyli nie posiadającej ziemi.
Generalnie poziom życia zwykłych ludzi od czasów Średniowiecza malał a nie rósł - od całkiem dobrego do skrajnej biedy pod koniec zaborów..

 


 

 
Nie popełniłem błędu gdyż napisałem wyraźnie o szlachcie średniozamożnej, która stanowiła nie więcej jak 16% ogółu szlachty czyli z tych 10%.  Te 8-10% było mocno zaś zawyżane przez Mazowsze gdzie szlachta łącznie z zagrodową stanowiła aż 23% ogółu społeczeństwa a na Podlasiu 20%. Jednak w Małopolsce czy Wielkopolsce bliższe było standardom europejskim i stanowiła nie więcej niż 4% a na Litwie tylko 1%. 
Szlachty bardzo bogatej ale nie magnackiej  było chyba mniej nawet  niż te 1%. W bogatym województwie kaliskim właścicieli ponad 20 wsi, a więc osób uchodzących za bardzo bogatych, było ledwie 25 (pod koniec XVI w.) Z tym, że zróżnicowanie regionalne było bardzo duże a wraz z upływem czasu następowała koncentracja własności szlacheckiej.
Natomiast następne zdanie to zbyt daleko idące uogólnienie. Przypominam, że pod koniec zaborów wysokotowarowe rolnictwo z zaboru pruskiego należało do najbardziej wydajnych w Europie, a poziom życia nieporównanie wyższy niż jeszcze 100 lat  wcześniej. W Rzeczpospolitej ten spadek poziomu życia rzeczywiście  postępował ale został on wyhamowany po 1730 r. Był on jednak paradoksalnie  związany ze wzrostem liczby ludności co stanowi dobry dowód na to, że ludność wówczas tkwiła w pułapce maltuzjańskiej. Zresztą nie tylko w Polsce.
 
@ex nihilo
Dzięki za wartościowe cytaty. Choć użyte w cytacie sformułowania "duże ilości' są mocno nieprecyzyjne. Szkoda, że nie ma procentowego określenia udziału ryb w diecie codziennej.
Tak czy inaczej trzeba poczekać na publikacje badań bo w świetle tego co napisałeś wnioski są co najmniej dziwne.

 

Share this post


Link to post
Share on other sites

GUS Rocznik Statystyczny Rolnictwa 2016:

w 2015r.

  • podaż na rynek krajowy: 12.5kg
  • spożycie 0.33kg ale "Bez marynat, przetworów ze zwierząt morskich i słodkowodnych, wyrobów garmażeryjnych i panierowanych oraz od 2013 r. bez konserw rybnych."

Share this post


Link to post
Share on other sites

Create an account or sign in to comment

You need to be a member in order to leave a comment

Create an account

Sign up for a new account in our community. It's easy!

Register a new account

Sign in

Already have an account? Sign in here.

Sign In Now

  • Similar Content

    • By KopalniaWiedzy.pl
      Picie niewielkich ilości wina do obiadu może zmniejszać ryzyko rozwoju cukrzycy typu 2., informują badacze z Tulane University School of Public Health and Tropical Medicine. Autorzy badań oparli się na danych dotyczących 312 400 osób zgromadzonych w UK Biobank.
      Osoby te same poinformowały, że regularnie piją alkohol. Ich losy były śledzone przez 11 lat. W tym czasie cukrzyca typu 2. pojawiła się u 8600 badanych. Na podstawie analizy danych badacze zauważyli, że u osób pijących alkohol do posiłku ryzyko rozwoju cukrzycy typu 2. było o 14% niższe niż u osób pijących alkohol poza posiłkami. Potencjalny związek pomiędzy konsumpcją alkoholu a rozwojem cukrzycy był wyraźnie widoczny wyłącznie u osób, które spożywały umiarkowane ilości alkoholu do posiłku. Dodatkowo związek ten był najbardziej oczywisty u osób pijących wino, a nie inne rodzaje alkoholi. Kolejnym ważnym spostrzeżeniem jest stwierdzenie, że różne rodzaje alkoholu mają różny związek z ryzykiem rozwoju cukrzycy typu 2. O ile większa ilość wina wiązała się z mniejszym ryzykiem, to większa ilość piwa lub mocnych alkoholi wiązała się z wyższym ryzykiem rozwoju cukrzycy.
      Wpływ konsumpcji alkoholu na zdrowie jest jak miecz obosieczny. Może on ciąć w dwóch kierunkach – pomocnym lub szkodliwym – w zależności od tego, jak jest konsumowany. Wcześniejsze badania skupiały się na ilości konsumowanego alkoholu i dawały różne wyniki. Bardzo mało badań skupia się na innych detalach picia alkoholu, takich jak moment jego spożywania, mówi doktor Hao Ma.
      Warto tutaj wiedzieć, że jako umiarkowane picie definiuje się spożywanie do kieliszka wina (ok. 150 ml) w przypadku kobiet i do 2 kieliszków wina (ok. 300 ml) w przypadku mężczyzn. W przeliczeniu na czysty alkohol mamy więc 14 gramów w przypadku kobiet i do 28 gramów przypadku mężczyzn.
      Badania kliniczne również wykazały, że alkohol może mieć korzystny wpływ na różne elementy zdrowia, w tym na metabolizm glukozy. Nie jest jednak jasne, czy ulepszenie metabolizmu glukozy wpływa na zmniejszenie ryzyka rozwoju cukrzycy typu 2. Podczas naszych badań poszukiwaliśmy odpowiedzi na pytanie, czy na związek pomiędzy alkoholem a cukrzycą typu 2. wpływ mieć może spożywanie alkoholu wraz z pożywieniem.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Naukowcy zajmujący się ekologią od kilkudziesięciu lat wiedzą, że wykres zależności rozmiarów ciała i diety u ssaków lądowych ma kształt litery U. Po lewej stronie znajdują się wielcy roślinożercy, po prawej wielcy mięsożercy, a pomiędzy nimi mniejsze ssaki wszystkożerne i odżywiające się bezkręgowcami. Okazuje się, że schemat ten dotyczy również innych gromad zwierząt i istnieje od milionów lat. Niestety, ludzie zaburzają ten schemat, a konsekwencji takiego działania nie znamy.
      Wśród kręgowców dieta i masa ciała są nierozerwalnie związane. Roślinożercy i mięsożercy osiągają znacznie większe rozmiary ciała, a wszystkożercy i odżywiający się bezkręgowcami są przeciętnie mniejsi. Wykres zależności pomiędzy rozmiarami ciała a przynależnością do gildii troficznej ma kształt litery U. Taka struktura jest dobrze udokumentowana w przypadku ssaków lądowych, nie wiadomo jednak, czy wzorzec ten występuje u innych kręgowców. Nie znamy też momentu, w którym zależność ta się pojawiła i nie wiemy, czy wzorzec taki może utrzymać się w przyszłości, czytamy w abstrakcie artykułu opublikowanego na łamach Nature.
      Jego autorzy, naukowcy z USA, Kanady, Szwecji, Australii i Izraela dowodzą, że taka zależność występuje również wśród ptaków lądowych, gadów oraz ryb słonowodnych. Istneije ona od co najmniej 66 milionów lat. Jednak badania sugerują również, że niszczenie przez ludzi kolejnych gatunków wielkich roślino- i mięsożerców niszczy ten element, który jest jedną z podstawowych cech przeszłych i obecnych ekosystemów. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć konsekwencji takich działań.
      Nie wiemy, co się stanie, bo nic takiego nie miało miejsca w przeszłości. Ekosystemy przez bardzo długi czas znajdowały się w stanie równowagi, więc powinniśmy obawiać się tego, co się stanie, gdy tę równowagę zniszczymy, mówi Will Gearty z University of Nebraska-Lincoln.
      Historia ewolucyjna gatunków jest powiązana z ich dietą i rozmiarami. Dieta determinuje ilość energii, a ta wpływa na rozmiary. Z kolei rozmiar zwierzęcia ma wpływ na ilość pożywienia i jakość diety, jakiej gatunek potrzebuje. Możesz osiągnąć takie rozmiary, na jakie pozwala ci dieta. Jednocześnie jednak jesteś najczęściej tak duży, jaki musisz być, żeby zdobyć i przetworzyć pożywienie. Mamy tutaj do czynienia z ewolucyjną grą o utrzymanie równowagi, dodaje Gearty.
      Jako, że dieta roślinna jest dość uboga w składniki odżywcze, roślinożercy często osiągają duże rozmiary ciała, które pozwalają im na przebywanie większych odległości w poszukiwaniu pożywienia. Mają też długie i skomplikowane układy trawienne, umożliwiające pozyskanie maksymalnej ilości składników z pożywienia. Z kolei mięsożercy muszą osiągać duże rozmiary ciała, by móc dotrzymać kroku roślinożercom i powalić ofiarę. Pomiędzy nimi mamy zaś wszystkożerców oraz zwierzęta żywiące się bezkręgowcami. Ci pierwsi dość łatwo znajdują pokarm, ale przez duże zapotrzebowanie na energię skupiają się zwykle na orzechach, ziarnach czy insektach, zatem pożywieniu o niewielkich rozmiarach, za to o wysokiej wartości energetycznej. Z kolei dieta zwierząt zjadających bezkręgowce jest bogata w białko, ale niewielkie rozmiary ich ofiar oraz duża konkurencja sprawiają, że gatunki żywiące się bezkręgowcami są najmniejszymi wśród kręgowców. Wynikiem takiego sposobu odżywiania się jest wykres w kształcie litery U, zarówno jeśli chodzi o przeciętne, jak i maksymalne rozmiary ciała poszczególnych gildii troficznych.
      Autorzy najnowszych badań przeanalizowali pod tym kątem 5033 gatunków ssaków, 8991 gatunków ptaków, 7356 gatunków gadów i 2795 gatunków ryb. Wspomnianego wzorca nie zauważono u ssaków i ptaków morskich. Prawdopodobnie u nich on nie występuje ze względu na specyficzne wymagania dotyczące życia w wodzie. Zauważono go za to u gadów, ryb słonowodnych i ptaków lądowych. Co więcej, występował też w różnych biomach. Ujawniał się np. przy analizowania lasów w porównaniu z sawannami i pustyniami czy przy analizie tropikalnych regionów Atlantyku czy Pacyfiku na umiarkowanych szerokościach geograficznych.
      Wykazanie, że ten sam wzorzec występuje w różnych grupach zwierząt i różnych ekosystemach pokazuje, że mamy tutaj do czynienia z jakimś podstawowym prawem dotyczącym sposobu zdobywania energii przez kręgowce oraz interakcji pomiędzy nimi. Obecnie nie wiemy, czy taka zależność jest czymś niezbędnym, być może istnieją jeszcze inne elementy organizujące kręgowce w odniesieniu do diety i rozmiarów ciała. Jednak niewątpliwie to, co widzimy, jest całkowicie wystarczającym wytłumaczeniem obserwowanego zjawiska, mówi profesor Kate Lyons.
      Uczeni byli zainteresowani też momentem, w którym taka zależność się pojawiła. Przeanalizowali więc skamieniałości 5427 gatunków ssaków. Niektóre z nich pochodziły z wczesnej kredy. Analiza wykazała, że obserwowana obecnie zależność pomiędzy dietą a rozmiarami ciała pojawiła się co najmniej 66 milionów lat temu, zaraz po wyginięciu dinozaurów, ale jeszcze zanim ssaki zróżnicowały się tak bardzo, jak obecnie. To bardzo interesujące. Zależność ta istniała nawet wtedy, gdy na Ziemi dominowały inne gromady. Podejrzewamy, że istnieje ona od momentu pojawienia się ssaków, dodaje Gearty.
      Uczony i jego koledzy postanowili też sprawdzić, na ile zależność taka może utrzymać się w przyszłości. W ciągu ostatnich kilkuset tysięcy lat, od czasu pojawienia się na Ziemi neandertalczyka i H. sapiens średnie rozmiary roślinożerców i wszystkożerców zmniejszyły się się niemal 100-krotnie, a średnie rozmiary mięsożerców spadły niemal 10-krotnie – informują naukowcy. Wykres U, który przetrwał dziesiątki milionów lat, zaczął się znacząco spłaszczać.
      Uczeni przewidują, że istnieje 50% szansy, iż w ciągu najbliższych 200 lat wyginie wiele dużych gatunków zwierząt, w tym tygrysy czy nosorożce jawajskie, dla których człowiek jest jedynym wrogiem. To wymieranie tylko przyspieszy dalsze spłaszczanie się wykresu U. Tym bardziej, że wytępienie przez człowieka dużych roślinożerców tylko przyspieszy wymieranie dużych mięsożerców, którzy na tych roślinożerców polują.
      Możemy doprowadzić do zniknięcia wielu gatunków ze szczytu wykresu U, a w ten sposób doprowadzimy do zmiany sposobu dystrybucji energii w ekosystemie. Może mieć to olbrzymi wpływ na całe środowisko naturalne, mówi Gearty.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Przed przybyciem wikingów niewielu mieszkańców Wysp Brytyjskich jadło duże ilości mięsa. Brak też dowodów, by anglosaskie elity spożywały go więcej, niż wieśniacy, stwierdzają autorzy najnowszych badań. Wszystko wskazuje na to, że władcy Wysp żywili się głównie dietą wegetariańską, chociaż od czasu do czasu wieśniacy urządzali dla nich wystawne mięsne uczty.
      Popularne wyobrażenia o władcach dawnych królestw znajdujących się na Wyspach Brytyjskich rysują nam obraz elity zasiadającej przy suto zastawionych stołach. Nawet historycy od dawna utrzymują, że w czasach anglosaskich członkowie rodów królewskich i inni szlachetnie urodzeni spożywali znacznie więcej mięsa niż reszta mieszkańców, a wolni chłopi musieli przez cały rok dostarczać im duże ilości pożywienia w ramach systemu podatkowego zwanego feorm.
      Na łamach pisma Anglo-Saxon England ukazały się właśnie artykuły pod wielce znaczącymi tytułami Food and Power in Early Medieval England: Rethinking Feorm i Food and Power in Early Medieval England: a lack of (isotopic) enrichment.
      Wszystko zaczęło się od wykładu ówczesnej doktorantki bioarcheologii Sam Leggett z University of Cambridge. Przeanalizowała ona sygnatury izotopów znalezione w kościach 2023 osób pochowanych w Anglii pomiędzy V a XI wiekiem. Następnie porównała te sygnatury z dowodami na status społeczny zmarłych, takimi jak dobra grobowe, pozycja ciała i orientacja grobu. Na podstawie swoich badań stwierdziła, że nie istnieje korelacja pomiędzy statusem społecznym, a dietą bogatą w białko. Prezentacja zaintrygowała historyka Toma Lamberta. Wiedział on bowiem, że wiele średniowiecznych tekstów oraz badań naukowych wskazuje, iż anglosaskie elity spożywały olbrzymie ilości mięsa.
      Lambert i Leggett rozpoczęli więc wspólny projekt badawczy, by dowiedzieć się, jak było naprawdę. Uczeni zaczęli od odczytania listy pożywienia skompilowanej za czasów króla Wesseksu, Ine (688–726). Był on jednym z największych władców przed Alfredem Wielkim. Jego dziełem jest m.in. pierwszy zbiór praw, który miał duży wpływ na kształtowanie się angielskiego społeczeństwa.
      Naukowcy dokładnie przeanalizowali listę, by dowiedzieć się, ile pożywienia na niej zapisano i jaka była jego wartość kaloryczna. Stwierdzili, że na liście znajduje się pożywienie o łącznej zawartości 1,24 miliona kalorii, z czego połowę stanowi białko zwierzęce. Wymieniono tam 300 bochenków chleba (o wadze 300 g każdy), więc naukowcy założyli, że każdy z uczestników uczty otrzymał 1 bochenek, zatem na liście znajduje się pożywienie dla 300 osób. Z przeliczenia wynikało, że każdy z gości mógł zjeść 0,7 kg baraniny, wołowiny i drobiu, niemal 0,4 kg łososia i węgorza. Podano też po ok. 150 gramów sera i masła, 200 gramów miodu oraz 2,1 litra piwa na głowę. W sumie każdy z gości spożył 4140 kcal. Następnie uczeni przeanalizowali 10 podobnych list z południa Anglii i zauważyli ten sam wzorzec: umiarkowana ilość pieczywa, duża ilość mięsa, dość sporo piwa oraz żadnych wzmianek o warzywach.
      Jednak, jak podkreślają uczeni, skala i proporcje tych dostaw wskazują, że było to pożywienie na okazjonalne, wielkie uczty, a nie zwykłe dostawy żywności dla domu królewskiego. Wbrew temu, co dotychczas sądzono, nie był to standardowy spis dostaw.
      Doktor Sam Leggett dodaje, że nie znalazła żadnych dowodów, by ci ludzie codziennie jedli tak duże ilości mięsa. Jeśli by tak było, to znaleźlibyśmy izotopowe dowody na nadmiar protein, a w kościach widoczne byłyby ślady schorzeń takich jak dna moczanowa. Niczego takiego nie stwierdziliśmy. Wręcz przeciwnie, wszystkie dowody wskazują na to, że w czasach anglosaskich codzienna dieta wszystkich warstw społecznych była do siebie bardziej podobna, niż nam się wydaje. Ludzie jedli głównie pieczywo, niewiele mięsa i sera, zupy jarzynowe z pełnymi ziarnami i niewielką ilością mięsa. Również dieta królów opierała się głównie na zbożach. I nawet dla nich okazją do zjedzenia większej ilości mięsa były uczty organizowane przy wyjątkowych okazjach. Musiały być to duże wydarzenia społeczne, podczas których na rożnach pieczono całe woły. We wschodniej Anglii znaleziono ślady takich palenisk. Jednak nie tylko królowie brali udział w tych bogatych biesiadach.
      Generalnie uważa się, że średniowieczne uczty były zarezerwowane dla elity. Jednak te listy pokazują, że w ucztach musiało uczestniczyć co najmniej 300 osób. A to oznacza, że brało w nich udział wielu chłopów. Uczty te miały olbrzymie znaczenie polityczne, wyjaśnia Lambert. Historyk zajął się też samym terminem feorm. Obecnie uważa się, że oznacza on rentę w naturze płaconą władcom przez wolnych chłopów. Renta ta, w ramach której chłopi dostarczali na dwór m.in. produkty rolne, miała być głównym źródłem pożywienia dworu królewskiego. Z czasem, gdy królestwa się rozrastały, przywilej pobierania takiej renty przyznawano lokalnym elitom, wzmacniając ich więź z dworem.
      Lambert zbadał znaczenie słowa feorm w różnych kontekstach i doszedł do wniosku, że wyraz ten odnosi się do uczty, a nie do formy podatku. To niezwykle ważne spostrzeżenie. Zapłata narzuconego z góry podatku nie wymaga bowiem osobistej obecności władcy czy feudała i nie ma związku z okazywaniem przez niego szacunku chłopom. Jednak feorm rozumiany jako wspólna uczta, zupełnie zmienia dynamikę relacji feudał-chłop. Mamy tutaj bowiem zarówno osobiste zaangażowanie władcy w relację z poddanym, jak i okazję do podziękowania poddanym za służbę. Wyobraźmy sobie władców podróżujących, by wziąć udział w wielkich ucztach organizowanych przez wolnych chłopów, ludzi posiadających własną ziemię, a czasem i niewolników. Można by to porównać do obiadów, jakie kandydaci na prezydenta USA wydają w czasie kampanii wyborczej. Miało to olbrzymie znaczenie polityczne, wyjaśnia Lambert.
      Taka zmiana rozumienia terminu feorm ma daleko idące znaczenie dla badań nad historią średniowiecza i całością historii politycznej Anglii. Rzuca bowiem nowe światło na kwestie związane z początkami rozwoju systemu monarchistycznego Anglii, polityki opierającej się na patronacie i własności ziemskiej, jest też ważnym elementem w dyskusji nad przyczynami zniknięcia klasy wolnych chłopów.
      Legett i Lambert czekają teraz na wyniki badań izotopowych z Winchester Mortuary Chests, gdzie prawdopodobnie spoczywają król Wesseksu Egbert (IX w.), Knut Wielki (XI w.) i inni anglosascy władcy.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Ssaki spożywające mięso są bardziej narażone na nowotwory niż ssaki roślinożerne, wynika z badań przeprowadzonych na tysiącach zwierząt z ogrodów zoologicznych. Zrozumienie, dlaczego roślinożercy są mniej narażeni na nowotwory może pomóc w opracowaniu metod ochrony ludzi przed tymi chorobami.
      Orsolya Vincze i jej koledzy z węgierskiego Centrum Badań Ekologicznych przeanalizowali wyniki sekcji zwłok 110 148 zwierząt ze 191 gatunków ssaków, które padły w ogrodach zoologicznych. Naukowcy chcieli oszacować ryzyko zgonu z powodu nowotworów. Okazało się, że ssaki mięsożerne są bardziej narażone na nowotwory niż ssaki, które jedzą mięso rzadko lub nigdy.
      Najmniej narażoną grupą były parzystokopytne, do których należą owce czy krowy. Z kolei zwierzęciem najbardziej narażonym na zgon z powodu nowotworu był niewielki australijski kowari. W 16 na 28 badanych przypadków zgonów tych zwierząt przyczyną był nowotwór. Z kolei wśród padłych 196 antylop indyjskich i 213 mar patagońskich  nie stwierdzono żadnego przypadku nowotworu.
      Takie wyniki podważają powszechne przekonanie, że większe dłużej żyjące zwierzęta są bardziej narażone na nowotwory, gdyż mają więcej komórek, które mogą mutować i więcej czasu, by do tych mutacji doszło. Wydaje się, że ryzyko nowotworu jest w dużej mierze związane z dietą. Badacze zastrzegają jednak, że koniecznie jest zweryfikowanie, czy zjawisko zaobserwowane wśród zwierząt z ogrodach zoologicznych dotyczy również zwierząt dziko żyjących.
      Dlaczego jednak jedzenie mięsa miałoby być powiązane z większym ryzykiem rozwoju nowotworów? Vincze mówi, że jedną z przyczyn mogą być wirusy znajdujące się w mięsie. Niektóre z nich mogą powodować nowotwory. Wiadomo ma przykład, że u niektórych trzymanych w niewoli lwów nowotwory pojawiły się w z powodu papillomawirusów obecnych w spożywanym przez nie mięsie krów. Inną przyczyną mogą być zanieczyszczenia. W organizmach znajdujących się wyżej w łańcuchu pokarmowym zanieczyszczeń gromadzi się więcej, przypomina Beata Ujvari z Deakin University w Australii, która również brała udział w badaniach. Ponadto, zauważa uczona, zwierzęta mięsożerne spożywają więcej tłuszczu, mniej włókien i mają mniej zróżnicowany mikrobiom jelit niż roślinożercy. A wszystkie te czynniki są powiązane, przynajmniej u ludzi, z większym ryzykiem nowotworów.
      Ujvari dodaje, że obserwacje ze świata zwierząt niekoniecznie muszą odnosić się też do ludzi. Mamy inny styl życia i rzadko jemy surowe mięso. Przypomina jednak, że już wcześniej badania prowadzone wśród ludzi wykazały związek pomiędzy spożywaniem mięsa a nowotworami.
      Obecnie nie jest jasne, dlaczego – jak się wydaje – parzystokopytne są szczególnie odporne na rozwój nowotworów. Ale naukowców szczególnie interesują antylopa indyjska i mara patagońska. Jeśli dowiemy się, dlaczego u tych gatunków nowotwory występują tak rzadko, wykorzystamy tę wiedzę, by chronić samych siebie przed nowotworami.

      « powrót do artykułu
    • By KopalniaWiedzy.pl
      Zmiana zwyczajów kulinarnych wśród Chińczyków i spożywanie większej ilości mięsa przyczynia się do 75 000 przedwczesnych zgonów z powodu zanieczyszczenia powietrza w Państwie Środka. Badania naukowców z University of Exeter są pierwszymi, w ramach których przeanalizowano, jak zmiany diety w Chinach w latach 1980–2010 wpłynęły na zwiększenie emisji amoniaku oraz jaki miało to wpływ na ludzkie zdrowie.
      W ciągu ostatnich 50 lat na całym świecie wzrosła produkcja mięsa, a do największych jej wzrostów doszło w Azji Wschodniej, szczególnie w Chinach. O ile dobrze znamy negatywne skutki zdrowotne wiążące się z rezygnacją z roślin na rzecz mięsa, to znacznie mniej wiemy o tym, jaki wpływ zmiana diety ma na środowisko naturalne i przez to na ludzkie zdrowie. Wiemy za to, że zawarty w powietrzu pył jest szkodliwy dla zdrowia oraz że amoniak (NH3) z gleby przedostaje się do powietrza i wchodzi w reakcje tworząc toksyczne składniki pyłu. Brytyjscy uczeni postanowili więc sprawdzić jak na zdrowie Chińczyków wpłynął zwiększony poziom amoniaku z nawozów i odchodów zwierząt hodowlanych.
      Naukowcy stwierdzili, że w latach 1980–2010 produkcja mięsa w Państwie Środka zwiększyła się o 433%, z 15 do 80 milionów ton. Jedynie niewielką część, czyli wzrost z 15 do 20 milionów ton można powiązać ze zwiększeniem się populacji. Pozostałych 60 milionów ton dodatkowej produkcji to skutek zmiany przyzwyczajeń dietetycznych Chińczyków. W tym samym czasie emisja NH3 wzrosła niemal dwukrotnie, z czego za 63% wzrostu odpowiada zmiana diety.
      Każdego roku z powodu zanieczyszczenia powietrza pyłem (PM) przedwcześnie umiera około 1,83 miliona Chińczyków. Na podstawie analizy danych uczeni stwierdzili, że 5% tych zgonów można przypisać zanieczyszczeniu powodowanemu zmianą diety, głównie zaś większym spożyciem mięsa. Naukowcy obliczyli też, że gdyby dieta przeciętnego Chińczyka była zgodna z Chinese Dietary Guideline 2016, które zaleca zmniejszenie konsumpcji mięsa, to emisja amoniaku byłaby o 2,1 miliona ton niższa, co pozwoliłoby uniknąć rocznie 74 805 zgonów.
      Jeden z badaczy, profesor Xiaoyu Yan, mówi: W latach 80. priorytetem chińskich władz było zaspokojenie podstawowych potrzeb żywnościowych ludności. Jednak obecnie, gdy problem niedożywienia został w Chinach znacząco zmniejszony, Chiny pilnie potrzebują bardziej zrównoważonych metod produkcji żywności. Obecne metody muszą zostać zmienione tak, by wywierały one mniej niekorzystny wpływ na ludzkie zdrowie i środowisko zarówno Chin jak i całego świata.
      Wykazaliśmy, że zmiana diety nie tylko przyczyni się do poprawy zdrowia poprzez zdrowsze odżywianie się, ale ma też niezwykle ważny pozytywny wpływ na środowisko naturalne oraz – za jego pośrednictwem – na ludzkie zdrowie, dodaje profesor Gavin Shaddick.
      Naukowcy zauważyli też, że różne grupy dochodowe w różny sposób odczuwają negatywne skutki zmiany diety na zawierającą więcej mięsa. O ile negatywne skutki zdrowotne konsumpcji mięsa spadają na tych, którzy na mięso mogą sobie pozwolić i jedzą go zbyt dużo, o tyle negatywne skutki jego produkcji – związane z zanieczyszczeniem środowiska – odczuwają przede wszystkim ubożsi mieszkańcy głównych regionów rolniczych, jak prowincje Hebei i Henan.
      Artykuł Dietary shifts can reduce premature deaths related to particulate matter pollution in China został opublikowany na łamach Nature Food.

      « powrót do artykułu
  • Recently Browsing   0 members

    No registered users viewing this page.

×
×
  • Create New...